• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 … 6 7 8 9 10 11 Dalej »
[16 lipca 1972] Zaczarowane Różności | A dla Ciebie tylko Słońce

[16 lipca 1972] Zaczarowane Różności | A dla Ciebie tylko Słońce
Ruda Złośnica
Kto nie wie, dokąd zmierza, nigdy nigdzie nie dojdzie.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Długie, rozpuszczone, nieco niesforne włosy w kolorze rudym. Penny nigdy ich nie związuje. Twarz upstrzona licznymi piegami, na której zawsze widnieje uśmiech. Brązowe oczy. Sylwetka szczupła, a do tego około 165 cm wzrostu. Będąc blisko, można wyczuć delikatny, owocowo-kwiatowy zapach, w którym mieszają się ze sobą różne nuty - gruszka, irys, czarna porzeczka, kwiat pomarańczy...

Penny Weasley
#1
05.04.2024, 23:12  ✶  

16 lipca 1972
Penny Weasley, Zaczarowane Różności


Skłamała. Bezczelnie okłamała Ambrosie McKinnon odnośnie zlecenia, z jakim ta się do niej zwróciła. Stworzenie takiej talii kart, bądź nałożenie odpowiedniego efektu na talie dostarczoną przez klienta, nie było dla niej czymś zupełnie bezproblemowym. Nie specjalizowała się w takich rzeczach. Nie do końca wiedziała, jak należało się za to konkretne zadanie zabrać. Od czego zacząć. Potrzebowała jednak pieniędzy. Każda, nawet najmniejsza suma, była w tym przypadku niezbędna do tego, aby choć trochę podreperować budżet. Możliwe, że ostatnimi czasy znów trochę za bardzo zaszalała, wydając sporą część zarobionych pieniędzy na zakup zupełnie niepotrzebnych rzeczy. Możliwe też, że wisiało nad nią widmo braku środków niezbędnych do tego, aby zapłacić za to, bez czego funkcjonować było po prostu ciężko. Jedzenie. Napoje. Czynsz. Długo można by w tym przypadku wymieniać.

Dużo czasu przeznaczyła na to, żeby zebrać niezbędne informacje. Wyszukiwała ich w książkach. Swoje pomysły konsultowała ze znajomymi. Korespondencyjnie poprosiła też o pomoc swojego byłego nauczyciela. Przyniosło to pewne efekty. Nie dało jednak całkowitej pewności. Bo w dalszym ciągu wszystko to musiało się po prostu udać. A tutaj ryzyko istniało zawsze. Nie dało się go w pełni wykluczyć. Nie dało się go wykluczyć.

Nie spowodowało to jednak, że ona – Penelope Anne Weasley – zamierzała w tym przypadku odpuścić. Przyznać się do porażki. Przede wszystkim nie było to w jej stylu. Cechował ją na to zbyt duży upór. Nie bez powodu przez niektórych określany mianem tego oślego.

Tego konkretnego dnia, ruch w Zaczarowanych Różnościach był praktycznie zerowy. A że w sklepie był od rana również Terry, to zamiast siedzieć bezczynnie za ladą, mogła skryć się na zapleczu i skupić na tym, żeby cokolwiek stworzyć. Próbować stworzyć? Pierwsze próby przeprowadziła na talii, którą podkradła Terry'emu. Jednej z kilku, jakie przyjaciel posiadał. Nie zapytała przy tym o pozwolenie, a Trelawney na ten moment nadal się w niczym nie zorientował. Miała więc święty spokój, mogła działać. I to też robiła.

To działanie, ta próba wykonania zadania, były poniekąd specyficzne. I gdyby ktoś się temu wszystkiemu przyglądał, tak z boku, z całą pewnością zapytałby rudej nie raz i nie dwa, czy wszystko jest aby na pewno w porządku. Zwłaszcza gdyby był to ktoś, kto rudej nie znał i przy pracy nie widywał. Wielogodzinne wpatrywanie się w rozłożone na stole karty, niekoniecznie było czymś normalnym. Typowym? Penny tak jednak działała. Godzinami potrafiła czekać na krótką chwilę olśnienia. I dla własnego dobra, dobrze było jej w takich momentach nie przeszkadzać. Mogła bowiem ugryźć. A to ugryzienie, mogło okazać się na dokładkę całkiem bolesne.

Przez te wszystkie godziny, wszystkie dni jakie na to przeznaczyła, udało jej się ustalić pewne rzeczy. Jej celem było sprawienie, żeby każda karta po wyłożeniu przedstawiała ten sam obrazek. Wyglądała niczym karta Słońca. Najprostszą opcją wydawało się w tym przypadku postawienie na drobną iluzję. Podjęcie się próby oszukania zmysłów. Tyle tylko, że ta dziedzina magii nigdy nie stanowiła jej mocnej strony. Opanowała zaledwie jej podstawy. Nie miała dotąd potrzeby rozwinąć się w tym przypadku bardziej. Okazji do tego, aby nauczyć się czegoś więcej.

Pierwszą próbę, generalną, przeprowadziła na talii Trelawneya. Wybrała w tym przypadku dla siebie losową kartę. Trafiło na tę przedstawiającą Śmierć. Nie było w tym zbyt wiele celowości, bo i znaczenia karty Weasley zwyczajnie nie znała. Gdyby miała cokolwiek na jej temat założyć, zapewne uznałaby ją za całkowicie negatywną. No cóż. Każdy ma prawo się mylić. Prawda? Ze swoją różdżką w dłoni – prostą, nieco giętką, wykonaną z drewna sekwoi, posiadającą rdzeń z włókna ze smoczego serca – starała się osiągnąć odpowiedni efekt. Kiedy zaś proste, nieskomplikowane zaklęcie zdawało się zadziałać jak należy, ruda była już pewna jednego. Kolejnym krokiem będzie przeprowadzenie rytuału na talii właściwej. Tej, którą przesłała jej Ambrosia McKinnon.

Z podjęciem się tego zadania, zamierzała zaczekać do zamknięcia sklepu. Do momentu, kiedy lokal opuści Trelawney. Nie chciała, żeby ktoś jej w tym przypadkiem przeszkodził. Oderwał od zajęcia, odwrócił uwagę. Zależało jej na tym, żeby sprawę wreszcie zamknąć, a obiecany przedmiot przesłać blondynce. Swoją drogą krewnej Terry'ego, co też sprawiało, że Weasley zależało trochę bardziej. Nie chciała podesłać jej czegoś, co po kilku dniach straci swoje właściwości i inne takie.

Kiedy wreszcie została sama, przyniosła na zaplecze kilka świec, wyrysowała przy pomocy białe, kredy niewielki krąg. Przygotowała wszystko zgodnie z wytycznymi, które wcześniej znalazła w książce. Informacje były raczej ogólnikowe, ale miała nadzieje, że mimo tego wszystko zadziała jak należy; że nie straci jedynie swojego cennego czasu na kompletne bzdury. Kiedy świece zostały już zapalone, a następnie krok po kroku przeszła po kolejnych etapach prostego, nieskomplikowanego rytuału, pozostało jedynie nałożyć odpowiedni efekt, zakląć talię we właściwy sposób. Miała to być karta Słońca i to konkretnie Penny wskazała. Na tym się skupiła, to właśnie starała się osiągnąć. I kiedy wszystko zostało tutaj wykonane – oby poprawnie! – a wyrysowany krąg na krótki moment zaświecił się jasnym światłem, pozostawało już tylko całość zakończyć. Zgasić świece, jedną po drugiej.

I sprawdzić czy efekt końcowy był zgodny z tym, co Penny starała się osiągnąć.

Nieco zmęczona, bo godzina była stosunkowo późna, a za nią na dokładkę jeszcze cały dzień spędzony w sklepie, w ramach testu rozłożyła karty na stole, upewniając się czy wszystko działa odpowiednio. Zgodnie z oczekiwaniami. Kiedy zaś każda z wyłożonych kart okazała się przedstawiać dokładnie to samo, aż podskoczyła i pisnęła ze szczęścia. Udało jej się, choć nie do końca miała pojęcia co robi. Choć w znacznej mierze działała tutaj na ślepo, kierując się ogólnymi wskazówkami oraz własną intuicją. Najwyraźniej zaufanie temu ostatniemu okazało się strzałem prosto w 10. Albo nawet w setkę.

Zostawiając wszystko na zapleczu, tak jak było – naprawdę nie miała w tym momencie sił na sprzątanie – wróciła do domu, obiecując sobie, że jutro doprowadzi wszystko do porządku. Samo zamówienie zaś starannie zapakuje i wyśle talię prosto do Rosie. Albo może nawet dostarczy ją osobiście do rąk własnych McKinnon? Zdecyduje później.


***

Następnego dnia zjawiła się w sklepie sporo po czasie. Zaspała. Zanim mogła się wszystkim zająć, dopiąć ostatnie szczegóły, musiała to i owo wytłumaczyć Terry'emu. Bezczelnie wykorzystała bowiem jego świeczki oraz talię kart. No cóż. Te ostatnie przynajmniej powinny za niedługo wrócić do normy. Zaklęcie powinno działać tylko przez pewien czas. Znając życie – niezbyt długi. Na zaplecze mogła się udać kiedy wreszcie doszli do porozumienia. Obiecała oddać mu część zarobku.

Westchnęła ciężko widząc cały ten bałagan, jaki po nocnych zabawach pozostawiła. Niedopalone świeczki. Kreda. Zostawione w pomieszczeniu książki. Dwie talie kart tarota. Jednym i drugim machnięciem różdżką, postarała się zaprowadzić tu względny porządek. Trochę wszystko uporządkować. Zaraz było znacznie lepiej, choć wciąż sporo brakowało do ideału. Mogła to jednak zaakceptować.

Podeszła do stołu, na którym leżały rozłożone karty. Tych nie uporządkowała, chcąc raz jeszcze wszystko sprawdzić. Upewnić się, że talia była kompletna, żadna karta się gdzieś nie zapodziała. Ani też nie została po złośliwości schowana przez Terry'ego. Bo tego, że Trelawney byłby skłonny do takich drobnych złośliwości, była pewna. Tak samo pewna jak tego, że po dniu nastąpi noc, a po zimie przyjdzie wiosna.

- Śmierć, głupiec, mag, kochankowie... - sprawdzając czy wszystko było jak należy, wymieniała nazwy każdej z kart. Albo raczej odczytywała je, porządkując talie. Zwracając uwagę na to, aby żadna z kart nie była umieszczona do góry nogami i inne takie. Jedyne czego nie zrobiła, to nie zadbała o ich właściwą kolejność. O ile takowa w ogóle była? Na tym akurat się nie znała.

Kiedy ze wszystkim skończyła, przeszła do głównej części sklepu, gdzie na spokojnie poszukała odpowiedniego opakowania. Dobrała też do niego ładną, jasnoniebieską wstążeczkę, którą przewiązała pudełeczko. Na samym końcu całość umieściła w ozdobnej torebce prezentowej. Nie zamierzała tych drobnych rzeczy doliczać jednak do końcowego rachunku. Była to drobnostka, dorzucona w gratisie, po znajomości. Dla kogoś, kto również dla niej był przecież prawie jak rodzina. Bo ona i Terry, choć rodziną nie byli, to dla siebie pozostawali naprawdę bliscy.

- Idę załatwić kilka spraw, będę później. - poinformowała Terry'ego, zanim wreszcie opuściła sklep, zamierzając ze wszystkim osobiście udać się do pobliskiego przecież, gabinetu spirytystycznego „Ataraxia”. Gdyby ją przy tej okazji zauważył Aidan, albo Renigald, zapewne zebrałaby niezły opierdol za włóczenie się po Nokturnie. Bez towarzystwa, bez kogoś kto mógłby pomóc w razie potrzeby. No cóż, nawet nie pomyślała, że ktokolwiek mógłby mieć do niej o to pretensje i inne takie. Ulica jak ulica, choć może faktycznie trochę mniej bezpieczna od innych w tej części Londynu.

Spacer nie zajął jej szczególnie dużo czasu. Wreszcie znalazła się pod właściwymi drzwiami. Gdyby człowiek nie wiedział, że szuka właśnie tego konkretnego miejsca, właśnie tych drzwi. mógłby mieć problem z trafieniem do celu. Gabinet nie rzucał się jakoś szczególnie w oczy. Penny nie była tutaj jednak pierwszy raz. A charakterystyczny zapach kadzideł, jaki dawało się wyczuć już od progu, nawet nieszczególnie ją drażnił. Może z tego względu, że zdążyła już do niego przywyknąć? Terry'emu również zdarzało się dość często zapalać te cholerstwo. Nie mówiąc już o tym, że tworzył je na potrzeby własne oraz w celu sprzedaży.

- Rosie? - odezwała się, ledwie tylko udało jej się choć trochę przyzwyczaić wzrok do tutejszych warunków. W pierwszym momencie miała bowiem wrażenie, że szarzy jej się trochę od dymu przed oczami. Wątpliwa przyjemność. Postarała się wejść dalej. W głąb pomieszczenia, rozglądając się za blondynką, która powinna być na miejscu. I kiedy tylko na nią trafiła, przywitała się, wręczyła torbę z talią i ustaliła wszystkie szczegóły dotyczące zapłaty za to drobne zlecenie. Trochę bardziej skomplikowane niż pierwotnie zakładała, ale na całe szczęście – nie zajęło jej wiele czasu. Stanęło bowiem na ledwie 6 dniach.

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Penny Weasley (1570)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa