• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
lato 1972 // śmierć w fikcyjnych opowieściach - tego się nie robi kotu III

lato 1972 // śmierć w fikcyjnych opowieściach - tego się nie robi kotu III
Landrynka
She could make hell feel just like home.
wiek
26
sława
V
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Cukierniczka/Twórczyni eliksirów i kadzideł
Można ją przeoczyć. Mierzy 152 centymetry wzrostu, waży niecałe pięćdziesiąt kilo. Spoglądając na nią z tyłu... można myśleć, że ma się do czynienia z dzieckiem. Buzię ma okrągłą, wiecznie uśmiechnięte usta często muśnięte błyszczykiem, bystre zielone oczy. Nos obsypany piegami, które latem zwracają na siebie uwagę. Włosy w kolorze słomy, opadają jej na ramiona, kiedy słońce intensywniej świeci pojawiają się na nich jasne pasemka. Ubiera się w kolorowe rzeczy, nie znosi nudy i szarości. Głos ma przyjemny dla ucha, melodyjny. Pachnie pączkami i domem.

Nora Figg
#11
09.01.2025, 00:42  ✶  

Nora nie widziała niczego dziwnego w wymienieniu Erika przed swoją własną babcią. Samo się jej to wymsknęło, ale świadczyło o stanie faktycznym. Longbottom był jedną z najważniejszych osób w jej życiu, łączyła ich więź, która sięgała naprawdę wielu lat. Poznali się zresztą tutaj w Dolinie, w jednej piaskownicy, czy coś, to chyba była piaskownica. Od tego momentu trzymali się razem, był przy niej zawsze, czy to podczas tych najlepszych chwil, czy najgorszych. Mogła na niego liczyć w każdej sytuacji. To on jako pierwszy dowiadywał się o wszystkim, co działo się w jej nieco pogmatwanym życiu. Nie da się więc ukryć, że w hierarchii był wyżej niż babcia (nie to, ze Lizzy nie była dla niej istotna, w końcu nauczyła ją podstaw związanych z prowadzeniem knajpy, czy pieczeniem), ale Erik chyba z tym wygrywał. Zresztą to jak wybieranie między ulubionym ciastkiem... trudno było zdecydować się na jedno.

- Co racja, to racja. - Cieszyła się, że Greengrass się z nią zgodził. To nie tak, że nagle zrobiła się jakaś mocno pesymistyczna, ale nie mogła ignorować zagrożenia, które było obok. Nie wiadomo, czy coś się nie zmieniło, czy ktoś nie robił tego celowo, czy to nie był pierwszy krok do wykurzenia czarodziejów z Doliny. Jasne, zaczynało się od kotów, ale to był dopiero początek...

Miała świadomość na co stać tę złą stronę, widziała sporo, o wielu rzeczach słyszała, dlatego dość sceptycznie podchodziła do tej całej sytuacji. Pewnie mało kto by w ogóle podejrzewał, że Figgówna może być w jakikolwiek sposób zamieszana w sprawy organizacji walczącej z Voldemortem, bo zdecydowanie nie wyglądała jak ktoś taki. Zresztą nie robiła tego aktywnie, bardziej na dystans będąc wytwórcą, który dostarczał swoim przyjaciołom eliksiry i kadziła. Jasne, że wolałaby wspierać ich na placu boju, ale miała świadomość o tym, że nie nadawała się na wojownika, pewnie sama zrobiłaby sobie krzywdę, gdyby przyszło jej się z kimś zmierzyć.

To nie tak, że słoneczko przestawało świecić, bo Norce nadal nie brakowało swojego zwyczajowego promiennego uśmiechu, tyle, że podchodziła do życia z nieco większym rozsądkiem. Nie zamierzała jednak zatracić się w tym za bardzo, bo nie chciała pozwolić, aby ich przeciwnicy odebrali jej to, co było w niej najlepsze.

Poszukiwania kotów, może nie były szczególnie ambitnym zajęciem, ale w tym przypadku przynajmniej mogła się wykazać, bo to nie była mocno zagrażająca sytuacja. Swoją drogą mogła komuś dzięki temu poprawić humor, a to było wystarczającym argumentem za tym, aby się w to zaangażować. Tym bardziej była zadowolona z siebie, że udało jej się namówić do tego Roisa, bo dawno się nie widzieli, a chciała sprawdzić, jak się miewa, on i kot, którego mu wcisnęła podczas jednego z ich spotkań.

Nie słuchała specjalnie wymiany zdań mężczyzn, cóż, nie obchodziło jej do końca jak rzucali w siebie tymi wymownymi uwagami. Typy chyba miały tak, że w ten sposób okazywały sobie sympatię. Szkoda tylko, że przez to Ambroise nie dostrzegał jej wymownego spojrzenia, ale i na to znalazła metodę. Była naprawdę rezolutna, gdy tylko odrobinę się postarała.

- Karmelka, ponoć jest uroczym, rudym kociakiem. - Dodała jeszcze, żeby wiedzieli jakich kolorów powinni wypatrywać. Nie pytała jednak o to, czy Cornelius zamierza im towarzyszyć, nie, bo wtedy mógłby jej odmówić, właśnie przez to po prostu ruszyła na tył ogrody, aby znaleźć jakieś ślady.

Nora miała torebkę pełną smaczków dla kotów, po które była gotowa sięgnąć, kiedy wypatrzą gdzieś futrzaka. Rozglądała się uważnie po okolicy, ale póki co nic nie wydawało jej się świadczyć o tym, że znajdą kota akurat tutaj. Pewnie będą musieli udać się na spacer poza teren posesji. Tak samo było z Miaurycym.

Dotarły do niej słowa Lestrange'a, który chyba właśnie oficjalnie dołączył do ich grupy poszukiwawczej. Nie spodziewała się, że urosną w siłę, ale jak widać nie było sensu niczego zakładać.

- Kici, kici... - Mruczała pod nosem nachylając się przy mijanych krzakach i drzewach. Próbowała go do nich przywołać, chociaż nie do końca wydawało jej się, że może im pójść, aż tak łatwo. Wierzyła jednak, że prędzej, czy później znajdą jakieś ślady, które doprowadzą ich do zagubionego zwierzęcia. Nie brała w ogóle innej opcji pod uwagę, w takim towarzystwie ta drobna misja musiała zakończyć się sukcesem.


