Zbyt łatwo. Mylenie ekscytacji ze strachem potrafiło się mieszać, a im dłużej żyjesz w tym strachu i im częściej niepokój zagląda do twojego życia tym bardziej uczysz się z nim żyć na swoich zasadach. Niezdrowa relacja, która w ogóle nie powinna mieć prawa istnienia. Zupełnie jak niezdrowa była ta rozmowa. I cóż? Trwała i tak. Ponieważ Laurentowi nie śpieszyło się stąd iść, nawet jeśli spotkanie wcale nie dostarczało niczego pozytywnego. O paradoksie... było nadal lepsze niż niektóre spotkania, jakie działy się w jego życiu w ostatnim czasie.
- Nie będę o nic prosił. - Nie zabrzmiało to nawet niepewnie, bo niepewny tego nie był. To była pieprzona wojna, a Laurent nie zamierzał w niej ulec i skończyć na kolanach. Nie ważne, jak wiele energii będzie ona kosztować, nie ważne, jak wiele miał stracić po drodze - ta walka nie toczyła się tylko o niego i o Dante. Tam byli ludzie, którzy nie mieli takich możliwości i zasobów, nawet nie mieli takiego sprytu, żeby przetrwać w samotności. - Zawiedziony? - Upił kolejny łyk wina, z zainteresowaniem śledząc tę zmianę smaku. Notując ją gdzieś w zakamarku swojego umysłu, a ta nowa cierpkość była jeszcze milsza od poprzedniej słodyczy. - Jak słusznie zauważyłeś - jesteś posłańcem. Przedłużeniem woli Dantego. Śmieszy mnie jego słabość nawet teraz wobec mojej osoby, to żałosne. - Spoglądał na kieliszek, czując to rozprężenie, które oferował alkohol. Z błogosławieństwem - tego oczekiwał. Nie ważne, co się miało stać, pewne wytyczne, nad którymi mógł mieć kontrolę, zostały zapisane w postanowieniach. To żałosne, a w drugą stronę..? - Cóż ja, biedny Lukrecja, mógłbym uczynić przeciwko takiemu złemu chłopcu jak on... - Odetchnął teatralnie. Kolejny łyk i spojrzał na mężczyznę. - Jesteś człowiekiem, którego nie kupuje się samym słowem, więc po co miałbym się nadwyrężać. Czas to i tak zweryfikuje. Wiesz lepiej ode mnie, że paru osobom, które Dantego zdradziły, nadal się dobrze żyje... a nawet lepiej niż z czasów z nim. - Strzelał. Musiał być wierny, albo dobrze wiernego udawać. A to drugie... Dante już raz poczuł smak tej porażki przez brak zaufania. Ewidentnie też zmienił taktykę po tej czerwcowej porażce. A przykładem takiego powodzenia był Murthag MacMilan, który pomógł Laurentemu... całkiem mocno. Bo to on w pewnym momencie był odpowiedzialny za potwierdzenie, że Laurent jest grzecznym chłopcem. - W zamian za radę odwdzięczę się również radą - pozostań posłańcem. Szkoda by mi było twojej przystojnej twarzyczki i gładkiego języka. - Nie zamierzał się stawiać na takie spotkanie po raz drugi... bo tak, drugie mogło już nie być takie miłe. Nawet się uśmiechnął przez moment w odpowiedzi na to "niegrzeczna foczka".
- Wzajemnie, Kieranie. - Nie ruszył się z miejsca. Odprowadził go wzrokiem, nim zwrócił znów spojrzenie na to wino. Z wina na bukiet, po który sięgnął dłonią i przesunął czule palcami po liściach i kwiatach. Nie powinien czuć nostalgii. Zdecydowanie nie powinien.
Całe powietrze z niego zeszło i został tylko ból brzucha i kręcenie w głowie. Dopił wino, choć nie powinien i wyszedł na chłodne powietrze Nokturnu.
W torbie nie było pieniędzy. Na spodzie leżały kamyki - piękne, czarne, polerowane. Na nich biżuteria, którą kiedyś Dante obdarował Laurenta - sama w sobie obrzydliwie wartościowa, ale nieproporcjonalna do utraconego majątku. A na tym wszystkim leżał kwiat lukrecji.