• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 4 5 6 7 8 … 16 Dalej »
[28/29.08.1972, noc] Człowiek to najokrutniejsze zwierzę

[28/29.08.1972, noc] Człowiek to najokrutniejsze zwierzę
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#1
26.08.2024, 21:08  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.11.2024, 06:54 przez Baba Jaga.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Rodolphus Lestrange - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

Trigger Warning: Przemoc wobec zwierząt, brutalność, krew, morderstwo (Odkryj)

Odkryj wiadomość pozafabularną
Zadanie 2/5

Noc z 28 na 29 sierpnia

Sierpień był o wiele spokojniejszy, niż Rodolphus mógłby przypuszczać. Po napiętym czerwcu i tak samo napiętym lipcu to była prawdziwa ulga - mógł skupić się na odzyskaniu równowagi. Balans był dla młodego Niewymownego niezwykle ważny, w końcu to od niego zależała stabilność najważniejszego organu w jego ciele: mózgu.

Mimo to tego dnia Lestrange czuł się nieswojo. Bardzo nieswojo. Nie mógł znaleźć sobie miejsca, kręcił się, chodził w tę i z powrotem. Nie zdarzało mu się to - a czuł dziwny, narastający niepokój już od rana. Nie miał pojęcia co się działo z nim i jego umysłem, a także z jego ciałem, bo to napięcie wypełniało każdą jego komórkę. Czuł, jak dziwne przeczucie płynie w jego żyłach, zastępując krew, buzującą pod skórą. Po raz pierwszy od chyba zawsze miał ochotę sięgnąć po coś mocniejszego. Nie napić się, nie zapalić, a sięgnąć po coś, co faktycznie ukoi jego nerwy, chociaż nie miał pojęcia, co mogło być powodem takiego stanu. Zwolnił się więc wcześniej z pracy, wykręcając się kiepskim samopoczuciem. Nie wrócił jednak od razu do domu - najpierw zwiedził dokładnie Magiczny Londyn, żeby być może odkryć powód, dla którego czuje się tak, jak się czuje. Nie miał nikogo, z kim mógłby o tym porozmawiać, poza jedną jedyną osobą. Czy jednak ta osoba chciałaby o tym słuchać? Czy mu samemu by ulżyło, gdyby wyrzucił to z siebie? To było kluczowe pytanie. Nie znał jednak na nie odpowiedzi.

Wrócił więc do domu i skorzystał z zapasu ziół Nicholasa. To zabawne jak szybko zaczął nazywać to miejsce domem. Być może powinien wrócić już do siebie, ale... Travers nie protestował, a on łapał się na tym, że nie chciał być sam. Samotność nigdy mu specjalnie nie dokuczała, ba - lubił ją i doceniał. Ale dzisiaj, tego dnia, czuł że nie powinien zostawać sam. Dzień był jeszcze młody, jego współlokatora jeszcze nie było w mieszkaniu. Skorzystał więc z okazji i zaparzył tych ziół, a potem próbował coś przeczytać. Nie mógł jednak się skupić, a gdy tylko wybiła odpowiednia godzina - położył się do łóżka, licząc że dziwne przeczucie minie.

Jak można było się jednak domyślić - życie byłoby zbyt proste, gdyby mógł tak po prostu zapaść w odpoczynek bez snów. Zwykle nic mu się nie śniło, pewnie z powodu eliksirów, które zażywał, tak jak i teraz. Ta noc jednak była wyjątkowa. Gdy zamknął oczy i powoli oddawał się w objęcia Morfeusza, napięcie opuściło jego ciało.

Robert nie żyje - krzyczała cała jego świadomość, jestestwo, każda komórka w jego ciele. Nie miał pojęcia skąd to wiedział, ale poczuł nagle jakby ktoś zrzucił z jego barków ogromny ciężar. Jakby kamienie, które go przygniatały, nagle się skruszyły i opadły. Był wolny, wolny od przysięgi, wolny od danego słowa. Wolny od mentora, którego szanował i podziwiał. Wolny, po prostu wolny. Nie był jednak w stanie otworzyć oczu, by móc głębiej zastanowić się nad korelacją samopoczucia tego dnia oraz tym dziwnym uczuciem, które właśnie odczuwał. Właśnie zapadał w sen.


Nagle obudził się, znalazł się w tym samym świecie, lecz chyba innym. Gdy otworzył oczy i spróbował usiąść na łóżku, zorientował się, że wcale na nim nie leży. Zamiast miękkiego materaca i ciepłego ciała obok, miał pod sobą brudną, wbijającą się w ciało słomę. Chciał zmarszczyć brwi w wyrazie zdumienia i niezadowolenia, lecz nie był w stanie tego zrobić. Spojrzał w dół, na swoje ręce. Lecz zamiast rąk zobaczył łapy.

Był psem.

Rodolphus potrząsnął głową, a z jego ust wydobył się warkot. Nie słowa, a warkot. Niski i pełen niezadowolenia, lecz to nie miało teraz znaczenia, bo to nie był jego głos. To nie był on, to nie było jego ciało, lecz umysł pozostawał ten sam. Czy to była jakaś sztuczka? Czy może klątwa? Czy może Robert odchodząc postanowił się zemścić i zmienić go w psa? A może to była sprawka Richarda? W końcu on sam siebie nazywał psem Roberta. Był na każde jego skinienie, był mu wierny. Ilekroć Robert nim pogardzał i kopał, a nawet uderzył, Rodolphus do niego wracał z podkulonym ogonem. Wypełniał wszystkie jego polecenia, oczekiwał pochwały i aprobaty - słów, które nigdy nie padły z jego ust. A gdy zorientował się, w jak wielkie bagno wdepnął, było już za późno. Przysięga Wieczysta, która ich łączyła, miała trwać do śmierci jednego z nich. Mieli się chronić, mieli nie występować przeciwko sobie. Czy Rodolphus kiedykolwiek chciałby sprzeciwić się Mulciberowi? Był w niego tak zapatrzony, był w takim amoku, że raczej nie. Ta przysięga była niepotrzebna, ale... Ale być może mógłby w jakiś sposób bardziej zasłużyć na jego uznanie. Teraz było już za późno i wiedział to doskonale.

Jego rozważania przerwało skrzypnięcie drzwi do stodoły. Bo zorientował się, że był w stodole. Spał tutaj, na legowisku, zrobionym z poskręcanych, suchych źdźbeł. W drzwiach stanął postawny mężczyzna z wielkim brzuchem, w zdecydowanie mugolskim ubraniu. Rodolphus warknął w jego stronę, mrużąc duże, brązowe ślepia.
- Do roboty, nierobie - odpowiedział mu warkotem, dzierżąc w ręku szpicrutę. Tą, którą popędzano i ćwiczono konie. Gębę mężczyzna miał nieciekawą i śmierdziało od niego przetrawionym alkoholem. Czuły nos Rodolphusa w postaci psa doskonale wyczuwał woń wymiocin, wódki, whisky i papierosów. Zabójcza mieszanka, od której chciało się wymiotować. Nie ruszył się jednak z miejsca, nie spuszczając wzroku z broni, którą nieznajomy dzierżył w dłoni. - Na co, kurwa, czekasz? Wyłaź!
Huknął i machnął szpicrutą w celu wzmocnienia swoich słów. Lestrange położył uszy po sobie zupełnie odruchowo, a grzbiet zapiekł go niemal żywym ogniem. Wyczuł teraz, że ma niezaleczone rany na całym ciele. Krótka sierść zlepiona była krwią.

Ruszył powoli do przodu, obchodząc mężczyznę od boku. Ten ruszył się nieznacznie, by zrobić mu przejście. A gdy Rolph przechodził obok, spadł na niego pierwszy cios. Potem kolejny i kolejny, a on nie był w stanie się bronić. Chciał, ale coś mu nie pozwalało. Mężczyzna kopniakiem wyrzucił go na zewnątrz. Ostre światło słoneczne raniło jego oczy, sprawiało że musiał je przymknąć. To, co zastał na zewnątrz, było przerażające nawet dla niego. Rodolphus nigdy nie był miłośnikiem zwierząt. Sam kochał brutalność i pławił się w okrucieństwie, lecz wszystko to, co robił, miało wyższy cel. Nie obchodziło go, że szedł po trupach do celu.

Teraz jednak, gdy łapy dotknęły ziemi zbroczonej krwią, a oczy dostrzegły świnie, wykrwawiające się powoli na śmierć, poczuł strach. Pierwotny, instynktowny strach. Czy skończy tak jak one?
- Na co czekasz, zaganiaj je albo skończysz tak samo! - czubek buta wbił się pod jego żebra, a on zaskomlał. Mężczyzna doprawił kopniaka szpicrutą. Musiał iść dalej, przeć do przodu. - Bezużyteczne ścierwo. Czy to do czegokolwiek jeszcze się nadajesz?!
Kolejne ciosy spadały na jego ciało. Widział przerażone zwierzęta, widział chowające się w kącie zagrody owce. Widział innego psa, który miał nienaturalnie wygiętą łapę. Sterczała z niej brudna, żółtawa kość. Pies kulił się i patrzył na niego z przerażeniem. Widział błaganie w jego oczach, widział przerażenie. Nie znał tego zwierzęcia, ale czuł, że jeżeli czegoś nie zrobi, skończy w podobny sposób.
- Dość, sam tego chciałeś, nie będę utrzymywał bezużytecznego ścierwa - mężczyzna sięgnął do paska. W jego dłoni błysnęła stal. Mugolska broń. Chciał krzyczeć, być może błagać o litość, ale coś w nim pękło. Był Lestrange - jednym z najmłodszych Niewymownych. Był Śmierciożercą. Nie był kundlem. Był wolny. W końcu był wolny.

Błysnęły pożółkłe, zakrwawione kły, gdy odsłonił jasnoróżowe dziąsła. Z pyska ciekła mu ślina, a oczy napędzały szaleństwo. Gdy widział lufę, wycelowaną między jego oczy, nie zastanawiał się długo. To był odruch, pierwotny instynkt - coś nakazywało mu przeżyć. Spiął obolałe mięśnie i złożył się do skoku. Czuł, jak zwierzęta podnoszą głowy i patrzą na niego z nadzieją, ale przecież nie robił tego dla nich. Robił to dla siebie. To on chciał przeżyć. Zanim mężczyzna pociągnął za spust, Rodolphus już był w powietrzu, rozdziawiając zabójcze szczęki. Skąd w jego ciele była ta szybkość, ta siła? Nie miał pojęcia, ale czuł się lekki. Lekki i wolny. Gdy kły sięgnęły dłoni, dzierżącej pistolet, usłyszał przeraźliwe wycie. Niemal nieludzkie, ale poczuł znajomy dreszcz, który towarzyszył mu za każdym razem, gdy rozcinał na żywca obiekty swoich badań. To był krzyk zaskoczenia, niezrozumienia i bólu. Poczuł, jak ciepła posoka rozlewa się po jego pysku, jak masywne łapy zakończone ostrymi pazurami wbijają się w miękkie, otłuszczone ciało. Pistolet wylądował na ziemi, lecz na jego głowę spadł cios zwiniętej w pięść dłoni.

Na ten sygnał, zupełnie jakby zareagowali stadnie, poderwały się inne psy, będące na podwórku. Świnie kwiczały, wydając ostatnie tchnienia, ale to już nie było ważne. Ważne było to, że mężczyzna wrzeszczał, gdy kolejne szczęki odrywały kolejne kawałki mięsa od kości. Gdy miażdżyły mięśnie i przecinały żyły, a krew tryskała na prawo i lewo, oblewając ich futra, gdy szarpali głowami jak jedno zgodne stado. Czuł, że żyje, że ma szansę na to, by odzyskać siły. Wystarczyło tylko się posilić tą życiodajną posoką, zjeść świeże mięso. Smakowało cholernie dobrze. Na chwilę puścił ramię mężczyzny, a wtedy rozległ się huk.

Rodolphus obudził się zlany potem. Krzyczał, bo czuł fizyczny ból. Wrzeszczał, miotając się na łóżku, nie rozumiejąc co się właśnie stało. Przed chwilą był stadem - jedną jego małą cząstką. Znajdował się na samym dnie, był pogardzany, poniżany i bity. Miał szansę wyrwać się spod jarzma tyranii, a teraz znowu był tu. W mieszkaniu, w ciepłej ciemnej pościeli, tuż obok Nicholasa. Słyszał własny krzyk, ale nie potrafił przestać, chociaż przecież koszmar już się skończył. Zostawił jednak trwały ślad. Bolały go plecy, bolało całe ciało ale także dusza. W końcu był wolny, ale Robert nie żył. Wiedział to, bo przed zaśnięciem Przysięga Wieczysta straciła na mocy, a on sam poczuł się tak, jak wtedy, we śnie - gdy uwalniał się od oprawcy.

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Rodolphus Lestrange (1601)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa