Pojawienie się kontrmanifestantów było tylko kwestią czasu. Nie wszystkim podobało się to, co działo się w magicznym świecie. Było wiele osób, które wolały to ukrócić, nie do końca akceptowały to, że mniej uprzywilejowani zaczęli domagać się swoich praw. To mogło zaburzyć panujący porządek. Nie zdziwiło jej nawet to, kto pokazał się tutaj, aby walczyć z manifestacją. Były to jedne z najbardziej parszywych osób, które kojarzyła. Raczej o skrajnych poglądach, które nie do końca akceptowała.
Pokojowo rozgonić tłum mogłoby ministerstwo, tyle, że jak widać na zakończonym obrazku jeszcze nie pojawił się tutaj nikt ze służb. Jak zawsze zaspali, nigdy nie popisywali się szczególnie szybkimi reakcjami. Nie dziwiło jej to wcale. Nie bez powodu, aż tak nie znosiła tego organu. Powinni dbać o bezpieczeństwo ludzi, a ich tutaj nie było. Pośród tych dwóch grup znalazło się pewnie wiele osób, których nie dotyczyła ta manifestacja i to ją najbardziej wkurwiało, że rykoszetem obrywali wszyscy, których to w ogóle nie dotyczyło.
- Wcale ci się nie dziwię. - Cóż, wiedziała, że Borginowie byli dosyć mocno kontrowersyjni, znała ich dość dobrze, nie mogła udawać, że było inaczej. Bywała przecież czasem u rodziny matki, jednak nie przepadała za tymi wizytami jakoś specjalnie. To nie była ta część rodziny z którą się mocno idetyfikowała, od zawsze wolała Yaxleyów, zresztą była dosłownie skórą zdjętą ze swojego ojca. Nie dało się ukryć ich podobieństwa. Astaroth był dzieckiem swojej matki, ona nie do końca. Nigdy nie spełniała jej wygórowanych oczekiwań. Nie była taką córką, jaką chciałaby mieć. Trochę miała przez to do niej uraz. Jasne, była jej matką, ale gdyby nie to, to pewnie nigdy w życiu by z nią nie rozmawiała, nie przepadały za sobą, nie darzyły sympatią, łączyły je wyłącznie więzy krwi.
Słyszała pogardę w głosie Ambroisa, jednak nie przeszkadzała jej wcale. Miała świadomość, że nie da się przepadać za wszystkimi członkami rodzin czystokrwistych, niektóre familie były bardziej pierdolnięte od innych, niestety jej matka pochodziła właśnie z jednej z takich. Ona się z tym pogodziła, co innego mogła zrobić, zresztą trochę udawała, że oni nie istnieją, tak było łatwiej. Nie zamierzała jednak ukrywać przed Greengrassem, że i swojego kuzyna dostrzegła wśród tych kontrmanifestantów.
- Siostrzyczkę, a może narzeczoną, właściwie to być może nawet dwa w jednym? - Skrzywiła się na samą myśl, nie były to zdecydowanie rzeczy, o których chciała myśleć. Jasne, zdawała sobie sprawę, że niektóre rodziny żyły w ten sposób, ale nie potrafiła tego zrozumieć. To była dla niej lekka przesada, to dążenie do czystości krwi ponad wszystko. Zresztą wielu czarodziejów wiązalo się ze swoim kuzynostwem, praktycznie cała arystokracja miała wspólnych przodków, może nie tak bliskich jak Gauntowie, ale jednak. Nie do końca akceptowała te aranżowane małżeństwa między kuzynami, przecież na spokojnie mogli sobie znaleźć kogoś z kim byli nieco dalej spokrewnieni.
Wolałaby nie musieć mierzyć się z tymi osobami, wiedziała, że większość z nich była nieco szalona i nie do końca myślała jasno. Walczyli tylko wyłącznie po to, żeby kogoś skrzywdzić, pewnie byłoby im obojętne to, że atakują kogoś innego niż charłacy. Atakowali, żeby atakować, chcieli dać upust swoim emocjom, i tyle. To nie były osoby, które szukały sensu w swoim życiu, raczej po prostu rozrywki. Niektórym sprawiało przyjemność krzywdzenie innych, tak po prostu. Byli dosyć mocno pęknięci.
Udało jej się jeszcze zauważyć, jak ich mijali. Później Ambroise znowu przeszkodził jej w podglądaniu. Westchnęła głośno, rozczarowana. To jedyne, co mogła zrobić, aby wiedzieć, co się działo obok nich.
Szkoda jej było jednak już czasu na to, żeby tkwić w miejscu. Na szczęście Greengrass chyba stwierdził, że jest to odpowiedni moment do zwinięcia się stąd. Tak, mogli go wykorzystać, szczególnie, że znajome, czystokrwiste twarze już ich minęły, nie pojawili się jeszcze pracownicy ministerstwa, już chyba lepiej nie będzie.
Zaklęcia fruwały w powietrzu, robiło się coraz bardziej niebezpiecznie, naprawdę lepiej było się ewakuować stąd właśnie w tej chwili, najważniejsze - byli co do tego zgodni. Kiwnęła jedynie do Ambroisa, że zrozumiała, była gotowa do ucieczki.
Kiedy skończył odliczać ruszyła w stronę wyjścia z alejki, nie oglądała się za siebie, nie chciała, żeby cokolwiek ją rozproszyło, to nie była jej walka i musiała o tym pamiętać, bez względu na to, czy komyś działa się krzywda. Pędziła szybko, na całe szczęście Yaxleyówna potrafiła naprawdę szybko spierdalać.