• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 16 Dalej »
[07.1969] Marsz praw charłaków | Geraldine & Ambroise

[07.1969] Marsz praw charłaków | Geraldine & Ambroise
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#11
19.10.2024, 11:21  ✶  

Pojawienie się kontrmanifestantów było tylko kwestią czasu. Nie wszystkim podobało się to, co działo się w magicznym świecie. Było wiele osób, które wolały to ukrócić, nie do końca akceptowały to, że mniej uprzywilejowani zaczęli domagać się swoich praw. To mogło zaburzyć panujący porządek. Nie zdziwiło jej nawet to, kto pokazał się tutaj, aby walczyć z manifestacją. Były to jedne z najbardziej parszywych osób, które kojarzyła. Raczej o skrajnych poglądach, które nie do końca akceptowała.

Pokojowo rozgonić tłum mogłoby ministerstwo, tyle, że jak widać na zakończonym obrazku jeszcze nie pojawił się tutaj nikt ze służb. Jak zawsze zaspali, nigdy nie popisywali się szczególnie szybkimi reakcjami. Nie dziwiło jej to wcale. Nie bez powodu, aż tak nie znosiła tego organu. Powinni dbać o bezpieczeństwo ludzi, a ich tutaj nie było. Pośród tych dwóch grup znalazło się pewnie wiele osób, których nie dotyczyła ta manifestacja i to ją najbardziej wkurwiało, że rykoszetem obrywali wszyscy, których to w ogóle nie dotyczyło.

- Wcale ci się nie dziwię. - Cóż, wiedziała, że Borginowie byli dosyć mocno kontrowersyjni, znała ich dość dobrze, nie mogła udawać, że było inaczej. Bywała przecież czasem u rodziny matki, jednak nie przepadała za tymi wizytami jakoś specjalnie. To nie była ta część rodziny z którą się mocno idetyfikowała, od zawsze wolała Yaxleyów, zresztą była dosłownie skórą zdjętą ze swojego ojca. Nie dało się ukryć ich podobieństwa. Astaroth był dzieckiem swojej matki, ona nie do końca. Nigdy nie spełniała jej wygórowanych oczekiwań. Nie była taką córką, jaką chciałaby mieć. Trochę miała przez to do niej uraz. Jasne, była jej matką, ale gdyby nie to, to pewnie nigdy w życiu by z nią nie rozmawiała, nie przepadały za sobą, nie darzyły sympatią, łączyły je wyłącznie więzy krwi.

Słyszała pogardę w głosie Ambroisa, jednak nie przeszkadzała jej wcale. Miała świadomość, że nie da się przepadać za wszystkimi członkami rodzin czystokrwistych, niektóre familie były bardziej pierdolnięte od innych, niestety jej matka pochodziła właśnie z jednej z takich. Ona się z tym pogodziła, co innego mogła zrobić, zresztą trochę udawała, że oni nie istnieją, tak było łatwiej. Nie zamierzała jednak ukrywać przed Greengrassem, że i swojego kuzyna dostrzegła wśród tych kontrmanifestantów.

- Siostrzyczkę, a może narzeczoną, właściwie to być może nawet dwa w jednym? - Skrzywiła się na samą myśl, nie były to zdecydowanie rzeczy, o których chciała myśleć. Jasne, zdawała sobie sprawę, że niektóre rodziny żyły w ten sposób, ale nie potrafiła tego zrozumieć. To była dla niej lekka przesada, to dążenie do czystości krwi ponad wszystko. Zresztą wielu czarodziejów wiązalo się ze swoim kuzynostwem, praktycznie cała arystokracja miała wspólnych przodków, może nie tak bliskich jak Gauntowie, ale jednak. Nie do końca akceptowała te aranżowane małżeństwa między kuzynami, przecież na spokojnie mogli sobie znaleźć kogoś z kim byli nieco dalej spokrewnieni.

