Tej nocy spali w przyczepie Elaine. Nie było to niczym dziwnym, wszak Felix często spał obok przyjaciółki, jeżeli ta tego potrzebowała. Dzisiejsza noc nie różniła się od innych nocy - spokojnych, poprzedzonych długim czytaniem na głos i rozmowami, przeplatanymi śmiechem. Jak zwykle młody Bell czytał do momentu, w którym Elaine nie zasnęła. Zwykle kalkulował to tak, by dziewczyna mogła pogrążyć się we śnie jeszcze przed nim. Sam nie wiedział czemu tak weszło mu to w krew - to oraz delikatne całowanie jej w czoło, gdy myśli powoli odpływały w kierunku krainy snów.
Krainy snów...
To ona była problemem, chociaż jeszcze nie zdawali sobie z tego sprawy. Gdy otworzył oczy, a przynajmniej tak mu się wydawało, nie znajdował się już w przyczepie. Był na lotnisku, w jednej dłoni ściskając walizkę, a w drugiej - dłoń przyjaciółki. Był zmieszany, bo nie pamiętał, co się działo. Ostatnie co pamiętał to zasypianie u jej boku, praktycznie w jej objęciach, a teraz byli przy terminalu, czekając na swoją kolej. Problem w tym, że nie pamiętał, by mieli wybierać się na wycieczkę: a na pewno nie samolotem! Co z cyrkiem, co z resztą rodziny? I gdzie, do cholery, miał bilety? Niepewny tego, co się wokół niego działo, puścił rękę dziewczyny i zaczął grzebać po kieszeniach. Drugim problemem był fakt, że lotnisko było tak cholernie jasne, że aż raziło w oczy. I było puste. Nie było tu obsługi, nie było innych pasażerów. Nie było tu nikogo - nawet dźwięki, które wydawali, wydawały się nienaturalnie głośne i jakby spod wody.
- Elaine? - szepnął, bojąc się naruszyć tę dziwną, niematerialną granicę, którą wyczuwał ale której nie potrafił sklasyfikować. - Gdzie my jesteśmy?