• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 10 11 12 13 14 … 16 Dalej »
13 Kwietnia 1972 | Kwiaty we włosach || Charlie & Ariel

13 Kwietnia 1972 | Kwiaty we włosach || Charlie & Ariel
Loverboy
'It gets better!!!'
stfu It got worse-
wiek
22
sława
II
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
Brak
Ciemne długie i niesfornie wywijające się włosy, gęste brwi i szeroki uśmiech. Charles to wysoki na 188 centymetrów młody mężczyzna. Nie wyróżnia się imponującą muskulaturą, ale nie jest też chuderlawy. Do życia ma tyle samo dystansu, co do siebie, więc bardzo często można usłyszeć jak się śmieje. Ciemne oczy to zwierciadła jego duszy, a te już nie tak często wyrażają pozytywne emocje. Ubiera się luźno, stawia na swetry, golfy, czasami nawet bluzy czy mugolskie (!) trampki. Przy pierwszym spotkaniu często wydaje się czarujący, momentami szarmancki. Rodzice próbowali wyuczyć go bardziej wyrafinowanego akcentu, ale Charlie do dzisiaj nie pozbył się pozostałości dewońskiego zaciągania, co uwydatnia się w momentach ekscytacji i upojenia alkoholowego.

Julien Fitzpatrick
#1
29.12.2022, 22:08  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.04.2023, 19:26 przez Julien Fitzpatrick.)  
Mokry kaptur opadał na oczy, a wilgotne włosy przyklejały się do twarzy, gdy truchtał w stronę swojego tymczasowego lokum. Nie wyniósł się ze strychu Longbottomów, tak było prościej, ale czy faktycznie powinien był tym się kierować? Niekoniecznie.
Przygryzł wargę, gdy przystanął pod rozłożystymi gałęziami angielskiego dębu. Liście starej rośliny odseparowywały go od szumu deszczu, gdy krople uderzały o soczyście zielone liście i spadały, przesuwając się po ich powierzchni w dół, aby swe ostatnie tchnienie wydać pomiędzy jaskrawymi źdźbłami trawy, wsiąkając w ciepło dżdżystej ziemi. Ulewa nie zostawiła na nim ani jednej, suchej nitki, ale ciepłe, wilgotne powietrze sprawiało, że nie spieszno było mu, aby podążyć prosta drogą między polami, pastwiskami i wzgórzami, aby znaleźć się pod dachem w atmosferze pykającego kominka.
Samotność stała się jego nową towarzyszką, zaskakująco wdzięczną, bo dawała ukojnie. Układała myśli i wyczesywała z nich nieprzyjemne wspomnienia swoimi chłodnymi dłońmi, zupełnie jakby wrócił na matczyne łono, które, ironicznie, nigdy nie kojarzyło mu się z idyllą dni minionych. To braterskie okrzyki, szum morza i chroboczący, mokry piach pod dziecięcymi kaloszami był melodią zaklętą w jego duszy, która teraz wygrywała absurdalnie przedwczesnym nokturnem fortepianu.
Ściągnął mokry materiał z głowy przeczesując ciemne włosy, wyciskając kosmyki, pozwalając, aby wiosenny deszcz spłynął mu po twarzy raz jeszcze zmieszany z zapachem szamponu. Przetarł nos, boleśnie czując, ze czubek stał się nieprzyjemnie chłodny, pociągnął nim, nie miał przy sobie żadnych chusteczek, a bluza przylgnęła do klatki piersiowej, podkreślając zarys mięśni na ramionach i brzuchu, pozostałości po aktywnej nastoletniości i równie aktywnej młodości. Nawet teraz potrzebował wyjść na spacer, nie tylko, aby odświeżyć umysł, ale wyprostować nogi, sprawić, że ich zastanie nie będzie przypominało rzęsy na stawie nieruszonego nurtem żadnej, burzliwej lub mniej, rzeki.
