• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 9 10 11 12 13 … 16 Dalej »
[Luty 1970, Londyn - Rezydencja Borginów] Sprawy ważne i ważniejsze| Staś & Tosiek

[Luty 1970, Londyn - Rezydencja Borginów] Sprawy ważne i ważniejsze| Staś & Tosiek
Kapryśny Dziedzic
"Have some fire. Be unstoppable. Be a force of nature. Be better than anyone here and don't give a damn about what anyone thinks."
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Anthony jest wysokim i dobrze zbudowanym facetem, schludnym i przeważnie elegancko ubranym, zważywszy na swoją pozycję.. Ma burzę brązowych, niesfornych włosów - delikatnie kręconych i duże oczy. Gdy się uśmiecha, czasem pojawiają mu się dołeczki w polikach i ma ten charakterystyczny, zadziorny wyraz twarzy. Lubi nosić zegarki, na palcu ma sygnet rodowy. Jeśli nie korzysta z teleportacji, spotkać go można na motorze.

Anthony Ian Borgin
#1
15.08.2023, 21:14  ✶  
Omiótł spojrzeniem dworek, w którego wysokich oknach tliły się wątłe światła. Niebo było zasypane ciemnymi chmurami, zupełnie jakby zawsze zakrywały je, gdy tu wracał. Co tym razem przeskrobał? Czego powinien się spodziewać? Czy ojciec był wkurwiony? Stał tak z ręką w kieszeni skórzanej kurtki, a w drugiej trzymał papierosa, zaciągając się jego uspokajającym dymem. Ubrał się przyzwoicie, nawet niesforne włosy doprowadził do względnego porządku, pozbywając się z czoła niesfornych kosmyków. Nie śpieszyło mu się aż tak, była dopiero dziewiętnasta, a swoją wizytę zapowiedział jakiś czas po siódmej. Niedawno skończył pracę, jako świeżo upieczony komornik zrzucano na niego najbardziej upierdliwe obowiązki, raporty i sprawdzanie orzeczeń majątkowych, nic fascynującego, a przeglądanie papierów zajmowało całe dnie. Z drugiej jednak strony, mógł doszlifować swój inny talent, przyglądając się podpisom oraz zapamiętując zastosowane sformułowania. Rzucił niedbale peta, przetrzymując w płucach zaczerpniętą nikotynę chwilę dłużej, a potem zdeptał go butem i ruszył w stronę drzwi, prędko pokonując kamienne schodki. Nie musiał stukać kołatką znajdującą się na podwójnych, ciemnych drzwiach - to był przecież jego dom, miejsce, które kiedyś miało należeć do niego, jak umrze dziadek i ojciec. Upierdliwie.

Wewnątrz było ciepło, przyjemnie pachniało. Matka zawsze dbała o porządek, podobnie jak babcia. Poza skrzatami, mieli również dwie gosposie, jakieś bidule, które babuleńka zatrudniała z dobrego serca, a on wykorzystywał je do swoich cichych treningów hipnozy, gdy nadawała się ku temu okazja. Zawsze były jednak dla niego dobre, przynosiły mu nawet po cichu jedzenie, gdy ojciec zabraniał, więc nie robił mu krzywdy. Były pożyteczne, bardziej niż większość mugolskiego robactwa, które mogłoby podzielić los zgaszonego przez niego wcześniej papierosa. Przywitały go z euforią, zabrały kurtkę i oznajmiły, że Stanley czeka w jednym z salonów. Dom był duży, urządzony gustownie i elegancko, ale konserwatywnie. Ciemne meble oraz podłogi, jakieś trofea i zegar z kukułką, a także wysoka klatka schodowa z zaokrąglonymi schodami, które wydawały z siebie charakterystyczne stuknięcia oraz skrzypnięcia, gdy się po nich wchodziło. Kobieta o przyprószonych siwizną, brązowych włosach nie wspomniała o ojcu, więc Tosiek od razu miał lepszy humor. Może go nie było?

Do saloniku dotarł dość szybko, pukając najpierw, a potem otwierając drzwi. Izba była niewielka, dominującym kolorem była butelkowa zieleń, która obijała miękką kanapę oraz fotele, usadowione przed kominkiem. Był tu wysoki regał z książkami, biurko oraz rośliny doniczkowe. Wszystko czyste i zadbane, chociaż drewno było stare i porysowane. Również przez niego i Stanleya, który siedział w jednym z foteli. Na jego widok, błysnęły mu oczy i ruszył w jego stronę, zamykając za sobą drzwi. Ubrany w ciemną koszulę oraz spadnie, zadbał nawet o perfumy. Od dziedzica wiele wymagano. Na przywitanie przytulił krótko brata i poklepał po plecach. - Cześć Stasiu. - zaczął z charakterystycznym dla siebie, figlarnym brzmieniem głosu, a gdy ten zajął miejsce, Anthony rozsiadł się na kanapie, zakładając nogę na nogę. Wiedział, że gosposia przyniesie im zaraz coś dobrego, zawsze tak robiła. Był trochę głodny, drinkiem też by nie wzgardził. Podniósł spojrzenie na Stanleya, powolnie lustrując go wzrokiem. - Zawsze lubiłeś ten pokój. Mają tu fajne książki, nie? Ojca nie będzie? - zapytał jak gdyby nigdy nic, przenosząc na chwilę wzrok na mebel wypełniony opasłymi tomiskami o tematyce wszelakiej, chociaż znacznie więcej dzieł było w biblioteczce. Stuknął palcami w oparcie kanapy, zegarek błysnął mu na nadgarstku. - Coś się stało? Twój list niewiele mi powiedział. Wybacz, że nie wyrwałem się wcześniej, mam kupę roboty. Początek roku to nowe sprawy o oszustwa podatkowe, wyłudzenia i inne brednie. - machnął niedbale dłonią, czując jednak potrzebę wytłumaczenia się przed swoim ulubionym członkiem rodziny. Borgin doskonale jednak wiedział, że Tosiek nigdy unikał z nim spotkań i nie wymigiwał się od rodzinnych obowiązków, niezależnie, jakie były. Przeniósł na niego zaintrygowane, pytające spojrzenie, jednak nie poganiał go specjalnie. Cierpliwości go nauczono.
Ogórkowy Baron
Świat nie ma sensu. Trzeba mu go nadać samemu
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stanley mierzy około metra dziewięćdziesięciu wzrostu i jest atletycznej budowy ciała. Jego krótko ścięte, zaczesane na bok ciemnobrązowe włosy okalają owalną twarz, która zrobią piwne oczy. Zawsze ma lekki, kilkudniowy zarost w postaci wąsa i brody. Na co dzień można go spotkać noszącego mundur brygadzisty. Jeżeli jednak uda się komuś go wyciągnąć na jakąś aktywność niedotyczącą pracy to przybędzie w długim, ciemnym płaszczu, a pod spodem będzie miał koszulę i najprawdopodobniej krawat. Wypowiada się w sposób spokojny dopóki nie zostanie wyprowadzony z równowagi.

