13.04.2024, 19:39 ✶
25.06.1972
Basilius tak naprawdę przyjmował prywatnych pacjentów dopiero od dwóch lat z pewnymi wyjątkami. Miał kilku pacjentów, których leczył już w ten sposób znacznie wcześniej kilka osób, nie wliczając w to spontanicznych wizyt jego rodziny lub znajomych z dziwnymi przypadkami, którym może i marudził czasem, że musi ich łatać za darmo i to na dodatek w swoim wolnym czasie, ale w życiu nie pozwoliłby przyjąć od nich zapłaty. Dlatego cieszył się z tego, że odezwała się do niego niejaka Violet Shafiq, która nie zapowiadała się na ciężki, ani chaotyczny przypadek, a była jednak klientką.
Oczywiście zadbał o to, by kobieta miała zapewnioną dyskrecję, którą zawsze gwarantował swoim klientom – jego brata nie było w domu i nie miał szybko wrócić. Może powinien rozważyć, czy nie kupić jakiegoś małego lokalu, by tam załatwiać wszystkie medyczne sprawy, ale pewnie musiałby się bardziej skupić na prywatnych praktykach, by mu się to opłacało, a na razie i tak głównie pracował w Świętym Mungu i z wielu przyczyn nie zamierzał z tego rezygnować.
– Pani Shafiq, witam – powiedział uprzejmie, otwierając kobiecie drzwi do rodzinnej kamienicy, w której mieszkał. – Proszę wejść. Mój gabinet jest wzdłuż schodów po lewej. Pierwsze drzwi. Zechce się pani czegoś napić? Kawy, herbaty?
Prewett tego dnia prezentował się, najlepiej jak tylko potrafił. Czarne loki zostały zaczesane do tyłu, ubrany był w elegancką koszulę i spodnie, na które narzucił rozpiętą ciemną szatę (idealne połączenie jeśli chciał zapunktował jednocześnie u konserwatystów, jak i bardziej progresywnych czarodziejów), a jego bladą twarz zdobił od dawna wyuczony uśmiech. Ale nie ten, którym Prewettowie sugerowali, że każdy z nich jest cwaniakiem, a ten którego używali, gdy chcieli przekazać swojemu rozmówcy, że spotkanie z nimi będzie miłe, uczciwe i profesjonalne. Co w sumie w tym wypadku było prawdą.