11.12.2023, 16:30 ✶
- Oczywiście, że tak. Trzymam wszystkie artykuły prasowe, w których pojawia się mój brat - stwierdziła Brenna, uśmiechając się mimowolnie jeszcze szerzej. - Właściwie... jeśli dobrze pamiętam... spytałam go wtedy, czy wie, że równie dobrze mógłby zawiesić na sobie tarczę strzelniczą z napisem „śmierciożercy, chodźcie poćwiczyć zaklęcia".
A Erik zaczął się tłumaczyć, jakby spodziewał się, że siostra zmyje mu głowę - gdy przecież wcale nie miała takiego zamiaru. Nie byli ludźmi, którzy mogli po prostu stać z boku i milczeć, z językami spętanymi strachem. Nawet Morpheus, będący nieco na uboczu, zapatrzony w przyszłość i krążący po mrocznych korytarzach Departamentu Tajemnic, nie miał przecież natury kogoś, kto gotów jest całkowicie zrezygnować z wpływu na wydarzenia.
Zwłaszcza po śmierci wuja. Bo Derwin Longbottom też nie był takim człowiekiem.
- Nie mam ambicji bycia Atlasem - powiedziała, ściskając jego rękę. Nie, nie uważała, że mogłaby podtrzymać cały świat na swoich barkach: nie była w końcu żadnym wybrańcem, żadną jednostką bardziej niezwykłą niż czyniło ją widmowidzenie, nikim szczególnie ważnym. Pionkiem na szachownicy, który stał się z czasem figurą, ale wciąż był tylko elementem większego obrazka. Jeżeli nawet miałaby jakiekolwiek złudzenia w tej sprawie, a ich przecież nie żywiła, rozwiałyby się ostatecznie podczas wichury, która zakończyła Beltane.
W ostatecznym rozrachunku była bezradna i popełniała błąd za błędem.
- On w końcu ciągle stał w miejscu, prawda? Tego absolutnie bym nie zniosła - uzupełniła jeszcze, nim cofnęła rękę.
Słońce ostatecznie schowało się za horyzontem, w Warowni Longbottomów rozbłysły lampy, a wkrótce potem trzasnęły drzwi, zwiastujące pojawienie się kolejnych osób. Tego wieczora na domowników czekała niespodzianka - i Morpheus miał wymienić jeszcze wiele powitań i wzajemnych pytań, nim mógł iść na górę, by odpocząć. Po wyczerpującej podróży i wcale nie mniej wyczerpującym powrocie.
A Erik zaczął się tłumaczyć, jakby spodziewał się, że siostra zmyje mu głowę - gdy przecież wcale nie miała takiego zamiaru. Nie byli ludźmi, którzy mogli po prostu stać z boku i milczeć, z językami spętanymi strachem. Nawet Morpheus, będący nieco na uboczu, zapatrzony w przyszłość i krążący po mrocznych korytarzach Departamentu Tajemnic, nie miał przecież natury kogoś, kto gotów jest całkowicie zrezygnować z wpływu na wydarzenia.
Zwłaszcza po śmierci wuja. Bo Derwin Longbottom też nie był takim człowiekiem.
- Nie mam ambicji bycia Atlasem - powiedziała, ściskając jego rękę. Nie, nie uważała, że mogłaby podtrzymać cały świat na swoich barkach: nie była w końcu żadnym wybrańcem, żadną jednostką bardziej niezwykłą niż czyniło ją widmowidzenie, nikim szczególnie ważnym. Pionkiem na szachownicy, który stał się z czasem figurą, ale wciąż był tylko elementem większego obrazka. Jeżeli nawet miałaby jakiekolwiek złudzenia w tej sprawie, a ich przecież nie żywiła, rozwiałyby się ostatecznie podczas wichury, która zakończyła Beltane.
W ostatecznym rozrachunku była bezradna i popełniała błąd za błędem.
- On w końcu ciągle stał w miejscu, prawda? Tego absolutnie bym nie zniosła - uzupełniła jeszcze, nim cofnęła rękę.
Słońce ostatecznie schowało się za horyzontem, w Warowni Longbottomów rozbłysły lampy, a wkrótce potem trzasnęły drzwi, zwiastujące pojawienie się kolejnych osób. Tego wieczora na domowników czekała niespodzianka - i Morpheus miał wymienić jeszcze wiele powitań i wzajemnych pytań, nim mógł iść na górę, by odpocząć. Po wyczerpującej podróży i wcale nie mniej wyczerpującym powrocie.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.