Stanley Andrew Borgin
#2
16.08.2023, 18:34  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.08.2023, 18:38 przez Stanley Andrew Borgin.)  

Rodzinna rezydencja zawsze kojarzyła mu się miło. Najpierw z dziecinną beztroską, a później z naradami, niczym w kuluarach, w których już jako dorosły Borgin brał udział. Do budynku dotarł całkiem wcześnie jak na godzinę, którą ustalili jako rozpoczęcie spotkania, wszak progi domu przekroczył już chwilę po siedemnastej. Nie próżnował jednak i odwiedził Williama, dziadka, a zarazem nestora ich rodu. Zjedli razem obiad przy akompaniamencie rudawego trunku aby później przenieść się do jego gabinetu, gdzie rozmawiali o sprawach ważnych i ważniejszych. Pogawędka trwała dobrą godzinę kiedy to Stanley przeprosił i powiedział, że czekają na niego dalsze obowiązki, a mianowicie rozmowa z Anthonym. Starszy z Borginów oczywiście rozumiał to. W końcu za jego prośbą, wręcz namową ta rozmowa miała się właśnie odbyć. Nestor wiedział również, że obydwaj kuzyni dogadują się ze sobą jak nikt inny, nic więc dziwnego, że to akurat Stanley został wybrany do tej rozmowy z Ianem.

Salonik, który został wybrany do przeprowadzenia dyskusji, swego rodzaju debaty, a może rodzinnej indoktrynacji, przypominał małą biblioteczkę. Nie miał co prawda jakichkolwiek szans z biblioteką, która znajdowała się na piętrze i pełniła swoją funkcję zgodnie z nawą ale miał w sobie to "coś". Stanley czuł tu się niczym ryba w wodzie chociaż sam nie wiedział dlaczego. Bez dwóch zdań można było to uznać za pewnego rodzaju gabinet, który jednak nie miał właściciela jak pozostałe pokoje w rezydencji.

Słysząc otwierane drzwi, podniósł wzrok. To nie mógł być nikt inny jak Anthony we własnej osobie. Uniósł kącik ust na widok swojego kuzyna i nie czekając na specjalne zaproszenie wstał, kierując swoje kroki w jego stronę. Zasady dobrego wychowania wymagały aby to właśnie starszy z Borginów przywitał się z młodszym, co oczywiście zamierzał zrobić. Powitał go przyjacielskim misiaczkiem, nie omieszkując go również poklepać po plecach - Witaj, witaj. Siadaj, rozgość się we własnym domu - zaśmiał się, wszak brzmiał trochę jak gospodarz pomimo tego, że to drugiemu mężczyźnie było bliżej do tego. Od razu powrócił do swojego chyba ulubionego fotela na którym rozsiadł się wygodnie.

Stanley ubrany był w ten sam sposób co zawsze. Nienagannie wyprasowana śnieżnobiała koszula, czarne spodnie w kant, buty pantofle i ciemny płaszcz, który jednak został na wieszaku przy głównych drzwiach. Ten sam płaszcz, który dostał od nestora rodu na sam koniec edukacji w Hogwarcie i ten sam z którym nie mógł się rozstać mimo przekonywań rodziny, że powinien sprawić sobie nowy. Sam zainteresowany nie narzekał, odzienie nadal prezentowało się zjawiskowo i pomimo tylu lat, nie było na nim większych ubytków czy zniszczeń.

- Prawda. Ciężko by mi było się nie zgodzić. Ten gabinet ma w sobie po prostu to coś. Ma taką duszę, przemawia do mnie. A po drugie jest tutaj kominek w którym zawsze można napalić... Chociaż może dlatego, że dziadek zawsze nam tutaj czytał książki na wakacjach? - przeniósł zaciekawione spojrzenie na kuzyna, tłumacząc mu skąd mogło pochodzić to uwielbienie. Słysząc jednak drugie pytanie, odnoszące się do Bartholomeusa, podniósł się z fotela i podszedł do dużego okna. Prawą dłonią odsłonił kawałek zasłony z firaną aby się przyjrzeć temu co widzi za oknem - A od kiedy jest on nam potrzebny? - zapytał wpatrując się w ogród za oknem - Wierz mi lub nie ale gdyby był tutaj potrzebny to by tutaj z nami siedział - pokiwał lekko głową na zgodę z własnymi słowami, a następnie odwrócił się do Anthony'ego, opierając się o parapet - Czy coś się stało? Zależy jak powinniśmy interpretować te słowa. Zawsze się coś dzieje. Nie ma przecież dnia w którym by się coś nie działo - odparł trochę tajemniczo, nadal nie zdradzając o co może chodzić w tym spotkaniu - Nic się jednak nie bój. Nikt nie chce się Ciebie pozbyć ani detronizować z roli dziedzica rodziny - zaśmiał się pod nosem. Nadal trochę nie dowierzał, że jego młodziutki kuzyn kiedyś będzie rządził tą rodziną. Chciał jednak wierzyć, że nie nastąpi to zbyt szybko, ponieważ ten musiał się jeszcze wiele nauczyć, a najlepiej to ustatkować aby przestał myśleć o wszystkim co jest płcią piękną i jeszcze oddycha.

- Wszystko rozumiem. Nie przejmuj się. Sam w końcu pracuję w Ministerstwie, przygotowuję się do bycia Aurorem. Początki roku są zawsze najgorsze - zgodził się, kontynuując po chwili - Zanim zaczniemy, poprosiłem aby przyniesiono nam trochę mocniejszego trunku i dwie szklanki... - dodał, spoglądając na swój zegarek na dłoni - Które powinny być... Mniej więcej teraz? - zadał retoryczne pytanie, podnosząc wzrok na twarz kuzyna gdy rozległo się pukanie w drzwi, co Stanley skwitował tylko szerokim uśmiechem. Co by złego nie mówić, Isabella dobrała bardzo zgrane i punktualne gosposie czy służących - Idź odbierz. Nie każ im czekać. Jeszcze pomyślą, że coś złego zrobiły, a tak przecież nie było. Podziękuj tylko ładnie jak na dziedzica przystało - polecił młodszemu mężczyźnie i oddelegował go dłonią w żartobliwym geście.



"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina

"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972
Kapryśny Dziedzic
"Have some fire. Be unstoppable. Be a force of nature. Be better than anyone here and don't give a damn about what anyone thinks."
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Anthony jest wysokim i dobrze zbudowanym facetem, schludnym i przeważnie elegancko ubranym, zważywszy na swoją pozycję.. Ma burzę brązowych, niesfornych włosów - delikatnie kręconych i duże oczy. Gdy się uśmiecha, czasem pojawiają mu się dołeczki w polikach i ma ten charakterystyczny, zadziorny wyraz twarzy. Lubi nosić zegarki, na palcu ma sygnet rodowy. Jeśli nie korzysta z teleportacji, spotkać go można na motorze.

Anthony Ian Borgin
#3
16.08.2023, 20:38  ✶  
Gdy ojca nie było, rezydencja była znośna. Miał tu też dobre wspomnienia, o ile wyciąć z niej lewe skrzydło drugiego piętra, gdzie był gabinet oraz pokoje ojca. Nie miał też pretensji do dziadków, nigdy nie wtrącali się w metody wychowawcze swoich dzieci, ale Tony był też przekonany o tym, że stary zastosował wszystkie potrzebne środki ostrożności, podczas swoich reprymend oraz sprawdzania tego, co Tosiek robił, gdy nie było go w domu. Nigdy nie mógł pojąć, dlaczego trzeba trzymać się sztywnych gałęzi drzewa, kiedy to Stanley byłby znacznie lepszym materiałem na dziedzica, niż on. Brat był w oczach młodego mężczyzny człowiekiem, na którym warto się wzorować. Owszem, miał kilka wad, ale na tyle drobnych i nieistotnych, że w żaden sposób nie przyćmiewały jego zalet. Lepiej by sobie radził, był bardziej odpowiedzialny i nie reagował impulsywnie, szaleńczo, jak czasem robił to on. Czy szaleństwo było dziedziczne i on też skończy, wychowując tak swoje dzieciaki? Skrzywił się do swoich myśli, zauważając, że zatrzymał się na chwilę przy jednym z wiszących na ścianie portretów. Pokręcił głową, wracając do rzeczywistości i znów ruszył, wprost do saloniku.
Widok Stanleya zawsze sprawiał, że się uśmiechał. Z pewną dozą czułości wręcz przywitał brata, uznając, że niezmiennie, zapach jego perfum lub też wody kolońskiej kojarzył mu się z bezpieczeństwem oraz troską. Jeśli istniał człowiek, który miał w gruncie rzeczy nad młodym Borginem kontrole, był to właśnie Stasiek. Nie ojciec, nie matka, nie brat i nawet nie siostra, która była jego oczkiem w głowie, a właśnie ten nieco starszy, rozwijający prężną karierę w Ministerstwie mężczyzna.
- Jak to będzie kiedyś mój dom, to dostaniesz plakietkę na drzwi od tego pokoju i to będzie Twój gabinet, bo to też Twój dom. - zauważył ze wzruszeniem ramion, przekazując mu tym samym pierwszy dekret, który wprowadzi w życie razem ze śmiercią ojca. Dziadkowi życzył długiego życia, znał się na artefaktach, jak mało kto i wciąż miał wiele do pokazania wszystkim swoim wnukom. Zlustrował go wzrokiem, uśmiechając się pod nosem — zawsze wyglądał dobrze, przynajmniej jak zastępca dowódcy aurorów czy innych brygadzistów, nigdy tego nie rozróżniał.
Zaśmiał na jego słowa, kręcąc głową, bo widocznie przypomniała mu się jedna z książek. Faktycznie, dziadek brał całą trójką i czasem nawet ich siostrę, na stole stawiano słodkości, których normalnie matki nie dawały im jeść przed obiadem. A potem łagodny, ale i stanowczy głos starszego Borgina porywał ich do świata pełnego przygód, piratów i skarbów. Byli też rycerze i smoki, które porywały księżniczki. - Nikt nie czytał książek tak, jak dziadek. Nawet młoda potrafiła wysiedzieć całą historię dla chłopców, zapatrzona z otwartymi oczami. Zakładałem się wtedy, czy mucha jej wleci.
Wtedy było prościej. Nie było presji, kariery, dziedzictwa i tego całego cyrku, który rozgrywał się dookoła. Mugoli się jeszcze aż tak nie tolerowało, starano się nie mieszać dwóch światów. Poprawił się na głębokim siedzisku kanapy, plecami przywierając do leżącej tam poduchy. Ściągnął brwi na słowa Stanleya, odprowadzając go wzrokiem z odrobiną zdezorientowania na twarzy. - Nigdy nie był. - przyznał półszeptem, jakby w obawie, że ojciec zaraz w paraduje do pokoiku i zdzieli go w twarz za brak szacunku. Brat jednak nie wpuściłby go w maliny, nie wystawił w taki sposób. Wydał z siebie pytający pomruk, krzyżując ręce na piersiach. Poczuł w kieszeni paczkę papierosów, a obok ciężką, metalową zapalniczkę. Zassało go nieco nikotynowym głodem, ale nie wyjął fajki. Słuchał go dalej, nie bardzo rozumiejąc, do czego Borgin właściwie zmierzał. Przeskrobali coś? Młoda coś zrobiła? Stuknął palcami we własne ramiona, a gdy do uszu dobiegły słowa o dziedzictwie, wywrócił oczami. - Każdy w tym domu wie, że to powinieneś być Ty, nie ja. Mogę Ci to oddać, dziadek pewnie by się zgodził. Można podrobić papiery i zamienić nas miejscami.
Wzruszył ramionami, jakby istotnie, była to najprostsza robota na świecie. Miał talent nie tylko do liczenia pieniędzy, ale również kaligrafii. Doskonale podrabiał pisma urzędowe i listy, odtwarzał zniszczone dokumenty i nawet tworzył identyczne pieczęcie woskowe, dzięki czemu wiele możliwości tkwiło przed ich rodziną otworem. Był to dar niezwykle praktyczny w tych czasach, zwłaszcza pracując w Departamencie Skarbu.
I wcale nie myślał tylko o kobietach, a na pewno nie o wszystkich, był bardzo wybredny!
- Jak chcesz mnie upić i przekonać do ożenku, to Ci się nie uda. Nie wezmę za żonę panny, której nie znam. - pogroził mu nawet żartobliwie palcem, chociaż jego słowa były jak najbardziej szczere. Jeśli by go zmuszono do zawarcia narzeczeństwa, którego nie chciał, musiałby przekonać siłą swoją przyszłą żonę, że to bardzo zły pomysł. A na co komu tyle kłopotów i fatygi? - No i widzisz? Ty zachowujesz się jak głowa rodu, a ze mnie Twój młodszy brat!
Rozłożył ręce, bo miał przecież rację. Stasiek nie musiał jednak prosić dwa razy, Tony wstał i wygładził odzienie, a potem ruszył do drzwi. Otworzył, obdarzając kobietę spokojnym spojrzeniem, uśmiechnął się nawet i puścił jej oczko, komplementując dobrze wykonaną pracę i wciskając w dłoń dwa galeony, które miał w kieszeni. Dygnęła zadowolona, zamykając za nim, podczas gdy niesforna, bujająca w obłokach przyszła głowa rodu, odstawiła tackę na stolik. Oczywiście były też przekąski, doskonale. Ujął kryształową karafkę, rozlewając im do szklanek, a potem podszedł do brata, podając mu alkohol. Sam spojrzał za okno, wolną dłonią odgarniając firankę. - Jak idą przygotowania do tego egzaminu na aurora? Wszystko w porządku?
Zapytał spokojnym głosem, ale z łatwością wyczuwalne było w nim zainteresowanie oraz troska. Przecież dałby się za niego pociąć. Zwilżył wargi, odstawiając szklankę na parapet i wyjął paczkę papierosów, wysuwając ją w stronę stojącego obok mężczyzny, aby się poczęstował. Dlaczego właściwie go wezwał do tego gabinetu bez ojca lub dziadka, innych przedstawicieli rodu i na dodatek prowadził rozmowę w ten sposób?
Ogórkowy Baron
Świat nie ma sensu. Trzeba mu go nadać samemu
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stanley mierzy około metra dziewięćdziesięciu wzrostu i jest atletycznej budowy ciała. Jego krótko ścięte, zaczesane na bok ciemnobrązowe włosy okalają owalną twarz, która zrobią piwne oczy. Zawsze ma lekki, kilkudniowy zarost w postaci wąsa i brody. Na co dzień można go spotkać noszącego mundur brygadzisty. Jeżeli jednak uda się komuś go wyciągnąć na jakąś aktywność niedotyczącą pracy to przybędzie w długim, ciemnym płaszczu, a pod spodem będzie miał koszulę i najprawdopodobniej krawat. Wypowiada się w sposób spokojny dopóki nie zostanie wyprowadzony z równowagi.

Stanley Andrew Borgin
#4
19.08.2023, 22:12  ✶  

Niestety, bądź stety, Stanley był synem Anne, a nie Bartholomeusa czy innego syna Williama, którego akurat nie miał. To od razu stawiało go na samym końcu kolejki "do tronu". Pierwszy oczywiście był Anthony, zwany również dziedzicem, chociaż to raczej przezwisko, stosowane przez starszego Borgina w kierunku kuzyna. Drugi był brat Tośka, a dopiero trzeci być Stanley. Gdyby się zastanowić to nie był, aż tak daleko ale jakby Tony się ustatkował i miał własne dzieci, w tym syna, to kolejka do władzy od razu się wydłużała i chcąc, nie chcąc wypychała syna Anne jeszcze dalej w kolejce.

Uśmiechnął się słysząc słowa brata. Brygadzista zdawał sobie sprawę, że to po części jest jego dom ale prawdę mówiąc to właśnie siedzący przed nim mężczyzna miał do niego najwięcej praw z ich dwójki i tego nie dało się w żaden sposób zaprzeczyć. Prawdę mówiąc nie tylko Stanley wyglądał dobrze. Anthony też przecież miał dobry gust, chodził porządnie ubrany, wszak to była zasługa dziadka, który dbał o dobrą prezencję swojej rodziny. Zawsze chciał aby jego najbliżsi godnie reprezentowali rodzinę Borginów, co wszyscy oczywiście starali się robić.

William miał tutaj pełnię władzy, jedynie Isabelle potrafiła nad nim zapanować. Kiedy mówił aby przynieść wnukom słodycze - słodycze były przynoszone. Gdy mówił, że czas na bajkę - był czas na bajkę. Nikt nie oponował przez zaleceniami nestora. Każdy szanował jego decyzję i nikt ich nie podważał - Prawda - zgodził się na słowa dotyczące ich sesji z dziadkiem, te były w końcu iście magiczne. Stanley nie był w stanie sobie przypomnieć czy ktokolwiek w rodzinie potrafił zbudować taką atmosferę wokół siebie.

Bartholomeus mimo, że brał udział w naradach rodzinnych to przestał pełnić ważne role wśród Borginów. Nie miał posłuchu, krewni go nie szanowali. To nie był osobą, która dobrze by sprawowała władzę nad rodziną i jej interesami. On po prostu nie miał tego czegoś, co miał nestor. Coraz głośniej mówiło się, że powinno się zmienić zasady następstwa władzy aby zabezpieczyć się na moment odejścia Williama. Andrew nie wpuściłby Iana w maliny, a już na pewno nie w kwestii obecności jego ojca. Bardzo dobrze wiedział czego ten się dopuścił na własnych dzieciach. Tam nie było za grosz rodzicielskiej miłości, a jedynie ciężkie wychowanie. Stanley niestety był wtedy zbyt młody aby coś z tym zrobić, a jego siostry - Anne i Jennifer - zbyt słabe aby mu się sprzeciwić. Nic więc dziwnego, że to właśnie dziadek stawał w obronie swoich wnuków, które były jego oczkiem w głowie - każde po kolei.

- Anthony, proszę Cię. Przerabialiśmy już to. Ty będziesz dziedzicem. Uszanuj tradycję, która jest w tej rodzinie od pokoleń. Abym to ja został głową rodziny, musiałbyś zginąć, a tego bardzo bym nie chciał i tym bardziej bym na to nie pozwolił. Nadstawiłbym własną pierś aby tylko nic Ci się nie stało - zapewnił młodego, studząc jego zapał przy okazji - Nie przejmuj się. Zrobię wszystko co w mojej mocy aby pomóc Ci się przygotować do tej ważnej roli. Będziesz drugim Williamem, spoiwem rodziny. Osobą, do której każdy ciągnie ze swoimi problemami czy po poradę. Gwarantuję Ci. Potrzebujesz tylko trochę doświadczenia i wprawy - odparł, próbując pocieszyć go na duchu - Ja się nigdzie nie wybieram. Będę przy Twoim boku kiedy będziesz mnie najbardziej potrzebował, służąc Ci radą czy opinią tak jak reszta naszych braci czy kuzynów - dodał. W to akurat nie wątpił. W ich rodzinie było duże poszanowanie do tradycji. Jeżeli rodzina widziała, że dziedzic jest odpowiedni, wszyscy byli gotowi nieść mu pomoc w każdym momencie i Stanley był święcie przekonany, że Anthony takim nestorem kiedyś się właśnie stanie.