Kątem oka zauważył, że coś wielokolorowego przemknęło po pobliskiej polanie. Kierowany instynktem, że mogłoby to być dzikie zwierzę odwrócił się w tę stronę, mrużąc oczy. Zamrugał pare razy, gdy barwy wcale nie okazały się figlem platanym przez zmęczony umysł ani też niczym podobnym do dzika, bobra, sarny czy innego zagubionego psa. Nie dowierzał temu, co widział, chociaż może nie powinien być aż tak zdziwiony? Ktoś właśnie, w kwiecistej, soczystej w swoich barwach, sukience kręcił piruety pomiędzy wysoką, polną trawą. Deszcz, jaki go zastał, a który wciąż zalewał ziemię i pobliskie, wybrukowane chodniki, spływając na plac niewielkiego miasteczka, był bardzo nagły, nie zdziwiłby się, gdy ktoś wywołał go swoim tańcem. Charles wynurzył głowę zza liści, mimo logicznych, i tych mniej, odpowiedzi przychodzących do głowy, niedowierzając własnym oczom.
- Co do jasnej cholery. - mruknął zmartwiony, półgłosem.
Coś pchało go w tamtym kierunku, przyciągało, a był to niedobry znak. Wszystkie zmysły krzyczały 'tak, chce znaleźć się obok tej osoby, być może dołączyć, sprawić by mokre ubranie...' Co? o czym on myślał? Czemu chciał zrzucać z siebie ubrania na polu - to jeszcze nie byłoby takie dziwne w jego wypadku, ale wciąż niecodzienne - na widok nieznanej kobiety kręcącej się pod kalejdoskopem gęstych kropel wiosennej ulewy? Nie był nawet pewien czy była to kobieta, ale to, co istota na sobie nosiła definitywnie wyglądało mu na sukienkę. Nimfy albo inne Wily nie chodziły ubrane... chyba? Nigdy żadnej nie spotkał, przynajmniej nie takiej pełnej, której krew nie byłaby zmieszana z tą czarodziejską.
Niemądrze ruszył w kierunku nieznajomej osoby i gdy znalazł się bliżej był w stanie stwierdzić, że... raczej na pewno nie miał do czynienia z kobietą, z nimfą też nie. To skąd to przedziwne uczucie przyciągania? Czy był aż tak spragniony wrażeń, adrenaliny i dreszczu emocji, że tańczący w sukience, po polanie, w deszczu szaleniec sprawiał, że chciał z siebie zrzucać ubrania?
Co za abstrakcyjna sytuacja... a najgorsze w niej było to, że wcale nie zaprzestał odczuwać tych dziwnych ciągot, na Merlina.
- Ty się dobrze czujesz?! To jakiś rytuał?? - zapytał - Czy ja mam złudzenie i gadam do swoich jakichś wizji? Ale dlaczego moja wizją jest chłopak tańczący w sukience w kwiaty? I z kwiatami we włosach? Zmokły ci. - zauważył mądrze, gdy stanęli twarzą w twarz. Krople spływały im po czołach, policzkach i ramionach - Charliego były przykryte bluzą, a te nieznajomego odsłonięte, zaczerwienione i skąpane w toczących się w dół kroplach wody, zatrzymujących się na nadgarstkach, knykciach i... musiał przestać się gapić. Wrócił spojrzeniem do twarzy, co wcale nie zakończyło passy wzdychania, wręcz sprawiło, że wydobycie powietrza z płuc stało się trudniejsze, bo słone, ciepłe krople wiosennego deszczu ulokowały się pomiędzy wargami, moszcząc się tam, przedziwnie kusząc tylko po to, by zaraz, okrężnym, jędrnym ruchem spłynąć na brodę, a z niej na obojczyki i pod materiał sukienki.


I won't deny I've got in my mind now all the things we'd do
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you
motyl
I wish they would only take me
— as I am —
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Łagodność rysów czyni go bardziej podobnym do chłopca, aniżeli mężczyzny u progu trzeciej dekady życia. Sylwetka smukła, nosząca ślady niedowagi, zaś wzrost przeciętny (zaledwie 177 centymetrów). Jasne włosy opadają miękko na czoło, a błękitne oczy patrzą ufnie na swych rozmówców. Odzienie skromne, z licznymi śladami reperowania.