rzucam sobie na percepcję, żeby zobaczyć, czy znajdę jakieś ślady
Rzut O 1d100 - 24
Akcja nieudana
Rzut O 1d100 - 50
Slaby sukces...
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#12
09.01.2025, 03:29  ✶  
Prawdę mówiąc, naprawdę wolał nie wnikać w meandry bliskiej znajomości Nory z Erikiem Longbottomem. W ostatnim czasie wykształcił sobie bowiem wobec niego całkiem głęboką (i ze wszech miar usprawiedliwioną!) antypatię, która wbrew pozorom nie sięgała wcale aż tak głęboko. Jasne, była związana z wieloma skrzętnie tłumionymi przez niego uczuciami, ale w gruncie rzeczy sprowadzała się do jednego prostego pojęcia.
Terytorialność.
W gruncie rzeczy, Ambroise był całkiem prostym człowiekiem (a przynajmniej za takiego się uważał) a który mężczyzna w dalszym ciągu przeżywający wewnętrzne katusze z powodu kurestwa własnego parszywego losu cieszyłby się z zalewania go informacjami o uroczym, młodzieńczym acz żarliwym i perspektywicznym romansie przystojnego, popularnego kawalera z jedyną kobietą, która była dla niego ważna? Z jedyną osobą, u której boku widział się przez lata? Z którą planował wziąć ślub, tygodniami, potem zaś miesiącami (choć tylko ze względu na koleje losu) planując zaręczyny? Chcąc założyć rodzinę?
Może nie od razu, lecz w przeciągu wcale nie tak długiego czasu od wejścia na oficjalną stopę, bo to powinien być ich czas. Byli ze sobą przez wiele lat. Dwukrotnie wcześniej zdarzyło mu się poruszyć temat formalizacji ich związku, lecz w żadnym z tych przypadków nie doszli do wniosku, że mogliby to niedługo uczynić. Za pierwszym razem byli w tym całkowicie zgodni. Za drugim być może tym nie emanował, lecz z pewnością ugodziła go reakcja Geraldine na zadane jej pytanie. Co prawda nigdy oficjalnie nie odrzuciła pierścionka, bowiem wyłącznie spytał ją o zdanie, lecz liczył się sam fakt.
To, że teraz od kilku miesięcy słyszał o niesamowitym szczęściu dawnych przyjaciół z dzieciństwa, którzy zaręczyli się po latach znajomości, więc mogli to zrobić po paru miesiącach związku. Rok, jeśli nie praktycznie kilka miesięcy, niespełna dwanaście (chyba nawet nie chciał liczyć) odkąd rozstał się z Yaxleyówną.
Rok pomiędzy odejściem a jej przyjęciem kamyka od kogoś innego. Pięć miesięcy pomiędzy ich końcem a jej początkiem budowania sobie życia z kimś innym.
W dodatku z człowiekiem, który był widoczny dosłownie na każdym kroku. Niemalże wyskakiwał mu z szafki czy z komody. Był tak popularny, że nie dało się uniknąć spoglądania na jego mordę. W dodatku nie do uniknięcia również w bezpośrednich kontaktach twarzą w twarz, bowiem Erik był mieszkańcem Doliny a także w dodatku jednym z najlepszych przyjaciół Nory.
Greengrass jak dotąd stronił od rozmawiania z nią na tematy związane z jej kumplem, jego osobistym coraz bardziej znienawidzonym widokiem, ale wewnątrz dosłownie gotował się na każdą wzmiankę o Eriku. Może jeszcze nie miał w salonie tarczy z rzutkami, do której mógłby przypiąć plakat z długą mordą Longbottoma, ale z miesiąca na miesiąc był temu coraz bliższy. Solidnie dając to zresztą do zrozumienia Corneliusowi, bo w przeciwieństwie do Figgówny - tego ta przyjemność nie ominęła.
No, kurwił na typa ile wlezie, nie miarkując się w słowach ani nie szczędząc sobie wyjątkowo niewybrednych określeń. W ostatnich tygodniach szczególnie często powracając do tematu w związku z tamtym przypadkowym spotkaniem z Riną, choć w przeciwieństwie do kurw i rzyci rzucanych w kierunku narzeczonego jego byłej, Ambroise ani słowem nie zająknął się w temacie problemu z widmowym bratem Yaxleyówny. Zamiast tego jeszcze bardziej zafiksował się na własnym poczuciu potraktowania go jak kogoś, kto był wyłącznie tymczasowym wypełnieniem na lata powolnego rozwijania przyjaźni z Longbottomem. Gąbką florystyczną, która trzymała to wszystko do kupy a potem została wypierdolona i zapomniana, bo zaczęła kruszyć się w palcach, bo znalazła się lepsza alternatywa. Byle gipsówką, jeśli nie chwastem, który sam się wyrwał zanim zbyt głęboko zapuścił korzenie. Te, które teraz Erik wjebywał wprost do jego ogrodu, na jego teren, korzystając ze wszystkiego, co Greengrass nieświadomie mu przygotowywał.
To jasne, że był wkurwiony. I jasne, że nie chciał rozmawiać o tym z Norą, nie zamierzając stawiać jej pod ścianą, bo miał kogoś innego, komu mógł wysrać całą swoją frustrację. Figgówna miała swoje problemy (nie to, by Lestrange ich nie miał, ale no kurwa), więc nie chciał jej się z tym zwalać na głowę. Abstrahując od zażenowania, jakie niechybnie by czuł, gdyby zaczęła z nim gadać o uczuciach.
Jeśli zaś chodziło o problemy Nory, Roise zdecydowanie wolał je rozwiązywać aniżeli powodować. Cholernie mocno starał się dotrzymać słowa danego niegdyś zarówno Thomasowi, jak i samej kobiecie. I jeśli kwestia rozwiązywania trapiących ją spraw zawsze polegałaby na szukaniu z nią zaginionych futrzaków, życie być może nie stałoby się momentalnie piękniejsze (o to było trudno w ich czasach), lecz z pewnością nie byłoby tak skomplikowane.
Bo co skomplikowanego mogło być w szukaniu żywego (oby), prawdopodobnie stale poruszającego się (oby nie), niekoniecznie mogącego im zaufać celu? Zwłaszcza, że obojgu z nich było raczej dość daleko do bycia ekipą łowców czy choćby detektywów. Nie, Roise pod tym względem zbyt często wybierał nie mieszanie się, aby instynktownie pałać odkrywczym entuzjazmem na miarę młodocianego Brygadzisty.
Tak naprawdę przez wiele lat zadając się z Eleonorą, mając z nią wiele wspólnych tematów, spotykając się w celach towarzyskich i nie tylko takich, no, po prostu ją znając i to kropka w kropkę od strony chcącej zbawić świat, Greengrass ani razu nie postanowił zweryfikować tego, czy kobieta nie była głęboko wmieszana w otaczającą ich wojnę. Nie spojrzał na nią nadawczo, nie zadał jej tego pytania.
Rozwiązując niektóre problemy, o pomoc z którymi go prosiła, całkowicie celowo (acz zazwyczaj podświadomie) odwracał wzrok i zatykał uszy, nie chcąc wiedzieć zbyt wiele.
Martwiłby się o nią. Chcąc nie chcąc, pewnie w którymś momencie wmieszałby się w coś, w co nie chciał wkraczać. A nader wszystko pragnął pozostać neutralny. Egoistycznie? Jak najbardziej, ale mu to odpowiadało. Nie miał potrzeby czynienia świata lepszym niż ten jest w rzeczywistości, bowiem w istocie świat nigdy nie był dobry i kolorowy.
W istocie nie był nawet czarno-biały. Dominowały w nim odcienie szarości. Cała skala odcieni szarości. No i brązowo-karmelowa rudość futerka szukanego przez nich Karmelka, który dla swojej właścicielki był dosłownie całym światem. Niektórzy ludzie, szczególnie ci starsi mieli w zwyczaju opieranie całej swojej rzeczywistości na małych rzeczach (albo niedużych stworzeniach), bo tak chyba było im lepiej.
Inni zaś czynili sobie dom z drugiej żywej osoby. Przeżywając osobistą tragedię w równie bolesny sposób, gdy ich Karmelek postanowił odejść albo został siłą wydarty tej rzeczywistości. W ostatnim czasie działo się to coraz częściej. Jeden rzut oka na Corneliusa wystarczył, aby Ambroise nie musiał pytać o to jak źle bywało w Ministerstwie. W Mungu zaś nie było lepiej.
Obaj wybrali sobie cholernie trudne ścieżki kariery. I choć z początku były one zbieżne, później rozeszły się, lecz chyba tylko po to, aby teraz stanowczo zbyt często zacząć ponownie na siebie nachodzić. Tyle tylko, że w ostatecznym momencie życia otaczających ich ludzi. To było...
...całkiem metaforyczne, jeśli by się nad tym zastanowił. Ale nie miał takiego zamiaru, nie wykazując zbytnich skłonności ku introspekcji. Za to wręcz wybitne ku temu, aby odgryzać się przyjacielowi w dokładnie tak samo niewybredny sposób, w jaki robił to Lestrange. Byli siebie warci (i to nie był komplement).
Obecność Nory ewidentnie nie przeszkadzała im w wymianie co najmniej tych kilku zawoalowanych przejawów wieloletniej zażyłości, co do której istnienia ktokolwiek z zewnątrz mógłby wyrażać wątpliwości. Być może to, że Eleonora nie zwracała na nich uwagi było czymś, co w istocie oszczędziło jej skonfundowania.
Słysząc tą jakże wylewną wypowiedź Corio, Roise w pierwszej chwili otworzył usta, żeby odgryźć się kolejnym najazdem na piętnaście pokoleń Lestrange'ów i ich powiązań wstecz, jednak tak samo szybko jak rozchylił wargi, tak wymownie je zacisnął. Zamiast tego uśmiechając się jadowicie spod uniesionych brwi i posyłając w stronę Corneliusa jedyny możliwy tekst mający zapewnić Greengrassowi błyskawiczną wygraną.
- No chyba ty - proste, dosadne, niezmiernie eleganckie, bardzo na poziomie, szczególnie że w tym momencie nie mógł jeszcze wcisnąć nigdzie twojej starej, która w przypadku jego przyjaciela dodatkowo gryzła piach.
Biurokratyczne zawirowania go w rzyć. Oczywiście, że z nimi walczył. Oczywiście, że coraz bardziej go przy tym wkurwiały. Jasne, że Corio trafił w samo sedno i korzystanie z jakichkolwiek tekstów (innych niż ten wypowiedziany) mijałoby się z celem, więc sięgnął po te trzy mityczne słowa. Poruszając brwiami, kląskając językiem i pierwszy raz od minuty czy dwóch przenosząc wzrok na Norę. Ostentacyjnie ignorując zaczepki i przechwałki Dziecka Nepotyzmu™.
- Pracowaliśmy kiedyś razem. Na tym samym oddziale - wyjaśnił pokrótce, powoli przenosząc wzrok na drugiego mężczyznę i ponownie posyłając mu kąśliwy uśmiech. - Pielęgniarki do tej pory wspominają jego krzywy ryj i wątpliwe metody medyczne, które teraz sprawdzają się za to doskonale w biurze koronera. Co nie, Corio? Już bardziej martwi nie będą - tak, zdecydowanie był w stanie uznać to za nieoficjalną dewizę miejsca pracy przyjaciela.
Tego, któremu w wielu innych momentach być może pomógłby w wykręceniu się z pełnienia roli śledczego podczas swojego nielicznego wolnego dnia. W końcu doskonale rozumiał potrzebę nie zajmowania się mentalnymi zagadkami w momencie, w którym chciało się wyłącznie odpocząć. A jednak w tej chwili postanowił tego nie robić.
To, w jaki sposób Nora postanowiła wmanewrować Corneliusa w dołączenie do poszukiwań, cóż. To go rozbawiło. Prawdopodobnie bardziej niżeli powinno, bo Corio wyglądał przy tym jak kot...
...kot srający na pustyni.
Poza tym dzięki temu Ambroise przynajmniej nie miał być jedynym nieszczęśnikiem nie do końca dostrzegającym cel w tej wyprawie i w gruncie rzeczy podzielającym zdanie towarzysza. Te wymalowane na twarzy i w postawie przyjaciela oraz te wyburczane przez niego zanim zrównali się z Norą. Nim to zresztą zrobili, Roise wzruszył ramionami.
- Czego się spodziewałeś zaczepiając Figgównę - nie pytał, bo nie było potrzeby, aby Lestrange odpowiadał na to pytanie.
Tym bardziej, że w kilku niezbyt energicznych krokach dogonili Eleonorę, moment później wkraczając do ogródka starszej pani, który wyglądał obiecująco...
...a jednak był niesatysfakcjonująco pusty. No, zupełnie tak, jakby kiciuch wcale nie mógł tak po prostu czekać na nich pośrodku poidełka wyłączonego z użytku, siedząc tam jak nieruchoma statua wyczekująca aż ktoś ją znajdzie i łaskawie odniesie do domu.
- Kicikici - nie wierzył, że to robi. - Kiiiciii kiiiiiciii, taś taś - może w jego raczej mrukliwych nawołaniach nie było zbyt wiele przekonania, ale przynajmniej faktycznie zaczął chodzić po ogrodzie, zginając się i prostując, aby zajrzeć dosłownie pod każdy kamień i w każdą dziurę.
Gdzie jesteś, rudy skurwysynie?


Rzut na Percepcję ( ◉◉○○○) - szukam jakichkolwiek śladów tego czy kot w dalszym ciągu jest w ogrodzie.
Rzut N 1d100 - 1
Krytyczna porazka

Rzut N 1d100 - 7
Akcja nieudana


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Czarodziejska legenda
Wilderness is not a luxury but a necessity of the human spirit.
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Czarodzieje dążą do zatarcia granicy pomiędzy jaźnią i resztą natury, wchodząc tym samym na wyższe poziomy świadomości. Część z nich korzysta do tego z grzybów, a część przeżywa głębokie poczucie spokoju i połączenia podczas religijnych obrzędów i rytuałów. Ostatecznie jednak ciężko opisać najgłębsze wewnętrzne doświadczenia i uznaje się, że każdy z czarodziejów odczuwa je na swój sposób. Zjawisko to nazywane jest eutierrią.

Eutierria
#13
09.01.2025, 11:54  ✶  
Czy właściciel tęskniący za kotem nie przeszukałby tych okolic jako pierwszych? Najwyraźniej nie - może właściciel był ślepy, albo zwyczajnie był idiotą, bo kiedy szukałeś kota w jego własnym ogrodzie, zauważyłeś charakterystyczny koci kształt. Czy zawołałeś triumfalnie swoich towarzyszy, czy tylko podszedłeś w to miejsce i uznałeś, że to jednak nie właściciel był ślepym lub idiotą, tylko ty?

Bo kiedy dotknąłeś czegoś, co naprawdę mocno wydawało ci się kotem, kiedy pochyliłeś się nad tymi „nieruchomymi zwłokami”, okazało się, że to...

1 - Zwinięta torba na zakupy
2 - Marmurowy posążek
3 - Naprawdę dziwnie padający na ścianę cień kanki na mleko
4 - Wyrzucone na trawnik śmieci, z których zaczął kiełkować krzak pomidora
5 - Worek pełen ziemniaków i cebuli

Rzut 1d5 - 4
Bloody brilliant
Soft idiot, a sappy motherfucker, a sentimental bastard if you will
wiek
33
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Wysoki, bo 192 centymetry wzrostu, postawny, dobrze zbudowany mężczyzna. Czarnowłosy. Niebieskooki. Ma częściową heterochromię w lewym oku - plamę brązu u góry tęczówki. Na jego twarzy można dostrzec kilka blizn. Jedna z nich biegnie wzdłuż lewego policzka, lekko zniekształcając jego rysy, co nadaje mu surowy wygląd, mimo to drobne zmarszczki w kącikach oczu zdradzają, że często się uśmiecha lub śmieje. Inna blizna, mniejsza, znajduje się na czole. Ma liczne pieprzyki na całym ciele. Elegancko ubrany. Zadbany. Bardzo dobrze się prezentuje.

Cornelius Lestrange
#14
10.01.2025, 13:43  ✶  

Cornelius wiedział, że dla jego przyjaciela to były nieustanne katusze, to one kazały Greengrassowi wciąż wracać do tych samych tematów, a on, jako ten lepszy słuchacz niż doradca - w tym jednym przypadku, nie w innych, wiedział z autopsji, że nie powinien być niczyim adwokatem - nie miał serca go powstrzymywać, nawet, jeśli głębi duszy czuł, że ich rozmowy stawały się coraz bardziej jednostronne. Były momenty, że podejmował wszelkie starania, aby odwrócić uwagę Ambroise'a od drażliwych kwestii, jeszcze zanim ten zdążył aktywować się i swój wysryw...  czyli szybko. Gdy przychodziło co do czego, niemal czuł, jak jego przyjaciel gotował się we własnej frustracji, a każde słowo, które padało z  ust kolegi, było jak odruchowy strzał Cruciatusem w kierunku Longbottoma. Ambroise nie potrafił spojrzeć na sprawy z dystansem, a Cornelius wiedział, że nie mógł go do tego zmusić, tym bardziej, że Ambroise wcale nie był prostym człowiekiem. Był „prostym człowiekiem”, na tej samej zasadzie, jak proste było jednoczesne liczenie wstecz i skakanie na jednej nodze, z zamkniętymi oczami, bo w jego oczach nie było miejsca na subtelności, na niuanse, które mogłyby pomóc mu zrozumieć, że życie nie zawsze było czarno-białe. Cornelius wiedział, że jego przyjaciel czuł się zdradzony, co gorsza, nie tylko przez Gerry, ale też przez samego siebie, za to, że musiał stawić czoła rzeczywistości, w której jego plany legły w gruzach. Nie wiedział, co mógłby z tym zrobić, bo wszystkie sugestie odbijały się od Roise'a jak od słupa ogłoszeniowego, z tym, że w ich świecie słupy czasem potrafiły zareagować, ten tutaj był... no, słupem. Mugolskim, betonowym klocem. Corio pozwalał mu się wygadać,  wyrozumiale przyjmował jego narzekania, pozwalając, by te słowa w końcu znalazły ujście, słuchał uważnie, choć wiedział swoje. Ambroise wściekał się na Erika, ale Cornelius widział, że w głębi duszy jego przyjaciel miał w sobie więcej bólu niż gniewu.

To była niełatwa sytuacja, prawdę mówiąc, Corio nie miał ochoty wnikać w meandry relacji Geraldine z Erikem. To, co się działo, było zbyt skomplikowane, by mógł to zrozumieć w perspektywie któregokolwiek z przyjaciół, lecz bez cienia wątpliwości, w ostatnich miesiącach wykształcił sobie pewną antypatię wobec Longbottoma, chociaż nie była ona tak głęboka, jak mógłby tego pragnąć jego przyjaciel. Nie była też płytka, raczej była adekwatna do opinii Lestrange'a, zarówno na temat tak zwanego „ruszenia dalej”, jak i niemożności pogodzenia się z rozstaniem, u jednej czy u drugiej strony konfliktu. Przyglądał się swojemu przyjacielowi, gdy ten znów wpadał w spiralę frustracji, przy czym jednocześnie próbował zamknąć jadaczkę i słuchać, bo wdawanie się w dyskusję nie miało sensu. Z początku myślał, że to tylko chwilowy zryw, ale z każdym kolejnym tygodniem rozmowy z Ambroisem stawały się coraz bardziej intensywne, zaczynało się od kilku zdawkowych uwag, a kończyło na pełnym ognia gniewie, który spalał wszystko na swojej drodze. Cornelius zdawał sobie sprawę, że jego kumpel przeżywał straszliwą wewnętrzną walkę, ale równie dobrze wiedział, że słowa nie mają mocy, gdy człowiek jest tak ślepo zakochany w swoim cierpieniu, więc rzadko kiedy próbował racjonalizować. Zdecydowanie nie chciał stawać po żadnej stronie, między wódką a zakąską, kiedyś to powiedział i usilnie trwał przy tym postanowieniu, nawet wtedy, kiedy przyjaciel wchodził do jego mieszkania z miną, która mówiła wszystko i już momentalnie wiedział, że to był ten dzień, kiedy nie było sensu stawać w niczyjej obronie ani próbować tłumaczyć sytuacji.


•••

Stojąc na ulicy, obserwował Roise’a z mieszanką rozbawienia i irytacji. Wszedł w tryb obronny, gotowy odpowiedzieć na zaciętą ripostę, jednak Ambroise zamknął usta, a na jego twarzy pojawił się kpiący uśmiech, który zapowiadał, że Greengrass nie zamierzał odpuścić, ale jednocześnie właśnie przestał grać we wcześniejszą grę. Corio znał ten uśmiech dobrze, to był ten sam grymas, który często towarzyszył ich docinkom, ten uśmiech, który mówił: „wiem, co chcesz osiągnąć, ale nie dam ci tej satysfakcji”, po którym padało jedno z mitycznych zdań:

„No, chyba ty”, „Twoja stara*”, „Nie popłacz się”, „Tylko się nie zesraj” - możliwości, w przeciwieństwie do łba jego kolegi po fachu, były nieograniczone.


*dowolną wersja od 1 do 2137, ze szczególnym wyróżnieniem ulubionych wersji 69 i 420


No, kurwa mać, niemalże wywrócił oczami. W tym momencie wiedział, że nie było już sensu wdawać się w dalszą dyskusję, Roise był na prowadzeniu, a on musiał czekać na kolejną sytuację, w której mógłby mu się odgryźć. Kiedy przeniósł wzrok na Norę, jego myśli na chwilę odpłynęły. Ignorując zaczepki Roise’a, mimo wszystko, nie mógł się powstrzymać od uśmiechu, wiedząc, ile prawdy kryło się w tych słowach. Wspomnienia o pielęgniarkach, które z pewnością pamiętały Corio w nieco mniej chwalebny sposób, były całkiem zabawne, w miarę trafne, mimo tego, że mężczyzna zbył je machnięciem ręki. Ruszył za Norą.


•••

Zaczął od przeszukiwania ogrodu w sposób metodyczny, krok po kroku, fragment za fragmentem, a nie bez ładu i składu. Przystanął przechodząc obok klombów z różami, jego umysł, przyzwyczajony do rozważania różnych możliwości, analizował każdy scenariusz, a wzrok monitorował każdy kąt. Zaczął od skraju ogródka, wpatrując się w gęstwinę krzewów i kwiatów, które rozrosły się wokół posesji. Przeszedł wzdłuż rzędu krzewów, starannie przyglądając się każdemu zakamarkowi. Wiedział, że koty potrafiły się doskonale ukrywać, były przy tym sprytne i wredne, zdecydowanie nie ułatwiały życia, a więc Karmelek mógł być wszędzie.

- Karmelku, gdzie jesteś? - Nie bez cienia żenady, zawołał, próbując nadać swojemu głosowi nieco przyjazny ton, mimo tego, że w głębi duszy czuł raczej niedowierzanie.

Przeszedł dalej, zerkając na rabaty i między doniczkami. W mniejszych i ciaśniejszych zakamarkach ogrodu, gdzie słońce nie docierało zbyt mocno, poszukiwania były trudniejsze, więc zaczął od łatwiej dostępnych miejsc. Spojrzał w górę na gałęzie drzew, zastanawiając się, czy Karmelek nie wspiął się gdzieś wysoko. Wydawało mu się, że widział cień, ale ten okazał się tylko liściem, który poruszał się na wietrze. Co chwilę przerywał poszukiwania, aby nasłuchiwać jakichkolwiek dźwięków. Mając doświadczenie w prowadzeniu śledztw, z niejaką kpiną wobec tego, jak skrupulatnie do tego podszedł, postanowił zastosować swoje umiejętności analityczne. Rozpoczął od badania śladów łap na ziemi, fragmentów futra, które mogłyby wskazywać na ostatnią lokalizację kota. Zgiął się w pół, badając kępy trawy i krzewy, starając się znaleźć jakiekolwiek ślady obecności kota. Aż wreszcie usłyszał wołanie. W mgnieniu oka wyprostował się, patrząc w stronę, z której dobiegał głos.


•••

Cornelius przystanął na skraju ogródka starszej pani, z rękami założonymi na piersiach, wpatrując się w Ambroise'a, który z takim zapałem wskazał na coś, co miało być kotem. Tak, kotem, który zniknął, a teraz miał zostać znaleziony martwy. Lestrange spojrzał w tamtym kierunku, a jego usta rozciągnęły się w kpiącym uśmiechu, który sugerował, że nie zamierzał przepuścić tej okazji. Bez potrzeby zgromadzili się wokół „zwłok”, bo zamiast nich, wśród resztek organicznych, Cornelius dostrzegł jedynie krzew, który możliwe, że z braku opieki miał szanse zdechnąć, tyle tylko, że jeszcze żył, no i nie był kotem. Uśmiech, który momentalnie zagościł na twarzy mężczyzny był bezwzględny. Nie mógł się powstrzymać, bardzo znacząco zerknął na pomidora, który dumnie wystawiał zielone liście ku niebu, machając nimi na wietrze, jakby chciał powiedzieć: „nie jestem martwy, debilu, po prostu brakuje mi składników odżywczych i nie mogę rosnąć w pełnym słońcu!”

- Jak miło, że postanowiłeś nam pokazać, jak dobrze znasz się na roślinach. Ale powiedz mi, proszę, czy kiedykolwiek widziałeś kota? Nie bazie, nie „kotki”, kota. - Z powątpiewaniem popatrzył na Ambroise'a, bo w tym momencie, był gotów stwierdzić, że w oczach kolegi malowało się coś, co można by nazwać bezdenną ignorancją. Wyrazem twarzy  sugerował, że znowu nie zamierzał mieć litości dla swojego przyjaciela, bo to był ten moment, żeby odgryźć się za tamtą ripostę. - Serio, Roise? - Kontynuował, dla efektu opierając się na łopacie. - No dobra, brygadzisto. Co dalej? Zakopujemy? A może chcesz przeprowadzić profilaktyczną sekcję zwłok? Może zróbmy autopsję, co? Ja kroję, ty robisz z tego ekspertyzę? Raport? Cóż, przynajmniej nie musimy się martwić o to, w jaki sposób połączymy właścicielkę z jej zgubą. Raczej nam stąd nie ucieknie. - Z trudem powstrzymał śmiech, nie zamierzając odpuścić naigrywania się z tego, że szanowny niby ekspert od roślin, z taką pewnością pomylił jedno z drugim, teraz musząc mierzyć się z konsekwencjami tej ślepoty. Ton Corio był bezwzględnie sarkastyczny, a uśmiech złośliwy. Lestrange zerknął na Norę, która stała obok, i wyraźnie uniósł brwi, jakby chciał powiedzieć:
„patrz, co ten geniusz wymyślił”, a następnie spojrzał z powrotem na Ambroise'a.

- Nie wiem, może to wina tych wszystkich toksycznych substancji, które wdychasz na co dzień, ale może, na wszelki wypadek, zostaw poszukiwania komuś, kto ma chociaż minimalne pojęcie o tym, co robi? Posiedź sobie w cieniu i niech ktoś lepszy przejmie to żałosne śledztwo? Na przykład mi? Ja przynajmniej wiem, co robię. Nora chyba też. - Zawyrokował na widok torebki ze smaczkami dla kotów, którą trzymała kobieta. Mógłby powiedzieć „dobra tam, zdarza się nawet najlepszym”, ale nie, jeszcze nie, teraz był zbyt rozbawiony.


Percepcja [Z, 3/5]: szuka śladów kotka, zanim Ambroise znajduje pomidora
Rzut Z 1d100 - 59
Sukces!

Rzut Z 1d100 - 53
Sukces!
Landrynka
She could make hell feel just like home.
wiek
26
sława
V
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Cukierniczka/Twórczyni eliksirów i kadzideł
Można ją przeoczyć. Mierzy 152 centymetry wzrostu, waży niecałe pięćdziesiąt kilo. Spoglądając na nią z tyłu... można myśleć, że ma się do czynienia z dzieckiem. Buzię ma okrągłą, wiecznie uśmiechnięte usta często muśnięte błyszczykiem, bystre zielone oczy. Nos obsypany piegami, które latem zwracają na siebie uwagę. Włosy w kolorze słomy, opadają jej na ramiona, kiedy słońce intensywniej świeci pojawiają się na nich jasne pasemka. Ubiera się w kolorowe rzeczy, nie znosi nudy i szarości. Głos ma przyjemny dla ucha, melodyjny. Pachnie pączkami i domem.

Nora Figg
#15
10.01.2025, 14:55  ✶  

Kiwnęła jedynie głową, kiedy Ambroise próbował jej wytłumaczyć skąd zna się z Corneliusem. Nie, żeby ją to jakoś specjalnie interesowało, ale doceniała, że chce ją wprowadzić w temat. Figgówna nie była szczególnie wścibska, nie wypytywała o zażyłości międzyludzkie i to z czego wynikały. Nie obochdziły jej jakoś specjalnie życia innych osób.

Nie wnikała więc w ich przekomarzanie się, podejrzewała, że jest w tym coś więcej niż tylko uszczypliwości, zapewne kryła się za tym sympatia. Może okazywali sobie ją właśnie w taki sposób? Tak, to było prawdopodobne. Mężczyźni byli dziwną częścią społeczeństwa... Nie do końca umiała ich zrozumieć, na szczęście wcale nie musiała tego robić.

Zamiast tego skupiła się na ich dzisiejszej misji, pozostawiając tych dwóch za sobą. Nie było sensu stać i ploktować, gdy można było rozpoczać poszukiwania.

Chyba ich to zachęciło, bo ruszyli za nią, ba dosyć szybko zrównali się z jej tempem, o co wcale nie było trudno, bo miała krótkie nóżki, które powodowały, że kroki, które stawiała nie były szczególnie długie i szybkie, wręcz przeciwnie.

Przechodziła między doniczkami, drzewami, rabatkami. Nic jednak nie rzuciło jej się w oczy, chociaż czyżby na pewno. Przyglądała się jednemu z krzaków bardzo uważnie i chyba znalazła tam rudą sierść. Musiał oddalić się w drugą stronę, od ulicy.

Cóż, rozpoczęcie poszukiwań od ogrodu wydawało jej się najlogiczniejsze bo Karmelek musiał pozostawić po sobie jakieś ślady, jej założenia okazały się być całkiem rozsądne, bo przecież zauważyła tę sierść.

Uniosła wzrok w stronę mężczyzn, bo chyba coś znaleźli. Tak szybko? Niesamowite, to by było naprawdę sporym osiągnięciem. Miała spore szczęście, że Ambroise postanowił się z nią zaangażować w tę sprawę, skoro tak szybko odnalazł Karmelka.

Zbliżyła się do nich, chcąc sprawdzić, czy kociak jest bardzo wystraszony. Kiedy się zbliżyła zauważyła jednak, że po rudzielcu nie było żadnego śladu. To trochę jak na grzybach, schylasz się, myślisz, że znalazłeś wspaniałego borowika - a to liść imitujący grzyba.

Tym razem nie był to jednak liść, a po prostu śmieci... tyle, że nie były pomarańczowe, ani rude. Nie miała więc pojęcia o czym myślał Greengrass kiedy założył, że jest to kot, którego poszukują.

Spojrzała na przyjaciela nieco rozczarowana, bo przez moment naprawdę sądziła, że poszło im całkiem gładko, no właśnie, od początku powinna założyć, że to byłoby zbyt proste.

Nie mogła powstrzymać się od prychnięcia, gdy usłyszała słowa Corneliusa, były może dosyć mocno dosadne, jednak i tak trochę bawiły. Bardzo szybko jednak doprowadziła się do porządku, żeby nie było, że wyśmiewa swojego przyjaciela, on by jej przecież nie zrobił czegoś takiego.

- Ambroise się chyba nieco zamyślił, najlepszym się to przecież zdarza. - Tak próbowała go jakoś wybronić, bo drugi z mężczyzn dosyć mocno mu właśnie dowalał.

- Jeśli jesteś zmęczony, może faktycznie sobie odpocznij? - Rzuciła bardzo miłym tonem. Na pewno byłaby w stanie to zrozumieć, miał prawo być zmęczony, szczególnie, jeśli w nocy miał dyżur. Mógł jej o tym powiedzieć, a na pewno by na niego tak nie naciskała.

- Dobra, bawcie się z tymi pomidorami, ja idę szukać dalej. - Powiedziała, co wiedziała, wypadałoby więc, aby wróciła do tego po co się tutaj znalazła.

Tym razem jednak wyszła w stronę ulicy, nie do końca wierząc w to, że znajdą kociaka w ogrodzie. Rozglądała się uważnie i dalej wołała imię rudego kocurka.

Miała nadzieję, że uda jej się natrafić na jakiekolwiek wskazówki, szkoda by było, żeby Karmelek nie trafił na noc do domu, na pewno był mocno zestresowany, jeśli oddalił się od niego dosyć daleko. Czy miał co jeść? Domowe koty nie zawsze potrafiły radzić sobie na zewnątrz, a co jeśli natrafiłby na niego jakiś dziki pies, albo faktycznie widma, które mieszkały w Kniei? Miała nadzieję, że uda im się go ocalić przed kłopotami.


!Kot3
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#16
10.01.2025, 14:55  ✶  
Zrezygnowani faktem, że nie możecie znaleźć żadnego śladu kotka, udajecie się na wrzosowiska. To ostatni trop, którego nie sprawdziliście. Odrobinę obawiacie się tam zbliżać, bo wrzosowiska znajdują się niebezpiecznie blisko granicy, której Ministerstwo Magii zabroniło przekraczać, lecz chcecie się upewnić, że sprawdziliście każdą okolicę. Nagle widzicie zaginionego Ringo, który na wasz widok zaczyna uciekać w stronę Kniei. Wyrywa się zaklęciom i nie możecie go trafić. Musicie zaufać własnym nogom - udany rzut na Aktywność fizyczną sprawi, że dogonicie kota i go schwytacie. W gonitwie za kotem przeszkadzają jednak zawady: słabe płuca, flegmatyk, kulawy, brak ruchu i choroba genetyczna (opierająca się na aktywności fizycznej - na przykład włochatość serca).
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#17
12.01.2025, 16:31  ✶  
Kończąc rozmowę równie szybko, co ją zaczęli, wreszcie ruszyli w kierunku tylnej części posesji pani Swan. Późne letnie słońce zdążyło wspiąć się wysoko na nieboskłon, oświetlając ogródek swoim złotawym światłem, ale też wypełniając go cieniami gałęzi i liści poruszających się na wietrze.
W takich okolicznościach wszystko, szczególnie obserwowane kątem oka, wszystko mogło być Karmelkiem i jednocześnie nic nie mogło być Karmelkiem. Za cholerę jednak nie spodziewał się obrotu spraw, który miał nastąpić. Wchodząc do ogródka czuł się całkiem pewnie, zamierzając wpaść na jakikolwiek ślad tego cholernego futrzaka.
Co prawda, w głębi duszy Ambroise nie spodziewał się, że znalezienie kota może być aż tak banalne. Że tak po prostu wejdą na posesję, rzucając kilka niespecjalnie głośnych kicikici i mruczek sam wpadnie im w ręce. To byłoby zdecydowanie zbyt proste. Nawet, jeśli mieli w swoim towarzystwie prowodyrkę całej akcji, którą z kotami zdecydowanie łączyła jakaś dziwna więź, więc jednocześnie niespecjalnie by się zdziwił, gdyby Nora nagle wyciągnęła z kapelusza coś więcej niż kocie smaczki.
Mimo to w dalszym ciągu był sceptyczny wobec przebiegu całej akcji.
A jednak propozycja poszukiwania Karmelka w najbliższej okolicy padła właśnie od niego, toteż Roise zamierzał dosyć szczegółowo zbadać teren zanim zapuszczą się gdzieś dalej. Być może nie znał się na poszukiwaniu zagubionych zwierząt. Z tropieniem, badaniem śladów czy łowiectwem też nie miał zbyt wiele wspólnego, ale raczej wydawało mu się, że to, co robili było najlogiczniejszym posunięciem.
Uczynienie punktu wyjścia z przydomowego ogródka zamiast z przypadkowego fragmentu Doliny Godryka dawało im przynajmniej jakieś szanse na to, że nie będą aż tak bardzo miotać się w kółko. Bez dalszego zawahania rozdzielili się, by przeszukać każdy kąt działki a on mimowolnie skierował się w kierunku rozlicznych drewnianych konstrukcji: niewielkiego domku na narzędzia, małej szopy na inne przydomowe graty, miniaturowej szklarenki, kompostownika.
Tego cholernego kompostownika, do którego najwidoczniej niekiedy trudno było trafić, bo zamiast znaleźć się w jego wnętrzu, całkiem spora ilość organicznych śmieci znalazła się na trawniku na zewnątrz.
Moment później stał przed zwłokami pomidora, przypatrując im się z niedowierzaniem, bo mógłby dać się pokroić (na sałatkę warzywną), że to powinien być kot. Z odległości naprawdę wydawało mu się, że patrzy na coś mającego rude futerko i wąsy. Do tego stopnia, że bez chwili zastanowienia zwrócił na to uwagę również reszty towarzyszy. Teraz czując się jak kompletny idiota.
Tym bardziej, że zdecydowanie mógł się spodziewać tego, w jaki sposób rozegrają się następne minuty. Być może przy samej Figgównie jakoś by mu to jeszcze uszło płazem, ale Lestrange? Lestrange nie zamierzał zostawić na nim suchej nitki. Jakżeby inaczej. Miał dziesięć słów na każde zażenowane łypnięcie. Trzy komentarze na stłumione westchnienie, które cisnęło się na usta Greengrassa.
Zadziwiająco milczącego, choć zdecydowanie nie przyjmującego wyroku z pokorą, tylko raczej usiłującego dojść do tego, jakim cudem (do chuja) jego własny wzrok tak bardzo go zmylił. Nie chciał tego komentować. Nie zamierzał się tłumaczyć z błędu ani tym bardziej odcinać się za niezbyt dyskretne komentarze. Po prostu zmrużył oczy, nijak nie komentując też tego dyskretnego wyjaśnienia, jakie miała dla niego Nora, bo...
...nie, po prostu nie.
- Nie jestem zmęczony - i choć jeszcze dosłownie chwilę wcześniej, gdy odzywał się do przyjaciółki, jego ton głosu był całkiem neutralny, być może nawet miękki i pocieszający, Ambroise w tym momencie burknął na Norę, usiłując ukryć zażenowanie.
Zazwyczaj naprawdę starał się być wdzięczny w stosunku do niej i do tego, co robiła czy mówiła. Do matkowania mu, do wysyłania mu wręcz nieprzyzwoitych ilości pączków i ciastek, do posyłania mu badawczych spojrzeń, do cichego analizowania jego twarzy, momentami traktowania go z wręcz całkowicie zbytecznym ciepłem i przejęciem. Zazwyczaj po prostu unosił na to wzrok w kierunku sufitu (czy tak jak mógłby to teraz zrobić - nieboskłonu), lekko kręcąc przy tym głową.
W końcu przyjaźnili się od wielu lat a on w teorii wiedział, że praktycznie wszystko, co padało z ust Figgówny było dyktowane wyłącznie szczerą serdecznością.
No, zazwyczaj wiedział, bo w tym momencie jej wypowiedź odebrał raczej jako trochę nazbyt pobłażliwą, aby mógł to tak po prostu przełknąć. Tym bardziej, że kto jak kto, ale Ambroise cholernie nie lubił sytuacji, w których czuł się jak kompletny idiota. I choć istniało prawdopodobieństwo, że gdyby nie okoliczności, w jakich teraz przystanęli nad zwłokami (w istocie całkiem żywego) pomidora, Greengrass sam by się z tego roześmiał.
Wbrew pozorom dysponował pokładami dystansu do siebie, potrafił dostrzec poziom absurdu sytuacyjnego i skwitować go parsknięciem, to...
...no cóż, może jednak w istocie był trochę bardziej zmęczony niż zazwyczaj. Nie zamierzał tego przyznawać, nie chciał dawać sobie taryfy ulgowej, bo w ostatnich dniach nie było na to miejsca. Działo się naprawdę dużo, zbyt dużo, żeby usiąść na dupie i nic z tym nie robić. Ale chyba faktycznie był tak zmęczony, na jakiego wyglądał.
A z uwagi na to - bliski bycia bardziej marudnym niż kiedykolwiek. Komentarze Lestrange'a go rozsierdziły a ta drobna wtrętka ze strony Figgówny była dla niego czymś, na co nie mógł nie łypnąć posępnie w kierunku dziewczyny. Później zaś także w stronę przyjaciela, po którym co prawda spodziewał się podobnego zachowania, ale który zdecydowanie mógł je sobie obecnie darować. No, naprawdę udali mu się jego dzisiejsi towarzysze.
Przełknął to jednak jakoś, kolejny raz kręcąc głową i wzruszając ramionami.
- Jeśli już skończyłeś - nie planował dokończyć wypowiedzi, bardzo znacząco wskazując głową na oddalającą się Norę i w kolejnej chwili podążając już za nią.
Powrócili do poszukiwań, tym razem nie trafiając już jednak na pozostałe składniki na sałatkę, bo ku jego uldze - pani Swan ewidentnie nie rozsiała nigdzie przypadkiem nasion ogórka czy papryki. Jej dieta ewidentnie składała się głównie z pomidorów, bo tych w ogródku było całkiem od cholery.
Wkrótce odkryli je wszystkie, przeczesując praktycznie cały teren ogródka i wreszcie znajdując faktyczne ślady kota. Te zaś zdecydowanie prowadziły za ogród w kierunku przejścia przez wąską uliczkę, którą również sprawdzili w szczegółowy sposób, a następnie do ciągnących się za nią wrzosowisk.
Szerokiej połaci terenu pokrytego krzewami wrzosów i porośniętego młodymi drzewkami, nad którymi krążyły ptaki szykujące się do jesiennych podróży w cieplejsze strony. Wrzosowiska zdecydowanie wyglądały jak miejsce, w którym mógł ukryć się kot, szczególnie tak łowny jak ten, którego opisywała im pani Swan.
Bez większych komentarzy ruszyli w tamtym kierunku, nie potrzebując zbyt wiele czasu, aby rzeczywiście dostrzec kota. Karmelek zdecydowanie nie chciał jednak wracać do domu. Nie planował reagować na kicikici (nieważne jak bardzo intensywne) ani na kilka zaklęć mających zatrzymać go w miejscu, w którym siedział. Wręcz przeciwnie - na ich widok dosłownie wyrwał do przodu, usiłując spierdzielić prosto w młodnik tuż przy samej Kniei.
Nie mogli mu na to pozwolić, bez wahania rzucając się w pogoń.
- No. Dawaj, Aurorze - rzucił bez chwili zawahania, zdecydowanie czerpiąc satysfakcję z możliwości odryzienia się za tamtego BUMowca. - Pokaż nam jak to się robi - wydyszał, nawet jeśli jednocześnie wcale nie zamierzał zmniejszyć tempa.
W dalszym ciągu starał się jak najszybciej przedzierać przed wrzosowisko, brnąc do przodu, mimo pojawiającej się u niego zadyszki. Nie zamierzał tak łatwo odpuścić, pozostawiając Norę gdzieś z tyłu pościgu za kotem. W tym momencie była to już raczej kwestia dorwania mruczka przez niego albo przez Lestrange'a.
Nie chodziło nawet o rywalizację mającą miejsce między nimi (bujda, oczywiście, że w głównej mierze chodziło o rywalizację), ale Figgówna miała po prostu za krótkie nogi i zbyt wysokie szpilki, żeby móc tak po prostu rzucić się w pościg za zgubą. Skoro zaś żadne zaklęcia nie były w stanie przywołać futrzaka do nich albo chociaż zatrzymać go w miejscu, pozostała im wyłącznie fizyczna siła.

AF (III) - próbuję dogonić kota, aby go złapać
Rzut Z 1d100 - 2
Akcja nieudana


AF (III) - drugi rzut na to samo. Wciąż próbuję złapać kota, ale jeśli tam mi się nie powiodło, to tu już dorzucam działanie zawady w postaci choroby genetycznej, uznając, że przy:
- porażce: się wypierdolę i zobaczymy, co więcej,
- słabym sukcesie: wypierdolę się na kota, trzeba mi pomóc go dalej spacyfikować,
- sukcesie: łapię kota w przyzwoity sposób, ale jakim kosztem

We wszystkich przypadkach, jeśli dorwę kota, oddaję go Kornelowi albo Norze.

Rzut Z 1d100 - 64
Sukces!


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Bloody brilliant
Soft idiot, a sappy motherfucker, a sentimental bastard if you will
wiek
33
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Wysoki, bo 192 centymetry wzrostu, postawny, dobrze zbudowany mężczyzna. Czarnowłosy. Niebieskooki. Ma częściową heterochromię w lewym oku - plamę brązu u góry tęczówki. Na jego twarzy można dostrzec kilka blizn. Jedna z nich biegnie wzdłuż lewego policzka, lekko zniekształcając jego rysy, co nadaje mu surowy wygląd, mimo to drobne zmarszczki w kącikach oczu zdradzają, że często się uśmiecha lub śmieje. Inna blizna, mniejsza, znajduje się na czole. Ma liczne pieprzyki na całym ciele. Elegancko ubrany. Zadbany. Bardzo dobrze się prezentuje.

Cornelius Lestrange
#18
12.01.2025, 23:38  ✶  

Cornelius stał z rękami założonymi na piersi, nie ukrywał tego, że wciąż był nieco rozbawiony pomyłką swojego przyjaciela. Z początku wybuchł śmiechem, bezlitośnie wyśmiewając Ambroise'a, który pomylił zwłoki poszukiwanego kota z pomidorem. Jego reakcja była naturalna, a śmiech sam z siebie wydobywał się z piersi mężczyzny. Kto by nie skorzystał z takiej sytuacji? Dopiero, gdy Nora skomentowała całą pomyłkę, próbując rozładować atmosferę, Corio pokiwał głową, bo przecież, mimo swej skłonności do drwiny, nie był aż takim wrednym dupkiem, jak mogłoby się wydawać. Mógłby nawet powiedzieć, że przez chwilę w jego sercu zagościło poczucie winy za to, że wyśmiewał przyjaciela, ale szybko machnął na to ręką, pewien, że w analogicznej sytuacji, Roise zrobiłby dokładnie to samo, też nie znałby najmniejszego umiaru w uszczypliwościach.

- No, tak, jasne, każdemu się zdarza. Szukajmy dalej, nie ma, co tak stać. - To wystarczyło, by Cornelius machnął ręką na całą sytuację, postanawiając wrócić do poszukiwań, ale wcześniej, przechodząc obok Roise'a, mruknął prawie bezgłośnie, uśmiechając się nieznacznie. - Nie zesraj się.


•••

Udało im się przeszukać okolicę, ale ślady Karmelka, zamiast prowadzić ich do kota, stawały się coraz bardziej zatarte. Z minuty na minutę, Cornelius odczuwał narastającą w nim frustrację. Z każdą chwilą ich poszukiwania były coraz bardziej bezowocne, kot mógł być blisko, ale równie dobrze mógł oddalać się z każdym ich krokiem. W końcu, po długich minutach, dotarli do końca ulicy, stając w jedynym miejscu, którego jeszcze nie przeszukali, przed wejściem na wrzosowiska, na których horyzoncie rozpościerał się nieprzyjemny widok Kniei Godryka. Gdy popatrzył w stronę lasu, jego umysł wypełniły wątpliwości, mimo to nie miał zamiaru odpuścić, pozwalając sobie ruszyć dalej, wbrew wewnętrznemu sprzeciwowi wobec zbliżania się w okolice gęstwiny, z którą nie miał ostatnio dobrych doświadczeń, a nawet wręcz przeciwnie.


•••


Szybko dotarli na miejsce, rozpoczynając poszukiwania, ich spojrzenia przesuwały się po fioletowych łanach wrzosów. To tam, wśród gęstych krzaków, Cornelius nagle dostrzegł ruch, prawdopodobnie w tym samym momencie, w którym zrobili to też inni, bo ich reakcja była bardzo zbliżona. Przynajmniej ta do momentu, w którym Lestrange odruchowo spłoszył kota, teraz to osobiście mogąc wykazać się głupotą równą myleniu pomidora ze zwłokami...

- Karmelku! Chodź tutaj! Kici, kici! - Kiedy kot usłyszał jego głos, odwrócił się i spojrzał na nich, a w tym momencie Cornelius zrozumiał, że to nie była ich szansa, to był jego błąd. Kot zareagował na ich wołania, ale zamiast do nich podejść, nagle ruszył w stronę Kniei, a mężczyzna poczuł, jak jego serce zamarło. - Co do diabła?! Miał się słuchać! - Sarknął, widząc, jak kot zniknął w gęstwinie wrzosowisk. Odruchowo wyciągnął różdżkę, trzykrotnie próbując rzucić w kota zaklęciem, żeby zatrzymać rudzielca na miejscu, ale na nic, bezskutecznie, bo kot reagował za szybko, umykając na boki, spiralą rzucił się w stronę lasu. Lestrange nie miał zamiaru dać się wyprzedzić. W tej samej chwili, w której Ambroise ruszył w pogoń, Corio również rzucił się naprzód.

- Kurwa twoja mać! - Nie komentował prowokacji. Taki, a nie inny komentarz wynikał z uwagi na to, że w przeciwieństwie do matki przyjaciela, mać Lestrange, gdy jeszcze żyła, była bardzo daleka od bycia kurwą. Cornelius, za to, zbyt mocno lubił rzucać kurwami, żeby darować sobie okoliczność, w której mógł, za całym przyzwoleniem części konfliktu, zamieniać tam własną mać na cudzą i dalej to robić.

Cornelius, czując przypływ adrenaliny, zareagował natychmiast. Zdecydowanie ruszył za kotem, nie oglądając się za siebie, rzucił się do przodu, czując, jak jego mięśnie napinają się w rytm biegu. W tej chwili nie myślał już o Kniei ani o niebezpieczeństwie. Myślał tylko o tym, by złapać kota, zanim zrobi to drugi mężczyzna. Wszystko działo się szybko. Karmelek mknął przed nimi, po to, żeby zwolnić tuż przed zagajnikiem, dając im jedną szansę na sto. W tej samej chwili, co Ambroise, on również rzucił się w stronę Karmelka. W ostatnim momencie, nie miał zamiaru się wahać, skoczył w stronę Karmelka, starając się złapać go w ramiona. Jego ręka przesunęła się po kocim futerku, prawie chwyciła kota za kark, ale nagle, w ostatniej chwili, kot wykręcił się i zaczął wierzgać. Łapał kota na oślep, nie był pewien, czy Ambroise był szybszy, dopóki nie mieli na to dowodu w postaci mocno trzymanego zwierzaka. Do tej pory nie triumfowali.


No, skoro to rywalizacja, to jednak zobaczymy, kto pierwszy dopadł do kota... Niech decyduje wyższy wynik.

Rzut na: Aktywność fizyczna ( ◉◉○○○) bez modyfikatorów, przewag/zawad w celu złapania kota, zanim zrobi to Ambroise.


Rzut N 1d100 - 91
Sukces!

Rzut N 1d100 - 47
Slaby sukces...
Landrynka
She could make hell feel just like home.
wiek
26
sława
V
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Cukierniczka/Twórczyni eliksirów i kadzideł
Można ją przeoczyć. Mierzy 152 centymetry wzrostu, waży niecałe pięćdziesiąt kilo. Spoglądając na nią z tyłu... można myśleć, że ma się do czynienia z dzieckiem. Buzię ma okrągłą, wiecznie uśmiechnięte usta często muśnięte błyszczykiem, bystre zielone oczy. Nos obsypany piegami, które latem zwracają na siebie uwagę. Włosy w kolorze słomy, opadają jej na ramiona, kiedy słońce intensywniej świeci pojawiają się na nich jasne pasemka. Ubiera się w kolorowe rzeczy, nie znosi nudy i szarości. Głos ma przyjemny dla ucha, melodyjny. Pachnie pączkami i domem.

Nora Figg
#19
13.01.2025, 00:23  ✶  

Wzruszyła jedynie ramionami, kiedy Roise wspomniał o tym, że nie jest zmęczony. Próbowała być miła, tak jak to miała w zwyczaju, najwyraźniej nie tego teraz potrzebował. Cóż, jego wybór, mógł dać sobie chwilę, ale skoro nie tego chciał, to nie była jej sprawa. Nie przejęła się specjalnie zmianą jego tonu głosu, raczej nie odzywał się do niej w ten sposób, ale cóż, nie szło im najlepiej poszukiwanie tego kota, więc nie dziwiło go to, że mógł się nieco zirytować. Pewnie ona sama też by się wkurzyła, gdyby znalazła worek na śmieci i stwierdziła, że to zaginione zwierzę. Nie miała o to do niego żadnych pretensji. Norka naprawdę praktycznie niczym się nie przejmowała, zwłaszcza humorkami swoich najbliższych. Była mocno na to udoporniona, bo przecież posiadała siódemkę rodzeństwa i cóż, zawsze ktoś był wkurzony.


Opuścili w końcu teren posesji, przemierzali okolicę, ale po Karmelku nie było nawet śladu. Cóż, nie zwiastowało to niczego dobrego. Musiał być bardzo wystraszony skoro zdecydował się oddalić, aż tak daleko. To smutne, nie miała zamiaru jednak się poddawać, nie chciała porzucić poszukiwań, mieli jeszcze trochę czasu nim miało się ściemnić, więc szli dalej, przed siebie. Nie odzywała się przy tym prawie ani słowem do mężczyzn, skupiła się na nawoływaniu koteczka.


Dotarli na wrzosowiska - chyba ostatnie miejsce, które pozostało im do przeszukania. Jeśli nie tutaj, to gdzie? W Kniei? Tam nie mogli wejść, to nie byłby dobry pomysł zważając na to, co ją zamieszkiwało. Wtedy zdarzył się cud. Dostrzegli kota, który nie reagował jednak na ich wołanie. Sądziła, że będzie grzeczniejszy, jak widać był typowym kotem i miał w nosie ich prośby. Nie zadziałały nawet smaczki, którymi próbowała go omamić.

- Może się nas przestraszył. - Rzuciła jeszcze do Corneliusa. Nie miała pojęcia, czy ją usłyszał, bo po tym jak kilka razy machnął różdżką wyrwał przed siebie, tak samo zrobił Ambroise. Ona? Spojrzała szybko na swoje buty i westchnęła zrezygnowana. Tak, to nie był dobry pomysł, aby ruszyła za nimi w pościg. Nie miała szansy na to, aby ich dogonić, zamiast tego mogła jedynie połamać sobie swoje krótkie nóżki.

Musiała więc czekać i przypatrywać się ich zmaganiom, miała nadzieję, że któremuś z nich uda się złapać kocurka. Wpatrywała się w to, co działo się przed nią, trochę jej było głupio, że nie ruszyła, aby im pomóc, ale wiedziała, że to mogło się zakończyć odwrotnie niż chciała - znała swoje możliwości i szczęście.

W końcu Corio złapał kota. Kamień spadł jej z serca. Ruszyła w ich stronę, aby uspokoić Karmelka smaczkami, które miała dla niego przygotowane. Misja zakończyła się sukcesem, dzięki czemu Figgównie dopisywał wyśmienity humor.

Miała sporo szczęścia, że zorganizowała sobie odpowiednie towarzystwo do poszukiwania tego biednego kocurka, gdyby znalazła się tutaj sama - cóż, zwierzę zapewne skończyłoby w Kniei, co łączyłoby się z tym, że pewnie nigdy by stamtąd nie wyszło. Na szczęście znaleźli się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. Los im sprzyjał, jednak warto było wierzyć w sukces.

Mogli teraz na spokojnie wrócić do pani Swann i wręczyć jej kota. Nie mogła się doczekać uśmiechu staruszki, był wart równie wiele, co uśmiech bombelka. Ruszyli więc z kotem w stronę domu jego właścicielki.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (5940), Cornelius Lestrange (4247), Eutierria (293), Nora Figg (3205), Pan Losu (108)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa