04.05.2024, 11:46 ✶
Tylko próbowałam?
No tak. Jego wina. Nie miał zielonego pojęcia czemu w ogóle w taki głupi sposób sformułował to pytanie. Basilius nagle spojrzał się na nią z udawaną powagą.
– Brenno, powiedz mi szczerze. Czy miecz Godryka Gryffindora jest cały, czy też tak naprawdę go zepsułaś, a na ścianie wisi kartonowa replika? – zażartował, wciąż udając poważnie zmartwionego. To znaczy, gdyby odpowiedziała twierdząco na to pytanie, to Basilius rzeczywiście by się zmartwił, ale wątpił jednak, czy tak się wydarzy.
Zerknął na łóżko i skrzywił się nieznacznie. Czy wypadałoby im je przenieść, czy też po prostu powinni je tak zostawić do czasu, aż ktoś ich uratuje? Zerknął na Brennę bez kości, a potem na łóżko, próbując oszacować ile waży i czy dałby radę przenieść je w pojedynkę. Ta.... Chyba jednak lepiej je tak zostawić.
– Nic przeciwko Slytherinowi? – Uniosł brwi, nieco rozbawiony. – W takim razie skąd na Merlina wzięły się te wszystkie wyrzuty, kiedy plamy na twojej ręce stały się srebrne?
Slytherin był domem, w którym Basilius myślał, że mógłby w nim być, gdyby nie trafił do Ravenclawu. Chyba. Na pewno było mu do niego bliżej niż do zbyt brawurowych Gryfonów z tendencjami do robienia sobie najgłupszych krzywd w imię odwagi i innych takich, czy Puchonów, którzy zawsze wydawali sobie cenić bycie miłym. A Basilius może i starał się być miłym dla pacjentów, ale wydawało mu się, że Helga Hufflepuff nie byłaby zbyt zadowolona z tego ile razy w głowie rozmyślał, jak wrobić jakiegoś irytującego czarodzieja w przekręt finansowy, którego nie popełnił.
– A może był draniem, ale reszta wiedziała, że bez niego to się nie uda? – zasugerował, wpatrując się w swoją czekoladową żabę, teraz już bez głowy. – Wiesz, może przymykały oko na jego pierdole- Gadanie, bo cel był ważniejszy? – A może po prostu gadał głupoty, a Salazar najzwyczajniej na świecie, na którymś etapie swojego życia mocno uderzył się w głowę.
Parsknął rozbawiony.
– Dobrze dziękuję. Postawie sobie na biurku. – Co jak co, ale Brenna miała trochę racji. Naprawdę nie wypadało mu nie mieć patronki własnego domu w swojej kolekcji.
– Tak, naprawdę. Mamy dziwne przypadki, nie zrozum mnie źle, może nawet dziwniejsze, ale... Ale zazwyczaj nie skupiają się na jednej osobie. A ty... Masz do tego talent.
I chyba wolałbym abyś go nie miała.
Uśmiechnął się szeroko, gdy zobaczył, że znowu wygrał. Oczy mu błyszczały. Lubił to. Naprawdę to lubił. Lubił ten moment, gdy okazywało się, że karty były po jego stronie, poprzedzony tą chwilą niepewności, gdy wciąż coś ryzykował.
– Nie, nie musisz się tego obawiać. Zapewniam, że jesteśmy całkowicie bezpiecznymi osobami do grania – oznajmił wciąż nie gubiąc uśmiechu, który zagościł na jej twarzy. Spojrzał na swoje karty. Jaki ładny wynik. Według Basuliusa poker nie był jedynie kwestia szczęścia, a też umiejętnością dobrego wykorzystywania tego szczęścia, czy też nieszczęścia. Ale dzisiaj... Dzisiaj zdecydowanie nie miał pecha. Spojrzał na Brennę.
– No dobrze. Już się tego boję, ale co się wydarzyło w ten najdziwniejszy poniedziałek w twoim życiu?
No tak. Jego wina. Nie miał zielonego pojęcia czemu w ogóle w taki głupi sposób sformułował to pytanie. Basilius nagle spojrzał się na nią z udawaną powagą.
– Brenno, powiedz mi szczerze. Czy miecz Godryka Gryffindora jest cały, czy też tak naprawdę go zepsułaś, a na ścianie wisi kartonowa replika? – zażartował, wciąż udając poważnie zmartwionego. To znaczy, gdyby odpowiedziała twierdząco na to pytanie, to Basilius rzeczywiście by się zmartwił, ale wątpił jednak, czy tak się wydarzy.
Zerknął na łóżko i skrzywił się nieznacznie. Czy wypadałoby im je przenieść, czy też po prostu powinni je tak zostawić do czasu, aż ktoś ich uratuje? Zerknął na Brennę bez kości, a potem na łóżko, próbując oszacować ile waży i czy dałby radę przenieść je w pojedynkę. Ta.... Chyba jednak lepiej je tak zostawić.
– Nic przeciwko Slytherinowi? – Uniosł brwi, nieco rozbawiony. – W takim razie skąd na Merlina wzięły się te wszystkie wyrzuty, kiedy plamy na twojej ręce stały się srebrne?
Slytherin był domem, w którym Basilius myślał, że mógłby w nim być, gdyby nie trafił do Ravenclawu. Chyba. Na pewno było mu do niego bliżej niż do zbyt brawurowych Gryfonów z tendencjami do robienia sobie najgłupszych krzywd w imię odwagi i innych takich, czy Puchonów, którzy zawsze wydawali sobie cenić bycie miłym. A Basilius może i starał się być miłym dla pacjentów, ale wydawało mu się, że Helga Hufflepuff nie byłaby zbyt zadowolona z tego ile razy w głowie rozmyślał, jak wrobić jakiegoś irytującego czarodzieja w przekręt finansowy, którego nie popełnił.
– A może był draniem, ale reszta wiedziała, że bez niego to się nie uda? – zasugerował, wpatrując się w swoją czekoladową żabę, teraz już bez głowy. – Wiesz, może przymykały oko na jego pierdole- Gadanie, bo cel był ważniejszy? – A może po prostu gadał głupoty, a Salazar najzwyczajniej na świecie, na którymś etapie swojego życia mocno uderzył się w głowę.
Parsknął rozbawiony.
– Dobrze dziękuję. Postawie sobie na biurku. – Co jak co, ale Brenna miała trochę racji. Naprawdę nie wypadało mu nie mieć patronki własnego domu w swojej kolekcji.
– Tak, naprawdę. Mamy dziwne przypadki, nie zrozum mnie źle, może nawet dziwniejsze, ale... Ale zazwyczaj nie skupiają się na jednej osobie. A ty... Masz do tego talent.
I chyba wolałbym abyś go nie miała.
Uśmiechnął się szeroko, gdy zobaczył, że znowu wygrał. Oczy mu błyszczały. Lubił to. Naprawdę to lubił. Lubił ten moment, gdy okazywało się, że karty były po jego stronie, poprzedzony tą chwilą niepewności, gdy wciąż coś ryzykował.
– Nie, nie musisz się tego obawiać. Zapewniam, że jesteśmy całkowicie bezpiecznymi osobami do grania – oznajmił wciąż nie gubiąc uśmiechu, który zagościł na jej twarzy. Spojrzał na swoje karty. Jaki ładny wynik. Według Basuliusa poker nie był jedynie kwestia szczęścia, a też umiejętnością dobrego wykorzystywania tego szczęścia, czy też nieszczęścia. Ale dzisiaj... Dzisiaj zdecydowanie nie miał pecha. Spojrzał na Brennę.
– No dobrze. Już się tego boję, ale co się wydarzyło w ten najdziwniejszy poniedziałek w twoim życiu?