Ariel
#2
30.12.2022, 01:27  ✶  
Wilgotne źdźbła trawy przyjemnie łaskoczą bose stopy, gdy stawia pełne gracji kroki pośród złocistych jaskrów. Deszcz majowy rozbija się na skórze, nadając rytmu jego ruchom, bieli się na jego głowie kwiatowa korona, zaś mokra sukienka przykleja się do kościstego ciała. Nie wie, jak znalazł się na łące, nie istnieje ani wczoraj, ani jutro. Jest harmonią z niebiosami ponad jego głową i ziemią po której stąpa, jest powietrzem wypełniającym płuca i górskim potokiem, dżdżownicą i ptakiem, latem i zimą, świtem i zmierzchem.
Zatraca się w momencie i jest szczęśliwy.
Lecz wtem czyjś głos wybija go z transu. Zderzenie z rzeczywistością jest przykre, lecz nie bolesne. Nie zna tego człowieka, a zatem - paradoksalnie - uciekać nie próbuje. Ludzie z Doliny nie rozumieją Ariela. Szeptają za jego plecami i wytykają palcami. Dla obcych jest pustym płótnem.
— Nie jestem wizją, ani duchem — kręci energicznie głową, zaciskając karmazynowe usta w wąską kreskę, a śnieżnobiałe płatki stokrotek omdlewają i wysuwają z wieńca na jasnych skroniach, by ostatecznie spocząć na chudych ramionach osobliwego młodzieńca — A może jednak? — jego twarz nabiera nagle poważnego wyrazu, podczas gdy jego wzrok błądzi po twarzy nieznajomego; miał piękne oczy, i kości policzkowe, i gęste krwi, i szerokie usta, i prosty nos, aż Ariel przygryza dolną wargę, by powstrzymać się przed zaproponowaniem mu pozowania do portretu. Zamiast tego rusza w jego stronę z enigmatycznym uśmiechem na rumianym licu, krokiem wciąż rozkosznie rozkołysanym tańcem i wiruje wokół mężczyzny, aż nie znajdzie się za jego plecami. Wówczas dłonie Lovegooda spoczywają na ramionach przybysza, a on sam wspina się na palce, by dosięgnąć do ucha skrytego za ciemnymi lokami.
— Może jestem tylko snem? — szepta, łaskocząc ciepłym oddechem skórę Charliego. — Jest sposób, aby się przekonać, wystarczy tylko... — urywa myśl w połowie i chwyta swego towarzysza za rękę. Unosi jego dłoń ponad swoją głowę, wykonując przy tym kolejny obrót. Mokra sukienka trzepocze wokół jego łydek, smaga nogi drugiego czarodzieja. — Zmarzłeś — oświadcza z przejęciem, zamykając chłodne palce nieznajomego w swoim uścisku.
Loverboy
'It gets better!!!'
stfu It got worse-
wiek
22
sława
II
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
Brak
Ciemne długie i niesfornie wywijające się włosy, gęste brwi i szeroki uśmiech. Charles to wysoki na 188 centymetrów młody mężczyzna. Nie wyróżnia się imponującą muskulaturą, ale nie jest też chuderlawy. Do życia ma tyle samo dystansu, co do siebie, więc bardzo często można usłyszeć jak się śmieje. Ciemne oczy to zwierciadła jego duszy, a te już nie tak często wyrażają pozytywne emocje. Ubiera się luźno, stawia na swetry, golfy, czasami nawet bluzy czy mugolskie (!) trampki. Przy pierwszym spotkaniu często wydaje się czarujący, momentami szarmancki. Rodzice próbowali wyuczyć go bardziej wyrafinowanego akcentu, ale Charlie do dzisiaj nie pozbył się pozostałości dewońskiego zaciągania, co uwydatnia się w momentach ekscytacji i upojenia alkoholowego.

Julien Fitzpatrick
#3
10.01.2023, 02:31  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.04.2023, 19:27 przez Julien Fitzpatrick.)  