Wolałaby nie musieć mierzyć się z tymi osobami, wiedziała, że większość z nich była nieco szalona i nie do końca myślała jasno. Walczyli tylko wyłącznie po to, żeby kogoś skrzywdzić, pewnie byłoby im obojętne to, że atakują kogoś innego niż charłacy. Atakowali, żeby atakować, chcieli dać upust swoim emocjom, i tyle. To nie były osoby, które szukały sensu w swoim życiu, raczej po prostu rozrywki. Niektórym sprawiało przyjemność krzywdzenie innych, tak po prostu. Byli dosyć mocno pęknięci.

Udało jej się jeszcze zauważyć, jak ich mijali. Później Ambroise znowu przeszkodził jej w podglądaniu. Westchnęła głośno, rozczarowana. To jedyne, co mogła zrobić, aby wiedzieć, co się działo obok nich.

Szkoda jej było jednak już czasu na to, żeby tkwić w miejscu. Na szczęście Greengrass chyba stwierdził, że jest to odpowiedni moment do zwinięcia się stąd. Tak, mogli go wykorzystać, szczególnie, że znajome, czystokrwiste twarze już ich minęły, nie pojawili się jeszcze pracownicy ministerstwa, już chyba lepiej nie będzie.

Zaklęcia fruwały w powietrzu, robiło się coraz bardziej niebezpiecznie, naprawdę lepiej było się ewakuować stąd właśnie w tej chwili, najważniejsze - byli co do tego zgodni. Kiwnęła jedynie do Ambroisa, że zrozumiała, była gotowa do ucieczki.

Kiedy skończył odliczać ruszyła w stronę wyjścia z alejki, nie oglądała się za siebie, nie chciała, żeby cokolwiek ją rozproszyło, to nie była jej walka i musiała o tym pamiętać, bez względu na to, czy komyś działa się krzywda. Pędziła szybko, na całe szczęście Yaxleyówna potrafiła naprawdę szybko spierdalać.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#12
19.10.2024, 12:55  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.10.2024, 15:22 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
W swoich ugruntowanych przekonaniach miewał takie, których nic ani nikt nie był w stanie zmienić. Jego podejście do Borginów było czymś takim, nawet jeśli raczej nie opowiadał na prawo i na lewo, z czego to wynikało. Nie czuł się zobowiązany do tego, żeby tłumaczyć swój punkt widzenia. Nienawidził tej hołoty. Nie chciał mieć z nimi nic wspólnego ponad to, co miał w tej chwili. Koniec. Kropka. Cieszył się, że Geraldine to rozumie, choć nie zapałał ulgą.
- To dobrze - odmruknął, może nawet bardziej odburknął.
Z uwagi na nastrój, w jaki wpadł, ciężko mu było do końca panować nad sposobem przekazywania informacji. Liczył się z tym.
Nigdy nie był zbyt dobry w słowach. Rzecz jasna nie miał problemu, aby wysławiać się w piękny, oczytany sposób, kiedy to było konieczne i bardzo korzystne. Wtedy zazwyczaj nie sprawiało mu trudności, żeby dać ludziom to, czego oczekiwali - o ile tylko widział w tym jakiś inny cel niż wejście im w dupę i nakarmienie przerośniętego ego.
Sytuacja wyglądała zupełnie inaczej, kiedy był zirytowany w sposób, któremu nie mógł dać ujścia. Wtedy momentalnie preferował fizyczne załatwienie sprawy. Jasne. Umiał grozić i straszyć, natomiast z uwagi na to, że raczej nie rzucał słów na wiatr, robił to w ostateczności. Miał świadomość, że w zgodzie ze sobą musiałby spełnić pogróżki. Czasami siłowe rozwiązanie konfliktu natychmiast było lepszym wyborem.
Nie łudził się. Jeszcze kilka lat temu najpewniej wmieszałby się w całą sytuację dla sportu. Oczywiście, nie zrobiłby tego otwarcie. Nie stanąłby pośrodku ulicy, ale z pewnością rzuciłby kilka zaklęć w kierunku Traversa i jego bandy. Nie miałby najmniejszego problemu, aby z cienia dorzucić swoje trzy knuty, nie zwracając nawet uwagi na niehonorowość tego rozwiązania. Honor nie był niczym dobrym w przypadku zagrożenia życia i przewagi liczebnej, szczególnie tego typu elementów społecznych. Za honor się umierało.
Nie analizował tego, nie miał skłonności do introspekcji, ale tego dnia po raz kolejny postąpił zupełnie inaczej niż zrobiłby to kiedyś. Wybrał zachowawczość. Cichą defensywę zamiast ofensywy, którą szczyciłby się jeszcze jakiś czas temu. Stłumił w sobie potrzebę wyładowania frustracji. Nie musiał utrzeć nosa swoim wrogom, choć miał ku temu niemal idealną pozycję.
On sprzed czterech lat momentalnie skorzystałby z danej mu możliwości, mimowolnie pomagając słabszej ze stron, ale nie robiąc tego dla charłaków tylko dla własnej satysfakcji. Jeszcze przed niespełna dwoma laty stanąłby przed dylematem i odczuwałby pokusę. Tymczasem teraz przełknął wszystkie te uczucia, podejmując najbardziej racjonalną decyzję.
Nic im było po pochopnych czynach, jeśli to oznaczało, że nie tylko wrócą do domu jeszcze później niż planowali, lecz także podejmą ryzyko nie dla swoich interesów bądź poglądów. Nigdy nie powiedziałby, że tak się stanie, ale przywykł do wygodnej neutralności i zajmowania się wyłącznie tym, co mogło sprawić, że będą w stanie w dalszym ciągu żyć według własnych zasad. Nic ponadto. Niemalże odpuścił zbędne zlecenia, więc zdecydowanie nie miał zamiaru angażować się w coś, co nie miało przynieść żadnych korzyści.
Nawet nie było mu przykro. Ci wszyscy ludzie wiedzieli (lub powinni), na co się piszą organizując demonstrację w takim miejscu w samym środku tygodnia. Pojawienie się kogoś takiego jak Travers i reszta jego błyskotliwej, inteligentnej grupy było kwestią czasu. Prawdę mówiąc przynajmniej byli szybcy. Nie potrzebowali zbyt wiele, żeby zebrać się w stado i ruszyć na protestujących.
To był godny podziwu (tak, na swój sposób był) przejaw silnych relacji łączących nokturnskich zakapiorów. W przeciwieństwie do charłaków, którzy niemal się tratowali, usiłując uciekać z pola rażenia. Momentalnie przestając trzymać jeden front. Jak na tak piękne, szumne idee, wystarczyło żenująco niewiele, żeby każdy zaczął dbać wyłącznie o siebie. Będąc gotowym przebiec komuś po przewróconym ciele, byleby tylko wydostać się spod ostrzału zaklęć.
Czy Greengrass był tym zdziwiony? Zaskoczony? Zszokowany? Zmieszany? Poruszony? Nie był nawet zażenowany. To było coś, czego się spodziewał a może nawet bardziej - miał całkowitą pewność, że do tego dojdzie. Szczęście w nieszczęściu przedtem udało im się wydostać z tłumu, choć to nie oznaczało gwarancji bezpieczeństwa.
Musieli przeczekać pierwszą wymianę zaklęć na odległość. Do tej pory nie łudził się, że może stać się niemal wszystko. Ludzie, o których mówili byli nieprzewidywalni w najbardziej niebezpieczny i spaczony sposób. Być może to była kwestia genów, chowu wsobnego, wychowania - miał to gdzieś, nie zamierzał ich usprawiedliwiać ani szukać wyjaśnień, dlaczego postanowili wybrać przemoc w najbardziej obłąkanej postaci.
- To też jego kuzynka i siostra matki - dorzucił swoje trzy knuty, żeby przeczekać ten czas nie w kompletnym, trudnym do wytrzymania napięciu. - Daję głowę, że wymieniają się nią co drugi dzień - to było całkiem możliwe.
Tak zazwyczaj działała patologia. Szczególnie w środowiskach, w których było stosunkowo niewiele tak proaktywnych kobiet. Gauntówna najpewniej imponowała swoim kolesiom na tyle, że byli w stanie ze sobą o nią walczyć, starając się o jej wątpliwej wartości względy.
Mijając ich, Ambroise miał wrażenie, że niemal zawiesiła na nich spojrzenie, ale w jej oczach nie dostrzegł nic poza zwierzęcą furią a ta była skierowana ku tłumowi. Ewidentnie nie zwróciła na nich uwagi. To był dobry znak. Szczególnie, że nie było dalszej możliwości krycia się po kątach. To był najprawdopodobniej jedyny moment, kiedy mogli spróbować wykorzystać element zaskoczenia.
Trzydzieści sekund minęło. Agresorzy skupili się na ludziach przed sobą, choć część z nich obróciła się gwałtownie na metaliczny dźwięk potrąconego kontenera. W stronę Greengrassa i Yaxleyówny posypały się zaklęcia, jednak oboje zdążyli rzucić się w kierunku jedynego pozostałego wyjścia z alejki. Usiłował rzeczywiście trzymać się tuż za nią, choć w żadnym wypadku nie potrafił spierdalać tak szybko i bez wysiłku jak ona. Nie bez powodu zazwyczaj stawał do bezpośredniej konfrontacji. Nadążenie za kobietą dosyć sporo go kosztowało. Szczególnie, że przy okazji kilkukrotnie musiał uchylić się przed jakimś zaklęciem, nie obracając się ani nie patrząc w tył tylko bazując na intuicji i przeczuciu.
Wypadli na Nokturn, na którym atmosfera wcale nie była znacznie lepsza od tej na Pokątnej. Być może nikt z nikim nie walczył, nikt nie protestował ani nie próbował przejść do ofensywy na ich widok, ale nastroje zdecydowanie nie wyglądały dobrze. W powietrzu unosiło się napięcie. Powinni jak najszybciej opuścić również te rejony, ale Ambroise musiał wpierw zatrzymać się przy najbliższym kawałku murku, opierając się o niego i łapiąc oddech. To było niezbędne, aby mógł myśleć o czymś dalszym. Gwałtownie wciągając powietrze do płuc, przełykał boleśnie ciepłą, rzadką ślinę.
- Musimy stąd znikać - wysapał w końcu, unosząc wzrok. - Z Londynu. Horyzontalna odpada - stwierdził oczywistą oczywistość.
Choć byłoby to obecnie najbardziej dogodne rozwiązanie to nie chciał tu zostawać ani sekundy dłużej niż to konieczne. Coś czuł, że to był dopiero początek zamieszek a przeczucie nieczęsto go myliło.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#13
19.10.2024, 14:10  ✶  

Yaxleyówna trzymała się z niektórymi czystokrwistymi. Miała kilka ulubionych rodzin, z których pochodzili jej znajomi, ci z którymi często pojawiała się na przyjęciach. Nie były to jednak kontrowersyjne osoby, raczej miała wrażenie, że to ona była uznawana za najmniej ułożoną z nich. Nie ma się co oszukiwać, ale Yaxleyowie też byli specyficzni, znani ze swoich nieokrzesanych charakterów i nie do końca racjonalnych decyzji. Tyle, że nie dotyczyły one polityki, w to się praktycznie wcale nie angażowali. Byli ludźmi z lasu, nie ma sie im więc co dziwić, szczególnie teraz, kiedy ojciec wrócił do Snowdonii już na dobre i nie siedział w Londynie, do którego zresztą pasował jak pięść do nosa.

Wyczuwała, że Ambroise był wkurwiony, nie mogła z tym nic zrobić, nie tutaj.

Może nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo drażniło go to, że trzymali się z boku. Nie miała pojęcia o tym, jak bardzo nie przepada za tymi ludźmi, gdyby jej o tym powiedział, zapewne sama bardzo chętnie wyciągnełaby różdżkę i utarła im nosa. Nie miała problemu z angażowaniem się w konflikty, nawet jeśli nie były jej. Od czasu do czasu lubiła bez powodu komuś wpierdolić, czy to pięścią, czy niezbyt przyjemnym zaklęciem. To nie było dla niej nic nowego. Tutaj znajdowało się kilka osób, które kiedyś ją zirytowały, ta Gauntówna od lat prosiła się o to, aby ktoś dał jej nauczkę. Wystarczyło tylko słowo, a by to zrobiła. Wybrali dzisiaj jednak bardziej cywilizowane zachowanie. Kiedy byli razem zachowywali się nieco bardziej zapobiegawczo, wynikało to pewnie z tego, że nie chcieli ryzykować tego, że bliskim mogłaby się stać krzywda. Pewna była, że gdyby znajdowali się tutaj osobno, to tak łatwo nie odpuściliby skorzystania z okazji.

Nie uważała za nic złego rzucenia kilku zaklęć w plecy tych furiatów. Uważała to za sprytne posunięcie, nigdy nie przywiązywała wagi do honoru, no może tylko i wyłącznie na spotkaniach klubu pojedynków, chociaż tam również walczyli w różny sposób, aby przygotować się do walki na prawdziwym polu bitwy, gdzie rzadko kiedy przeciwnicy byli faktycznie honorowi. Na pewno ci, którzy przed chwilą ich minęli nie martwiliby się takimi cnotami, wręcz przeciwnie raczej skłaniali się ku podstępom.

- Wolałam w to nie wnikać aż tak bardzo. - Skrzywiła się nieco słysząc kolejne słowa Ambroisa. Nie byłaby zdziwiona, gdyby faktycznie to była prawda. Wiedziała, że niektórzy ludzie mieli naprawdę różne upodobania, nie wszystkie z nich była w stanie pojąć.

Geraldine nie miała problemu z ucieczką. Mało kto byłyby w stanie ją dogonić, była ponadprzeciętnie sprawna fizycznie i chętnie korzystała z tych udogodnień. Nie oglądała się za siebie, nie przejmowała się lecącymi w jej stronę zaklęciami, wiedziała, że im umknie. Nie miała pewności, czy Ambroise zdoła ją dogonić, jasne, też był całkiem zwinny, ale nie oszukujmy się - do niej na pewno nieco mu brakowało. Cieszyła się, że są takie dziedziny, w których była chociaż nieco lepsza od niego. On zdecydowanie był bystrzejszy od niej, tak się jej przynajmniej wydawało, nie mogła się nadziwić, jaką ma ogromną wiedzę, jeśli chodzi o rośliny, eliksiry, czy medycynę. Nie rozumiała z teog praktycznie nic.

Trafili na Nokturn, zabawne, że przez chwilę wydawał się być bezpieczniejszym miejscem od Pokątnej, nie sądziła, że kiedykolwiek do tego dojdzie.

Próbowała uspokoić oddech, wiedziała jednak, że nie mają zbyt wiele czasu, bo zamieszki mogły przenieść się na kolejne dzielnice. Była rozgrzana od wysiłku fizycznego, to uczucie tylko potęgował żar lejący się z nieba.

- Chodźmy do domu, po prostu. - Nie zamierzała zostać dłużej w Londynie. To zdecydowanie nie był dobry pomysł. Na całe szczęście mieli swoje małe miejsce na ziemi, do którego mogli wrócić.

Złapała Ambroisa za rękę i aportowała się z nim do Piaskownicy.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (6456), Geraldine Greengrass-Yaxley (5426)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa