Marzenia rzadko się spełniają.
Gdzieś w pobożnych życzeniach lubił myśleć, że chciał mieć rodzinę, że podobała mu się wizja familii przypominającej jego własną, wielu synów i córki, szczęśliwa miłość z wyjątkową kobietą u boku. W gruncie rzeczy jednak dużo lepiej wychodziło mu, gdy mógł przestać myśleć, a partnerzy zawiązywali mu jedwabne liny na nadgarstkach lub gdy on transmutował kartę w obrożę i smycz. To, w czym się rozumieli z Philipem, było wlansie to. Że nie należy mylić miłości z namiętnością. Powinien był o tym wiedzieć, że ta prowokacja spłynie po Nottcie jak po kaczce, nawet bez jasnowidzenia, a widząc przyszłość, tym bardziej. Zaślepiła go jednak chęć jakiegoś rodzaju ulgi, nawet jeśli miał znaleźć ją rozbitych kuflach i alkoholu na podłodze. Tęsknił tak bardzo za swoim bratem.
Morpheus Longbottom nigdy nie chciał mieć rodziny w sensie prokreacji. Chciał mieć miłość i stabilność oraz miejsce do pracy. Sam Departament Tajemnic stanowił częściowo jego dom. Sekretem na przetrwanie Longbottoma nie były wielkie mądrości ani sztuczki, nawet jeśli sama Komnata Przepowiedni nie należała do najbardziej niebezpiecznych. Za taką uważał najbardziej Komantę Miłości. Kiedy myślał o dzieciach, widział w nich raczej uciążliwe obciążenie na dłuższą metę oraz potencjał do rozciągnięcia tragedii. Znał swoje możliwości i przekleństwo Apollina, które mieszało mu w głowie razem z darem Chronosa, trzymanym w sekrecie. Kochał swoją rodzinę taka, jaką była. Duża, głośna familia braci, ich żon i dzieci.
Nie pozwolił sobie płakać, zagryzł wnętrze policzka. Wolał poopowiadać Philipowi sprośne anegdotyki z Grecji, czy też opisać komediowe sytuacje, na przykład o budyniowej klątwie, która sprawiała, że nawet najświeższe mleko zmieniało się w gęsty pudding ponieważ jeden z klątwołamaczy źle rozczytać zapiski starożytnej greki i przez tydzień pracowali nad tym, aby odwrócić działanie czegoś, co powinno być z założenia przeciwdziałaniem.
Rozmawiali aż do bójki, która zaczęła rozprzestrzeniać się na cały bar, gdy padło zbyt głośne szlama, ktoś inny się zdenerwował, padły obelgi, przekleństwa, a w końcu czyny fizyczne. Gdy padły pierwsze iskry magii, oboje uznali, że to najwyższy czas, aby się zebrać do domów.