- Heh.. Nie. Nie będę Cię upijać abyś wziął ożenek z jakąś wybraną przez nas panną. Tego bym Ci nie zrobił... Wiesz, że masz do tego wolną rękę... W pewnym stopniu oczywiście - puścił oczko kuzynowi. Zasady wobec dziedzica były dużo bardziej restrykcyjne jak do reszty kawalerów w rodzinie. Bo to właśnie Ian musiał mieć najbardziej odpowiednią żonę - taką, która prezentowałaby się najlepiej ze wszystkich pozostałych dam wśród rodu.

Odebrał szklankę od brata, unosząc ją do góry aby wznieść mały toast - Za Twoją świetlaną przyszłość - uśmiechnął się szczerze, a następnie stuknął szklankami. Pociągnął mały łyk aby zwilżyć usta i po chwili kontynuował - Powoli do przodu ale to też nie jest tematem tego spotkania - wytłumaczył - Chciałem z Tobą porozmawiać o Nobbym Leachu. Byłym ministrze magii, który namieszał w naszym świecie jak sam skurwysyn. Tyle złego co on wyrządził to głowa mała. Chciałbym się dowiedzieć... Znaczy chcielibyśmy się wszyscy dowiedzieć co o nim sądzisz - poprawił się całkiem szybko, pozwalając sobie na mały zawadiacki uśmieszek, wszak został tutaj wysłany przez Williama aby zrobić mały wywiad i ewentualnie naprowadzić młodego Borgina na odpowiedni trop wśród opinii dotyczących tego ministra.



"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina

"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972
Kapryśny Dziedzic
"Have some fire. Be unstoppable. Be a force of nature. Be better than anyone here and don't give a damn about what anyone thinks."
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Anthony jest wysokim i dobrze zbudowanym facetem, schludnym i przeważnie elegancko ubranym, zważywszy na swoją pozycję.. Ma burzę brązowych, niesfornych włosów - delikatnie kręconych i duże oczy. Gdy się uśmiecha, czasem pojawiają mu się dołeczki w polikach i ma ten charakterystyczny, zadziorny wyraz twarzy. Lubi nosić zegarki, na palcu ma sygnet rodowy. Jeśli nie korzysta z teleportacji, spotkać go można na motorze.

Anthony Ian Borgin
#5
20.08.2023, 18:23  ✶  
Zdaniem Tośka, bardziej niestety. Wiedział, że musi już od wielu lat, ale wciąż nie znalazł metody, aby z tym się pogodzić. Nie był w swoich oczach najlepszym kandydatem do sprawowania pieczy nad rodziną Borginów, wciąż miał pstro w głowie i był paskudnie egoistyczny. Coś wewnątrz szeptało mu również, że mógłby przerodzić się we własnego ojca, jeśli los posłałby na jego drogę odpowiednie kłody. Był przecież porywczy. Jak miał być odpowiedzialny za nich wszystkich? Gdyby istniała taka możliwość — prosił lub raczej pytał dziadka o to kilkukrotnie, oddałby rolę Stanleyowi, a sam cieszył się wolnością i życiem. Samo utrapienie z tym całym dziedzicem, Salazar mu świadkiem.
Jeśli chodziło o najbliższych, Antek był człowiekiem czułym oraz lojalnym, wychodził z założenia, że co było jego, należało również do braci i siostry. Zrobiłby dla nich tak naprawdę wszystko, buntując się i obrażając głównie dla zasady. Wszyscy byli w podobnym wieku, przez co wychowywali się razem i zżyli ze sobą na tyle, że czasem nie musieli używać słów, wystarczyło spojrzenie do komunikacji. Stasiek był oczywiście dla niego najważniejszy i wyjątkowy, okazał mu dużo serca w czasach, gdy najbardziej go potrzebował. Sam nie wiedział, czy Czarodziej zrobił to świadomie, czy może po prostu tak wyszło, ale to właśnie dzięki niemu nie był teraz potworem i wyszedł na ludzi, piastując całkiem dobre stanowisko. Ciężko byłoby nazwać kogokolwiek o nazwisku Borgin osobą źle ubraną lub z nieschludną aparycją. Dziadek bardzo na to naciskał, zawsze musieli być nieskazitelni. Rozmówce należało szanować, jeśli miało się do niego interes i należało zachowywać się oraz wyglądać tak, jak sami chcieliby być przywitani oraz przyjęci. Słyszał czasem, gdy William tak mówił, jak zamykał oczy. Był człowiekiem surowym, ale sprawiedliwym i zawsze dobrze ich traktował. Nikt się też mu nie sprzeciwiał, wszak dziadek wiedział, co jest najlepsze dla ich rodziny i faktycznie, tylko babcia umiała go do czegoś nakłonić, jeśli bardzo chciała.

Chłopak zauważył, że coś się zmieniło w związku z jego ojcem w ciągu ostatnich lat, ale zapytany — nie umiałby odpowiedzieć. Trzymano go na pewien dystans, nie brał udziału w naradach opiekunów interesów oraz członków rodziny, spełniał jedynie polecenia z mniejszym lub większym sukcesem. Mężczyzna wywoływał strach, ale trudno było dostrzec w oczach wujów, ciotek lub kuzynów szacunek. Nawet obecna głowa rodu zdawała się coraz częściej spoglądać na niego z przymrużeniem oka, co pewnie było jednym z głównych powodów jego niezadowolenia, za co również obrywał Tosiek, jeśli stary miał ku temu okazję. Cóż, lepiej on niż młodsze rodzeństwo, miał już twardą skórę i aż tak się nie przejmował. Przywykł w końcu do tego, że nie spełniał jego oczekiwań.
Westchnął, wywrócił oczami i bezradnie uniósł ręce, akceptując z pokorą i pewnym niezadowoleniem swój straszliwy los, bo Stasiek mówił takim, a nie innym tonem. Wiedział, gdy dyskusja z nim była zakończona. Każdy z Borginów miał to do siebie, że bywał nieugięty, jeśli na coś się już uparł. Musiał to zrobić, po to się urodził i taka była jego rola, wiedział o tym. Wiedział.
- Jakby zabili Cię zamiast zabić mnie stary, to przysięgam, popełniłbym samobójstwo i razem zostalibyśmy duchami, które błądzą po świecie i szukają, nie wiem.. Czego może szukać taki duch? - zapytał ze wzruszeniem ramion, mówiąc pół żartem i pół serio. Gdyby coś się Stanleyowi stało, a już nie daj Merlinie w obronie jego, to pół albo cały Londyn poszedłby z dymem i mogłaby wybuchnąć jakaś wojna, bo chłopak zupełnie straciłby nad sobą kontrolę, rozum i wszelkie hamulce. Nie wspominając, że dla oprawcy najłagodniejszą formą kary byłaby śmierć. - Jak możesz być tego taki pewien? - zapytał nieco podejrzliwie, bo w obecnej chwili zupełnie nie widział siebie w roli dziadka, gdzie miałby taki posłuch, szacunek, a co ważniejsze, że dawałby rady, które można byłoby nazwać dobrymi. Brzmiało to, jak piękna, senna mara. -No kurwa raczej, że będziesz. Chyba nie myślisz, że sam to wszystko ogarnę? Jak dla mnie, to mogę być Twoją twarzą i rękoma, a Ty możesz podejmować decyzję Stasiu. - skrzyżował ręce na piersiach buntowniczo, podejmując kolejną próbę. Przyglądał mu się badawczo, dając tym samym do zrozumienia, że niezależnie od tego, jak Andrew zaprzeczy, będzie i tak, jak Ian mówił. Dlaczego? A bo i tak będzie robił dokładnie to, czego ten pierwszy chciał. Nie było istoty na świecie, której ufałby bardziej i którą bardziej by szanował. Pewnie też trochę kochał, ale przyznanie się do tego byłoby strasznie niemęskie. Na całe szczęście, dziadek miał dobre zdrowie i chyba nigdzie się nie wybierał, dzięki czemu miał jeszcze trochę niezależności, zanim wszyscy zaczną patrzeć mu na ręce.
- Ty nie, ale nie jestem pewien, czy dziadek by tego nie zrobił, gdy przyjdzie odpowiednia pora. I wiesz, że nie będę mógł odmówić. Ona jednak owszem, będzie mogła. - uśmiechnął się nieco diabelsko, a w oczach zatańczył mu niebezpieczny błysk. Anthony miał swoje sposoby na to, aby sprawy układały się po jego myśli. Pomijając oczywiście charyzmę i ujmujący sposób bycia, który tak napędzał jego karierę w departamencie, który planował przejąć. - Nadal nie rozumiem, dlaczego tak jej nie lubisz.
Zauważył na jego oczko, nawiązując oczywiście do swojej wielkiej miłości z czasów szkolnych — silnej, ognistej, temperamentnej, pięknej i niezależnej Brenny Longbottom. Stanely nie wiedział jednak o tym, że w jego życiu pojawiła się jeszcze jedna dziewczyna, sprawa była zbyt świeża, ale musiał Tosiek przyznać, miała potencjał i była bardzo w jego typie.
- Za przyszłość naszej rodziny. - poprawił go, unosząc jednak szklankę. Zrobił dużego łyka, cierpki alkohol przyjemnie połaskotał przełyk, ale nawet się nie skrzywił. Pił przecież często, chociaż mało kiedy się upijał, miał silną głowę, bo wypady z Louvainem i Atreusem dobrze hartowały, szczególnie gdy Stanley do nich dołączał. We czwórkę mogliby podbić cały świat i zdobyć każdą dziewczynę, nawet angielską księżniczkę, gdyby tylko chcieli i gdyby Małgorzata nie była brudasem bez magii.
- Długo zamierzasz tak mnie trzymać w niepewności? - zapytał z westchnieniem, nieco marudnym, zanim raz jeszcze wyjrzał za okno, a potem wrócił na kanapę, gdzie bezkarnie się rozsiadł. Nie patrzył na zegarek, nigdzie mu się nie śpieszyło. - Co kurwa? - zapytał zbity z tropu, gdy padło polityczne nazwisko, wbijając wzrok w kuzyna, przekręcając głowę na bok tak, że niesforny lok opadł mu na czoło. Prychnął, sięgając papierosy — jednego wsunął do ust, a resztą położył na stolę z otwartą paczką, jeśli brat miał ochotę. Gdy zapalił, obok ułożył jeszcze zapalniczkę. Roześmiał się, zaciągając i kręcąc głową. - Do kasacji, powinni pozbyć się go wcześniej. Kto to słyszał, żeby szanujący się czarodziej takie rzeczy wygadywał i takie szlamy obracał — o tym ostatnim mówili w moim departamencie. Co was wzięło na tego dinozaura?
Wypuścił dym chwilę wcześniej, wpatrując się w niego z nutą obrzydzenia na twarzy. Przez niego właśnie musiał znosić szlamy na bankietach i nawet być miłym dla jednej idiotki, która była u niego zarządzie i brała od niego raporty. Często po tym musiał myć ręce.
Ogórkowy Baron
Świat nie ma sensu. Trzeba mu go nadać samemu
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stanley mierzy około metra dziewięćdziesięciu wzrostu i jest atletycznej budowy ciała. Jego krótko ścięte, zaczesane na bok ciemnobrązowe włosy okalają owalną twarz, która zrobią piwne oczy. Zawsze ma lekki, kilkudniowy zarost w postaci wąsa i brody. Na co dzień można go spotkać noszącego mundur brygadzisty. Jeżeli jednak uda się komuś go wyciągnąć na jakąś aktywność niedotyczącą pracy to przybędzie w długim, ciemnym płaszczu, a pod spodem będzie miał koszulę i najprawdopodobniej krawat. Wypowiada się w sposób spokojny dopóki nie zostanie wyprowadzony z równowagi.

Stanley Andrew Borgin
#6
22.08.2023, 01:03  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.12.2024, 00:31 przez Stanley Andrew Borgin.)  

Pokręcił przecząco głową na słowa Anthony'ego odnośnie samobójstwa - Nie mógłbyś tego zrobić. Kto by mnie pomścił? Chyba nie puściłbyś tego płazem, pokazując, że jedyne do czego są zdolni Borginowie to samobójstwo? - spojrzał zaciekawionym wzrokiem w jego kierunku. Stanley nie dopuszczał samodzielnego odebrania sobie życia jako formy odejścia na inny świat. Jedyne akceptowalne metody dotyczyły zginięcia z różdżką w ręku, w obronie rodziny czy interesów albo ze starości. Nic innego nie miało prawo bytu i nie byłoby dobrze akceptowane przez rodzinę - był o tym święcie przekonany.

- Nie wiem. Po prostu w Ciebie wierzę? I coś mi z tyłu głowy mówi, że tak właśnie będzie. Ukaż mnie Merlinie jeśli się mylę - odpowiedział jakby to była najjaśniejsza rzecz. Andrew wierzył w kuzyna jak chyba nikt inny. Zdawał sobie sprawę, że może nadal jest pisklęciem ale zadbany bez podcinania skrzydeł, wyrośnie na wielkiego orła - Obawiam się, że część będziesz musiał. Czasem są spotkania w cztery oczy, więc wtedy nie będę mógł Ci pomóc, chociaż bardzo bym chciał - wyjaśnił, zaraz jednak kiwając przecząco głową. Ian nadal miał w sobie trochę ze zbuntowanej nastolatki - próbował tupać nóżką, przedstawiać swoje widzimisię, zamiast zaakceptować pomocną dłoń, która była wyciągnięta w jego stronę. Stanley z drugiej strony nie miał problemu aby przyznać, że kocha Anthony'ego - oczywiście jak brata, wszak miejsce innej miłości było już zajęte i zaklepane przez inną osobę.

- Chyba nie doceniasz dziadka. Wiesz, że wybrałby Ci najlepszą kandydatkę... Ślizgonkę jakąś dorodną, wyedukowaną. Mucha nie siada. Byłbyś zadowolony. Ja już o to zadbam - zapewnił, nie dopowiadając jednak, że drugim wyborem zapewne byłaby krukonka - z wiadomych przyczyn, a na końcu puchonka. Gryfonki nie wchodziły do gry. Nie było o tym najmniejszej mowy - A Ty dalej o niej? Anthony, Anthony... Dorośnij. Otrząśnij się. Było, minęło, nie wróci. A zresztą jest Gryfonką... A kto to widział Ślizgon z Gryfonką? Słyszysz jak to brzmi? - zapytał go patrząc z lekkim politowaniem - Dodam, że nie byle jaki Ślizgon - dodał mu na pocieszenie, wszak takich Ianów to można było policzyć na palcach dłoni jednorękiego bandyty - był jedyny. Nie było więcej takich samych jak on, nikt inny nie był aż tak niereformowalny.

- W takim razie za rodzinę i dziedzica! - wznieśli toast, stukając się szklankami. Alkohol palił w gardło ale w przyjemnym stopniu, co było dużym plusem. Był zimny i smakował - w końcu nie był to byle trunek, a bardzo dobra whisky. Kojarzył większość kumpli kuzyna, wszak jednego z nich znał osobiście i też uważał za dobrego druha. Drugiego kojarzył z widoku i z tego, że czasem coś wylali za kołnierz ale na tym mógł zakończyć opisywanie tejże relacji.

Nie dosyć, że rozpieszczona nastolatka to jeszcze w gorącej wodzie kąpana. Trzeba będzie nauczyć go trochę wytrwałości bo osiwieje za młodu - No jak co kurwa? Polityka, mój drogi, polityka - odparł, nie biorąc jednak papierosa, przecież nie palił - nawet do alkoholu odmawiał. Stanley uważał to za zło, które nie było mu potrzebne aby się dobrze bawić. Zresztą po tych małych, nikotynowych przyjaciołach wszystko śmierdziało - Co nas wzięło? Chcieliśmy poznać Twoje opinie, pogadać o nim. Przekazać może pewne fakty - stwierdził z lekkim wzruszeniem ramion. Starszy z Borginów był spokojny. Nie denerwował się na reakcje młodszego, wysłuchiwał, pozwalał mu na przekazanie swoich opinii. Nie krytykował.

- Wiedziałeś, że to pierwszy mugolak, który został Ministrem Magii? Rozumiesz to? - parsknął śmiechem, pozwalając sobie na większy łyk alkoholu - Jakiś łebek co nie ma czystej krwi... Nie to co nie którzy - uśmiechnął się, wskazując na siebie i kuzyna - Zostaje mianowany na tak wysokie stanowisko... Tragedia. Nie dziwię się, że wielu znanych i znakomitych czarodziejów zawinęło swoje wrotki z tego urzędu - przyznał, przejeżdżając palcem po szklance - Kojarzysz wuja Edwarda? On też powiedział, że nie będzie brał udziału w tej szopce, a przecież był jednym z lepszych Aurorów. Wzorowa służba przez niemal 20 lat! Kapujesz to? Taki staż i nagle musisz odejść bo jakiś kretyn zostaje ministrem... Dramat - pokręcił przecząco głową. Nie rozumiał decyzji, która usadowiła tego człowieka na tak ważnym stanowisku - A najlepsze jest to, że wykorzystał swoją pozycję aby ta jego mugolska drużyna piłki nożnej wygrała Mistrzostwa Świata w 1966. To dopiero dramat. Chłop naraża nasz przepiękny świat tylko dlatego, żeby grupa nic nie wartych ludzi mogła przywieźć medal do domu... Dlaczego? Bo są Anglikami, pewnie kolegami Leacha - ciężko westchnął - Nie sądzisz, że jego nazwisko przypomina za bardzo pijawkę? Jak taki pasożyt na zdrowym organizmie... - stwierdził, spoglądając na moment za okno. Uwielbiał to robić, zwłaszcza z tego pokoju. Wszystko tak pięknie wyglądało z tego piętra.


Postać opuszcza sesję


"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina

"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972
Kapryśny Dziedzic
"Have some fire. Be unstoppable. Be a force of nature. Be better than anyone here and don't give a damn about what anyone thinks."
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Anthony jest wysokim i dobrze zbudowanym facetem, schludnym i przeważnie elegancko ubranym, zważywszy na swoją pozycję.. Ma burzę brązowych, niesfornych włosów - delikatnie kręconych i duże oczy. Gdy się uśmiecha, czasem pojawiają mu się dołeczki w polikach i ma ten charakterystyczny, zadziorny wyraz twarzy. Lubi nosić zegarki, na palcu ma sygnet rodowy. Jeśli nie korzysta z teleportacji, spotkać go można na motorze.

Anthony Ian Borgin
#7
04.09.2023, 23:26  ✶  
Teoretycznie, jego słowa miały trochę sensu, ale z drugiej strony, to przecież Stanley był dla niego ważniejszy, niż nazwisko. Traktował go i jak brata, i jak przyjaciela, a nawet, jak ojca, którego przecież mu zastępował. Co on niby by bez niego zrobił?
- Pomściłbym, a potem do Ciebie dołączył. Wielkie mi halo Stasiek, naprawdę. Jak sobie niby wyobrażasz, że miałbym bez Ciebie funkcjonować? Jestem trudnym przypadkiem! Nawet Brenna mnie nie chce, a jest, jaka jest. - bezradnie rozłożył ręce, wzruszając jednocześnie ramionami. Anthony w przeciwieństwie do niego, miał trochę inne priorytety i wizje własnej śmierci, został przecież wrzucony w role dziedzica trochę na siłę. Niby dar od losu, ale nie był o tym przekonany — bo mógł dostać wille z basenem, a nie perspektywę niańczenia ich wszystkich, kiedy ledwo radził sobie ze sobą. Nie był odpowiedni, ale takie było życie — pewna w nim była jedynie śmierć i ewentualnie podatki, ale przy nim chłody komornik mógł trochę majstrować. - Lepiej niech ten Merlin Cię nie karze.
Dodał jeszcze, chociaż pewność w głosie starszego Borgina mu schlebiała. Wiedział, że w niego wierzy i to była jedna z głównych energii napędowych jego codzienności. Starał się, bo Stanley tego oczekiwał. - Jak już zostanę głową rodu, to będą spotkania w trzy pary oczu, nie dwie. Proste. Zmienię to, bo będę mógł.
Oznajmił błyskotliwie, jakby to miał być jego pierwszy dekret, gdy dostanie pierścień i gabinet, pełen rodzinnych tajemnic. Oczywiście, że próbował tupać nóżka, lubił, gdy wszystko było tak, jak chciał. Był uparty, niezależny i reagował emocjonalnie, podobnie, jak jego magia, której niewykorzystany potencjał doprowadzał czasem do pękania żarówek lub innych ekscesów. Tylko bunt mu został, bo przecież całe kurwa życie miał ułożone. Radził sobie, jak mógł. Anthony kochał Stanleya tak po prostu, nie określał tego, jak ważny był dla niego — po prostu tak było i tyle. Zawsze mieli przekładać rodzinę nad związki — zdaniem dziadka, więc tutaj w przypadku Tośka nie było żadnego problemu. Miłość romantyczna była przereklamowana, nie wierzył w jej istnienie, liczyło się tylko zaspokojenie potrzeb i łechtanie własnego ego, taki smutny był właśnie ten świat.
- Tego się właśnie obawiam, że mi coś sami wybierzecie. - zauważył zgodnie z prawdą, odchylając głowę do tyłu i spoglądając na sufit. Żonę chciał sobie sam wybrać, kiedyś w końcu jakąś odpowiednią dziewczynę do tej roli znajdzie, nie potrzebował pomocy. Teraz chciał się bawić, poznawać różne typy kobiet, zanim będzie musiał być — o zgrozo — mężem. Prychnął, przenosząc spojrzenie na brata. Nie lubił, gdy ktoś mówił lekceważąco o Brennie, która była jego jedyną, wielką miłością przez kilka długich lat. Nadal miał do niej słabość, dbał o nią na swój pokrętny sposób i nie pozwoliłby, aby coś się jej stało. - To wyjątkowa Gryfonka. Jest tam na pewno przez przypadek, powinna być w Slytherinie. Było, minęło, ale Brenna to Brenna. Nie chciałbym, żeby spotkało ją coś złego, niezależnie, jak jest narwana.
Wiedział, że nie popierała konserwatywności, nawet lubiła szlamy, ale jej jednej już dawno jej to wybaczył. A czy on był taki wyjątkowy? Z pewnością, miał wysokie mniemanie o sobie.
Uśmiechnął się na toast, wypijając niemalże wszystko po zetknięciu się szkła, bo to były ważne rzeczy — no, dziedzic trochę mniej. Paliło, policzki mu się zarumieniły, odrobinę się skrzywił, ale zniósł to, jak prawdziwy mężczyzna. Fakt, że Stasiek się kumplował z chłopakami, był cholernie wygodny, mogli pić i chodzić na kobiety razem. Dobrze było mieć skrzydłowych.
Wywrócił oczami. Polityka go średnio interesowała, chociaż wiedział, że będzie musiał to zmienić. Wszak głowa rodziny musi być rozeznana na tej piekielnie nudnej i obrzydliwej scenie. No bo jak brudas mógł być wielkim Ministrem Magii? Żart godny Irytka. Zapalił papierosa, zaciągnął się, rozsiadł i słuchał. - Fakty o starym dinozaurze? To już chyba trochę nieaktualne.
Zauważył zaskoczony, bo przecież Nobby stawał się brzydką opowieścią, plamą na historii magii i Wielkiej Brytanii. Patrzył na brata, gdy ten mówił, co jakiś czas wypuszczając dym spomiędzy warg lub strzepując żar do przygotowanej przez gosposie popielniczki. Rozumiał, ale nie umiał się tym aż tak przejąć, bo przecież nie interesował się polityką, nawet jeśli ta szlama nadawała się tylko do wycierania podłogi. - Dlaczego się go nie pozbyli wcześniej, skoro wadził osobom na tak ważnych stanowiskach? Wuj Edward to przecież nie da sobie tak o, za nos wodzić.
Zapytał rzeczowo, sugerując od razu jakieś unieszkodliwienie lub nawet utylizację. Musiał być niewygodny, przynosił wstyd, a gdy Stasiek wspomniał o Mistrzostwach piłki nożnej czy innego gówna, Antek parsknął śmiechem i pokręcił głową, wrzucając peta do brudnego naczynka na środku stołu — za trzy punkty. - Ma facet ambicje. Zdobył władzę nad światem Czarodziejów, co robi? Załatwia medal brudasom w jakimś sporcie, który nijak ma się do naszego Quidditcha. Nigdy nie zrozumiem myślenia takich ludzi.
Zsunął buty, bezczelnie wywalając się na kanapie. Wyprostował nogi, oparł wygodnie głowę na ręku, a drugą dłonią upił trochę alkoholu ze szklanki, chociaż na leżąco nie było to łatwe. Zakołysał płynem w szkle, pozwalając, aby obił się o ścianki.
- Pijawki są podobno pożyteczne Stasiu, on chyba nie. Jak Leacha nie będzie, wuja przyjmą znów do pracy, po tym, jak się zwolnił?
Zapytał z ciekawością, bo członek rodziny Borgin interesował go w tym wszystkim najbardziej. Jego kuzyn za to wydawał się bardzo zaangażowany w sprawy polityczne.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Anthony Ian Borgin (3539), Stanley Andrew Borgin (2338)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa