• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 8 9 10 11 12 … 16 Dalej »
[14 lutego 1972] Loretta i Alexander / Mieszkanie Loretty

[14 lutego 1972] Loretta i Alexander / Mieszkanie Loretty
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#11
17.11.2023, 19:04  ✶  

Przymknęła oczy, pod którymi przegalopował cały kalejdoskop gwiazd, rozbłyskając śnieżnymi iskrami, które jedynie tą porą objawiały się światu, gdzieś na kanwie nieboskłonu. Uśmiech tańczył na wargach miękko – tak, jakby to jej ustom był poprzysiężony na wiecznie nieoddanie; kąciki oczu łagodnie rozpromieniły się zmarszczkami niemego zacięcia, w którym utopiła cały smutek i wszeteczność przemijającego czasu – wszystko przemijało, jak w miałkim kalejdoskopie bytowania, obiecując jednocześnie wieczność jak i nicość. Może gdyby była odrobinę mniej egzaltowana; odrobinę mniej kowalna w obróbce i miękka na zewnątrz; może wówczas ten delikatny uśmiech tańczyłby częściej na jej ustach – tymczasem pojawiał się wybiórczo, najczęściej jednak posyłała go ku niemu, jako niemą obietnicę wszystkiego, przez co przeszli życiem.

Młodość otwierała przed nimi przesiekę, gładki pas startowy, który pozwalał na rozpoczęcie na nowo. I choć ranili się nawzajem na nieomal każdej płaszczyźnie istnienia – kochała go niepoprawnie i buńczucznie, w rytm fatalizmu, który wiódł jej skąpanym w karmazynie życiorysem. Bo przecież różnili się drastycznie – ona, łabędź skąpany w bieli dygnięć i fałszywych uśmiechów; on, butny i arogancki w całej swojej krasie. Nigdy nie potrafiła mu odmówić w sposób bezpardonowy; zawsze szukała znajomych wymówek i wciąż uciekała w ramiona innych – teraz jednak, przed obliczem zaprzysiężenia się bóstwom jako jego żona – wiedziała, z jaką nieodwołalnością się to wiązało; wiedziała, że teraz w pełni brzmienia tego słowa będzie jego.

A jednak się go bała. Bardziej, niż jego agresji, bała się jego obojętności. Przecież emocje zawarte w nerwach były autentyczne i faktyczne – jego blady duch, gdy wypowiadał siarczyste słowa z wrodzoną nieomal stoickością straszyły ją; bo najbardziej lękała się przecież tego, że nie będzie czuł do niej nic – prędzej pogodziłaby się z nienawiścią bulgoczącą pod jego skórą, aniżeli niczym, które jej oferował, gdy chciał pokazać, iż jest ponad nią.

Głównie wtedy płakała rzęsiście, a eskalowała w niej agresja z mocną wschodzącego słońca – nieodwołalnie i wiecznie – nie potrafiła pogodzić się z tym, jakoby była dla niego niczym. Wolałaby być jego najgorętszym wrogiem, aniżeli ostoją obojętności.

– Boję się, że będę dla ciebie niczym. Że pewnego dnia obudzisz się i przestaniesz do mnie czuć cokolwiek. Że nagle, z dnia na dzień stwierdzisz, że byłam dla ciebie niczym. Nie przeżyję tego, Alex – rzekła, przymykając oczy, czując wzbierające mokre łzy, którym nie chciała dać upustu. Otwierając oczy na powrót, uciekła brązem tęczówek w bok, nie potrafiąc umiejscowić ich w obliczu Mulcibera.

Dopiero znajdując się w sypialni, z dala od niego, oparła czoło o drzwi szafy, biorąc kilka głębokich oddechów. Mikrokosmos pamięci rozbłysnął jej przed oczami momentalnie, przywołując wszystkie, nawet te najbardziej gorejące w niej wspomnienia. Nie wiedziała, czy robi dobrze; nie wiedziała, czy posiadając ją, nie zacznie mu się nudzić; nie wiedziała tak wielu rzeczy, ile gwiazd było na nieboskłonie tą niepokorną, zimną, nocną porą. Przełknęła ślinę ciężko; zaciskając dłonie na materiale koronkowej sukienki, łkając tak cicho, jak tylko mogła, aby Alexander jej nie usłyszał. Otarła łzy mankietem koszuli prędko, biorąc głębokie wdechy, a gdy stanęła przed nim w lekkiej sukience ślubnej, nie było już śladu po deszczach majowych, które przed chwilą barwiły szklistą ścieżką jej policzki.

– Musisz mi coś obiecać – rzekła, lekko drżącym głosem, którego niebagatelnie silnie usiłowała uspokoić. – Nie zostawisz mnie. Nie znudzę ci się. Nie stracisz zainteresowania mną. Nie… – rzekła, a jej głos ponownie tego wieczoru się załamał. – Nie będę ci obojętna – rzuciła puentą, ujarzmiając przed nim myśli kołatające się po głowie.

I stała tak przed nim, podejrzanie krucha i mała, bez tej buńczucznej, wybijającej się ponad mikrość wzrostu osobowości – gotowa, aby ją złamał. Podeszła do niego niepewnie, układając dłonie na jego policzkach – tak, jakby to wszystko miało być na wieczność.

– Obiecaj mi – powtórzyła odrobinę mocniej, sunąc kciukami wzdłuż jego kości jarzmowych; tak, jakby nic więcej nie istniało; tak, jakby wszystko zawierało się w tym miękkim dotyku.

Już po chwili chwyciła go za dłoń, obracając się wokoło parę razy, wzbijając wokół koronkowy materiał sukienki; ten zatańczył wzburzony w ruch, a gdy zatrzymała się, tracąc odrobinę równowagę – pod wpływem obrotów, jak i alkoholu – uwiesiła się dłońmi na jego szyi, po raz ostatni znacząc rzeczowym pocałunkiem jego usta – po raz ostatni, będąc jego narzeczoną, a nie żoną. Oderwawszy się od niego, przymrużyła delikatnie oczy, wpatrując się w niego tak, jakby chciała go zapamiętać już na zawsze.

Chwyciła jego płaszcz, zarzucając sobie na ramiona – tonęła w nim co prawda, jednak prędko spowiła ją miła woń jego wody kolońskiej i ten charakterystyczny zapach, który był dla każdego inny. Pachniała Alexem – tym milej umościła się w jego odzieniu.

Skinęła głową na jego słowa, biorąc pierwszy głęboki wdech, któremu towarzyszyły ukryte wcześniej pod całunem chwili obawy. Ułożyła dotyk na jego dłoni, gdy sunął nią po policzku, zmuszając do utknięcia spojrzeniem w jego nieprzejednanych oczach. Zadrżała delikatnie, a dreszcz przebiegł na palcach prędko po jej linii kręgosłupa, wyduszając ostatnie niezdecydowane westchnięcie spomiędzy różanych warg.

I dopiero kiedy przy niej przykląkł, ujmując jej dłonie, poczuła, iż to wszystko jest realne, tak dotkliwie rzeczywiste i prawdziwe. Przez umysł przekoziołkowało nieme pytanie, które zadawała sobie po raz wtóry: czy to tego chcę?; prędko jednak dochodziła do wniosku, że to jego potrzebowała całe życie; że choć był jątrzącą się raną w jej umyśle, pragnęła go absurdalnie silnie, jak absolutnie nikogo innego. Przysięga nie była obietnicą, była pieczęcią, która miała czuwać nad tym, co obiecali sobie już wcześniej, gdy noce i dnie nie miały znaczenia; gdy czas nie istniał.

Stała skołowana jeszcze przez moment, gdy się teleportował, a ona została w dojmującej, niemającej sobie równych ciszy. Przełknąwszy ślinę ciężko, zacisnąwszy dłonie w pięści, chcąc rozładować ten cały gargantuiczny lęk, który urósł w niej do rangi i absolutu.


Jeśli ulice są tak wielkie
To po to, by oddychać
Mam ptaka w brzuchu
Przeniosłam go
Aż do ciebie, by go uratować
Kiedy spada na twoje rzęsy
Welon płatka śniegu
To zimno, które ubiera
Dachy domów
Kiedy niebo ci ofiarowuje dary

Niemniej, minęło parę chwil, a już była na wzgórzu, z którego widok rzutował na wrzosowiska, pośród których lokowało się niewielkie obozowisko, składające się z paru przyczep rozświetlonych magicznymi lampionami, które nigdy nie gasły. Opadła w jego ramiona, zaciskając dłonie na jego barkach, a chłód mrozu zaszczypał ją uporczywie nos. Wyswobodziwszy się z jego uścisku, złapała go za dłoń.

– To się dzieje, Alexandrze. Tej nocy zostaniemy małżeństwem. O rany – rzuciła staccato, wrzucając na usta wypłowiały uśmiech. Była odrobinę bledsza niż na ogół – a jej skóra patrycjuszki była wybitnie nieskalanie biała – prawdopodobnie u źródła mając stres, który wartko płynął w żyłach.

Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#12
20.11.2023, 11:16  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.11.2023, 16:19 przez Alexander Mulciber.)  
Obojętność, jaka znowu obojętność? O jakiej obojętności mówiła Loretta, ciężko mu było zrozumieć; w końcu czuł do niej wszystko, tylko nie obojętność, a ona zawsze potrafiła to wykorzystać przeciw niemu.

Wiele razy słyszał, że jest zimny. Zawsze przychodziło mu to łatwo, łatwiej niż pokrętne emocje, które wydawały się aberracjami w kontraście z logiką myśli czy misterną strukturą przepowiedni. Nie chciał być jak inni ludzie, których rozpaczliwe pragnienia objawiały się przed nim tak, jak gdyby czytał z otwartej księgi; brzydził się nimi, i ich beznadziejną nieistotnością. Nie postrzegał tego jako arogancję, tylko jako rozsądek.
Obojętność była wpisana w jego osobę jak wzór linii papilarnych, jak równy puls.
Loretta znała go tyle lat, a jednak dobrze było wiedzieć, że nawet ona nie była niewrażliwa na ten chłód, który wkradał się do jego głosu, jakby ktoś zapomniał włączyć ogrzewanie; że jego ostatnia linia obrony przed jej przepastnym ego - zdystansowane słowa, lodowate spojrzenie i pozorna apatia - robią na niej jakiekolwiek wrażenie.

Czasem myślał bowiem, że z Lorettą nie da się wygrać, i wtedy najbardziej jej nienawidził. Nigdy nie pozwalała mu odejść, czy też raczej: nigdy nie chciała, by ją opuścił. Nie próbował nawet zrozumieć subtelnej różnicy, bo dla niego w tym układzie takowa nie istniała: był uwięziony, i nie miało znaczenia, w jakie słowa to ubrał.

Tkwili w patowej sytuacji. Kiedy był obojętny, znaczyło, że jej nie kochał, i Loretta była nieszczęśliwa. Kiedy w końcu kapitulował - nie tyle przed nią, co raczej sam przed sobą - przyznawał, że tak, rzeczywiście pragnie być z nią, że nie tyle pragnie jej, ale w jakiś spaczony sposób kocha ją, nie potrafi bez niej żyć, i oświadczał się - przekonany, że daje jej ostateczny dowód pewności swoich uczuć, że zadowoli jej nienasyconą nigdy potrzebę bycia pępkiem świata - ona odrzucała go, i uciekała w ramiona innego, jak gdyby przed chwilą nie płakała, że to właśnie Axel od niej ucieka.
Nie potrafił zrozumieć, jak dalej mógł ją kochać, a jednak, w jakiś przedziwny sposób, ta gra była szalenie uzależniająca.

Nie kłóćmy się, poprosił, kiedy tylko wszedł do jej mieszkania; prawda była taka, że ostatnimi czasy tylko się kłócili. Najpierw zaręczyny z, pożal się boże, Leandrem. Ile razy słyszał od niej te same wymówki, a tutaj nagle stwierdziła, że wychodzi za mąż za tego skurwysyna? Nawet nie mógł wtedy wrócić do ćpania: był z Dianą po domowym detoksie i musiał być trzeźwy. Potem testament ojca - Duncan wybaczyłby mu wszystko, ale podszepty Donalda zawsze zatruwały ich relacje - i to, że umarł, tak nagle, a przecież poprzedniego wieczora stary czuł się lepiej, i zagrali nawet razem partię szachów w bibliotece, bo jebana Loretta nie chciała go widzieć, bo się pokłócili. Kilka dni później - kurewski pogrzeb, na którym musiał dalej zachować przytomność umysłu, i znosić tych wszystkich ludzi dookoła; na koniec dnia poszedł do kochanej Loretty, ale nie dał nawet rady iść z nią do łóżka... I o to też się pokłócili. A potem jeszcze załatwianie ostatnich spraw papierkowych, żeby zatrudnili go w Departamencie Tajemnic... I wreszcie mógł wrócić do ćpania, bo wtedy przynajmniej dał radę robić coś więcej niż trzymać Lorettę za rękę, a bez tego szybko by go przecież zostawiła. Ale kodeina była marnym substytutem dla kogoś, kto lata eksperymentował z mocniejszymi substancjami.

- Loretto - przerwał ostro kobiecie, nie próbując jednak uwalniać się z jej objęć. Nie rozumiała jeszcze? - Przysięgać będę za chwilę. Pamiętasz jeszcze? Pomyśl, co jeszcze mam obiecać; zrobimy to porządnie. - Mulciber nie widział sensu w powtarzaniu w nieskończoność tych samych obietnic. Chciał powtórzyć je raz, ale tak, by miały one realne znaczenie.

Nie wierzył bowiem w pełne przedziwnej empatii zwierzenia Loretty o tym, jak to straszliwie rozdzierało się jej serce na widok innej kobiety u boku Alexa. Mulciber widział już wszystko z jej arsenału kobiecych sztuczek: dramatyczne łzy, niszczące staranny makijaż; pełne wyniosłości milczenie; pasywno-agresywne półsłówka, prowokujące go do zalewania jej atencją; wszystkie możliwe formy emocjonalnego szantażu; innym razem była słodsza niż miód, uwodzicielska, albo znów rozkosznie naga witała go w drzwiach jego kawalerki; Loretta Lestrange potrafiła być fałszywa do szpiku kości, ale przecież jej szpony tkwiły zbyt głęboko w jego sercu, by mógł odpuścić. Ale on lubił kiedy bolało - tylko ta jedna rzecz przekonywała go, że to wszystko było prawdziwe; że oni byli prawdziwi.

Postanowił, że uwierzy, kiedy i ona mu coś przysięgnie.

Kiedy w twarz uderzył go mroźny wiatr - przetoczył się jak fala przypływu, kotłując trawy porastające kaskady pagórkowatych wzniesień i przyginając do ziemi pojedyncze, karłowate drzewa, niewystarczająco skulone, aby uniknąć jego gniewnych podmuchów - Mulciber zaczął kasłać, a w miejsce pyłów cywilizacji jego płuca wypełniły się rześkim powietrzem wrzosowisk.
Pierś zapłonęła mu ogniem, tak, że nawet nie czuł zimna.

Uśmiechnął się lekko, kiedy Loretta wylądowała obok. Czyżby strach przed zobowiązaniami nadał jej skórze takiej anemicznej barwy? Osłonił ją przed kolejnym podmuchem wiatru, i pocałował ją, licząc, że trochę koloru zabarwi jej blade policzki.
- Mówiłaś, że się nie boisz - Musiał przekrzyczeć wiatr, by go usłyszała. A może wcale go nie usłyszała, mimo krzyku. Czy to ważne? Byli tutaj.

Loretta ważyła tyle, co nic, kiedy znienacka wziął ją w ramiona i niósł przez błoto, jak prawdziwą pannę młodą. Nie był jakoś mocno zaznajomiony z normalnymi tradycjami weselnymi, i nie wiedział, że to trzeba przez próg domu dopiero po skończonej ceremonii... Ale przecież to wszystko było dla niego jak dom. Kolorowe wozy, jeden piękniejszy od drugiego: z malowanymi okiennicami i przeróżnymi wzorami wyrytymi na drzwiach - niektóre były tylko dla ozdoby, inne symbolizowały przynależność rodową lub pozycję, jeszcze inne - służyły jako zaklęcia ochronne lub szczęśliwe amulety. Wozy były dziełami sztuki na kółkach, a w środku kryły się równie strojne wnętrza, ciepłe, i pełne wygód. Niewielu członków społeczności dalej decydowało się mieszkać w wozach, niemalże wyłącznie starsi czarodzieje pielęgnowali tę tradycję, jednak co ważniejsze uroczystości rodzinne - wesela, pogrzeby - często odbywały się w otoczeniu takich żywych pamiątek ich kultury.

Magiczne lampiony oświetlały teren obozowiska, opromieniając wszystko dookoła - nawet resztki roztapiającego się śniegu - ciepłym blaskiem; taki sam blask mieszkał w oczach starego szamana, którego Alex przywitał pełnym szacunku ukłonem i przyniesionymi darami.
Wszedł do obozowiska z Lorettą na rękach, co wywołało śmiechy wśród reszty mieszkańców obozowiska, których zastali na dworze; Shango zdążył im powiedzieć, że będą mieli gości, a jego trzecie okno nigdy się nie myliło... Choć musiał je przecierać ze zdumienia, kiedy pierwszy raz zesłano mu tę wizję, jak rzucił drwiąco do Axela, głosem przepitym i dziwnie nosowym, z pewną trudnością ślizgającym się po angielskich zgłoskach. Mulciber przedstawił Lorettę wszystkim przy dogasającym palenisku, gdzie byli zgromadzeni (Loretta. Moja ukochana, powiedział po prostu), wypuszczając ją z ramion tylko po to, by poprosić szamana o błogosławieństwo, czego ten spodziewał się już od tego ranka. Shango był ciekawym człowiekiem, nie takim starym zresztą, choć rozmawiając z nim, miało się wrażenie, jakby przeżył tysiąc żyć; kiedy Axel podniósł się z ziemi, gdzie ukląkł, aby prosić go z szacunkiem o możliwość udzielenia im ślubu, ten zaprosił ich po prostu do swojego wozu, po tym jak wszyscy wymienili się naprędce zmieszanym kubłakiem z winem i ziołami na pomyślność. Jedna z mieszkanek taboru, do tej pory szczebiocząca coś do Loretty, mrugnęła do niego, wyczarowując girlandy kwiatów nad wejściem. Alexander uśmiechnął się, i skinął jej głową w podzięce, kiedy pomagał wejść do środka Lorettcie.

Obrączki nie były konieczne, nie tutaj, ale stanowiły symbol; widział wiele różnych obrzędów, mniej lub bardziej tradycyjnych, czasami były obrączki, czasami chleb i sól... Ale Shango zbliżył się do nich z misą wypełnioną winem.
- Potrzeba trochę naszej krwi - przetłumaczył Lorettcie pijacki żargon przyjaciela, i wyciągnął ich splecione dłonie przed siebie. W jego oczach błyszczało rzadkie podniecienie. - Wypijemy to, i... - Alex wyciągnął dla Loretty złoty pierścionek, który wygrał dla niej w karty, a dla siebie - rodowy sygnet, zabrany, zanim brat zdążył go zawłaszczyć. - Możemy przysięgać, i obiecywać, i mówić wszystkie te ważne rzeczy, Loretto. - Na suficie przyczepy namalowane były gwiazdy, a kiedy zmrużyło się oczy, dostrzegało się iluzję, która podobnie jak w Hogwarcie, dopasowywała dach pod obraz nieba na zewnątrz.
Pod otwartym niebem, ale jednak w domu; drzwi dalej były otwarte na mróz i gołe wrzosowiska, ale wnętrze było rozgrzane od pieca i oparów kadzideł; nie byli tu sami, ale trudno powiedzieć, że przypadkowi świadkowie ich zaślubin stanowili doborowe towarzystwo; pośród swoich, a jednak, obcy... Wszystko było tak jak trzeba. Byli gdzieś pomiędzy skrajnościami, tak różni, ale przecież tak sobie bliscy, balansowali zarazem na cienkiej granicy między dwoma światami, dopełniając rytuału przejścia. - Gotowa?


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#13
23.11.2023, 18:59  ✶  

Wykorzystywała tę domniemaną obojętność wobec niego; gdy łzy zraszały rzęsy migotliwymi perłami, gdy wargi drżały, jakby widziała go po raz pierwszy i gdy pociągała nosem, zanosząc się płaczem. Wiedziała, że to na niego działa, a o ile Loretta była w nim rozkochana, tak była też wyrachowana i nijak nie umiała się oduczyć swoich sztuczek, którymi łamała serca młodzieńcom. Alex nie był jednak młodzieńcem; był dorosłym mężczyzną, który z jakiegoś niewiadomego powodu powierzył jej swoje serce na dłoni; i choć formalnie pozostawała w związku z Leandrem – wiedziała, kto był prawowitym właścicielem jej myśli i skłonnego do uniesień umysłu. Westchnięcia opadały całunem na jego oblicze, gdy tonęła w jego ramionach bez reszty – tak, jakby robiła to po raz pierwszy.

Oni cali byli jak po raz pierwszy.

Zderzenie z masywem jego chłodu było każdorazowo bolesne i raniło jej dłonie roztłuczonym odłamkami głębi lustra. Głównie wtedy zanosiła się płaczem, tylko po to, aby wyłuskać z niego chociaż fragment emocjonalności i o ile był, w opozycji do niej, pragmatyczny, wiedziała, że coś na jego sercu drżało, gdy kierowała rozgwieżdżone, wielkie tęczówki ku niemu. W gruncie rzeczy przecież, jego solidna fasada, którą utkał wokół siebie, opadała przy niej, jakby nigdy nie istniała; jakby byli ze sobą przez wieczność i jeden dzień dłużej.

Bo przecież nie mógł z nią wygrać, z jej drżącym ptaszęco głosem, rzęsistymi łzami, chuderlawymi ramionami i siateczką piegów pokrywającą oblicze. I dopiero, gdy jej dotykał, rozmiękała, upadała całą kaskadą własnej persony, oddając mu się za bezcen na zawsze, tak jakby jego miejscem przylegania były miękkie pośladki, w które wbijały się palce i łabędzia szyja – tak nieprzystępnie roznosząca woń bergamotek. Tylko jego wargi, gwałtownie dociskające się do jej, przypominały jej o tym, co jest rzeczywiste, a co pozostaje w sferze gęstej mżawki ułudy. A Loretta należała do tych schillerowskich marzycielek, które istniały głową powyżej masywu chmur – on z kolei, bardziej praktyczny aniżeli senny, ściągał ją na powierzchnię ziemi. Każdy cios przypominał o nieuchronności bytowania; każda gwałtowność sprowadzała ją do poziomu istnienia.

Oświadczał jej się przecież często, karmiąc niewymowną atencją, która mile pobudzała wybrzuszone ego; klękał przed nią, otulał łydki ramionami, całował dłonie – gdyby tylko zdawała sobie sprawę z tego, jak bezgranicznie kocha ją w tej całej absurdalnej grze, wzięłaby z nim ślub lata temu – przed Leandrem, przed tymi wszystkimi mężczyznami, którzy jej w żaden sposób nie imponowali, a z którymi była z poczucia zionącej, bezkresnej pustki. A jednak, każde spośród jego deklaracji zwalała na karb bycia pijanym tudzież naćpanym – nie potrafiła go brać na poważnie, gdy jego oczy przypominały pięciozłotówki.

Nie chciała się z nim kłócić równie mocno, co nie potrafiła zastać go spokojna. I choć sama nie była bez skazy, a pudrowanie noska stanowiło nieodłączny atrybut półświatka artystycznego, tej absurdalnej bohemy, nienawidziła go, gdy przychodził do niej pod wpływem – prawdopodobnie wtedy właśnie uderzał pięścią w jej drzwi całą noc i spał na wycieraczce tylko po to, aby zobaczyć ją rano. Jednak Alexander miał ten atrybut, że nawet smakując gorzałą, był absolutnym lepem na Lorettę, która niby mucha, każdorazowo się na niego natykała. Po prawdzie, jego słowa nie kłóćmy się rozjuszały ją jeszcze bardziej, podbijały bojowe nastawienie, sprawiały, że coś się w niej gotowało podskórnie. Chciała go udusić.

Jednak przede wszystkim, chciała go mieć dla siebie, nie musząc dzielić się nim z heroiną.

– Kocham cię – wydukała raz jeszcze, spomiędzy splecionych węzłem warg, które zadrżały pod naporem niewiadomych obaw, które gorały we wnętrzu.

Ból przecież czynił ich relację namacalną i faktyczną; tylko krzywdząc się nawzajem potrafili oprzeć się tej przedziwnej presji, którą kładły na nich dłonie społeczeństwa; napominała się o tym każdorazowo, gdy uderzała drobnymi pięściami w jego tors; gdy on zaciskał palce na jej szyi. Lubiła gdy bolało. Chciała, aby każda ich chwila przepełniona była tym patetycznym cierpieniem, bo tylko ono spuszczało nań niewiadome katharsis – prawdopodobnie dlatego tak miękko przechodzili od czułych pocałunków do wbijania paznokci w ciało, znacząc je bladymi półksiężycami.

Ich relacja była destrukcyjna; oni byli destrukcją samą w sobie.

Mroźny wiatr zaszczypał w policzki, barwiąc je kwiecistym rumieńcem; podmuchy szalały gdzieś między ogołoconymi z liści, masywnymi gałęziami, pergaminie gęstych traw, skuwając mroźnym, nocnym szronem nieomal wszystko. Ona jednak, zamiast zimna, czuła paraliżujący wręcz lęk i gdyby nie to, że Alexander wziął ją na ręce, najpewniej położyłaby się gdzieś w błocie czekając na rychłą śmierć – tak dalece hiperbolizowany był jej stan; nie chodziło o to, że go nie kochała; chodziło jedynie o strach, że to on kochać ją przestanie. Wiatr szalejący w bezkresie rozwiał jej ciemne pukle, czyniąc istną burzę i dopiero zapach, gdy znalazła się w jego ramionach, uwieszając ręce na szyi, ukoił zszargane niewiadomym nerwy.

A jednak się bała; w całej swojej lichej krasie, była dogłębnie przerażona, że to wszystko stało się tak rzeczywiste, tak namacalne, że niebawem będzie przysięgać przed bóstwami miłość i wierność, że sakramentalne „tak” zaznaczy jej palec obrączką, a ona przestanie być kobietą stanu wolnego. Odrobinę bała się przysięg i zobowiązań, jednocześnie jednak nie potrafiła sobie wyobrazić nikogo innego, komu chciałaby ślubować.

Tonąc nieomal w jego płaszczu, zacisnęła palce mocniej na jego karku, gdy przeprowadził ją przez próg jednej z przyczep.

Girlandy wyściełające podszycie; ona skąpana w śnieżnej bieli koronki, jeszcze z płaszczem zwisającym z ramion, nieomal do samej ziemi – magia atmosfery opiewała niesamowitością wszechrzecz, tak jakby ta jedna noc była im przeznaczona od dawien; walentynkowe płatki śniegu oprószające londyński bruk zlało się w mętną całość z błotem – lampiony jednak, z których wątły poblask ocieplał całokształt wozów, czyniły miejsce wyjątkowym; zupełnie jakby przez szafę trafili do Narni.

Już stojąc na kobiercu, już nieomal będąc jego na wieczność i na zawsze, skierowała zlęknione, przestraszone do żywego spojrzenie na Alexandra. Wypuściła z ust powoli powietrze, splatając ich dłonie ze sobą. Potrzebowała teraz tego jednego spojrzenia, które każdorazowo zmiękczało jej buńczuczną duszę; które uświadamiały ją, że go kocha absolutnie.

Chwyciwszy sztylet, drasnęła nim swoje wnętrze dłoni, pozwalając mu wezbrać kroplami krwi. Gdy ciemna ciecz poczęła płynąć, wzięła jego rękę, podając mu własną, dając posoce zmieszać się ze sobą – dopiero wtedy ujęła jego dłoń i zlizała wymieszaną krew. Musiał być świadom, jak halucynogenna jest jej krew; miała uczynić w jego umyśle nieprzytomnie i bajkowo.

Wzięła głęboki wdech, wzbierając te wszystkie słowa, które chciała mu powiedzieć.

– Kocham cię. Absurdalnie mocno cię kocham – myślę, że to dobry początek – zaczęła drżącym głosem. – Przepraszam, za te wszystkie razy, gdy cię raniłam – byłam samolubna i egoistyczna i sama nie wiem, czemu miałam takie pstro w głowie. Wiem jednak, że jesteś jedynym, przed którym udało mi się otworzyć, że nie muszę przybierać tej fasady radości, bo znasz mnie tak, jak nikt mnie nie poznał – ciągnęła, a w oczach zaszkliły się łzy. – Ślubuję ci miłość. Będę kochać cię szalenie, więc proszę, pokochaj też mnie.

Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#14
29.11.2023, 13:24  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.11.2023, 14:05 przez Alexander Mulciber.)  
Poczuł irracjonalny niepokój, kiedy rozcięła wnętrze dłoni nożem; wystarczyłaby kropla krwi z palca, ale Loretta zawsze miała skłonności do dramatyzmu. Zastanawiał się, czy właśnie tak się czuła, kiedy przy niej brał; kiedy śledziła krew z żyły wypełniającą tłok strzykawki, zanim odkładał sprzęt na bok, i wyciągał do niej rękę, by przyszła się oprzeć o jego ramię.
Cóż, ona nie potrzebowała walić po kablach; krew krążąca w jej żyłach miała te same właściwości, co heroina.

– Wiesz, że zawsze byłaś tylko ty. – Kiedy jej głos drżał tak od nadmiaru tłumionych emocji, poczuł się chciany; poczuł się dobrze ze świadomością, że wzbudza takie poruszenie w chaotycznym wnętrzu Loretty, że aż sama zdawała się rozpadać w obliczu konieczności wyboru; poczuł się lepiej z myślą, że mimo wszystkich jego błędów, ona dalej widziała w nim tego samego mężczyznę, który uwiódł ją bezwstydnie tyle lat temu; że w tym cieniu prawdziwego Alexandra Mulcibera, jakim się stał, ona znajdowała coś godnego podziwu, godnego miłości; godnego jej łez, nieważne, czy prawdziwych, czy udawanych.

Więc dlaczego jego głos także załamał się pod ciężarem jakiejś przedziwnej goryczy? Nie dlatego, że miał jeszcze jakieś wątpliwości – po prawdzie, nie pamiętał nawet, kiedy ostatnio był z inną kobietą niż Loretta: jeżeli nawet taka się nawinęła, na pewno nazwał ją imieniem Lestrangeówny – ta gorycz była równie nieoczekiwana dla niego, co i dla niej, zwłaszcza, że nie spuszczał oczu z jej twarzy, a w jego spojrzeniu była głęboka tęsknota, którą rzadko pozwalał sobie okazywać.

Nie potrafił inaczej nazwać tych uczuć. To zawsze byłaś tylko ty, odbijało się echem w jego głowie, aż zacisnął na chwilę oczy, bo czuł, że jeszcze chwila, a zaleje go zgubna lawina irracjonalnych emocji. Wiedział już, skąd ta gorycz: nawet kiedy zamykał oczy, jej twarz czaiła się gdzieś tam, z tyłu jego umysłu, dostrzegalna tylko na peryferiach jego pola widzenia, ukryta nawet przed jego trzecim okiem, a jednak – wciąż obecna.

Wiedział, że zaraz zaczną się halucynacje. Że jej krew zmieszana z winem rzuci ich oboje na kolana. A jednak, kiedy widział cień uśmiechu Loretty w delikatnej mgiełce wypełniającej wnętrze szklanej kuli, słyszał jej sprężyste kroki i stukot obcasów, kiedy siedział samotnie w swoim mieszkaniu, kątem oka dostrzegał odbicie jej twarzy w tafli lustra, goląc się o poranku… Wtedy był przecież niemalże trzeźwy.

W pewnym momencie mógł myśleć, że jego związek z Lorettą jest niczym więcej aniżeli igraszką, wysmakowaną rozrywką dwójki równie zepsutych arystokratów, perwersyjną grą. A teraz? To zawsze byłaś tylko ty, powiedział, ale nie oddawało to przeklętej obsesji, która kazała mu doszukiwać się jej we wszystkim dookoła. Nieważne, gdzie się udał. Nieważne, jak daleko uciekał, zdeterminowany, by na powrót odnaleźć swoją samotność. Loretta zawsze była w jego myślach.

– To zawsze będziesz tylko ty. – powtórzył; tym razem mocno, zdecydowanie, jego wzrok na powrót stalowy, chociaż tym razem nie przypominał zimnej klingi, która ucinała niewygodne dyskusje; teraz Axel podawał jej miecz swojego spojrzenia jak rycerz, który oczekiwał na pasowanie.
– Kocham cię. Jestem cały twój, Loretto. – Przez chwilę niemal chciał się roześmiać, choć przecież był absolutnie poważny. – Z całym dobrodziejstwem inwentarza, niestety. – Ich ręce pozostawały splecione. – Nie chcę za to przepraszać, ani żebyś ty teraz przepraszała. Kocham cię – Wcisnął w jej rękę swój sygnet, i pokierował jej dłońmi, żeby włożyła mu go na jeden z palców.
– Nie zmieniłbym niczego, rozumiesz? Chcę… tego wszystkiego, co było. Tego, co będzie, i tego, co mamy teraz. – Wyrzucał z siebie słowa z jakąś cholerną pasją; w jego ustach wszystkie wydawały się brzmieć dziwnie szorstko, ale Loretta zdawała się dobrze znać ten przepełniony bólem i potrzebą ton. Czy to była desperacja? Może. Może to właśnie, kurwa, miłość. Kiedy musnął delikatnie jej policzek przepełnionym czułości gestem, zostawił na nim ślady krwi. Uśmiechnął się lekko na ten widok, i włożył pierścionek na jej serdeczny palec.
– Chcę ciebie – wyznał. – Zawsze będę cię kochał.

Czy smakowała inaczej, kiedy ją pocałował? Czy czuł się inaczej – czy czuł się wyzwolony spod jej czaru, kiedy mógł wreszcie powiedzieć, że stała się prawdziwie jego?
Nie. Loretta dalej pozostawała Lorettą. Ale teraz była także jego żoną.

Był pijany.

Girlandy kwiatów, wyczarowane nad wejściem do wozu, przemieniły się w kolorowe konfetti, kiedy Axel przestąpił przez próg cygańskiej przyczepy z Lorettą w ramionach; nagle zalała go feeria barw, zbyt intensywnych, zbyt żywych; pomógł stanąć żonie na nogi niemal na ślepo, i niemal mechanicznie przyjął gratulacje od kilku mieszkańców taboru, którzy obserwowali ceremonię z zewnątrz. Nie był do końca świadomy tego, co się dzieje – zbyt silnie otumaniony po wypiciu krwi zmieszanej z winem – wiedział tylko, że nie wypuścił ani na chwilę dłoni Loretty ze swojej dłoni. Nie pomagało, że dookoła nich wnosiła się i opadała zaintonowana przez szamana pieśń, piękna, swoją drogą, aż go ściskało w piersi, chociaż nie potrafił rozróżnić słów; wszystko wirowało.

Zimno, dotarło do niego dopiero po chwili. Swój płaszcz oddał przecież Lorettcie, a już opuścili wóz Shango, rozgrzany trzaskającym płomieniem paleniska i dusznym od oparów wonnych kadzideł. Ale to nie był koniec – w końcu wcześniej obiecał jej oglądanie gwiazd, prawda? Próbował skupić rozbiegane myśli, aby poszukać w głowie dawno nieużywanych podstaw wiedzy o astronomii, i wymyślić, dokąd mogliby się udać, by zobaczyć perseidy… Ach, jebać to; zatrzymał się nagle, i zaczął mamrotać z różdżką skierowaną w niebo.
Światła przypominające do złudzenia spadające gwiazdy zaczęły przecinać niebo.
Nauczył się tej sztuczki, kiedy pewnej bezsennej nocy razem z Eden Malfoy włóczyli się znudzeni po błoniach, i spontanicznie zdecydowali się sprankować uczniów piszących test z astronomii, wyczarowując na rozgwieżdżonym niebie nieistniejące gwiazdy (które Axel zaczarował dodatkowo, by ułożyły się w napis "twoja stara", co podobno któryś z egzaminowanych studentów opisał mylnie jako "konstelację Matki")..

Zwrócił spojrzenie na Lorettę.
– Teraz życie jest mi bardzo miłe – stwierdził przewrotnie, jakby od niechcenia, obejmując kobietę ramieniem.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#15
30.11.2023, 19:24  ✶  

Gęsta posoka wędrowała kroplami po dłoni, kapiąc z środkowego palca na ziemię; nie czuła jednak bólu, a każdą komórkę jej ciała zajmowało bezkresne przejęcie, rozedrganie i multum niepewności – odnośnie jego uczuć, odnośnie tego, czy jest dla niego najważniejsza i wreszcie: odnośnie tego, czy jej obecność mu nie zobojętnieje na przestrzeni życiorysu, który mknął gdzieś między gwiazdozbiorami, szepcząc brylantami gwiazd o nieuchronności ich losu. Bo byli sobie przeznaczeni na całej rozciągłości kanwy malowanej krwią i łzami; bo ileż ich uroniła, gdy sięgał po strzykawkę?; gdy widziała, jak zapadał się w odmęty nałogu, biorąc heroinę za kochankę bliższą, niż ona sama. A ona potrzebowała tej pozornej pewności, że jej ramiona otulają go bardziej miękko, niż podłe szpony narkotykowej rozpusty.

– Wiesz, że zawsze byłeś tylko ty – powtórzyła po nim jak mantrę; jak tę przeklętą szekspirowską kantyczkę, która budziła poza rubasznym śmiechem również niepokój wzierający w kości. Chłód, który obracał wszystko w skutą mrozem niwecz; ciepło rozgrzewające, płynące gdzieś ze strony serca, budzące myśli niepokorne i chyże, te, których strach było ujawnić kiedy indziej, niż pod pierzyną nocy.

Bo tęskniła za nim na rozciągłości stołu; przez drzwi łazienki, które ich dzieliły i nawet przez skórę, ciasno przywartą do jej. Dziwna gorycz brzmiąca na dnie głosek świadczyła nie o niepewności, lecz o głębi lęków, których nie pozwalała uwydatniać na przestrzeni światła dziennego. Nie chciała pokazywać słabości, lecz przy nim – wszystko było słabością. Nie potrafiła spojrzeć na niego bez tej dozy czułości, której nie zwykła okazywać w formie innej, aniżeli granej z aktorską precyzją – tęsknota zawarta w jej wzroku jednak, tym razem, była namacalna i rzeczywista. Płonąca i kostniejąca zarazem.

Uczucia kowalne w obróbce i piękne w swej buńczuczności kłębiły się na dnie umysłu, bo gdy przymykała oczy, widząc pod membraną powiek tylko kalejdoskop barw – zawsze był gdzieś tam obecny, gdzieś czający się pośród meandrów zrodzonych z potrzeby i tęsknoty. Kleisty uśmiech wstąpił na jej wargi zwolna, ledwie drgając kącikami ust, które wciąż lawirowały między głęboko osadzoną goryczą a silną tęsknotą, potrzebą by być blisko niego.

Była upojona winem, które wartko przedarło się z przełyku do krwi, krążąc prędko, znacząc policzki rumieńcami, a oczy czyniąc roziskrzonymi miliardem spadających gwiazd – komet śmierci, których ogon stanowił spalany wodór. Uśmiech zatańczył nieco pewniej, gdy ujrzała w nim to – halucynacje wywołane jej krwią prędko odbiły się na obliczu Alexandra, a tętent jego serca, tak bliskiego do niej, był wyczuwalny nieomal. Ona jednak, niewybrednie pijana, kołysana w rytm cichej, cygańskiej muzyki rozlegającej się w namiocie – przylgnęła do niego jedynie, wyłapując prędki oddech opuszczający jego pierś.

Był jej myślami, żarliwym pożądaniem i tym wszystkim niepoukładanym, co wibrowało na dnie umysłu, zupełnie jak te nieprzespane noce, pokalane jego sylwetką migoczącą pod membraną drżących powiek. I choć mogli uchodzić za perfidną igraszkę losu, dwójkę łaknących rozrywki bogaczy – nie oddawało to jednak należycie głębi, która ich połączyła; która zawierała się w tych prostych słowach: wiesz, że zawsze byłeś tylko ty.

– Nawet nie wiesz – rzekła, zacinając się na moment. – Nawet nie wiesz, jak bardzo istotny dla mnie byłeś, jesteś i będziesz. Kochaj mnie, Alexandrze, bo nie zniosę ani minuty dłużej, nie będąc z tobą – dokończyła, układając swoją dłoń na jego, pozwalając posoce musnąć jej policzek.

Nagłą wichurą świadomości, w myślach utkało się poczucie bycia mężatką; bycia jego. Nie lękała się jednak teraz, tak jak w przeszłości; teraz myślała jedynie o tym, że ma go na własność – że kocha ją w całej rozciągłości głosek i sprawiało jej to przyjemną satysfakcję, wymieszaną gorliwie z poczuciem, że jego również kocha. Słowo drażniące i proste, a jednak urastające do rangi tak gargantuicznej swoim przyrzeczeniem. Nie bała się go już, mogła je obwieścić w prostocie bez tej kuli nawarstwiającej się w przełyku, wyciskającej z niej jedynie blade westchnięcie.

Miłość do Alexandra była dziwnie prosta, jak na to, jak skomplikowanym człowiekiem był.

Smakował winem i obietnicą. Czymś nienamacalnym i złożonym; a jednak przywarłszy do niego wargami, poczuła tę słodką nutę, którą zawsze nosiły na sobie jego usta – niezależnie, czy smakował słodyczą, czy gorzelnią. Zarzuciła mu ramiona na szyję, wtulając się w jego objęcia – należące teraz w pełni do niej.

Pieść zaintonowana między nimi wibrowała w uszach, gdy przekraczali próg przyczepy, będąc już niejako małżeństwem w pełnej krasie prawdziwości tego słowa – Loretta uważała, iż znacznie większe znaczenie od świstku w urzędzie ma stanięcie twarzą w twarz z bóstwami; taka przysięga była zgoła inna, ważniejsza i bardziej uniesiona od pragmatyczności. I choć Alex człowiekiem pragmatycznym był – wiedziała, iż podzielał jej opinię w całej rozciągłości. Kochała go na całej rozciągłości nieba i jeszcze dalej, gdzieś na samym końcu barwnej tęczy i ponad masywem chmur.

Wirujący wszechświat, bo tylko on był świadkiem ich duchowego połączenia, skłonił ją do zerknięcia na obrączkę, znaczącą linią palec – nie czuła już lęku, nie czuła w żaden sposób goryczy, wypełniało ją bezkresne oddanie i poruszenie, które nieomal wyciskało z ciemnych oczu łzy, szkląc się w nich perfidnie.

– Kocham cię – powtórzyła po raz kolejny tego wieczoru, wtulając się w ramię Alexandra, głowę odrzucając do tyłu, patrząc w roziskrzone niebo.

Prawdopodobnie tak miało być; prawdopodobnie ich wargi były od początku dopasowane do siebie, a dusze połączone niewiadomym traktatem uniesień. I gdyby nie ta jedna noc, podczas której migotliwe gwiazdy były świadkami ich pijanego szczęścia, prawdopodobnie dalej krążyliby wokół siebie jak sputniki, przecinając swoje orbity czasem i bez-czasu. A jednak – wpatrywanie się w te jedne milionowe wszechświata, które ich połączyły, sprawiało, że czuła się po raz pierwszy w życiu aż tak istotna.

Po raz pierwszy oglądali feerię barw rozlegającą się na nieboskłonie.

Po raz pierwszy bez wahania mogła powiedzieć, że go kocha w całej rozciągłości.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (7277), Loretta Lestrange (7561)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa