Poklepał się parę razy po piersi. Następne słowa wypowiedział z lekką przesadą, ale jego celem było przede wszystkim to, aby sprawić, żeby jego towarzysz czuł się komfortowo. Jakoś wątpił, aby zapraszając go tutaj, spodziewał się, że z chlewu zaczną do niego docierać odgłosy znienawidzonych, różowych zwierząt. A im szybciej zmienią temat, tym szybciej zapomniał, że coś takiego miało w ogóle miejsce.
— Ah, trauma z dzieciństwa — Pokiwał z empatią głową. Osobiście nie przepadał za trudno dostępnymi, zamkniętymi pomieszczeniami z uwagi na swoją klaustrofobię, więc nie miał zamiaru go obśmiewać. Może lęk przed ciasnymi miejscami nie objawiłaby się tak niespodziewanie, jak niechęć do świń, ale na jego miejscu nie chciałby się spotkać z dokuczliwymi komentarzami. — Rozumiem, nie będę o tym rozpowiadał. Inni nie muszą wiedzieć, a ja mogę o tym kompletnie zapomnieć. Możemy nawet założyć, że do niczego takiego nie doszło, a jak ktoś spyta, to przysięgniemy na Matkę Ziemię, że to była fatamorgana.
Przytaknął, gdy Elliott wyjaśnił mu, że chciał mu coś pokazać w tej okolicy. Rozluźnił nieco palce, gdy zorientował się, że mężczyzna chciał puścić jego rękę i odwrócił wzrok w bok, nie bardzo wiedząc, gdzie podziać oczy. Instynktownie zaczął zaciskać i rozluźniać na przemian pięść, aż w końcu wepchnął obie ręce do kieszeni. Jego policzki oblały się intensywnym różem, który nie obrócił się w czerwień chyba tylko przez stosunkowo niską temperaturę na zewnątrz. Dzięki Merlinowi za angielską pogodę, pomyślał z przekąsem. Musiał przyznać przed samym sobą, że żałował nieco, że ten się od niego odsunął.
— Co mogę powiedzieć, doceniam Twoją wyjątkową perspektywę. Nie zgadzamy się w wielu sprawach, ale wiem, że kiedy do Ciebie przychodzę z jakimś tematem, to odpowiesz mi, bazując na faktach i logice. I... To chyba coś, czego potrzebuje więcej. Przynajmniej czasami — ostatnie słowa niemalże wymamrotał pod nosem, drapiąc paznokciami o wewnętrzny materiał kieszeni płaszcza.
Szczycił się tym, że potrafił zachować iskrę pozytywnego myślenia nawet w najgorszych sytuacjach, jako swoiste światełko nadziei na lepsze jutro, ale nie był też kompletnie naiwny. Zwłaszcza w kwestii tak poważnej jak wilkołactwo. Brenna była jego siostrą i wiedziała praktycznie o wszystkim, co się działo w jego życiu. Wydedukowanie tego, co mogłaby mu odpowiedzieć na te wieści, nie było wyjątkowo trudne, ale z Elliottem było inaczej. Poznawał świat zupełnie inaczej i podchodził do niego pod zupełnie innym kątem. Samo to, że wspomniał o spisaniu umowy, było tego dowodem.
— Każdy z nas robi to, co umie najlepiej. Nie oczekiwałbym, że będziesz mi pobierał krew wielką strzykawką, gdy Twoje talenty leżą w innych dziedzinach. Nie byłbym w stanie pomóc z rozliczeniem podatków, choćby zależało od tego moje życie, ale gdyby przyszło do pojedynkowania się w Twoim imieniu, przyjąłbym wyzwanie w mgnieniu oka — odparł bez większego namysłu i dopiero gdy było już za późno na ugryzienie się w język, zdał sobie sprawę, co właściwie powiedział. Zamiast jednak odwrócić z zażenowaniem wzrok, wykrzywił łobuzersko usta. — Oczywiście, nie spieszy mi się do tego, żeby wpaść w ręce władz, ale... Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby zobaczysz, jak sobie radzisz podczas procesu.— Przekrzywił lekko głowę w bok, odchylając przy tym szyję. — Myślę, że byłby to niesamowity widok; zobaczyć tę Twoją determinację i pewność siebie, łączące się ze sobą w celu osiągnięcia jednego konkretnego celu.
Gdyby przyszedł taki czas, że jego los faktycznie wylądowałby w rękach biurokratów z Ministerstwa Magii, wolałby, aby to ktoś pokroju Elliotta go reprezentował. Miał okazję zobaczyć na własne oczy, jak traktuje ludzi, którzy nie urastają do jego oczekiwań, więc wszelkie sprawy związane z dokumentami miałby zapewne domknięte na ostatni guzik, a pozostałe nieścisłości byłby w stanie wyeliminować z wręcz chirurgiczną precyzją. Nie mówiąc już nawet o, delikatnie mówiąc, zgnojeniu strony przeciwnej żelaznymi argumentami i logiką.
Czy poprzez takie myślenie idealizował możliwości oraz umiejętności Malfoya? Do pewnego stopnia na pewno, jednak wynikało to w dużej mierze z jego własnej niewiedzy w tematach, w jakich specjalizował się jego towarzysz. Przyrównałby to do obserwacji Nory podczas pracy w kuchni, tylko na zupełnie innym poziomie. Dla Erika osiągnięciem było usmażenie sobie jajecznicy bez pożaru, więc te wszystkie dzieła sztuki, które opuszczały piekarnik panny Figg były dla niego niczym zupełnie nowa dziedzina magii. Z magią charyzmy Elliotta na salach Ministerstwa zapewne byłoby podobnie.
— Znajomy klątwo-łamacz, Castiel Flint — przyznał z lekkim ociąganiem. Nie wiedział, czy wyciąganie na światło dzienne tożsamości głównego badacza było odpowiednią decyzją, ale czuł potrzebę podzielenia się z kimś tymi informacjami. Oby nie oberwał za to przy najbliższym spotkaniu. — To on ma zarządzać projektem, ale z tego, co zrozumiałem ma na oku kilku kandydatów, którzy mogliby zasilić zespół. Zakładając, że się zgodzę, podejrzewam, że Brenna też się w to zaangażuje. Jako wsparcie, co by ich zabezpieczyć. I mnie.
Po ostatnich słowach uciekł spojrzeniem w bok. Dalej trzymał obie ręce w kieszeniach płaszcza, a jego rozchylone poły, odsłaniały kolejną warstwę odzienia w formie grubego wełnianego czarnego swetra. Obrócił się na pięcie we wskazanym przez Elliotta kierunku i ruszył powoli wydeptaną ścieżkę. Nie przywykł do prowadzenia rozmów na temat likantropii poza rodziną i paroma bliższymi przyjaciółmi. Może i zdarzały mu się niezobowiązujące dyskusje, ale rzadko kiedy dotyczyły one kwestii nierozerwanie związanych z tym, co się wiąże z byciem wilkołakiem. Teraz Erik miał wrażenie, że ten stan rzeczy szybko ulegnie zmianie w związku z planowanymi testami.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