Huragan jej obecności prędko roznosił Nokturn na swoich połach; przemierzała szemrane ulice z prędkością afrykańskiego tam-tamu, swoją duszną osobowość zwiastując jedynie pospiesznym stukotem wysokich obcasów, które zwykła przybierać zawsze, z uwagi na swój mikry wzrost. Czarne, drobne loki tańczyły wokół twarzy niespokojnie, a na samym obliczu malowało się niebanalne w swej krasie zaciekawienie zmieszane ze szczyptą utęsknienia. Zmierzała w końcu do Sekretu Salazara, gdzie miała jej się objawić osoba bliźniaka – ostatnimi czasy, pogoda bywała niezwykle kapryśna i rozciągała się na osi gęstych, czyniących ze skóry galaktykę deszczy, aż po słotę zapowiadaną przez języki słońca, które niezwykle chętnie mościły swoją niszę na poszewce ziemskiej. Prawdopodobnie dlatego była gotowa na wszelkie kaprysy matki natury – w dłoni umiejscowił się spory, elegancki parasol, a pstrokatość odzienia przykrywało jedynie wełniane ponczo.
Zaczynała czuć się dusznie i niespokojnie – odgarnęła niesforny kosmyk, który położył się czarną tonią akwareli na bladej cerze, jej usta jednak, rozciągnął urokliwy w swej krasie uśmiech. Kąciki warg drgały niepewnie, a sama Lestrange jedynie przyspieszyła energicznego kroku, mając przed sobą raptem ostatni zakręt.
I gdy tak zamaszyście wparowała za zwieńczenie ostatniego budynku, zderzyła się nieomal czołowo z personą, której nawet twarzy nie zdążyła ujrzeć, zbyt zaaferowana plikiem kartek, które wypadając z dłoni jegomościa, rozrzuciły się śniegiem po całym bruku.
– O Merlinie, przepraszam! Naprawdę przepraszam! – rzekła prędko, kucając na chodniku, aby pozbierać zagubione, jeszcze wirujące w powietrzu pliki papieru.
Przez całokształt ambarasu, nie zwróciła nawet uwagi na twarz jegomościa, spojrzenie lokując jedynie na eleganckim odzieniu, jednak gdy wręczała mu zagubione dokumenty, uniosła brodę i zatopiła oczy w jego wejrzeniu.
Zmarszczyła brwi. Miała nieodparte wrażenie, iż mężczyznę kojarzy, w dodatku jeszcze – całkiem dobrze. Przez prozę myśli zatańczyły informacje o wcześniejszym Ministrze Magii; nie musiała zagłębiać się w politykę, która zresztą nie należała do dziedzin, w których by przodowała, aby na scenie umysłu zamigotało jego nazwisko. Bo obracała się pośród wonnych orchidei, sweterków z monogramami i nienachalnego snobizmu; jej akcent, tak bardzo przywodzący na myśl oschłe arystokracje, był wyraźnie wyczuwalny w nutach pieniącego się jak tonik głosu. Spojrzała na niego raz jeszcze – nie puszczając pliku kartek, który zawitał w jej dłoniach.
– Elliott Malfoy – stwierdziła oczywistość, a jej wargi wygiął urokliwy w swym banale grymas.