Czuje się jak w transie, jak w przedziwnym śnie, który oddalony jest od wszystkich problemów, negatywnych myśli, które brukają czoło zmarszczkami, gdy niebo znów zakrywa się szarymi chmurami, a po londyńskim bruku spływają brudy, tak skrzętnie przecież ukrywane, rozlewając się i rozprzestrzeniając tak intensywnie, że nawet tereny pozamiejskie czy oddalone od stolicy nie są bezpieczne, czyste od oślizgłości ostatnich miesięcy.
Liczy się teraz - świeżość zapachu trawy, mokre krople spływające po przylegających do ciała ubraniach i oniemiający widok nieznajomego, wykwity czerwieni na jego policzkach tak bardzo podkreślające karmazyn ust, układających się raz co raz w słowa, kruche jakby, ale docierające do uszu Charlesa bez problemu, jakby był światłem, do którego w ciemną, wiosenną noc lgną zagubione ćmy.
- Tak właśnie powiedziałaby zjawa - odparł, chociaż nie wiedział ile miało to wspólnego z prawdą, czuł się jakby po prostu wypowiadał to, co ślina przynosiła na język, gdy zachwycał się enigmatycznością uśmiechu i lekkością ruchu, przylegającą do ciała sukienką, oplatającą ją w ten sam majestatyczny sposób, co rzeźby greckich bóstw są przysłonięte płachtami uwydatniającymi kształty wyżłobione dłutem losu, pozostawione na pastwę chłodnego świata.
Bardzo chciał, aby chłopak dokończył myśl, już kierował dłoń, aby ująć nią ręce położone na ramionach, jak przedziwne było to, że nie czuł zagrożenia, przecież zachodzenie od tyłu nigdy nie było dobrym znakiem, ale z takiego toru myśli zepchnęło go ujęcie jego dłoni przez nieznajomego, zanim sam zdążył to zrobić. Westchnął, nawet nie próbował się powstrzymywać, aż poczuł, że gorąco, które go wypełnia nie ma raczej nic wspólnego z zawstydzeniem, a wywodzi się z chęci podążenia w ślady za tą ulotną istotą, jaka pojawiła się przed nim znikąd.
Odwrócił się doń przodem, nie luzując uścisku.
- Możesz mnie rozgrzać - odparł wręcz automatycznie, bo takie słowa podsunął mu na język splamiony pragnieniami umysł. Bratanie się z nieznajomymi, chęć przeżycia z nimi intymności było łatwiejsze, nie angażowało tyle emocji, tyle bodźców, a jedynie dawało przyjemność. Nawet jeżeli była to zjawa, nimfa... Charliego to nie interesowało, bo chyba właśnie tak czuli się ludzie pod urokiem? A może po prostu potrzebował bliskości, naiwnie, chłopięco, licząc na łut szczęścia, że nic złego mu się nie przytrafi.
- Tobie też przydałoby się trochę ciepła, wydajesz się nie z tej ziemi, ale ręce masz całkowicie ludzkie, kruche - przysunął jego dłoń do ust, jakby chciał ją pocałować, ale chuchnął tylko, sprawiając, że zmarznięte knykcie jeszcze mocniej poczerwieniały, pogłębiając kontrast pomiędzy sobą, a alabastrowym odcieniem skóry.


I won't deny I've got in my mind now all the things we'd do
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you
motyl
I wish they would only take me
— as I am —
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Łagodność rysów czyni go bardziej podobnym do chłopca, aniżeli mężczyzny u progu trzeciej dekady życia. Sylwetka smukła, nosząca ślady niedowagi, zaś wzrost przeciętny (zaledwie 177 centymetrów). Jasne włosy opadają miękko na czoło, a błękitne oczy patrzą ufnie na swych rozmówców. Odzienie skromne, z licznymi śladami reperowania.

Ariel
#4
26.03.2023, 20:38  ✶  
Śmiech wyrywa się spomiędzy warg Ariela, lecz próżno doszukiwać się w nim nuty szyderstwa; niesie się nad pastwiskami, przenika przez krople deszczu i rozmywa dię dopiero natrafiwszy na ścianę oblanego młodą zielenią zagajnika.
— Dobrze więc — mówi z radością wibrującą w łagodnym głosie — Dla ciebie mogę być i zjawą. Mam szczerą nadzieję, że nie boisz się duchów.
Próbuje wyłowić z meandrów pamięci twarz tego chłopaka (och, jakże piękna to twarz; z wielkim wysiłkiem powstrzymuje się, aby nie wyciągnąć ku niej dłoni i nie zbadać zakrzywienia łuków brwiowych, prostego nosa i miękkości warg, uprzytomniając sobie w ostatniej chwili, że byłoby to wielce nietaktowne), lecz na próżno - każda komórka buntuje się przed twierdzeniem, że już kiedyś przyszło im się spotkać. Zakłada więc naiwnie, że jest to przybysz z daleka, nowa dusza w Dolinie i poczuwa się w obowiązku rozłożenia nad nią parasola swej troskliwości.
— Mieszkam za tym wzgórzem — kiwa głową w kierunku wzgórza po przeciwnej stronie, z którego zbiegła ta przyodziana w sukienkę istota — Możesz ogrzać się przy piecu. Zaparzę nam ziół i odgrzeję zupę.
Zdaje się nie rozumieć ognia trawiącego nieznajomego od środka, choć dobrze zna smak uniesień. Nie potrafi jednak odróżnić charakterystycznego dla swej artystycznej osobowości zachwytu nad cudzym pięknem od pożądania, w świecie, w którym żyje granica pomiędzy tymi dwoma stanami jest zatarta - w jednej chwili trzyma w rozedrganej dłoni ołówek, studiując aparycję swojego modela, w następnej bada jego ciało własnymi palcami. Nie pojmuje tego, ale też nie opiera się słodkiej ekstazie, której w żaden sposób nie łączy z miłością, ani konkretną osobą. Ariel bowiem nie potrafi kochać jednego tylko człowieka - kocha wszystkie żywe stworzenia.
Ciepło obcego oddechu na dłoni uświadamia mu, jak bardzo jest odrętwiały. Nagle suknia przylegająca do ciała staje się nieprzyjemnie ciężka, zaś skórę przyzdabiają charakterystyczne wypuklenia. Chce zedrzeć z siebie wilgotne odzienie, które tylko potęguje uczucie chłodu, lecz najpierw musi dostać się do domu. Bezpardonowo więc chwyta nieznajomego pod ramię i prowadzi pod górkę.
— Mawiają, że moja prababka była najprawdziwszą wiłą — oświadcza z wyrazem rozmarzenia w jasnych oczach zniżając głos do konspiracyjnego szeptu, zupełnie tak, jakby była to jedna z największych tajemnic — Ale we mnie nie ma nic niezwykłego.
Nie było to prawdą; chociaż wiły nie obdarzały swych męskich potomków szczególnymi zdolności, to nie wolno odmówić mu powabności godnej rusałki, bijącej od niego eteryczności, a także kokieteryjności skrytej za woalem niewonności. W każdym ruchu Ariela kryje się coś prowokacyjnego, a zarazem czystego, czego istnienia zdaje się nie mieć świadomości.
— Jak ci na imię? —  pyta, gdy docierają na szczyt wzgórza. Przystaje na chwile, a przed nimi rozciąga się widok na skromną, obdartą pazurem czasu chatkę porośniętą bluszczem uzurpującym sobie okna. Wokół budynku znajduje się poletko obsadzone roślinami - słonecznikami, jak ma okazać się latem, teraz jednak są zbyt niskie i pozbawione charakterystycznych kwiatów, by je rozpoznać. Za nim stoją dwa budynki gospodarcze; niewielka drewniana stodoła i murowana obora, zaś po ogrodzonym podwórzu kręci się kilka kur, którym niestraszny deszcz. Kilkadziesiąt metrów za zagrodą zaczyna się Knieja Godryka, budząca jednoczesny lęk oraz zachwyt. W dole, po prawej stronie rozciąga się natomiast widok na Dolinę - teraz częściowo skrytej za szarą ścianą deszczu. Z komina położonego na uboczu domostwa unosi się słaby dym.
— Ogień jeszcze nie wygasł —  mówi z uśmiechem, a potem zbiega z czarodziejem w dół.
Loverboy
'It gets better!!!'
stfu It got worse-
wiek
22
sława
II
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
Brak
Ciemne długie i niesfornie wywijające się włosy, gęste brwi i szeroki uśmiech. Charles to wysoki na 188 centymetrów młody mężczyzna. Nie wyróżnia się imponującą muskulaturą, ale nie jest też chuderlawy. Do życia ma tyle samo dystansu, co do siebie, więc bardzo często można usłyszeć jak się śmieje. Ciemne oczy to zwierciadła jego duszy, a te już nie tak często wyrażają pozytywne emocje. Ubiera się luźno, stawia na swetry, golfy, czasami nawet bluzy czy mugolskie (!) trampki. Przy pierwszym spotkaniu często wydaje się czarujący, momentami szarmancki. Rodzice próbowali wyuczyć go bardziej wyrafinowanego akcentu, ale Charlie do dzisiaj nie pozbył się pozostałości dewońskiego zaciągania, co uwydatnia się w momentach ekscytacji i upojenia alkoholowego.

Julien Fitzpatrick
#5
16.04.2023, 20:27  ✶  
Pragnienie bliskości nie ustawało. Chłodny, wiosenny deszcz wypełniał nozdrza świeżym zapachem skropionej nim trawy i szeleszczących, budzących się do życia pąków kwiatów. Uczucie ekscytacji przeplatało się z dreszczem towarzyszącym sytuacjom, gdy człowiek poddaje się chęci ponownych narodzin, przysposobienia się do świata przed swoimi oczyma; teraz ta łagodna istota była dopełnieniem, którego szukał, kropką nad 'i', na której potrzebował zamknąć swoje usta w namiętnym pocałunku.
- Czego tu się bać? Jeżeli już mam być zwodzony na pokuszenie, to tylko i wyłącznie przez przemoczoną do suchej nitki istotę nie z tej ziemi - mruknął doń, sygnalizując, że jego słowa zahaczają o prawdę jedynie w przenośni potrzebnej do wykończenia komplementu.
Dał się porwać, bez skrępowania skupiając spojrzenie na swoim nowym towarzyszu, wsłuchując się w łagodność głosu wibrującego niczym szum deszczu pomiędzy dopiero co rozkwitającymi w wiosennej ulewie drzewnych gałązkach. Czerwone usta przynosiły na myśl wiśniowe wino domowej roboty, które ojciec stawiał w kącie posiadłości w Devonie, jego lepką konsystencję na chłopięcych palcach, elektryzującą słodycz niedostępności. Chwile domniemanego upomnienia, które wraz z obecnością nieznajomego, którego każdy zakątek ciała chciał jak najszybciej zwiedzić, poznać, doświadczyć, uwydatniały się w przyspieszającym biciu serca, krokach w ustronne miejsce.
Ścisnąwszy ramie swojego kompana poczuł szorstkość materiału sukienki. Złapał 'zjawę' pewniej, tak, aby ich kroki układały się w ten sam rytm w miarę naturalny sposób; aby podzielić się ciepłem, którego tak widocznie potrzebowała druga osoba, przynajmniej fizycznie. Chłodne knykcie, na które jeszcze chwilę temu chuchał pozostawiły wyrwę w sercu, chęć zapełnienia jej kolejnym dotykiem, być może mniej ulotnym, zakorzeniającym się w kanalikach uczuciowych chwilą uniesienia.
- W każdym z nas jest coś niezwykłego - usta rozciągnął w uśmiechu, próbując rozdzielić uwagę pomiędzy rozmówcę, a ścieżkę po której stąpali. Ostatnie czego chciał to potknąć się na wystającym z grząskiej od deszczu ziemi kamieniu - Może potrzebujesz pomocy w odkryciu, co takiego czai się wewnątrz ciebie - dokończył myśl gładko, pozwalając jej wkraść się do uczu rozmówcy, meandrować pomiędzy szumem spadających z ciemnych chmur kropli. Niebo wydawało się chcieć wypłukać ich ze swoich własnych, wcześniejszych przeżyć, aby stanęli przed sobą jako niezapisane, czyste stronice, które nie mają przed soba nic do ukrycia; jakże idylliczna myśl, której biel plamił przymus kłamstw i ukrywania swojej prawdziwej twarzy.
- Charles - wybrzmiały klarownie myśli Rookwooda.
- Julien - wypowiedziały płynnie jego usta.
Widok Doliny oddzielonej od nich ścianą deszczu uświadomiło mu jak daleko od swojego poprzedniego życia się znalazł. Niebiańskie krople powinny oczyszczać, a on czuł się tylko coraz bardziej zabrudzony, ciężki, jakby miał zwiędnąć w czyichś ramionach, ironicznie do pory roku, pozwalając, by wszystkie płatki osiągnięć jego życia opadły sucho na podłogę, przedwcześnie. Zbyt dużo podlewania szkodzi kwiatom, ale Charles miał w sobie zbyt dużo woli walki, aby pozwolić sobie odejść bez zebrania żniw zadośćuczynienia.
Zabłądził we własnych myślach, czując jakoby ciężkie chmury wisiały tylko i wyłącznie nad jego głową, a nie Doliną Godryka i okolicach. Ostre powietrze osadzające się na twarzy przy zbieganiu ze wzgórza zagnieździło się w nozdrzach i odbierało oddech, nie w ten sposób, w który Charles chciał, aby ten był odbierany.
Przekroczyli próg chatki zostawiając za sobą ulewę, wkraczając w świat komfortowego półmroku i tańczących na ścianach ogników dogasającego kominka. Wnętrze było przytulne. Szarość dzisiejszego dnia wpadała do pomieszczenia przez spętane pajęczyną kraciastych wzorów okna, teraz zamknięte, wpuszczające deszcz do środka jedynie przez dudnienie odbijających się od szyb kropel, jakie jeszcze przed sekundą gubiły się w ciemnych włosach Rookwooda i materiale zwiewnej sukienki gospodarza.
- A jak tobie na imię? Chyba, że mam kontynuować kreatywne nazewnictwo twojej osoby. Istota nie z tej ziemi, piękność spod wzgórza - mówiąc to, nie puścił ramienia swojego kompana, przesunął dłonią po jego ręce i położył dłoń na lędźwiach, przysuwając głowę do ucha, pozwalając, aby mokre kosmyki ich włosów się ze sobą spotkały - urokliwie ulotna osoba z pogranicza Doliny Godryka i reszty wszechświata... - kontynuował, kolejne słowa wypowiadając 'nieznajomemu' do ucha niemalże dotykając je chłodnymi wargami, ściszając głos do poziomu pykającego w kominku, chropowacie dogasającego drewna.
Byli zetknięci ciałami, zaplątani w pnącza sklejonych ze sobą, wymownie, mokrych ubrań.
Zsunięcie materiału sukienki z alabastru ramienia spowodowało, że samotna kropla pociekła po ramieniu, skapując na drewno posadzki.
- Zjawa - mruknął, jeszcze, kontynuując wyliczankę - dopóki nie użyje sposobu, aby się przekonać, że jesteś tu fizycznie, tak samo jak duchowo - filuterny błysk w oczach, wydawał się przygrywać kolejnym słowom.


I won't deny I've got in my mind now all the things we'd do
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you
motyl
I wish they would only take me
— as I am —
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Łagodność rysów czyni go bardziej podobnym do chłopca, aniżeli mężczyzny u progu trzeciej dekady życia. Sylwetka smukła, nosząca ślady niedowagi, zaś wzrost przeciętny (zaledwie 177 centymetrów). Jasne włosy opadają miękko na czoło, a błękitne oczy patrzą ufnie na swych rozmówców. Odzienie skromne, z licznymi śladami reperowania.

Ariel
#6
23.05.2023, 16:53  ✶  
Słowa nieznajomego rozlewają się rozkosznym ciepłem wewnątrz Ariela. Więcej, błaga złaknione dalszych pieszczot ego, lecz w ostatniej chwilii powstrzymuje go rozsądek. Przyjdzie jeszcze czas na zachłanność, uśmiecha się i składa jasną głowę na ramieniu nieznajomego, nieskrępowanie i naturalnie, zupełnie tak, jakby od zawsze było tam jej miejsce. Chłopak jest miękki i ciepły i pachnie... och, ciężko mu przywołać jakiekolwiek skojarzenie, ale to bardzo przyjemny zapach, tak fascynująco różny od mieszanki ziół i farby, do której przywykł. Zapach drugiej osoby. Dopiero wtedy zdaje sobie sprawę z tego, jak odrętwiałe ma ciało; nie tylko od chłodnego wiosennego deszczu, lecz także od długich zimowych miesięcy wypełnionych jedynie samotnością.
— Julien — powtarza za nieznajomym, wyraźnie akcentując każdą sylabę; ostrzejsze ju i łagodniejsze lien. Przygląda się przy tym profilowi chłopaka, jakby chciał sprawdzić, czy imię pasuje do jego właściciela i jak leży na jego własnych wargach. — Ładnie — oświadcza w końcu. Nie wietrzy kłamstwa; wszystko jest tak oszałamiające, że równie dobrze mogłoby być iluzją.
Stare deski podłogowe wydają z siebie żałosne jęki, gdy Julien-Charles przekracza próg skromnego domostwa. Ariel natomiast porusza się bezgłośnie niczym kot, zdaje się płynąć w powietrzu, jednakże próżno doszukiwać się w tym udziału magii; po blisko trzech dekadach w tym samym miejscu zna przecież przedpokój na pamięć, wie w którym miejscu stawiać stopę, aby nie zdradzić swej obecności. Stary nawyk z choroby matki, a później babki, gdy każdy najmniejszy szmer wyrwać mógł je z płytkiego snu.
Powietrze jest ciężkie od woni suszących się na rozwieszonych pod sufitem sznurkami ziół, podobnie jak ciężka jest przemoczona suknia. Kiedy więc chłopak odważa się na obnażenie jego ramienia, Lysander uśmiecha się szelmowsko i pozwala, by odzienie - jedyne, jakie na sobie tego dnia ma - z cichym szelestem opadło na podłogę. Teraz stoi przed nim nagi, ale nie pozwala Julienowi na lustrowanie jego ciała wzrokiem. Ujmuje jego twarz w chłodne dłonie i przysuwa się do gościa.
— Mów mi Ariel — szepce, a zaraz potem wspina się na palce i składa na jego ustach delikatny pocałunek; zwykłe subtelne muśnięcie warg, jak skromna przystawka przed głównym daniem. Prędko odsuwa się od niego i zwinnie wysuwa z jego ramion z uśmiechem mówiącym jeszcze nie, choć sam drży z pożądania trawiącego ciało. Otwiera jedną część białych dwuskrzydłowych drzwi i znika w pomieszczeniu za nimi, dając mu dyskretnie znak, że powinien za nim podążyć. W pokoju jest nieco chłodniej, ale również nieco przytłaczająco od unoszącej się kwaśno-gorzkiej woni farb. Rozłożone na podłodze gazety szeleszczą pod każdym krokiem, a pod ścianami (trudno określić jakiego koloru, bowiem każdą wolną przestrzeń zajmują szkice) piętrzą się płótna oraz podniszczone szlatugi. Dopiero po chwili z chaosu wyłaniają się meble - szafa z lustrem na drzwiczkach, regał z niedbale poukładanymi książkami, zawalone rysunkami biurko i dosunietę do niego krzesło z podniszczonym swetrem zawieszonym na oparciu. Jest też łóżko, starannie zaścielone, tak bardzo niepasujące do panującego wokół bałaganu. Meble wyglądają na solidnie wykonane, lecz miejscami obdarte są przez pazur czasu.
Na środku sypialni stoi Ariel i wyciąga dłoń w kierunku Juliena.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ariel (1383), Julien Fitzpatrick (1860)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa