Vera & Sebastian
Vera Travers zawsze była kobietą zadbaną. I choć elegancja nie towarzyszyła jej na każdym kroku życia, kobieta przywiązywała sporą wagę do swojej prezencji. Jak cię widzą, tak cię piszą, czyż nie? A prezencja potrafiła być maską najlepszą w natłoku codziennych zdarzeń, wymagających od nas przybierania ról różnorakich. Vera lawirowała między maskami, a gdy przyjmowała kolejną dbała, aby każdy, nawet najmniejszy szczegół do siebie pasował.
Minęły trzy lata odkąd Mannan zamknął szare oczy i w drewnianym pudełku powędrował równiutko dwa mety pod ziemię. Trzy lata, podczas których skrzętnie odgrywa rolę wdowy zaskoczenia, nie do końca pogodzonej z biegiem wydarzeń. Trzy lata chowania się za maską, odpowiednio wystudiowaną by wszyscy byli pewni, iż łączyło ich uczucie szczere i głębokie, nawet jeśli to stwierdzenie mijało się z prawdą.
Trzy lata…
Najwyższa pora, by porzucić tamtą maskę, wszak nie można ciągle płakać nad rozlanym mlekiem. Nie teraz, gdy coraz bliżej były nowe możliwości oraz szanse, nawet jeśli podszyte były niebezpieczeństwem.
Udaje się więc na niewielkie zakupy gdy dochodzi do wniosku, że perfumowany, nieco piżmowy zapach jej szamponu nie pasuje do fasady, którą zaczynała budować. Przechadza się alejkami wybierając nowe odcienie szminek i kredek do oczu, sprawdza kolejne zapachy próbując dopasować te, które najlepiej zgrają się z pożądanym rezultatem.
Wybiera też nowy szampon.
W szale zakupów zapomina o umówionym wcześniej spotkaniu. W pośpiechu więc wraca do niewielkiego mieszkanka by przygotować się do jednego z regularnych spotkań z bratem. Myje włosy nowym szamponem, owija je w puchaty ręcznik po czym poprawia makijaż i wtedy zaskakuje ją dzwonek do drzwi.
- Witaj Sebastianie. - Wita się jeszcze z ręcznikiem na głowie po czy posyła mu przepraszający uśmiech. Nie znosiła się spóźniać. Ba, każde spóźnienie uważała za osobistą porażkę lecz choroba skutecznie utrudniała jej punktualność. Piętnastominutowe wycięcie w drodze powrotnej ze sklepu nie ułatwiło jej dotrzymania grafiku. - Wejdź proszę, potrzebuję jeszcze pięciu minut. - Prosi po czym wpuszcza brata do środka. Nie wskazuje mu gdzie może usiąść, nie pyta o napój bo wie doskonale iż ten zna położenie tego, czego mógłby potrzebować - i był w stanie sięgnąć po to własnymi dłońmi.
Vera znika na chwilę za drzwiami łazienki, zdejmuje puchaty ręcznik i… Nie wierzy w to, co widzi w lustrzanym odbiciu. Miast brązowych pukli znajdują się kaktusy - niesforne, zielone i pokryte igłami, które kłują delikatną skórę.
- Na brodę Merlina… - Przeklina głośno przerażona, nie pewna czy wie, jak odkręcić to, co się wydarzyło… I jak wyjasni to bratu, który z pewnością słyszał jej słowa.