• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 16 Dalej »
[05.1966] Strawberries & Cigarettes || Ambroise & Geraldine

[05.1966] Strawberries & Cigarettes || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#11
04.10.2024, 23:34  ✶  
Odchrzaknął, jakby nie wiedział, w jaki sposób powiedzieć to co i tak opuściło jego usta.
- Ależ twoja matka już jest mną zachwycona - zapewnił, jakby nie było żadnej innej możliwości, choć tak właściwie to nie miał zielonego pojęcia jak było.
Jennifer była bardzo... ...specyficzną kobietą. Lekko mówiąc, bo często nie miał pewności, co właściwie miewała na myśli. Czy była całkowicie neutralna w swoim specyficznym zachowaniu, obrażała go w wysublimowany sposób, którego nie pojmował, próbowała z nim flirtować albo wręcz przeciwnie - usiłowała wzbudzić w nim tak duże spoufalenie, żeby móc mu później sprzedać córkę, może coś jeszcze innego. Tak właściwie to gdyby się zastanowić to przedostatnie nie byłoby takie znowu niewygodne. Wbrew temu, o czym rozmawiali podczas przyjęcia, Ambroise nie był sceptycznie nastawiony do dania matce Geraldine powodów do satysfakcji i myślenia, że to ona pociąga za wszystkie sznurki. Odpowiednia manipulacja trudnymi charakterami potrafiła przynosić niezliczone korzyści.
Oczywiście, jeśli było tak jak ochoczo zapewniał lubą a nie całkowicie odwrotnie i jej matka miała pokazać kły w chwili, w której dowie się o ich związku. Rogi już przecież pokazywała. Z uwagi na to nie zamierzał naciskać na konieczność szybkiego zweryfikowania poglądów. Prawdę mówiąc, jeśli jeszcze wczoraj nie był tak nieprzekonany o tym, że mogli szybko mieć obie rodzinne wizyty z głowy. Odbębnić je i tyle. Zminimalizować ryzyko, że ktoś gdzieś właśnie czynił plany zeswatania któregoś z nich z kimś z towarzystwa matki córki kuzynki szwagra wujka źrebaka. Tak teraz chyba wybierał spokój i świadomość, że nie muszą bawić się w konwenanse.
- Wiem, że to będzie proste - odparł z nienagannym uśmiechem i pewnością siebie, której mógłby mu pozazdrościć niejeden młody, ambitny kawaler. - Darmowy uzdrowiciel w rodzinie to skarb nie do odrzucenia - dodał, bo tu nie miał żadnych złudzeń.
Jego kariera osoby świadczącej prywatne i dobrze opłacane usługi dla Yaxleyów miała zrobić fikołka. Co prawda nie przechodził tego na własną rękę. Jeszcze nigdy nie był w takiej sytuacji - ani prywatnie, romantycznie ani zawodowo. Obiło mu się o uszy to jak to wyglądało w przypadku wielu uzdrowicieli i uzdrowicielek pracujących z nim w jednym szpitalu. Nie musieli przedtem świadczyć żadnych pozaszpitalnych usług. To się działo samo z siebie. Wchodząc w związek z kimś, kto nie był sierotą naturalnie wchodzili w związek z całą rodziną i nie przestawali diagnozować całkowicie zdrowej babci podczas świątecznych obiadów.
Może jeszcze nie wiedział jak to wyglądało w przypadku rodziny Geraldine. Raczej zauważył, że nie miała z nimi zbyt bliskich relacji i nie jeździła tam zbyt często, ale domyślał się, że od momentu, kiedy oficjalnie się u niej pojawią będzie nowym nabytkiem w zastępach ludzi świadczących Yaxleyom przysługi zamiast usług. Szczególnie, że łowcy zazwyczaj nie gardzili kimś, kto umiał zajmować się wszelkimi dziwnymi urazami.
Nie przeszkadzało mu to ani trochę, dopóki nie proponowano mu angażu w wyjścia w teren. Nie widział się na polowaniach na magiczne stworzenia. Nie to, że było mu ich szkoda. W żadnym razie. Najzwyczajniej nie lubił łączenia świata zwierzęcego z roślinnym a wyprawy służyły mu do uzupełniania zapasów roślin lub szukania nowych gatunków. W każdym innym przypadku był w stanie pogodzić się z utratą tego źródła zarobku (ale nie obowiązków z nim związanych), bo miał wielu innych pacjentów, którzy zapewniali mu stały dodatkowy dochód a tylko jedną kobietę, do której żywił uczucia. Zależało mu, żeby nie miała o niego tarć z rodziną.
Szczególnie, że ta jego miała ją pokochać. Nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Greengrassowie mieli piać ze szczęścia, że wreszcie sobie kogoś znalazł, nawet jeśli to nie była żadna z podrzuconych mu kandydatek. Odnosił wrażenie, że szczególnie szczęśliwa miała być Evelyn, która mogła czuć w tym okazję do pozbycia się go z rezydencji. Nie przepadali za sobą, ostatnio raczej bardziej niż zazwyczaj, więc tak wyraźna szansa mogła ją wyłącznie wprawić w trochę zbyt dobry nastrój. Urocze. Nie ma co, ale prawdziwe.
Całe szczęście niespecjalnie przejmowała go cudza opinia na jego temat. A przynajmniej nie ta konkretna, bo było niewiele osób, których zdanie Ambroise brał pod uwagę niemal równie mocno, co swoje własne. Lub jakkolwiek, jeśli być szczerym. Dopisał do tej listy jeszcze jedną osobę, co i tak stanowiło duży krok do przodu. Szczególnie, że miał wobec niej coraz bardziej poważne plany, bo coraz bardziej uświadamiał sobie, że była przed nimi wspólna przyszłość.
- To nam wcale nie idzie. Już zaczynam zapominać jak nam to szło zanim wyciągnęłaś mnie z samego rana z łóżka. Ta cała wizyta w mieście a teraz te pasjonujące obserwowanie ryb sprawiają, że przestaję o tym myśleć - zasugerował po chwili namysłu, bębniąc o koc palcami wolnej ręki. - Tak właściwie nie wiem czy nie przesuniemy tego na dalszy termin, bo jeżówki są bardzo aktywne nocą. Moglibyśmy przegapić ich gody. Są fascynujące - zapewnił jak naczelny pasjonat czegoś, o czym nie słyszał do dzisiejszego poranka ani tym bardziej nie miał okazji zapoznać się z żadnymi materiałami.
Improwizował mając świadomość, że Geraldine tego nie kupi, ale w dalszym ciągu usiłując iść w zaparte i sprawiać wrażenie nieoczekiwanego eksperta w zakresie morskiego wędkarstwa. Gdyby odpowiednio się wysilił to z pewnością mógłby rzucić kilkoma datami rzekomych okresów ochronnych z racji tarła albo innego czegoś, co tam było odpowiednim powodem do zakazu łowienia ryb. Tak się składało, że jedna z tych dat z pewnością wypadała dziś, więc nie mogli opuścić takiego pokazu.
A może mogli?
Z racji tej nagłej zbieżności oczekiwań, którą tak płynnie zmienił w zewnętrzną interpretację słów Yaxleyówny tak, żeby móc się z nią w dalszym ciągu podroczyć, podczas gdy wewnątrz czuł przyjemne ciepło rozpływające się w piersi. Może przerzucanie się argumentami i małe docinki nie sprawiały mu żadnych trudności, ale cieszył się ze zgodności oczekiwań, którą mieli. Praktycznie zawsze ilekroć dochodzili do wspólnych ustaleń (i nie tylko). Nie lubił się z nią kłócić. Nie stronił od konfrontacji ani nie chował głowy w piasek, nawet kiedy mógłby to zrobić, bo znajdowali się na plaży. Bywał równie, jeśli nie bardziej uparty i zatwardziały od niej, ale zdecydowanie bardziej wolał tę błogość i spokój. Dzięki temu, choć by tego nie przyznał na głos, robił się ugodowy.
- Jeśli to jest twój wymarzony domek to czemu nie - skinął głową, bo ta propozycja była równie dobra co wszystkie inne możliwości a przy okazji oszczędziłaby im trochę czasu, który mogli spożytkować inaczej. - Drobny remont, połowa rzeczy do wyrzucenia... ...na pewno te figurki, bo są obrzydliwe... ...może masz rację. To mogłoby być dobre miejsce - stwierdził, bo to spełniało niemal wszystkie oczekiwania, które mógłby mieć wobec letniskowej chatki.
Poza tym już mieli z tym miejscem całkiem dobre i warte celebracji wspomnienia a Ambroise, choć tu ponownie raczej nigdy nie przyznałby się do nonsensu, jakim była nostalgia wobec miejsc a nie ludzi... ...cóż, czasami miał w sobie coś z tfu romantyka. Potrafił zachowywać się znacznie ciepłej i naturalniej niż zazwyczaj. Umiał spuścić z tonu, przebrać się w coś, co nie krzyczało jestem czystokrwistym czarodziejem, pozwolić sobie na dziecięce, niedojrzałe zagrywki i doceniać błogie chwile.
Możliwe, że nie zawsze pokazywał się od tej strony, ale teraz byli tu sami. Szczęśliwi, zakochani, nie przejmujący się niczym poza sobą nawzajem. Nie było lepszego momentu, żeby wyluzowany dryfował na falach. Zimnych jak skurwysyn, ale powoli było mu to obojętne, bo przyzwyczajał się do temperatury wody.
- To obietnica? - Uniósł brew zanim nie przeszedł do bardziej ofensywnych zaczepek.
Oczywiście, spodziewając się odpowiedzi z jej strony, toteż był na to odpowiednio przygotowany i po prostu... ...rzucił w nią meduzą, która nieszczęśliwie dla siebie pojawiła się pod ręką Greengrassa nie parząc jej a więc uznał ją za całkiem bezpieczny galaretowaty pocisk odwracający uwagę, kiedy sam rzucił się wgłąb morza. Próbując odpłynąć przed blond jeżanką.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#12
05.10.2024, 01:01  ✶  

Przyglądała mu się uważnie przez dłuższą chwilę, co właściwie miał na myśli? Tak, Jen potrafiła być bardzo specyficzna, miała w sobie coś dziwnego i przepadała za towarzystwem mężczyzn, potrafiła ich oczarowywać, jedli jej z ręki, nie sądziła jednak, aby rzuciła urok i na Ambroise'a. Może powinna się bardziej tym zainteresować? - Nie da się tego ukryć, chociaż myślę, że nie dotyczy to tylko mojej matki. - Nie bez przyczyny wspominała mu o tym, jakim idealnym kawalerem był, na pewno dla wszystkich matek, które próbowały znaleźć męża swoim córkom. Był przystojny (nawet bardzo), pochodził z odpowiedniej rodziny, potrafił czarować słowem, nie brakowało mu kultury, cóż - każda matka byłaby zachwycona oddając córkę w ręce kogoś takiego. Nie dało się zaprzeczyć. Na szczęście ten idealny okaz był już zajęty, nie musiał się niepokoić nadmiernym zainteresowaniem matron. Coś czuła, że mogą nie być z tego powodu zachwycone, szczególnie, że wybrał dosyć specyficzny okaz na swoją lubą.

Gerry na szczęście była świadoma, że to, iż Ambroise się nią zainteresował było tylko i wyłącznie jej zasługą, najwyraźniej była tym czego szukał, co ogromnie ją cieszyło, bo nie mogłaby znieść myśli, że prowadza się z kims innym. Cóż, swój ciągnie do swego. Znała go też trochę bardziej niż większość towarzystwa i wiedziała, że ma do zaoferowania zdecydowanie więcej, niż było widać na pierwszy rzut oka. Tak jak on lubił się pakować w kłopoty, wybierał podobne rozwiązania, nie bał się angażować w sprawy, które mogły wydawać się nie do końca etyczne. To sporo ułatwiało, bo nie patrzył krzywo na to, czym ona się zajmowała, to byłaby hipokryzja. Zresztą Yaxley nigdy nie widziała nic złego w tym, że szukało się swojej drogi, niekoniecznie tylko w tych miejscach, w których się powinno według arystokratycznych standardów.

- W rodzinie łowców? To może być prawdziwy diament. - Podobała się jej ta jego pewność siebie, może mógł sie wydawać nieco zuchwały, ale jej to odpowiadało. Dobrze, że znał swoją wartość. No i to był niezaprzeczalny fakt, u nich zdecydowanie częściej przytrafiały się przeróżne urazy, w końcu wykonywali jeden z najbardziej niebezpiecznych zawodów, a do tego mieli te swoje porywcze charaktery. To była naprawdę wybuchowa mieszanka, która przynosiła wiele szkód, które wymagały leczenia. Oczywiście Yaxleyówna nie zamierzała wykorzystywać swojego ukochanego, nie ma szans na to, aby pozwoliła, żeby przesadnie angażował się w te sprawy. Jej rodzina będzie musiała sobie jakoś radzić bez tego. Nie wydawało się, żeby w pełni zrezygnowali z jego usług, ona zresztą nadal nie wiedziała, jak wyglądała umowa z jej ojcem, jednak nie powinien mieć problemów z tym, że teraz wystąpiła ta niewielka zbieżność interesów. Oczywiście o ile Ambroise nie postanowi zrezygnować z świadczenia tych usług, nie zamierzała się wpierdalać w te sprawy, bo to nie dotyczyło jej.

Geraldine unikała swojego domu rodzinnego przez matkę i to jej gadanie o tym, że powinna się ustatkować. Nie miała problemu z ojcem - żadnego. Nie bez powodu powtarzała, że była córeczką tatusia, jego oczkiem w głowie, to była prawda. Stała się jego ulubienicą, gdy tylko przyszła na świat, może właśnie przez to, że była kobietą. Miał do niej zdecydowanie więcej cierpliwości niż do synów, chociaż Ger akurat jemu była też wyjątkowo oddana. Była wdzięczna za wszystko co dla niej robił, dzięki niemu zresztą mogła zajmować się tym, o czym marzała, nie ograniczał jej, tylko wspierał wszystkie pomysły, które wpadały do jej głowy.

- Niedobrze, chyba powinnam ci przypomnieć o tym wszystkim. Nie spodziewałam się, że rybki mogą tak łatwo przynieść zapomnienie. - Przypomniał jej właśnie dlaczego się tutaj znaleźli. Sama zapomniała o tych nieszczęsnych jeżankach, które przecież były powodem ich wczesnej wizyty na plaży. Przy nim jakoś strasznie prosto przychodziło jej zatracanie się w tych krótkich momentach, jakby wszystko inne wokół przestawało istnieć. Było to całkiem ciekawe doświadczenie, nie spodziewała się, że ktoś tak łatwo będzie mógł jej mieszać w głowie. Nie mogła jednak nic poradzić na to, że kiedy był obok okropnie trudno jej się było skupić. Musiała chyba to po prostu zaakceptować, tak, to była najlepsza opcja, bo zdecydowanie nie miała zamiaru z tym walczyć.

- Nocą też inne stworzenia wykazują wzmożoną aktywność, jestem pewna, że to może być zdecydowanie dużo bardziej fascynujące od godów jeżanek. - Na pewno nie zamierzała spędzać nocy na plaży, nie kiedy mogli znajdować się w domku i robić inne, ciekawsze rzeczy. Jeżanki mogły poczekać, nawet całą wieczność, aktualnie w ogóle się nimi nie przejmowała, nic, a nic.

Czy to był jej wymarzony domek? Pewnie nie, pewnie znalazłby się jakiś bardziej w jej stylu, jednak ten aktualnie wzbudzał w niej bardzo przyjemne uczucia. Wydawało się jej, że tak będzie zawsze. Mieli możliwość kupić sobie chatkę, w której tak naprawdę wszystko się zaczęło, czy nie mogło być lepiej? Ambroise najwyraźniej to zaakceptował, cieszyła się, że ten pomysł nie wydawał mu się być głupim. Nadal czasem trochę bała się tego, że może niektóre z jej fanaberii traktować jako nie do końca odpowiednie. - Tak, te figurki mogą pójść w kosz nawet dzisiaj, nie mogę na nie dłużej patrzeć. - Wzbudzały w niej dziwny niepokój, którego nie potrafiła wyjaśnić. - Myślę, że uda nam się go dostać, to nie powinno być takie trudne. - Jasne, mugole będą musieli zaakceptować ich ofertę, ale nie sądziła, że byliby w stanie odmówić odpowiedniej opłacie. Nie mogła się doczekać, aż to miejsce stanie się w pełni ich.

Sama świadomość, że będą mogli się tu pojawiać zawsze wtedy, kiedy będą mieli ochotę sprawiała, że się uśmiechała. Chętnie przyjedzie tu jesienią, schowa się przed całym światem na dłużej, oczywiście z nim. Będą mogli pić grzane wino, spacerować w wietrze, cieszyć się chwilą, już nie mogła się doczekać tych wszystkich pięknych dni, które spędzą tutaj razem.

Kiedyś nie myślała o przeszłości, kojarzyła się jej raczej z ogromną niewiadomą, zawsze powtarzała, że właściwie to jej nie ma. Lubiła ryzykować, żyć chwilą, docierało do niej jednak powoli, że liczy się coś więcej, że nie powinna już podchodzić do tego w ten sposób. Razem mogli stworzyć coś niesamowitego, wspólnego, taka perspektywa wydawała się jej być nawet ciekawsza od tej typowej dla niej. Nie spodziewała się, że aż tak jej się zmieni tok myślenia, jak widać wystarczała odpowiednia osoba u boku, aby nieco naprostować jej poglądy. Czuła, że będzie musiała też nieco ograniczyć swoje wyprawy, bo aktualnie nie umiała sobie wyobrazić dni bez jego u swojego boku, chciała się cieszyć tym, że go ma, w końcu dokładnie tego szukała przez całe swoje życie.

- To miała być groźba, ale obietnica brzmi chyba lepiej? - Zdecydowanie tak. Wolała, żeby miał świadomość o tym, co go czeka. Yaxleyówna potrafiła się naprawdę mocno fiksować na pewnych sprawach, kiedy się w coś angażowała to w pełni.

Nie spodziewała się tego okrutnego ataku skierowanego w swoją stronę. Nie zdążyła odskoczyć, zamiast tego uderzyła w nią meduza, obślizgła i obrzydliwa meduza. Nie był to dotyk o którym marzyła, zostawiła galaretowaty ślad na jej policzku. Od razu zanurzyła się w wodzie, aby go z siebie zmyć. Próbowała zlokalizować swojego towarzysza, jednak wcale nie było to takie proste, nie spodziewała się, że będzie sobie radził w wodzie tak wyśmienicie.

Wiatr wydawał się być coraz silniejszy, gdy wyłoniła się nieco nad fale poczuła przeszywające ją zimno, cóż przez chwilę zapomniała o tym, że trwał maj, nie był to miesiąc sprzyjający turystom. - Zimno mi Roise... - Powiedziała jeszcze nim zaczęła wychodzić z wody, był to odpowiedni moment, czuła bowiem, że gdyby posiedziała tam dłużej to mogłoby się to skończyć przeziębieniem. Jasne, miała przy sobie swojego medyka, ale zdecydowanie wolałaby się, żeby zajmował się nią w inny sposób, niżeli wlewając w jej usta lekarstwa.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#13
05.10.2024, 04:07  ✶  
- Interesuje mnie wyłącznie ta jedna - odrzekł bez wahania, jednakże chwilę później zmarszczył brwi nad swoimi słowami, które wybrzmiały trochę inaczej niż to sobie wyobrażał, toteż czuł się w obowiązku naprostować ich wydźwięk. - Skoro to na względach jej córki mi zależy - uściślił.
Tak. Teraz to brzmiało zdecydowanie lepiej. Nie potrzebowali kolejnych niedomówień po solidnej porcji jaką raczyli się przez te ostatnie miesiące. Dotychczas miał na uwadze profesjonalne zachowanie względem pacjentów, aby utrzymać wysokie standardy i renomę. Teraz w tym przypadku to uległo zmianie, która musiała być nieodzowną częścią nowych planów Greengrassa. Nadal nie zamierzał spoufalać się z tymi ludźmi, choć Gerarda lubił jakby nieco bardziej, ale dla Geraldine był w stanie przejść do porządku dziennego z tym, że będzie oceniany już nie tylko pod kątem jakości usług, lecz również surowszym okiem - jako młody mężczyzna starający się o czystokrwistą pannę. Jennifer mogła go lubić, ale jakoś nie miał wątpliwości, że szybko mogło jej odbić na punkcie zachowywania się jak najprawdziwsza matrona rozważająca wszystkie za i przeciw tej transakcji.
Bowiem tego, że to była transakcja musieli być świadomi, nieprawdaż? W ich świecie nadal odbywało się to w staroświecki, przesadnie dostojny sposób i Ambroise nie wątpił, że jeśli starsza Yaxleyowa chciała sprawiać wrażenie w towarzystwie to miała puszyć się jak paw i teatralnie dawać ludziom do zrozumienia, że oto jej ród mógł podjąć ostateczną decyzję o czymś tak istotnym. Oto dawano jej możliwość bycia decyzyjną, nawet jeśli ta decyzja w istocie nie należała do niej. Jednakże dopóki miał ku temu dobre przeczucia, dopóty mógł pozwolić na stawianie się w pozornie niepewnej sytuacji. Co samo w sobie stanowiło dostateczny dowód na jego poważne intencje, ponieważ zazwyczaj nie dopuszczałby podobnej możliwości.
Był zbyt dumnym człowiekiem pełnym zdecydowania, buty a może nawet pychy. Nie pasowało mu, gdy ktoś traktował go jak nierównego sobie i nie miał problemu z tym, żeby od razu wyjaśnić, czemu to nie było dobre posunięcie. Wbrew pozorom nie zawsze i nie od razu siłowo. Takie rozwiązania zostawiał wyłącznie na swoje mniej jawne sprawki, gdzie nie musiał być opanowany i chłodny a wręcz to byłoby nierozważne, bo oznaczałoby okazywanie słabości. W oficjalnym towarzystwie potrafił zdeptać kogoś jednym wyniosłym spojrzeniem i odpowiednio dobranym słowem lub kilkoma, którym towarzyszył ozięble niewzruszony ton. Potrafił odejść i porzucić czczą rozmowę wyłącznie z uwagi na to jakie wrażenie by to zrobiło. Gdyby chciał, pewnie byłby w stanie w szybki sposób uciąć jakiekolwiek plotki, jakoby był na łasce potencjalnych teściów, bo w rzeczywistości w razie potrzeby posunąłby się do wzięcia tego, czego pragnął - w tym wypadku ślubu z ich córką, choć na ten moment nie wybiegał tak mocno do przodu.
Ani w myślach, ani w podejmowanych decyzjach. Na ten moment dopiero uczyli się siebie nawzajem. Schodzili z poprzednio obranej ścieżki, która okazała się być zaledwie przesmykiem między wrogością później ustępującą neutralności i przyjaźni a byciem dla siebie kimś znacznie więcej. Może to było dla niego nowe i niepewne, ale pragnął najpierw móc wypełnić nią swoje dni, adorować ją, może faktycznie na swój sposób o Geraldine zabiegać. Kupić ten wspólny domek nad morzem przy plaży. Dotrzeć się jakoś, przeżyć razem te błogie pierwsze chwile. Nieświadomie dopuszczał się myślenia również o tych gorszych, ale nie w zły sposób - chciał sobie wspólnie poradzić z trudnościami i wtedy... ...bardzo możliwe, że wtedy wytoczyć ostateczne działa w postaci bardziej oficjalnej rozmowy z Yaxleyem i tą faktyczną władczynią domu, co zdążył już zauważyć podczas wizyt tam.
To brzmiało rozsądnie i logicznie. Zwłaszcza jak na to, że jednocześnie czuł się nienasycony, rozkojarzony, może nawet rozmarzony (to ostatnie było dziwną, trochę niewygodną myślą). Podejmowanie pochopnych decyzji byłoby zgodne z jego naturą i stanem, w którym Ambroise się znajdował, ale to jedno było bardzo pewne. Nie chciał, żeby ich relacja wyglądała tak jak to często bywało - ustawka oparta na rodowych korzyściach koneksjowo-majątkowych. To było wykluczone. To również byłoby obdarciem ich obojga z godności, jakby nie byli prawdziwymi osobami a marionetkami w rękach głów rodzin.
- Wolałbym być czymś innym. Dużą grudką bezoaru. Butelką wywaru z kory dębu. Czymś przydatnym, bo diamentów najpewniej macie wiele - stwierdził wzruszywszy ramionami.
Literackie porównania ani przesadna skromność nie leżały w naturze Greengrassa, ale nie podzielał zamiłowania do tego typu błyskotek. Wolał być człowiekiem nader praktycznym. Jeśli ktoś miałby mu złożyć zawoalowany komplement odnośnie przydatności Ambroisa w swoim życiu to najszybciej byłoby przyrównać go do czegoś przydatnego - ziela dzięgla leczącego między innymi trujące ukąszenia lub belladonny wbrew powszechnej opinii nie tylko trującej, lecz także przydatnej w leczeniu skurczów i spazmów.
Nie był diamentem i chyba tak jak Geraldine wcale nie chciał nim być. Wolał, żeby doceniano go za coś głębszego. Tak jak on doceniał Yaxleyównę, choć wielokrotnie doprowadzała go do szewskiej pasji, aby później wywołać w nim pragnienie całowania tych pyskatych ust i zajęcia jej czymś innym.
- O czym wszystkim? Okresie godowym jeżozwierzy, który przypada właśnie na dzisiejszy wieczór? Ależ pamiętam - mimo to teraz był równie uparty co ona na samym początku ich wizyty nad wodą.
Nie łudził się. Miał skapitulować szybciej niż by wypadało. Wystarczyło, żeby dała mu do zrozumienia, że rozważa powrót do domu (być może wkrótce ich własnego) i nudzi ją ta pogawędka o rybach. Miał żenująco słabą wolę, ale w żadnym razie nie czuł się z tym źle. Wręcz przeciwnie. Przynosiło to bardzo zachęcające skutki, sprowadzając ich rozmowę z powrotem na właściwsze tory.
- Zwłaszcza te na komodzie przy drzwiach. Te wylatują od razu - musiał dodać coś od siebie.
Jakiś warunek do spełnienia, choć byli znowu bardzo zgodni w tym, że należało pozbyć się tych bibelotów rodem z niewinnie wyglądającej najgorszej półki sklepu na Nokturnie. Te marynarskie miśki mogły mieć duszę a to go akurat trochę przerażało. Miały bardzo żywe i błyszczące szklane oczka nietypowe dla porcelanowych figurek w domach mugoli. A tak przynajmniej sądził Ambroise, bo naturalnie w żadnym takim innym domu nie był i niespecjalnie go ciągnęło.
Uważał, że niemagiczni powinni żyć we własnym świecie według swoich reguł i zasad, o ile te nie wpływałyby zbyt znacząco na świat magiczny, bowiem w innym wypadku to czarodzieje powinni mieć prawo głosu w sposób narzucający, niepodważalny. Ot. Czarodziejska dyktatura poparta większym naturalnym potencjałem. Natomiast póki to nie było konieczne, póty te dwa światy można było z powodzeniem rozdzielać a nielicznym prawdziwym talentom magicznym ujawniającym się pośród gorszej części mieszkańców Wielkiej Brytanii (nie społeczeństwa, ponieważ już ustalił, że należało mieć je dwa osobne) można było zaoferować czujne mentorstwo. Nie do przesady, ale postępowo dopuszczał mugolaków do udziału w magicznym życiu i obsadzania roli o niższym statusie społecznym. Nie był człowiekiem bez serca.
Szczególnie, że zdarzało mu się leczyć wyjątkowe przypadki ludzi spoza świata magii, którzy zrządzeniem losu natrafili na coś, co powinno być poza ich zasięgiem. Kupili od jakiegoś żartownisia diabelskie sidła albo eliksir pobudzający zamiast mugolskiej mikstury na kaszel. Bywało, że przysyłano im te przypadki do Munga a następnie po fakcie usuwano pamięć pacjentów. To utwierdzało Ambroisa w przekonaniu, że łączenie społeczeństw było niebezpieczne a walka o sprawę dyskryminacji mugolaków i charłaków - co najmniej pochopna.
Ilekroć mijał te miśki na komodzie i w różnych częściach domu, tylekroć odnosił wrażenie, że jest obserwowany. Przeklęte bibeloty mogły mieć w sobie coś, co nie powinno trafić poza magiczne półki. Z drugiej strony może Greengrass po prostu nie przepadał za słodyczą i marynarskimi ubrankami na stworzeniach, które nie powinny nosić ubrań? Zawsze niechętnie patrzył na personifikację rzeczy nieożywionych lub zwierząt. Co innego jego własne przekonania o życiu Kniei Godryka jako bytu i organizmu. Tu był niezaprzeczalnym hipokrytą czującym się z tym całkiem dobrze i na miejscu.
Bo to było co innego.
Miśki z morskim motywem to był już po prostu debilizm wskazujący na to, że właściciele chatki nigdy nie widzieli niedźwiedzia na własne oczy. Inaczej nie uważaliby tego za tak urocze, żeby ułożyć wokół tego motyw całego domu.
- Jeśli właśnie tego chcesz to go dostaniemy. Koniec. Kropka - brzmiał na przekonanego o powodzeniu tej transakcji, o ile tylko to naprawdę było to, czego Geraldine chce.
A odnosił wrażenie, że to już mają ustalone. Może domek wymagał remontu, bo choć wewnątrz był pachnący i wysprzątany to z zewnątrz widział swoje dni świetności. Farba była spęczniała od ciągłej nadmorskiej wilgoci a tam, gdzie nie napuchła wielkimi bąblami, tam z kolei łuszczyła się w wielkich schodzących płatach. Na dachu było gniazdo - zapewne mew, bo rano strasznie hałasowały i darły mordy. A ogród był zarośnięty dziką nadmorską roślinnością i mimo sporych rozmiarów nie był w stanie pomieścić nic prócz dwóch krzeseł ze stolikiem na chybotliwym, przeżartym wodą i zgnilizną tarasie.
Lecz nawet w tym stanie to rzeczywiście mogło być ich miejsce. On również był w stanie to sobie wyobrazić. Doprowadzenie domku do porządku brzmiało bardziej jak rozrywka i wyzwanie niż jak przeszkoda i przykra konieczność. Mogli tu wiele zdziałać. Przekonała go do tego w zaledwie kilku słowach. Czyżby robił się miękki i gliniasto formowalny w rękach Geraldine? Teraz mu to nie przeszkadzało. Czuł się dobrze z tym jak układają im się negocjacje.
- Obietnica brzmi lepiej - skwitował tym bardziej, że groźby zazwyczaj na niego nie działały.
Nie zaliczyłby razów, kiedy robił coś wyłącznie przez to, że mu grożono konsekwencjami. Geraldine była podobna. Dobrze to wiedział, ona również - musiała być świadoma tego, że to prośbą nie groźbą można było na niego lepiej wpłynąć. W innym wypadku lubił pchać palce do kontaktu i pewnie odmrażałby sobie uszy na złość matce, gdyby jakąś miał. Miał wyłącznie dziesięć lat starszą macochę i tak się składało, że najgorszą złośliwością, jaką mógł dla niej mieć było po prostu egzystowanie. Wystarczyło, że bywał w posiadłości, został uznany przez ojca jeszcze przed ślubem Evelyn z Thomasem, no i mógł potencjalnie zagrozić pozycji ich jedynego dziecka, które nieszczęśliwie (przynajmniej dla rodu) było dziewczyną. Tak. Dzięki temu był solą w oku macochy i czerpał z tego niemałą satysfakcję, nie będąc zmuszony odmrażać sobie jakichkolwiek części ciała.
Choć było mu kurwa zimno - mimo przywyknięcia do temperatury morza, powoli odczuwał, że temperatura nie sprzyja wczesnym kąpielom. Mimo to wciąż się wygłupiał, obserwując reakcje ukochanej. Przynajmniej do momentu, w którym z jej posiniałych ust padły słowa o chłodzie.
- Wracajmy do domu. Napalimy morskim drewnem w kominku, gdzieś tam jakieś było, wypijemy coś ciepłego i zobaczysz, że zaraz będzie lepiej - stwierdził poważniej podpływając do niej na tyle, na ile to było możliwe, po czym wyciągając ku niej ramię, żeby wspólnie wyjść z wody. - Ogrzejemy się w try miga - zapewnił, tym razem nie kryjąc lekkiej dwuznaczności w słowach.
Całkiem subtelnej jak na to, jaki widok mu sobą prezentowała. Nawet jako mokra panna z fioletowymi ustami. Nachylił się, żeby je ogrzać pocałunkiem.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#14
05.10.2024, 12:34  ✶  

Odpowiadało jej to, że zaczęli do siebie mówić wprost. To faktycznie ułatwiało wiele spraw. Zresztą nie wydawało jej się, aby w ich relacji było jeszcze miejsce na domysły. To wnosiło zbyt dużo wątpliwości i niepewności, zdecydowanie miała tego dość. - Mów tak dalej. - Mogła słuchać godzinami podobnych słów, chyba zaczęła się oswajać z tym, że Ambroise faktycznie chciał właśnie ją. Z początku może nie do końca mogła w to uwierzyć, bo wydawał się być poza jej zasięgiem, a może zupełnie niepotrzebnie sobie ujmowała? Nie należała do osób zbyt pewnych siebie, nie pod tym względem. Zawsze wydawało jej się, że jest raczej średnio interesująca dla mężczyzn, traktowali ją jako kumpla, nie uważała się za szczególnie atrakcyjną, przywykła do tego, że z większością łączyła ją raczej tylko i wyłącznie przyjaźń. Nie oczekiwała niczego więcej, bo cóż, po pierwsze nigdy nikt jej nie zainteresował na tyle, aby faktycznie zaczęła się starać o jego względy, a po drugie szkoda jej było czasu na to, żeby angażować się w coś, co nie miało racji bytu przy jej trybie życia. Tutaj nie miała wątpliwości, że jest w stanie się zmienić, dla niego. To było nowe i dziwne, a zarazem ogromnie fascynujące. Pojawiło się między nimi dziwne, mistyczne porozumienie, czuła, że to coś więcej od zwyczajnej więzi. Zresztą na początku przecież obwiniali o to wizytę w dworku, kiedy jednak szukali informacji na ten temat okazało się, że chyba nic takiego nie istnieje. To musiało być podobieństwo dusz, tak, tak się jej wydawało, jedyne w swoim rodzaju.

Miała świadomość, że w ich rodzinach nic nie było takie proste. Nie martwiło ją to jednak teraz, bo Ambroise był odpowiedni pod każdym względem, jeśli chodzi o te posrane zasady, którymi powinni się kierować przy wyborze ewentualnych obiektów zainteresowań. Nie, żeby Yaxleyówna się tym kiedykolwiek przejmowała, ale wiedziała, że to na pewno sporo ułatwiało. Nie będzie musiała się tłumaczyć, szukać wymówek. Był odpowiednią partią bezdyskusyjnie. Wychowywani byli według podobnych zasad, bardzo dobrze wiedzieli, czym rządzi się ich świat. To było ważne, miała tego świadomość, gdyby zakochała się w kimś nieodpowiednim mogłaby mieć z tego powodu nieprzyjemności, mogło by to doprowadzić nawet do drastycznych środków, nie chciała też tracić profitów, jakie wynikały z urodzenia w arystokratycznym rodzie - nie oszukujmy się, tych było sporo. Nie było to jednak jej zmartwienie, bo znalazła na tym świecie kogoś podobnego do niej pod wieloma względami. Nie miała pojęcia, jak wyglądała jego relacja z rodziną, nie mówił o nich zbyt wiele, ale czuła, ze razem mogliby stworzyć sobie bezpieczne miejsce, w którym żyliby według swoich zasad. Mogliby sobie dać to, czego im brakowało. Yaxleyówna wiedziała, że w każdej rodzinie dochodziło do spięć, czy skandali, to było normalne, nie chciała powielać błędów swoich rodziców, tylko żyć według swoich warunków, chociaż teraz już nie tylko swoich. Chciała go w swoim życiu, nie było już odwrotu. Przerażało ją to nawet nieco, bo nigdy nie zakładała, że spotka ją coś takiego, ale chciała się dostosować, chciała zobaczyć, co uda im się razem stworzyć.

Nie miała problemu z tym, że musiałaby na początku pokazać się z dobrej strony, potrafiła odnaleźć się w świecie arystokratów, od wielu lat brylowała na przyjęciach, potrafiła powstrzymywać swoje standardowe zagrywki, aby nikt nie odbierał jej jako tej dzikiej. Temperowała swoje zachowania, aby myśleli, że jest jedną z nich, chociaż wiedziała, że jest czymś więcej. Nie akceptowała tej ich gadki o tym, że powinno się wykluczyć mugolaków ze społeczeństwa, miała nawet przyjaciół wśród ludzi o tym pochodzeniu, rozumiała oczywiście, że nie mogli za bardzo się rządzić w tym, co tacy jak ona tworzyli od lat. To mogłoby doprowadzić do nieodpowiednich zmian. Mogli ze sobą koegzystować, jak najbardziej, ale uważała, że wazne w tym wszystkim było wywarzenie, złoty środek by się przydał. Mogli dzielić stanowiska, ale nie wydawało jej się, że ktoś kto został nagle wrzucony do świata magii będzie doskonale sobie radził z odnalezieniem w tym świecie. To wymagało czasu, doświadczenia i zrozumienia podłoża problemu. Może faktycznie czuła się od nich trochę lepsza, wiedziała jednak, że to nie była do końca jej zasługa, po prostu urodziła się w odpowiedniej rodzinie, czasem zastanawiała się nad tym, co by było gdyby jednak nie miała tyle szczęścia? Cóż, nie powinno to być jej zamartieniem, ale jednak o tym myślała. Tak naprawdę to trochę współczuła tym ludziom. To musiało być trudne, nagle dowiedzieć się, że istnieje coś wiecej, że magia jest prawdziwa. Musieli być ogromnymi szczęśliwcami, że postanowiła wybrać właśnie ich, ale czy na pewno? Rezygnowali ze wszystkiego co znali i rzucali się w nieznane.

Sama właściwie cieszyła się, że przyjdzie im posiadać ten domek między mugolami. Nie będą na pewno przesadnie się nimi interesować, nie będą zwracać na nich uwagi, mogli pozostać tu anonimowi, to było całkiem przyjemną wizją. Nikt nie będzie się przyglądał im zachowaniu, które pośród czarodziejów mogłoby zacząć wzbudzać pytania. Dobrze jej było z tym, co aktualnie mieli, jasne, zastanawiała się, czy kiedy nie sięgną po jeszcze więcej, ale nie uważała, że powinni się spieszyć. Musieli nacieszyć się tym, co zyskali. Nie potrzebowała żadnych, oficjalnych zapewnień, których mogły wymagać rodziny, jej to było do niczego nie potrzebne. Wystarczała świadomość, że chciał być jej, chciał kupić ten domek, chciał, żeby mieli swoje własne miejsce na ziemi. To było wspaniałe.

- Możesz być kim chcesz Roise, nawet bezoarem. - Nie miała problemu z tym, żeby docenić jego praktyczność. Może faktycznie diament nie był odpowiednim porównaniem. Ambroise miał do zaoferowania zdecydowanie więcej niż to świecidełko, zdawała sobie z tego sprawę. Nie chciała jednak, żeby poczuł, że jej rodzina zacznie niepotrzebnie nadużywać jego dobrego serca.

- Jeżanki już dawno przestały mnie interesować, ale może faktycznie powinnam do tego wrócić, skoro tak ci zaczęło na tym zależeć. - Skoro ciągle jej o tym przypominał, to najwyraźniej nie zamierzał sobie odpuścić obserwowania tych wspaniałych stworzeń. Tak, chciała, żeby teraz to była jego odpowiedzialność, całkiem zwinnie odwróciła kota ogonem.

Mogła powiedzieć wprost, oczywiście, ale czy chciała, żeby widział jej desperację? Z drugiej strony może dobrze, gdyby sobie zdawał sprawę, jak bardzo pragnęła tej bliskości. Nadal trochę ze sobą walczyła, ale czy to nie był odpowiedni moment, aby mu się w pełni oddać? Za dużo myślała o tym wszystkim, a mogłaby się dac po prostu ponieść. To na pewno przyjdzie z czasem, kiedy w pełni przyzwyczai się do tej sytuacji, póki co trochę nadal błądziła po omacku.

- Tak, od tego warto zacząć, też masz wrażenie, że się na nas patrzą? - Nie do końca jej się to podobało, niby była taka nieustraszona, a niepokój wzbudzały w niej te dziwne figurki. Na samą myśl o nich przechodził ją dreszcz, zdecydowanie musieli się ich pozbyć. Na szczęście byli co do tego zgodni. Wierzyła, że uda im się tutaj uwić całkiem ładne gniazdko. Nie, żeby kiedyś dosyć mocno przywiązywała do tego, jak wygląda jej dom, ale w sumie teraz to nawet chciała, żeby to miejsce było jak najbardziej ich. Może mogłaby nawet namówić Ambroise'a aby przytachał tu kilka swoich kwiatków, czy innych roślin, niestety nie miała pojęcia, jak często powinni ich doglądać, bo to była ta część wiedzy przyrodniczej, której unikała. Na szczęście i pod tym względem się uzupełniali. Każde z nich miało coś wspólnego z naturą.

- Podoba mi się, jak jesteś taki zdeterminowany. - Tak, dobrze było wiedzieć, że nie było dla niego rzeczy nie do pokonania, kiedy na czymś jej zależało, w zasadzie to im zależało. Doceniała to i wiele to dla niej znaczyło. Dobrze było mieć kogoś takiego u swojego boku, czuła, że razem mogą osiągnąć naprawdę wiele. Wydawało jej się, że dzięki temu mogą być silniejsi, zdecydowanie to im służyło.

- Zdecydowanie lepiej, przygotuj się na wiele podobnych obietnic. - To też mogła mu obiecać. Zdecydowanie obietnice były zdrowsze od gróźb. Te rzadko kiedy działały odpowiednio, szczególnie w takiej sytuacji. Wiedziała, że groźby mogą przynosić odwrotny efekt, nikt nie lubił być stawiany pod ścianą, to przynosiło zupełnie coś innego. Wręcz prosiło się o odwrotną reakcję, przynajmniej ona tak miała, a wiedziała, że Ambroise jest ulepiony z podobnej gliny. Wiele ich łączyło pod tym względem.

Temperatura zdecydowanie nie sprzyjała kąpieli. Czuła, że jej ciało coraz bardziej się wychładza. Nie miała pojęciao tym, że jej usta zrobiły się sine, powinna się tego spodziewać, zwłaszcza, że zauważyła dreszcze, które zaczęły pokrywać jej ciało, niewiele brakowało do tego, aby zaczęła się trząść z zimna.

- To dobry pomysł. - Tak, po raz kolejny się z nim zgadzała. Nie zamierzała zostać tutaj ani minuty dłużej. Dał jej nawet całkiem niezłą okazję do zrealizowania jej planu.

Nim znalazł się obok rozejrzała się jeszcze, aby upewnić się, że są tutaj sami - nic się pod tym względem nie zmieniło.

- Bardzo potrzebuję tego ogrzania. - Nie zamierzała w ogóle udawać, że myśli o czymś innym. Kiedy ją pocałował postanowiła skorzystać z teleportacji łączonej. Odwzajemniła pocałunek, złapała go przy tym za dłonie i pomyslała o ich domku w którym chciała się teraz znaleźć. Po chwili jednak sobie uświadomiła, że to nie był najlepszy pomysł. - Kurwa, różdżki. - Rzuciła tylko cicho, kiedy oderwała swoje usta od niego. Nie miała pojęcia, jak to było w ogóle możliwe, że mogła o tym zapomnieć, jak widać, przy nim nie myślała jasno, wcale.

- Zróbmy to jednak inaczej. - Pośpiech nie służył myśleniu, zdecydowanie.

Wyjście na plażę uświadomiło jej, że było jej zdecydowanie jeszcze chłodniej, niż jej się wydawało. Walczyła z tym, aby nie zacząć zgrzytać zębami. Wiatr powodował, że mokra skóra robiła się jeszcze bardziej wychłodzona. - To było głupie. - Rzuciła do siebie, bo w sumie to był jej pomysł z tą kąpielą. Normalnie pewnie nie odpuściłaby sobie możliwości bezczelnego wgapiania się w Greengrassa, teraz jednak skupiona była na tym, aby jak najszybciej pozbierać swoje rzeczy i się stąd zmyć.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#15
05.10.2024, 17:28  ✶  
- Nie chcesz, żebym dawkował ci komplementy? - Spytał przekornie z błyskiem w oku, bo mógł dać jej zarówno to, czego oczekiwała - prawdziwy potok gładkich słówek, mógł również po prostu udowodnić jej swoje zamiary.
On osobiście wolał być człowiekiem czynu.
- Piękne motywacyjne słowa - pokiwał głową nie kryjąc lekkiej niepowagi. - A gdybym był robakiem - rzucił z uniesionymi brwiami i spojrzeniem mówiącym o tym, że całkowicie świadomie korzystał z tego tekstu jako pierwszy, choć znacząco urwał wypowiedź zanim zamieniła się w dosłowne pytanie.
Szczególnie, że w tym właściwym kontekście brzmiało bardzo jednoznacznie, nie pozostawiało pola do manewru i poniekąd wymuszało wyznania, na które było jeszcze trochę za wcześnie. Przynajmniej dla Greengrassa. Tym bardziej, że jeszcze kilka miesięcy temu nie dopuszczał możliwości, że może chcieć układać sobie wspólne życie z kimkolwiek.
To uległo diametralnej zmianie, co do której nie miał żadnych wątpliwości, ale na te konkretne podniosłe słowa nie nadeszła jeszcze pora. Był zakochany, ale tak ostrożny przy tym w niektórych wyznaniach jak tylko mógł podświadomie być. W istocie nie wydawało mu się, żeby musiał przed nią ukrywać cokolwiek, co wcześniej stanowiło nieprzyjemną konieczność milczenia. Nie udawał, nie grał, był sobą, ale kupno wspólnej chatki zdawało mu się znacznie mniej zobowiązujące niż to niewypowiedziane czy byś mnie kochała?, które nadal należało do ostrożnej części rozwijającej się relacji. Tak samo jak słowo kocham, które miałoby paść z jego ust.
Jeszcze nigdy nie zrobił tak znaczącego kroku w kierunku powiedzenia tego komukolwiek. To słowo nigdy nie padło z ust Ambroisa. Ani w kontekście rodziny, ani przyjaciół, ani tym bardziej jakiejkolwiek kobiety. W pewnym sensie przez chwilę pożałował swojego głupiego żartu, kiedy pomyślał o tym w ten sposób, ale zaraz potem odsunął od siebie to dziwne wrażenie. Teraz już nie mogła go zagiąć tego typu mentalną gierką w stylu a co byś zrobił, gdybym ja... i to było w tym najistotniejsze. Z jakiegoś powodu odnosił wrażenie, że mogłaby czerpać satysfakcję z jego plątania się w odpowiedziach a to nie wchodziło w grę. To, że zachowywał się jak młokos nie oznaczało, że tym młokosem był. Nie lubił zbyt wiele myśleć o tym czy jego słowa nie mogły zostać odebrane opatrznie.
- Stop. Jasne. Żadnych więcej jeżanek - zadeklarował nie spuszczając wzroku z jej niebieskich oczu, które tu nad morzem wydawały się jeszcze bardziej błękitne w kontraście do granatu fal poprzetykanych biało-szarymi załamaniami.
- Wracamy wyłącznie do domu -najlepiej od razu do łóżka, co wybrzmiało równie głośno jak te rzeczywiście wypowiedziane przez niego słowa.
Co poradzić? Jeżanki naprawdę ani trochę go nie interesowały i w żadnym razie nie planował z powrotem zmienić ról w ich żartobliwej wymianie zdań i musieć odbijać żarty o pozostaniu tu na zawsze, szczególnie że już odpuszczał. Właśnie w tej chwili podjął decyzję, że temat ryb więcej nie wypłynie - zarówno tego dnia jak i w następnych.
Tym bardziej, że skoro zamierzali podjąć kroki w celu zakupu nieruchomości w tym miejscu to musieli wziąć pod uwagę konieczność wyboru między spędzaniem czasu na plaży a pierwszymi decyzjami względem wyboru nowego miejsca i złożenia oferty. Oczywiście, mieli też niezliczenie dużo czasu pomiędzy jednym a drugim, bo doba miała dwadzieścia cztery godziny, ale tych chwil nie brał pod uwagę, bo miał co do nich zupełnie inne plany. Ona prawdopodobnie również. Liczył... ...ba!... ...był niemal pewny, że ich decyzje i tu były bardzo zbieżne.
- Widzisz? Podoba mi się, kiedy zamieniasz upór na tak ładne określenie. Determinacja brzmi znacznie, znacznie lepiej w twoich słodkich ustach - skwitował bezbłędnie, bo podobał mu się ten punkt widzenia.
Oczywiście, jak zawsze zależało to od punktu siedzenia. Nie dalej jak kilka tygodni wcześniej wytykała mu bycie za mało elastycznym w poglądach, przedwczoraj określiła to jako ośli upór a dziś był po prostu zdeterminowany. Ta ostatnia wersja najbardziej mu odpowiadała. Szczególnie, że miał świadomość, że nie może się do tego przyzwyczajać, bo najpewniej jeszcze tego samego wieczoru znowu zostanie osłem - nawet, jeśli będzie temu towarzyszyć czuła przekora. Tym bardziej cenił te słowa w tej chwili.
- A miśki wywalimy. Jestem niemal pewny, że są przeklęte - ochoczo skinął głową, bo bardzo niechętnie wracał pamięcią do tamtych szklanych oczek jak paciorki.
Całe szczęście nie dotykali ich wcześniej ani teraz również nie musieli tego robić. Mieli od tego różdżki, choć obecnie (co go trochę zaskoczyło, bo nie był temu przeciwnie) zostawili je w chatce. Nigdy nie sądził, że bez tego rekwizytu będzie czuć się całkiem w porządku. Różdżka była dla niego przedłużeniem ręki a przynajmniej zawsze tak sądził, tymczasem nagle nie miał najmniejszego kłopotu, żeby czuć się swobodnie na plaży bez niej.
- Spodziewaj się niespodziewanego, ale w tym pozytywnym sensie? - Uściślił składaną mu obietnicę, bo to brzmiało bardzo podobnie.
Chciał to usłyszeć na głos. Rozwiniętą deklarację czegoś kuszącego a nie groźby. Obietnicę wielu obietnic, która wywoływała uśmiech na jego twarzy. Niemal tak samo jak ochocze przytaknięcie mu, że powinni jak najszybciej ogrzać się w domu. Zdążył poznać i pokochać ten zaczepny, jawnie sugestywny ton głosu.
- Nie musisz mi tego powtarzać dwa razy - stwierdził z błyskiem w oku, a na dźwięk słów Geraldine kąciki ust same mu się uniosły.
Na moment jeszcze bardziej, kiedy odwzajemniła słodki pocałunek, wkładając w to swoje pożądanie i obietnicę, że zaraz w chatce, ale również ku jego rozczarowaniu nie znaleźli się w ciepłym pomieszczeniu. Nadal stali na zimnym wietrze, a on obejmował ją w pasie czując pod palcami gęsią skórkę i widząc posiniałe usta, których nie rozgrzały pocałunki.
- W domu - przypomniał mając pewność, że i tak zorientowała się zanim w ogóle wypowiedziała te słowa.
Stąd zresztą wybrzmiała u niej ta wyjątkowo melodyjna kurwa nieprzystająca młodej czarownicy z dobrego domu, ale w przypadku Yaxleyówny nie wzbudzająca w nim nic ponad rozbawione parsknięcie. Może była wysoka i gibka, miała ładnie ukształtowane, podkreślone mięśnie, które mógłby teraz podziwiać, gdyby nie próbował nie trząść się z zimna. Natomiast w tym przemoczonym wydaniu sprawiała znacznie delikatniejsze wrażenie, szczególnie dygocząc na chłodnawym wietrze, który nieoczekiwanie się zerwał. Tym bardziej bawiły go te jej niecenzuralne słowa i nagła zmiana nastawienia odnośnie powrotu do domu. Z wesołością zabrał się za zbieranie ubrań z plaży, kulturalnie wyciągając elementy damskiej bielizny w kierunku ich właścicielki. Nie mogła ich stracić, skoro zamierzał jeszcze dziś własnoręcznie je z niej zdjąć.
- Pochopne - sprostował nie zgadzając się z nazywaniem tego głupim, skoro dostarczyło im tyle dziecięcej rozrywki. - Ale urocze - posyłając uśmiech w stronę Geraldine pochylił się, żeby wytrzepać zapiaszczone spodnie zanim je włoży.
Zaskakująca ilość piasku osadziła się na wszystkich częściach zdjętej garderoby, choć nie wiał zbyt mocny wiatr i tumany piachu nie powinny być aż takim problemem. Wręcz przeciwnie, zamiast nie stanowić problemu te malutkie ziarenka były dosłownie wszędzie. Nie sposób było ich uniknąć. Przesypywały się między palcami i drażniły skórę, toteż po chwili zastanowienia podjął decyzję o tym, żeby poprzestać na spodniach i koszulce, przewieszając sobie koszulę oraz sweter przez ramię i podnosząc buty w jednej ręce a kosz piknikowy chwytając w drugą. Nie zdążyli nawet posilić się przygotowanymi smakołykami ani winem, ale niespecjalnie tego żałował.
- Okryj się kocem, żeby nie zmarznąć - zasugerował, bo wiatr zaczynał przybierać na intensywności.
Jedno spojrzenie w kierunku horyzontu wystarczyło, żeby stwierdzić, że w dobrym momencie wyszli z wody i zaczęli zbierać swoje rzeczy. Wyglądało na to, że niebo wkrótce zajdzie ciemnymi chmurami a słońce schowa się za nimi na co najmniej kilka godzin. Szła nawałnica. Wiatr szarpał trawami i sprawiał, że niewyschnięte miejsca na ciele Ambroisa zaczynała pokrywać gęsia skórka. Bez wątpienia powinni wracać.
- Potrzebujesz, żebym poniósł jeszcze coś? - Spytał, bo jeśli tak nie było to nadeszła najwyższa pora wrócić do domu.
Do ciepłego ognia w kominku i dywanu przed otwartym paleniskiem, butelki wina i dużych okien z widokiem na nieoczekiwanie nadchodzący sztorm.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#16
05.10.2024, 22:27  ✶  

- Dawkowanie jest niby rozsądne, ale miło mi się tego słucha. - Wzruszyła jedynie ramionami. Może faktycznie miał rację, może lepiej byłoby nie przesadzać, jak tak dalej pójdzie to jeszcze mu się skończą te wszystkie słodkie słówka i nie będzie ich więcej. Zdecydowanie lepiej było je dawkować, miał rację.

- A gdybyś był robakiem, to bym się tobą opiekowała i pilnowała, żeby cię nikt nie zdeptał. - Nie sądziła, że to była do końca taka odpowiedź, jakiej powinna mu udzielić, ale aktualnie nie było jej stać na nic innego. I tak sporo mu powiedziała, przyznała się do swoich uczuć, może w nieco pokrętny sposób, ale nie byłą gotowa na te większe wyznania. Geraldine tak jak i Ambroise nigdy nie używała jeszcze tego bardzo wymowego sformułowania. Nie powiedziała nikomu, że go kocha. Była wychowywana w szorstki sposób, nikt nie mówił jej takich rzeczy, sama więc uznawała, że słowa mówiące o uczuciach powinny być wypowiadane wtedy, kiedy naprawdę zaczynają wiele znaczyć. Jasne, czuła, że się w nim zakochuje, wiedziała, że jest to coś więcej niż dotychczas, ale to jeszcze nie był odpowiedni moment na to, żeby mu powiedzieć, że kochałaby go nawet, jakby był robakiem. Zapewne przyjdzie kiedyś taki moment, że będzie chciała mu to wszystko powiedzieć, ale to nie był odpowiedni czas, dopiero przywykła do tego, że zaczęli razem budować wspólną przyszłość, to naprawdę był dla niej milowy krok.

- Och, czyli jednak się udało. - Tak, zrozumiał sugestię, na szczęście, sama nie zamierzała więcej dyskutować o tych nieszczęsnych rybach, które okazały się być zupełnie niepotrzebnym tematem ich rozmów. Z początku może faktycznie sądziła, że obserwowanie ich może być niezłą rozrywką, bardzo szybko jednak do niej dotarło, że to nie jest to, co chciałaby robić. Zdała sobie też sprawę, że nie będzie mogła nigdy brać ze sobą Ambroise'a do lasu, bo nie ma szans, że w jego towarzystwie kiedykolwiek, cokolwiek upoluje. Nie była w stanie się skupiać na otoczeniu gdy znajdował się tuż obok niej. To było niemożliwe, jej wzrok ciągle, mimochodem wędrował na jego twarz, przykuwał jej całą uwagę, czy tego chciała, czy nie.

- Cieszę się, że znowu się zgadzamy. - Wyjątkowo lekko im to przychodziło. Cóż, spodziewała się, że Greengrass czuje podobne napięcie do niej. Długo zwlekali z wyznaniem sobie swoich uczuć, mieli sporo do nadrobienia, to naprawdę był odpowiedni moment, aby mogli się wreszcie sobą nacieszyć. Szkoda marnować ten czas który mieli na jeżanki.

Nie do końca wiedziała od czego powinni zacząć plany związane z zakupem nieruchomości. Ostatnie mieszkanie kupił jej ojciec, zapytał tylko, czy jej się podoba i to by było na tyle. Tutaj sprawa wyglądała zdecydowanie inaczej, musieli jeszcze odnaleźć mugoli, do których należała chatka i ich przekupić. W sumie to całkiem fajną misję sobie znaleźli, miała jednak nadzieję, że nie pochłonie ich całego wolnego czasu, szkoda by było, żeby zajmowali się głównie tym.

- Czasem mi się udaje odpowiednio nazywać rzeczy, ale nie przyzwyczajaj się do tego, to chwilowe przebłyski. - Oczywiście nie zawsze, często nie zastanawiała się nad tym, jakie słowa opuszczały jej ustę, ale miała te momenty, kiedy udawało jej się błyszczeć. Determinacja właściwie była synonimem uporu, ale pokazywała go w lepszym świetle. W tym przypadku naprawdę doceniała to, że Ambroise zdecydował się podejść do tego z taką pewnością. Nie zamierzał odsuwać tego pomysłu w czasie, podążał za ciosem. Czuła, że faktycznie już niedługo będą właścicielami chatki nad morzem. To była wspaniała perspektywa.

- Lepiej ich nie dotykać, kto wie, czego się można po nich spodziewać. - Podobało jej się to, że już zakładali, że domek będzie ich. Mogli planować wszelkie zmiany. W sumie zastanawiała się nad tym, jak powinni go zaaranżować, może nie przywiązywała jakoś specjalnie wagi do takich szczegółów, ale tym razem chciała to zmienić. To miało być ich wspólne miejsce, warto było się zaangażować w to, aby faktycznie było to wyczuwalne. Istotny był na pewno zakup wielkiego łóżka, czuła, że może im się przydać.

- Nie spodziewaj się spodziewanego, może w ten sposób? - Tak, chciała go zaskakiwać, na pewno nie pozwoli na to, aby w ich życie wkradła się monotonia, wiedziała, że to mogłoby im nie służyć. Zamierzała go zaskakiwać, ale tylko i wyłącznie w ten pozytywny sposób, taki był jej plan. Ciekawe jak długo uda jej się go realizować, potrafiła być zdeterminowana, aczkolwiek nawet ona miała swoje przyzwyczajenia. Wiedziała, że będzie musiała się nieco pilnować, bo nie chciała mu dawać powodów do zwątpienia w jej intencje. Na pewno nie chciałaby go do niczego zmuszać, ani powodować dyskomfortu swoim zachowaniem. To wymagało od niej tego, aby nauczyła się żyć z kimś u swojego boku, póki co chyba nie szło jej to tak najgorzej, ale to był przecież dopiero ich początki. Wydawało jej się, ze zazwyczaj one były raczej pełne sielanki, partnerzy jeszcze starali się ignorować wady drugiej strony i patrzyli na świat przez różowe okulary, codzienność potrafiła to zmienić, miała nadzieję, że ich to nie spotka, chciałaby, żeby to trwało wiecznie.

Uśmiechnęła się słysząc jego słowa, nie zamierzała już więcej wspominać o tym, że potrzebuje ogrzania, dotarło to do niego za pierwszym razem, wspaniale. Wystarczyło się więc stąd ulotnić. Pocałunek był przyjemny, aczkolwiek nie przyniósł oczekiwanego efektu, nadal było jej chłodno, ale nie ma się co dziwić, w końcu dalej znajdowali się w wodzie, a ich ciała były wystawione na coraz zimniejszy wiatr.

Pokiwała jeszcze głową, bez słowa. Tak, w domu się tym zajmą, oby znaleźli się tam jak najprędzej. Niestety nieco utrudnili sobie tę podróż. Zastanawiała się jak mugole mogli tak żyć, w sensie bez teleportacji.

Przejęła swoje elementy garderoby, które zaczęła niezdarnie na siebie nakładać. Nie było to wcale takie proste zadanie, zważając na to, że wszędzie był piasek, a ona była mokra. To wiązało się z tym, że praktycznie całe jej ciało było nim pokryte, a nie było nic gorszego od mokrego piasku. Musiała przywyknąć do tego niewygodnego uczucia, które pojawiło się na jej skórze. Jakoś powinna przetrwać ten spacer, jednak była pewna, że będzie potrzebowała ciepłej kąpieli, zmyje z niej cały ten syf, a do tego pozwoli jej się nieco ogrzać, potrzebowała tego chociaż trochę, żeby Ambroise nie musiał dotykać jej ciała, które aktualnie trochę przypominało kostkę lodu.

- Kiedy tak o tym mówisz, to brzmi zdecydowanie lepiej. - Nie zmieniało to jednak faktu, że nadal czuła, że było to raczej średnio rozsądne. Cóż, za spontaniczność czasem trzeba było ponosić konsekwencje, na szczęście w tym przypadku było to tylko i wyłącznie zimno, które im towarzyszyło.

Ger w przeciwieństwie do swojego partnera postanowiła narzucić na siebie wszystkie ubrania, jakie miała ale nie do końca jej to pomogło wygrać walkę z wychłodzeniem, sięgnęła po koc, ale nim się nim okryła odezwała się jeszcze do Ambroise'a, widziała, że mu też jest zimno. - Nie, nie potrzebuję, ale chodź tutaj. - Poczekała, aż pojawi się obok i dopiero wtedy narzuciła koc, tak aby i jego okrył, może to było średnio wygodne, ale kiedy wsunęła mu rękę pod ramię byli w stanie jakoś iść razem przed siebie.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#17
06.10.2024, 00:44  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.10.2024, 01:00 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
- A więc postaram się zachowywać równowagę między jednym i drugim - zapewnił z uśmieszkiem błąkającym się po twarzy. - Za tę opiekę byłbym pewnie całkiem wdzięcznym robakiem. Natomiast szczerze mówiąc, wolałbym, żebyś jednak nie poprzestała na zamykaniu mnie w... ...robakarium?... ...tak to się nazywa?... ...tylko raczej spróbowała mnie odczarować - stwierdził, posyłając Geraldine przesadnie zawiedzione brakiem proaktywności spojrzenie.
Mimo to cieszył się z takiej a nie innej odpowiedzi. Było jasne, że mieli wobec siebie mniej więcej zbieżne oczekiwania i żadne z nich nie chciało przesadnie wybiegać w przyszłość. Może to brzmiało śmiesznie, gdyby wziąć pod uwagę wspólne plany zakupu nieruchomości i te pozostałe drobne detale, ale trochę mu ulżyło. Nie wiedział jak mógłby zareagować na przedwczesne deklaracje lub podpuszczanie go do tego samego. Pragnął jej, pożądał, chciał ułożyć sobie z nią życie, ale wszystko i tak działo się całkiem szybko. Jeszcze się nią nie nasycił. Wątpił, żeby to miało szybko ulec zmianie, ale większe deklaracje instynktownie pozostawiał na czas, kiedy dotrą się do siebie i ustalą własne zasady życia. To chyba było rozsądne.
- Znowu w piękny sposób nazywasz to, że nie minie kilka godzin i przestanę być zdeterminowany za to zacznę być apodyktyczny albo, co gorsza, zdesperowany? Wyczuwam w tym pewną znajomą sugestię - zauważył, bo sytuacja jak najbardziej pozwalała na to, żeby mógł poczepiać się słówek, które słyszał stosunkowo często odkąd zaczęli się ze sobą zadawać.
Nie to, żeby był jej dłużny. Również znajdował różne coraz bardziej wysublimowane i jak sądził trafnie uszczypliwe określenia na niektóre zachowania Geraldine. Tym samym nie obrażał jej a jedynie zaznaczał fakty. Nie była opryskliwa tylko zaczepna, była bojowa czy też konfrontacyjna. Tak samo jak nie nazywał jej mocną w gębie a na przykład rozdyskutowaną. Wielomiesięczne ślęczenie nad translacjami i słownikami przynosiło wiele inspiracji zaś ich małe spiny były dzięki temu ciekawsze, nawet odrobinę pozbawione znaczenia, dzięki czemu mogli je szybciej doprowadzać do końca. Przecież ostatecznie wcale nie chciał się z nią kłócić.
Teraz już tym bardziej, bo przez różowe okulary dostrzegał głównie same pozytywne zmiany. Jasne. Nie twierdził, że mieli przestać się sprzeczać. Oboje lubili zaznaczać swoją dominację i to nie miało się zbyt szybko zmienić. On sam zdecydowanie potrzebował czasu, żeby nauczyć się dochodzenia do kompromisów bez poczucia, że robi tym komuś łaskę albo tym bardziej, że to ktoś robi łaskę jemu. Ostatnie miesiące powoli uczyły Greengrassa cierpliwości, ale uwarunkowania rodzinne, charakteralne i sytuacyjne nie były czymś, co dało się tak po prostu odłożyć na półkę z niewłaściwymi zachowaniami. Tym samym Ambroise aktualnie próbował podejść do tego z innej strony: poprzez te absurdalne synonimy dla słów, które mogłyby zostać odebrane zbyt ostro.
Jak do tej pory to przynosiło raczej same pozytywne skutki. Szczególnie, że kiedy myślał o tym, co chce powiedzieć szukając dobrego określenia, często wpadał na coś, co brzmiało tak niedorzecznie, że reagował na to wewnętrznym śmiechem i odpuszczał komentarz. Nigdy nie sądził, że zacznie postępować właśnie w taki sposób, ale to chyba było częścią tej sztuki kompromisów i nie brania wszystkiego zbyt serio, której przez większość życia był mniej lub bardziej pozbawiony.
Dojrzewał do tego, żeby nie być człowiekiem patrzącym głównie na czubek własnego nosa? To mogłaby być całkiem dziwna myśl. Tym bardziej, że upierał się przy tym, że zawsze dbał o innych ludzi. Inaczej nie miałby przyjaciół. W tym wypadku chyba chodziło o coś innego - ten romantyczny aspekt życia, którego wcześniej nie dopuszczał do głosu. W tym momencie zaczynało zależeć mu na Geraldine w inny sposób niż to robił w stosunku do kogokolwiek innego.
Chciał jej szczęścia, bezpieczeństwa, uśmiechu na różanych ustach, ale też pełnowymiarowego zainteresowania, pożądliwej wzajemności, nagiego ciała przy swoim, deklaracji, że jest jego i niczyja inna. W tym wypadku bezkompromisowo mógł nazwać się bardziej zaborczym niż w innych przypadkach, kiedy wystarczał mu przelotny kontakt, list czy dwa, potwierdzenie, że wszystko jest w porządku. Czuł się nawet bardziej uwikłany niż wtedy, kiedy panowała między nimi gorzka niepewność. Z tą różnicą, że teraz nie czuł się z tym źle. Jedynie inaczej niż kiedykolwiek.
A to był dopiero sam początek. Już teraz starał się być kowalem swojego losu. Zbyt wiele pozostawili przypadkowi, który choć zadziałał na ich korzyść to długo mu to zajęło i niemal całkowicie się minęli. W tej chwili Ambroise nie chciał dłużej bazować na szczęśliwym trafie losu. Wystarczyło, że dwa razy im się powiodło - wtedy na przyjęciu i najwidoczniej teraz z trafnym wyborem domku, który sobie przywłaszczyli. Oboje byli zdecydowani, że to może być ich miejsce, więc należało je takowym uczynić.
- Myślisz, że może musimy je zostawić na miejscu do czasu oficjalnego oglądania pomieszczeń? Czy zwykłe zaklęcie konfundujące powinno wystarczyć w przypadku mugoli, do których to należy? - Skoro razem podejmowali poważne decyzje to pokusił się o zapytanie Geraldine o opinię zamiast tak po prostu zadecydować o rzuceniu czarów na tamtych ludzi, żeby osiągnąć sukces.
Standardowo raczej nie zawahałby się przed użyciem magii, gdy w grę wchodziły niemalże wyłącznie pozytywne efekty. Ambroise nie był specjalnie wyrozumiały w stosunku do ludzi, którzy mogli kręcić nosami na hojne oferty wyłącznie po to, żeby zobaczyć, na ile mogą zawyżyć cenę. A za taki element miał sezonowych mieszkańców turystycznych nadmorskich miejscowości. Zaklęcie czy dwa załatwiłyby sprawę bez konieczności wdawania się w dyskusje i zgrywania odpowiednio umiarkowanie zainteresowanego złożeniem oferty. Ani nie zdesperowanego, ani nie przesadnie wycofanego. Jeszcze nigdy nie musiał prowadzić negocjacji z przedstawicielami innej społeczności i choć z grubsza spodziewał się przebiegu sprawy to postanowił ustalić ruchy wspólnie. Jak cholernie dojrzały partner.
- Zgubiłem się mniej więcej w połowie - stwierdził bez większego zastanowienia, wzruszając skostniałymi ramionami. - Nie, żebym tak właściwie to się kiedykolwiek odnalazł po tym tam, ale nieistotne - tym razem ta uwaga brzmiała wyłącznie żartobliwie, choć może nie do końca taka była.
Greengrass tak naprawdę nigdy nie wspominał nic odnośnie swojej wewnętrznej reakcji na to, jak bardzo oboje pogubili się wtedy w tamtym miejscu. Sprawiał wrażenie, jakby to, że nie znaleźli żadnej sensownej odpowiedzi na pytania w żaden sposób się na nim nie odbiło. Wiele ułatwiało to, że nie mieli wcześniej żadnej bliskiej relacji, więc jakiekolwiek zmiany w jego podejściu i postępowaniu mogły pozostać niezauważone. I choć w tym wypadku żartowali o znacznie przyjemniejszych rzeczach to tak - zdecydowanie nie spodziewał się spodziewanego. Tego się chyba nauczył, wynosząc tę lekcję z tamtego przypadku. Tego, który jednocześnie był negatywny i pozytywny w konsekwencjach. Z pozytywów miał ją teraz przy sobie i tego zamierzał się trzymać. Być tą lepszą, nowszą wersją siebie. Partnerem. Nawet w dodatku całkiem wspierającym.
- Do usług - najpewniej wysuszyłby zęby w szerokim uśmiechu, gdyby nie to, że ryzykowałby wtedy powybijaniem ich sobie przez niekontrolowane dygotanie ciała.
Nie założenie na siebie wszystkich ubrań do końca najpewniej nie było zbyt dobrą decyzją, ale większa ilość piachu za kołnierzem raczej byłaby dla Ambroisa nie do przeżycia. W tym momencie nie przepadał za plażą. Tym bardziej, że nie mogli teleportować się z powrotem do wygodnego domu i wanny tylko musieli iść pod górę jak para tfu mugoli. Jasne. To mogło być całkiem zabawne, gdyby nie wszechogarniające zimno, od którego cały skostniał.
Kiedy Geraldine zaoferowała mu miejsce pod okryciem nie zastanawiał się zbyt długo. Normalnie raczej stwierdziłby, że powinna jak najbardziej się okutać a on miał dać sobie radę, ale tym razem energicznie pokiwał głową. Tym bardziej, że byli mniej więcej jednakowego wzrostu, więc żadne nie miało cierpieć katuszy i niewygody. To była niewątpliwa zaleta, szczególnie że Ambroise nigdy nie miał specjalnego problemu z wysokimi kobietami. Przeciwnie. Już jakiś czas wcześniej swobodnie stwierdził, że mogła nosić przy nim buty na obcasie, nawet takim niebotycznie wysokim, jeśli by sobie tego życzyła. Był pewny siebie. Nie miał kompleksów związanych ze swoim wzrostem. Poza tym to raczej miały być te nieliczne chwile, ponieważ oboje raczej preferowali wygodę - on bardziej elegancko-codzienną, ona trochę z większym pazurem. Strojenie się na wydarzenia towarzyskie nie było ich głównym problemem.
Za to podejście pod wiatr pod górę piachu już tak. Cholerne mugolskie rozwiązania.

koniec wątku

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (10123), Geraldine Greengrass-Yaxley (7806)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa