• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 16 Dalej »
[09.1970] Together, forever, nostalgia || Ambroise & Geraldine

[09.1970] Together, forever, nostalgia || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#11
18.11.2024, 02:37  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.11.2024, 04:27 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Chmury zaczęły zbierać się na horyzoncie. Delikatny, subtelny cień - zwiastun nadciągającej jesieni powoli zalał krajobraz. Tam, gdzie jeszcze przed chwilą niebo było niemal idealnie błękitne, teraz zaczynały zbierać się chmury. Ich cienie sunęły po wrzosowisku na delikatnym wietrze. Przesuwały się powoli, stonowane i szare.
Nad majaczącym w oddali morzem woda delikatnie mieniła się w złotawym świetle, jednak fale powoli stawały się coraz wyższe i bardziej niespokojne. Gdyby się im bardziej przyjrzał, tam również dostrzegłby pierwsze znaki nadciągającej burzy. Ciche szemranie zaczęło zamieniać się w śmielsze, głośniejsze wołanie toni. Jeszcze wciąż było subtelne, delikatnie drżało w uszach, ale po tylu latach spędzonych w tym miejscu Ambroise podświadomie wiedział, że ulewa była nieunikniona. Tej nocy mogli mieć tu kolejny sztorm.
Wbrew pozorom to było coś całkiem pozytywnego. Ambroise je lubił. Od tak długiego czasu, jaki tu spędzili, od pierwszych dwóch czy trzech zawieruch, gdy jeszcze ciężko mu było się przestawić, bo w Dolinie Godryka burze wyglądały zupełnie inaczej. Tutaj to było przedstawienie innego rodzaju. Z początku otumaniające swoją wielkością i intensywnością, teraz też szybko przypominające o konieczności bycia pokornym wobec sił natury, ale również pięknym w tym swoim chaosie.
Szczególnie, że później mogli zbierać bursztyny do nalewek i eliksirów. Drobne morskie istoty, szczególnie te magiczne wyrzucone na brzeg zaplątane w kamienie i wodorosty. Nie musieli bać się o szklarnię ani resztę domu, bo dawno otoczyli je profilaktycznymi zaklęciami, które zazwyczaj spełniały swoją rolę.
No, może jedynie nie w przypadku tej śmiesznej, trochę rozbrajającej, odrobinę irytującej okiennicy, ale ona po prostu musiała walić o ścianę. Dźwięk jej głuchego, miarowego łoskotu w nocy był niemal usypiający. Wszystko tutaj stało się znajome, bo ich.
Może Ambroise nie mówił tego na głos, żeby nie wyjść na sentymentalnego wrażliwca, ale to właśnie to miejsce chyba zaczęło być dla niego bardziej domem. Tym pierwszym.
Posiadłość w Dolinie nigdy nie była całkiem jego, bo nigdy nie czuł się tam zupełnie chcianym. Mieszkanie na Horyzontalnej było ich wspólne od wielu lat, ale wcześniej należało do Geraldine. Zresztą prawnie w dalszym ciągu było jej, nie jego, nawet jeśli traktował je jak swoje i robił tam wszystko, co mogło do niego należeć.
Jednakże to tutaj mógł się poczuć prawdziwym panem domu. Niedużego - to fakt, ale ich wspólnego. Nigdy bardziej jego ani bardziej jej. Lubił spędzać tu czas. Z biegiem lat coraz częściej, bo choć nie zrezygnowałby z Londynu (przynajmniej nie, jeśli by go o to nie poprosiła a na to się nie zapowiadało) to Whitby było miejscem, w którym mógł ich widzieć zarówno teraz, jak i za wiele lat.
W ciepłym wnętrzu z rozpalonym kominkiem, gdy na zewnątrz wieczory zaczynały się robić chłodniejsze. Światłem zapalonym w kuchni padającym smugą na dywan w wyciemnionym salonie. Z aromatem grzanego wina i przypraw. Z pieczenią w rondlu i sosem bulgoczącym w kociołku. Z widokiem dwóch... ...kto wie, może trzech sylwetek zwiniętych pod kocem na kanapie.
Mogliby tak żyć. Byliby tu szczęśliwi. Nie wyrokował. Wiedział to, bo to od dawna był ich dom. Niczego w nim nie brakowało, bo uczynili go swoim. Może jedynie skrzypienia starych, luźnych desek pod nagłym naciskiem małej, pulchnej stopy przebiegającej szybko z niekontrolowanym chichotem rozbawionej, uciekającej istotki. Nieważne jakiej, ważne, że ich. Mogłoby tak być, chyba powoli dopuszczał do siebie tę myśl. Ostrożną, jeszcze nie do końca entuzjastycznie goszczoną, ale...
...czemu nie?
Byli dorośli, może nie zawsze dojrzali, ale z roku na rok stawali się coraz bardziej odpowiedzialni. Dopuszczając to do siebie na ten moment w bardzo subtelnym zakresie, gdzieś tam na pograniczu świadomości mógł założyć, że to nie byłoby nic przerażającego. Nic tak strasznego. Możliwe, że nic ograniczającego jak to przedtem zakładał. Naturalna kolej rzeczy. Krok ku przyszłości.
Choć bez wątpienia najpierw należało wykonać inny. Ten konkretny, który znacznie bardziej do siebie dopuszczał. Coraz bardziej przechodził z czy poprzez kiedy do wtedy?, szczególnie że już kiedyś o tym rozmawiali. Wtedy robiąc te żartobliwe, no, potem mniej żartobliwe a bardziej kłótliwe plany. Zaś potem całkowicie schodząc z tematu i przechodząc do znacznie przyjemniejszej części przebywania obok siebie.
Natomiast to nie zmieniało faktu, że tamte założenia wcale nie były głupie, nawet jeśli robili je na szybko. Listopad był dobrym miesiącem. Luty jeszcze lepszym, bo wtedy to wszystko tak naprawdę się... ...nie, nie zaczęło. Tak nie mógł powiedzieć, bo zaczęło się wiele lat wcześniej, potem miało swój etap uśpienia, później jesienny nawrót, cholernie dużo perturbacji, żeby w końcu powrócić w lutym z pełną siłą.
Luty był ich miesiącem. Zima była ich porą roku. Chciał to wszystko zrobić właściwie, tak jak należało. Z klasą, godnością, należytą adoracją. Nie po łebkach, nie pośpiesznie ani tym bardziej nie w taki sposób, aby ludziom dookoła przychodziło do głowy, że mogą wygłaszać swoje niewybredne opinie.
Rzecz jasna zawsze to robili, robią i będą robić, ale w tym wypadku... ...klasa. Po prostu miał klasę. I zimowe plany. Ewidentnie. Stosunkowo szybko się klarowały. Szczególnie jak na to, ile lat zdążyło minąć między tymi wszystkimi wydarzeniami, które teraz prowadziły go ku jasnym wnioskom.
- Cóż - stwierdził nie zamierzając się z niczym ujawniać, nie pozwalając mięśniowi twarzy drgnąć, tylko zostając przy neutralnym, ciepłym tonie. - Nieważne jakie się okażą, każde na pewno będą właściwe - może tylko odniósł takie wrażenie, ale nagle zabrzmiał jak poeta.
Wieszcz, poeta, węgorz.
Prześlizgnął się po temacie, który sam zaczął i sam go poruszył, ale to przecież nie był pierwszy taki raz. Roise miał tendencję do niemożności utrzymania gęby na kłódkę. Szczególnie w obecności tej jednej jedynej osoby, która była w stanie wyciągnąć z niego niemalże wszystko.
Nadal nie do końca wiedział na czym to polega, ale udawało mu się udawać, że to rozumie. W końcu zawsze byli niestandardowi. Trudno było to wszystko ująć w jakiekolwiek ramy, ale chyba tego nie potrzebowali. Żyli dobrze, byli szczęśliwi, reszta nie była konieczna.
- Jak na dzikuskę z lasu momentalnie przyćmiewasz wszystkie wielkomiejskie damy - odpowiedział od razu gładko i bez zawahania, całkowicie szczerze, zgodnie prawdą, ale przecież to wiedziała; adorował ją. - Natomiast te krzykliwe sukienki wolę z ciebie ściągać w domu niż później musieć tłumaczyć komuś, czemu pożeranie cię wzrokiem jest w bardzo złym tonie - zauważył nie bez błysku pojawiającego się w oczach.
No. Nie był zazdrosny, bo przecież nie miał o co. Nie był zawistny, bo to on miał jej względy, jej uwagę, jej uczucia. Natomiast nie zamierzał ukrywać swojej zaborczości. Tego, że nie lubił, gdy ktoś próbował (bo to mogły być wyłącznie marne, żałosne i nieprzemyślane próby) startować z wyciągniętymi łapskami po coś, co było dawno otwarcie zaznaczone. Należeli do siebie.
To, że nie formalnie nie oznaczało, że nie oficjalnie. Od tylu lat pojawiali się razem niemalże w każdej sytuacji towarzyskiej, że to musiało być jasne dla wszystkich, którzy mieli choć odrobinę rozsądku i jedną komórkę mózgową.
Innym był to w stanie dosadnie wytłumaczyć w razie potrzeby. Choć ten pierścionek? Mógłby wiele ułatwić. Nie mówiąc o tym, co by za sobą niósł, bo to zrobiło się jakoś lepsze, bardziej przystępne i pożądane.
Dwa, trzy tygodnie w Alpach na koniec lutego, może na początek marca. Jeszcze przed urodzinami Geraldine, aby to faktycznie była zima. Mogli sobie na to pozwolić. Teraz to wręcz musieli, bo oficjalnie złożyli sobie obietnicę, że to zrobią, a to było nawet ważniejsze niż typowe słowa, że nic nie muszą.
A jeśli już chodzi o mus to nie musieli polować? Nieznacznie zmarszczył czoło i zmrużył oczy.
- No dobrze. Skoro tak stawiasz sprawę to niech będzie rezerwat. A potem całe dwa tygodnie tego, co wychodzi nam najlepiej - kiwnął głową.
To był plan, szczególnie że nigdy nie obawiał się, że tak dużo czasu spędzonego wspólnie jednym ciągiem bez przerwy może być dla nich nużące. Zdecydowanie nie. Wręcz przeciwnie. Wewnątrz cieszył się na tę okoliczność.
- Nie chcesz tego - stwierdził od razu z niebezpiecznym błyskiem w rozbawionych, choć prowokacyjnie spoglądających oczach. - Wtedy musiałbym szczegółowo opisać temu specjaliście to, jak bardzo zawzięcie i żarliwie sięgaliśmy po swoje w tych jeżynach. Bardzo szczegółowo - oczywiście to nawet nie były groźby, bo w żadnym razie nie posunąłby się do czegoś takiego.
Cenili sobie tę prywatność. Nigdy nie ukrywali tego, co między nimi było. Nie potrafili nawet zbyt długo utrzymać rąk (i nie tylko rąk) przy sobie wtedy podczas pierwszej oficjalnej wizyty w jej rodzinnej posiadłości. Tym bardziej nie później. Natomiast to nie oznaczało, że mógłby zniżyć się do tego, żeby opowiadać komukolwiek o tym elemencie ich życia.
To była swoista świętość. Uświęcona przestrzeń. Miejsce tylko dla nich. Poza tym zbyt mocno ją szanował, aby dopuszczać się jakichś ordynarnych komentarzy. Ba. Była tu jeszcze ta jedna drobna kwestia, która ponownie pojawiła się na peryferiach umysłu: chciał ożenić się z tą kobietą, chyba cholernie coraz bardziej, dopiero później podążając dalej tradycjonalistyczną czystokrwistą ścieżką, jeśli tego by oboje chcieli.
Nie w innej kolejności. Dokładnie w ten sposób, nawet jeśli od lat żyli ze sobą jak małżeństwo. Czasami na domiar stare i zrzędliwe, ale bez wątpienia kochające.
- Nie martw się o to. Po prostu załóż, że wszędzie - mrugnął do niej jednym okiem, wzruszając ramionami, bo to była jaśniejsza odpowiedź niż próby wyjaśniania, co kryje się pod tymi wszystkimi łacińskimi nazwami.
Zresztą była też najprawdziwsza i najbardziej prawdopodobna. Nie liczyło się miejsce. Byle byłoby odludne, dogodne i ich. Takie, w którym czuliby tę przyjemną atmosferę mogącą przerodzić się w coś znacznie więcej.
Jak na jego oko to był w stanie zaciągnąć ją nawet między rzędy znienawidzonych rzodkiewek. Oczywiście mówiąc jej o tym dopiero po fakcie.
- Mięso? - Nawet nie musiał pytać. To zawsze było mięso. - I tak oto tym jednym bezdusznie wypowiedzianym zdaniem całkowicie pozbawiła go wszelkich zasług w materii dbania o to, by ich kuchnia nie była monotonna i pozbawiona sensu - auć to mogłoby zaboleć, gdyby nie fakt, że niespecjalnie się tym przejął.
Wiedział swoje. On zawsze wiedział swoje.
- Moje ziołowe nalewki smakują obrzydliwie? Moje ziołowe nalewki smakują obrzydliwie, ta? -Spojrzał na nią unosząc brew i posyłając jej jednoznacznie karcące spojrzenie. - Nie będę kwestionować tego, że ognista jest najlepsza, ale jeszcze przypomnę ci te twoje herezje o nalewkach, gdy wrócisz zaziębiona do domu i zażyczysz sobie trochę tej mojej dobroczynnej herbaty, bo ona jest na moich obrzydliwych ziołowych nalewkach. Będziesz pić eliksiry, nic więcej. Ot co - rzecz jasna wyłącznie się odgrażał.
W rzeczywistości niemalże za każdym razem, kiedy dostrzegał pierwsze symptomy przeziębienia, starał się otoczyć ją pełną opieką zanim sytuacja eskaluje do konieczności szprycowania się eliksirami. Pod tym kątem miał wrażenie, że wyrobił sobie całkiem wprawne oko, szczególnie w przypadku swojej najlepszej (choć czasami zarzekał się, że najgorszej, bo najbardziej upartej) pacjentki.
Byli obok siebie od tylu lat. Niezmiennie mieli być ze sobą przez kolejne. Nikogo nie znał tak dobrze. Nikt tak dobrze nie znał jego. Nie zawsze potrzebowali rozmawiać, komunikować się gestami czy nawet tymi lubianymi czynami. Czasami, tak jak teraz, wystarczyło wyłącznie spojrzenie. Później mogli płynnie przechodzić do gestów.
Zapadł spokój. Cisza przerywana jedynie odległym szumem fal i mógłby przysiąc, że biciem serc. Czuł pod palcami jak to jej kołacze się w piersi, bije szybciej i bardziej intensywnie z każdym wymienionym czułym pocałunkiem. Uśmiechnął się pod nosem, nie próbując tego komentować, tylko bez słowa przyciągając ją bliżej do siebie za podbródek. Nie musiał mówić. Nie potrzebowali rozmawiać, mogli bez tego cieszyć się chwilą. Nawet po tylu latach to było coś, co nieodmiennie wywoływało w nim falę czułości. Miękką i ciepłą jak skóra Geraldine.
Powietrze dookoła nich robiło się coraz bardziej gęste od wilgoci a słońce wisiało już całkiem nisko na niebie. Nadal od czasu do czasu przebijało się przez chmury rzucając na rozległe pola wrzosów ciepły złocisty blask. Rośliny pokryte purpurowymi i fioletowymi kwiatami falowały delikatnie na lekkim wietrze. Tworząc malowniczy dywan, który zdawał się rozciągać niemalże w nieskończoność - aż do granicy, gdzie ląd przechodził w ostry spadek wprost do morza.
Gdzieś tam poniżej urwiska woda właśnie rozbijała się o głazy na samym brzegu ich własnej plaży. Prywatnego skrawka piasku otoczonego roślinami, skalno-piaszczystymi ścianami. Z niewielkimi schodkami z desek, które raz po raz i tak ginęły przysypane ziarenkami piasku nawianego przez nadmorski wiatr. Teraz, gdy nadciągała jesień, woda była już zdecydowanie zbyt zimna, aby wskakiwać do niej tak po prostu bez zastanowienia.
Jednakże to nie oznaczało, że mieli przestać bywać przy granicy morza. Czekały ich jeszcze długie wieczory. Chwile w kocu na piasku obok rozpalonego ogniska, do którego dorzucali słone drewno wysuszone sezon wcześniej. Rzucające w niebo snopy niebieskich i zielonych iskier błyszczące na tle pomarańczowych jęzorów ognia.
Trudno było wyobrazić sobie piękniejsze miejsce, nawet jeśli było się w wielu naprawdę malowniczych zakątkach. Ten był ich. W tym momencie zdawało się, że wyłącznie ich. Nikogo więcej. Mieli tu swój niewielki dom, nieduży ogródek, kawałek morza. Ambroise nie potrzebował nic więcej. Miał tu wszystko, szczególnie teraz w swoich ramionach, stykając się czołem z dziewczyną, gdy duża kropla deszczu spłynęła centralnie między ich twarzami, znacząc wilgotną drogę na ustach nieco już opuchniętych od pocałunków.
Nie tych teraz, te były zbyt delikatne, czułe jak powolne muśnięcia wiatru, który w tej chwili zerwał się z niespodziewaną intensywnością. Choć czy tak właściwie mogli być zdziwieni? Spędzali tu naprawdę dużo czasu. Takie gwałtowne zmiany pogody nie były im obce. Raczej stanowiły element klimatu Whitby. Tworzyły tę niepowtarzalną atmosferę.
Pojedyncze krople deszczu zaczęły spadać na ziemię, powoli mocząc dotychczas suche wrzosowisko. Tworzyły błyszczące kropelki na fioletowych kwiatach zaraz znikające pod uderzeniami kolejnych większych kropli. Rytmiczny dźwięk deszczu zaczął wypełniać uszy.
Jeszcze mogli złapać wszystkie swoje rzeczy. Narzucając na siebie suche ubrania, chwyciliby kosz piknikowy i koc. To byłoby najbardziej rozsądne, szczególnie że burza na wrzosowisku, gdzie nie było zbyt wielu wysokich punktów, drzew czy krzewów, bywała niebezpieczna. Ale czy tego chcieli? Zerwać się w popłochu i przemknąć do domu?
Mogli tu zostać jeszcze na kilka chwil, rozkoszując się ostatnią letnią burzą na zewnątrz. W kroplach spadającego deszczu, leżąc na kocu i wpatrując się w pokaz na niebie. Szczególnie, że wiatr uświetniał przedstawienie. Jego podmuchy porywały ze sobą małe gałązki, fragmenty kwiatów i liście, które unosiły się wysoko podążając za prądami powietrza. Gwizd wiatru między niedalekim skałami przypominał lament. Tęskny jęk odchodzącego lata ustępującego chłodniejszej, bardziej szarej jesieni.
Echo grzmotów coraz bardziej rozchodziło się po wrzosowisku. Choć wcale tak nie było, z każdym kolejnym hukiem pod palcami Greengrassa niemalże drżała ziemia. Słońce w końcu całkowicie zniknęło zostawiając po sobie jedynie bardzo delikatną łunę światła gdzieś za chmurami.
Instynktownie odsuwając się od dziewczyny na tyle, by w dalszym ciągu móc dotykać jej dłoń, splatając ich palce, Ambroise leniwie opadł na koc. Teraz coraz bardziej mokry, ale nie nieprzyjemny. Wreszcie podparł się na łokciach, puszczając rękę ukochanej, ale klepiąc materiał tuż obok siebie. Gestem dłoni zasugerował, by wsunęła się plecami w jego pierś, opierając się na nim i po prostu siedząc tu jeszcze przez chwilę. Nie byli z cukru, prawda?


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#12
18.11.2024, 22:43  ✶  

Ceniła spokój jaki tutaj mieli. Były to podobne doświadczenia do tych, które pamiętała ze swojego dzieciństwa, chociaż też bardzo odległe, bo jej dom rodzinny jednak znajdował się w paśmie górskim, a ich wspólny dom nad morzem. Oba miejsca bardzo blisko natury, na odludziu, właściwie to nawet zapomniała jak jej tego brakowało. Ciszy, głuszy, braku ludzi, którzy pojawiali się na każdym rogu. To miejsce miało wyjątkowy urok, właściwie chyba polubiła je bardziej od Snowdonii. Może dlatego, że to oni wybrali je na swój dom, nikt za nich nie zadecydował, podjęli wspólną decyzję, postanowili zrobić z tej chatki swoje miejsce na ziemi i właściwie czuła, że im się to udaje. Nigdzie nie czuła się tak bardzo u siebie jak tutaj. Szczególnie, że było to ich wspólne miejsce, należało do nich, nie tylko do niej, a jej dom był tam, gdzie znajdował się Roise - tego była pewna, tak bardzo jak niewielu innych rzeczy w swoim życiu.

Dźwięk fal, które rozbijały się o skały wydawał się być coraz głośniejszy, bardziej intensywny, jakby znajdowały się coraz bliżej, chociaż wcale tak nie było. Zapewne to zasługa burzy, która się do nich zbliżała. Zapewne zakończy się to sztormem, które zaczęła lubić. Mieli całkiem niezłe miejsce do obserwacji niespokojnego morza, znajdowali się w końcu na wyciągnięcie ręki od tej niezbadanej otchłani. Miało to swój urok. Zaczęła coraz bardziej doceniać siły natury, które tutaj wydawały się nie mieć żadnych granic, a jednak byli bezpieczni w swojej chatce na skraju wydm.

- Coś ty taki ckliwy? - Przyglądała się mu przez dłuższą chwilę, bo te słowa nie do końca do niego pasowały, miała wrażenie, że gdzieś na moment odpłynął, zniknął, kto wie dokąd zmierzały jego myśli. Nie wiedziała, co znowu kombinuje, ale zabrzmiało to interesująco. Oczywiście, nie miała zamiaru go jakoś mocno ciągnąć za język, jeszcze nie, kto wie, co będzie kiedy zacznie zbliżać się zima.

- To jest właśnie w tym wszystkim najlepsze, nikt się tego nie spodziewa, dlatego czasem lubię nieco prowokować. - Tak, przyjemność sprawiało jej przede wszystkim zaskakiwanie ludzi, wprowadzanie ich w sytuacje, których się nie spodziewali, przynoszenie zwątpienia. Nie wiedzieć czemu od zawsze czuła, że jest to właściwe. - Nigdy nawet nie zauważyłam, żeby ktoś pożerał mnie wzrokiem, wiesz? Przynajmniej od kilku lat zupełnie tego nie czuję, zawsze szukam tylko jednego spojrzenia. - Od dawna zupełnie ignorowała wszystkich innych ludzi, którzy pojawiali się na tych spędach. Liczył się tylko on, to, że mogli tam być w swoim towarzystwie, dopiero kiedy zaczęli zjawiać się tam razem zaczęły się jej podobać. Właściwie każda chwila spędzona z Roisem była wyjątkowa, nawet jeśli robili coś, za czymś kiedyś nie przepadała. Widać wystarczyło tylko odpowiednie towarzystwo i z każdej okazji można było wycisnąć coś przyjemnego. Wiele się zmieniło, naprawdę nie spodziewała się, że kiedykolwiek będzie taka szczęśliwa i spokojna. Czuła, że jego obecność zmieniła ją na lepsze, stała się zdecydowanie dużo bardziej stabilna, zmieniła swój sposób myślenia, ale nie czuła, że coś przez to traciła, wręcz przeciwnie zyskała bardzo wiele.

Perspektywa wspólnego wyjazdu w Alpy wydawała się być naprawdę kusząca, właściwie teraz nie była już tylko perspektywą, bo podjęli decyzję, mieli tam pojechać, teraz nie było juz odwrotu i bardzo dobrze, naprawdę potrzebowali nieco spokoju z dala od tych wszystkich, naglących spraw, które zawsze pojawiały się na miejscu akurat wtedy, kiedy chcieli odpocząć. Gdy wyjadą nikt nie będzie ich niepokoił, będą mieli święty spokój z dala od wszystkich problemów życia codziennego. To nie tak, że mieli ich jakoś wiele, jednak tutaj ciągle ktoś czegoś od nich chciał, czy to rodzina, klienci, współpracownicy, zawsze się ktoś znalazł. Tam ich nie znajdą, nie będą musieli się od siebie odrywać. Na pewno ten czas minie im wspaniale, być może to będzie ich nowa tradycja? Może powinni co roku wyrywać się gdzieś razem właśnie zimą, aby nacieszyć się sobą. To nie był najgorszy pomysł i zamierzała się nim podzielić z Roisem, kiedy juz zrealizują tą pierwszą podróż.

- Wspaniale, już nie mogę się doczekać. - Obdarzyła go ciepłym uśmiechem, Geraldine była w tej chwili naprawdę bardzo spokojna, w sumie mogłaby nawet rzec, że czuła się błogo. Nie musieli się niczym martwić, wszystko wydawało się samo całkiem nieźle układać, czego właściwie więcej potrzebowali do szczęścia? Chyba niczego, skoro mieli już wszystko. No, może poza tą jedną myślą, która nie dawała jej spokoju, trochę jednak nie wiedziała, jak powinna mu zasugerować tę sprawę, właściwie chyba nigdy jakoś specjalnie nie dyskutowali na temat posiadania potomstwa, nie do konca wiedziała, jakby na to zareagował, czy właściwie widział siebie jako rodzica, czy uważał, że ona nadaje się na matkę jego dzieci? To był cięższy temat, do którego pewnie wróci prędzej, czy później, bo nie dawało jej to spokoju.

- Skarbie, wiesz, że nie mam nic do ukrycia, z tobą mogłoby być trochę gorzej, po to pewnie byłby jakiś twój znajomy z pracy, kto wie, co by sobie o mnie pomyślał. - Nie miałaby z tym najmniejszego problemu, chociaż zdawała sobie sprawę z tego, że Roise nigdy nie postawiłby jej w takiej sytuacji i tylko znowu się z nią droczył, bardzo często to robił, w zasadzie ona postępowała podobnie. Ich życie byłoby zdecydowanie nudniejsze, gdyby nie zachowywali się w ten sposób, mieli w zwyczaju nieco sobie dogryzać, ale odbywało się to w miarę przystępny sposób, nie krzywdzili tym siebie nawzajem.

Od zawsze mieli problem z trzymaniem rąk przy sobie, z pewnymi rzeczami nie było sensu walczyć, zresztą nie czuła takiej potrzeby, wolała zdecydowanie płynąć z nim pod prąd, zawsze i wszędzie, bez względu na to, gdzie się znajdowali. Byli dla siebie stworzeni, większość osób z ich otoczenia zdawała sobie z tego sprawę, nigdy też nie kryli się ze swoim uczuciem przed całym magicznym społeczeństwem. Właściwie od lat zachowywali się, jakby już dawno sformalizowali ten związek, nie czuła jakiś braków przez to, że faktycznie tego nie zrobili. Nie spieszyło im się, właściwie po co mieli się spieszyć, skoro mieli mieć przed sobą jeszcze wiele, wspólnych lat życia. Kiedyś pewnie obudzą się, stwierdzą, że jest to ten dzień i po prostu to zrobią.

- Tak właściwie to wszędzie brzmi odpowiednio, tak, masz rację. - Bez sensu było się zastanawiać nad tym, co wcześniej miał na myśli, skoro faktycznie teraz wybrał najlepszą z odpowiedzi. Nie liczyło się miejsce, to już dawno przestało mieć znaczenie, wystarczył gest, spojrzenie, krótka chwila, aby mogli się sobą nasycić gdziekolwiek, byle miejsce było chociaż odrobinę ustronne. Najważniejsze, że mogli się sobą nacieszyć, a cóż miała wrażenie, że każda okazja się do tego nadawała.

- Nie udawaj, że tego nie wiedziałeś. - Znał bardzo dobrze jej kulinarne upodobania i na pewno zdawał sobie sprawę z tego, co lubiła jeść najbardziej, nie była szczególnie wybredna, wystarczyło faktycznie aby na talerzu znalazł się chociaż drobny kawałek mięsa, wtedy była szczęśliwa.

- Nie spodziewałam się po tobie aż takich gróźb, widać bardzo mocno dotknęłam twojej zielarskiej dumy, żeby ci się odgryźć nie będę chorować, to nigdy mi tego nie wypomnisz. - Cóż, na pewno te obrzydliwe nalewki były dużo lepsze w smaku od tych bardziej obrzydliwych eliksirów, którymi czasem też ją raczył, tyle, że to trochę jak wybieranie mniejszego zła. Gdyby miała jakikolwiek wybór to na pewno leczyłaby się tylko i wyłącznie ognistą, no, może też grzanym winem, niestety one nie działały, aż tak dobrze. Musiała sięgać po te mniej przyjemne w smaku specyfiki.

Nie zawsze rozmowy były potrzebne, mogłaby trwać przy nim tak po prostu i to jej wystarczało. Dotykać jego twarzy delikatnie, opuszkami palców, cieszyć się tym, że po prostu tu był. Miała wiele szczęście, że było jej dane poznać takie silne uczucie, zakochała się w nim przecież dosyć szybko, miała dwadzieścia trzy lata i pewność, że poznała miłość swojego życia. Nie wydawało jej się, żeby każdy miał takie szczęście, przecież tyle istniało opowieści o nieszczęśliwych miłościach. Czuła, że to, co dostali od losu było wyjątkowe. Nikt nie znał jej tak jak on, przed nikim nie mogła się tak otworzyć, wcale nie musiała mówić, rozumiał ją bez słów, wystyarczyło krótkie spojrzenie, aby wiedział o czym myśli. Czasem się spierali, to prawda, ale te ich drobne starcia był niczym przy tym wszystkim innym, co sobie gwarantowali. Roise stał się jej domem, jej ostoją, spokojem, wszystkim czego nigdy nie miała. Teraz miała to w swoich ramionach, cały swój świat. Naprawdę była wdzięczna przeznaczeniu, że postanowiło połączyć ich drogi. Zaczęła nawet wierzyć w to, że jest coś więcej, musiało być, skoro została obdarzona takim silnym uczuciem, niczym jakimś błogosławieństwem.

Atmosfera wokół nich gęstniała, powietrze robiło się lepkie i ciężkie, co zwiastowało niezaprzeczalnie nadejście burzy. Nie zamierzała ich dzisiaj ominąć, nie, żeby jej to przeszkadzało. Skryją się później w ich chatce i będą podziwiać spektakl z domu. Wierzyła, że będzie jednym z tych wartych zapamiętania, kto wie, czy nie była to ich ostatnia, letnia burza w tym roku. Jesień zbliżała się już przecież wielkimi krokami, o czym świadczyły kolory wrzosów, które ich otaczały. Nie uciekną jej, później przyjdzie zima, ciemna, zimna, chociaż czy, aby na pewno. Od kiedy Ambroise był jej w życiu również zima wydawała się jej nabierać kolorów i być jakaś taka cieplejsza, przyjemniejsza, do przeżycia. Zresztą podchodziła do niej z ogromnym sentymentem, bo przecież zimą się wszystko zaczęło. Nie zapominała o tym, to w zimie poczuła drgnięcie swojego lodowatego serca.

Wiatr zaczął plątać ich włosy, coraz bardziej zaznaczał swoja obecność, pierwsze krople deszczu powoli docierały do ziemi i do ich ciepłych ciał. Nie było to specjalnie problematyczne, to nie był jeszcze taki chłód, który mógłby im przeszkadzać, nie kiedy biło od nich ciepło, które ogrzewało siebie nawzajem. Była szczęśliwa, czuła ogromny spokój mimo tego, że zaczynała nad nimi szaleć burza, o czym przypominały jej błyskawice przeszywające niebo i grzmoty rozchodzące się nad ich głowami. Zaczynało się przedstawienie, miała nadzieję, że będzie to odpowiednie zwieńczenie tego wspaniałego lata. Podczas pobytów w tym miejscu przeżyli wiele burz i wiele sztormów, za każdym razem zachwycały ją niemalże tak samo, jak za pierwszym razem. Uwielbiała podziwiać siłę żywiołów, wydawały się być nie do zatrzymania, woda i wiatr, gromy na niebie. Wszystkie razem tworzyły piękny chaos, którym mogli się napawać.

Odsunęli się od siebie nieco rozproszeni tym, co działo się wokół nich, chociaż czy właściwie byli rozproszeni, nie do końca, to nie o to chodziło. Przywykli do tych zmian pogody, sporo czasu spędzali na łónie natury, to nie było dla nich nic nowego. Wpatrywała się dłuższą chwilę w swojego chłopaka nie mogła się przy tym przestać uśmiechać, była szczęśliwa, tak bardzo szczęśliwa, że w sumie sama nie mogła uwierzyć w to swoje szczęście. Nie odezwała sie jednak ani słowem, nie uważała, że było to potrzebne, on i tak wiedział, co czuła.

Robiło się coraz ciemniej, jednak nie wydwało jej się, że powinni się spieszyć, mogli tutaj zostać jeszcze na moment, chwilę, poobserwować okolicę. Tak, to wydawało się słuszne. Ścisnęła delikatnie jego dłoń, gdy splótł ich palce, aż opadł ponownie na koc. Zrozumiała aluzję, po krótkiej chwili bowiem znalazła się tuż obok niego, a w sumie to na jego piersi, wtulała się w mężczyznę swojego życia podziwiając przy tym chaos na niebie.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#13
19.11.2024, 14:16  ✶  
Prawdę mówiąc nawet nie zauważył, że zawiesił wzrok gdzieś w przestrzeni wpatrzony w fale i wrzosowisko, odbiegając gdzieś myślami do tego stopnia, aby zasłużyć sobie na ten komentarz, na który zamrugał parokrotnie, kwitując to parsknięciem.
- Nie jestem ckliwy. Chyba nie wiesz, z kim rozmawiasz. Nigdy nie jestem ckliwy - odbił ten niedorzeczny zarzut, kręcąc głową.
Był ckliwy? Że niby on? Nie. W żadnym razie. Było mu tak daleko do ckliwości jak to możliwe. Po prostu myślał.
- Nawet wtedy u Macmillanów? - Spytał z szerszym uśmiechem. - To mówisz mi, że można to było robić bardziej otwarcie? Ech, zmarnowany potencjał - rzecz jasna doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co miała na myśli i że nijak jej o to nie chodziło.
To było w tym zdecydowanie najlepsze.
- Zawsze je znajdziesz - odparł miękko, gładko, mocniej dociskając jej dłoń do swojej piersi, przelotnie gładząc palcami wierzch i wbijając wzrok w oczy Geraldine, uśmiechając się instynktownie. - Jest tylko twoje - to było jedno z łatwiejszych zapewnień, jakie kiedykolwiek padło z ust Ambroisa i...
...kurwa, chyba na starość faktycznie zaczynał robić się ckliwy. To była dziwna, trochę niepokojąca myśl, ale w gruncie rzeczy właściwa. Nie czuł się jakoś wyjątkowo źle z tym, że może zaczął trochę łagodnieć, szczególnie teraz, gdy w jego głowie pojawiły się te wszystkie myśli.
O ironio, to nie było tak, że nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo łatwo można wpaść w spiralę uczuciowości. Prawdę mówiąc przez lata był ostatnim bastionem starych nawyków pośród większej części swoich znajomych. Nie miał wielu bliskich przyjaciół, jednak pośród nich wszystkich na palcach jednej ręki dało się policzyć ludzi, których już nie dopadła starcza egzaltacja.
Ci sami ludzie, z którymi zdarzało mu się szaleć, iść w tango głośno wyrażając hołd dla niezależności i wolności teraz równie głośno i przesadnie deklarowali to, jak bardzo istotne było to, żeby znaleźć swoje miejsce na ziemi, swojego i tylko swojego człowieka, dać zadość tradycjom, wartościom, którymi kiedyś tak ochoczo gardzili.
Sam był pierwszy do bycia naczelnym kawalerem. Co prawda później gładko, bezwiednie dał się przeciągnąć na tę zajętą stronę, nawet nie komentując w żaden sposób tego, że wszem i wobec zapewniał, że nie będzie go to dotyczyć. Przynajmniej nie próbował udowadniać innym na siłę wszystkich korzyści płynących ze zmiany podejścia. Po prostu je zmienił i zamknął mordę.
Natomiast w dalszym ciągu utrzymywał swoje podejście do tych wszystkich kłopotów, jakie tworzyło podążanie oficjalnymi, sztywnymi ścieżkami. Nie chciał wielkiego cyrku, bycia na świeczniku. W tym wypadku wyjątkowo nie pasowało mu bycie w centrum uwagi. Tym bardziej im dłużej byli ze sobą bez nacisków z zewnątrz, mogli robić swoje i nikt nie próbował ustawiać im życia.
Ostatnio przeszło mu przez myśl, że to mogła być jakaś pokrętna manipulacja. Technika sprawiająca, że w końcu sam doszedł do wniosku, że wypadałoby coś z tym zrobić. Ba. Nawet nie wypadałoby. To była chęć. Prawdziwa, niewymuszona okolicznościami chęć. Jego, nie jego otoczenia i... ...to naprawdę śmierdziało podstępem. Szczególnie, że jego rodzina go znała. Wiedziała, że naciski miały przynieść coś zupełnie innego od oczekiwań.
No cóż. To było całkiem jasne, ale cała reszta?
Kiedy to się zmieniło?
Przestał to wykluczać, zaczął dopuszczać do siebie. Pozwolił temu ostrożnie wkraść się w myśli, powoli zagarnąć ich kawałek. Teraz zaczęło się tam coraz bardziej mościć, rozgaszczało się a on chyba dawał mu to robić. Czemu miałby nie dawać?
Jedyną obawą było to, czy oboje będą tego chcieć. Szczególnie po tym wszystkim, co padło i co nie padło między nimi dwa lata wcześniej. Choć wtedy okoliczności zdecydowanie nie sprzyjały takim rozmowom. To było pochopne i nieprzymyślane. Zasiało ziarno niepewności, odsunęło wszystko w czasie. Potrzebował go, aby ponownie zacząć myśleć o tym, co powinno się wydarzyć.
Chciał, żeby się wydarzyło. Mogli mieć swoją jesień. Bardziej niż kiedykolwiek. Piękny złoty listopad, jeszcze piękniejszą zimę. Zwieńczenie tego, co zadziało się lata temu. Domknięcie pewnego etapu, rozpoczęcie kolejnego. W teorii niewiele miało się zmienić. W praktyce mieli do przeprowadzenia jeszcze jedną rozmowę. Nie teraz, później.
Musiała wreszcie wybrzmieć. Niezależnie od tego, do czego by w niej doszli, bo przecież zawsze postępowali w zgodzie z własną naturą. Potrafili znaleźć wspólny język, dojść do jednego wniosku. Nawet tutaj? Szczególnie tutaj? To nie był ten moment, by zbyt mocno to rozważać. Ta myśl dopiero kiełkowała, ziarno zostało zasiane, ale potrzebowało czasu, by wyrosnąć.
Mimo to nie wyglądało jak chwast do wyrwania. Już nie. Patrząc na Geraldine teraz już kątem oka widział w niej całą swoją przyszłość. Nie tylko teraz, od wielu lat tak było. Jednakże w tej chwili w trochę innym sensie. Ckliwie, ckliwy człowiek. Cholera, wcale mu to nie przeszkadzało.
Zamrugał przełykając ślinę, wracając myślami do bieżącej chwili. Odruchowo wzruszył ramionami, posyłając swojej dziewczynie spojrzenie z gatunku tych jasno dających do zrozumienia, że nie powinna pytać, bo i tak nie zamierzał odpowiadać. Przynajmniej w tym momencie.
Zresztą powrót do teraźniejszości nie zajął mu aż tyle, żeby to mogło być w jakikolwiek sposób zastanawiające czy podejrzane. Bardzo płynnie wskoczył w te żartobliwe tony, nawet jeśli przez chwilę uciekł myślami ze zwyczajowych torów to teraz szeroko wyszczerzył zęby rzucając tymi wszystkimi łacińskimi określeniami na rośliny z wrzosowiska dookoła nich. Ich domu, kawałku miejsca na Ziemi.
- Że ogólnie wygrałem w życiu, mam atrakcyjną, trochę zdziczałą kobietę i zajebiście dużego f...uksa? - Mrugnął do niej jednym okiem, bezbłędnie się przy tym uśmiechając.
Jeszcze kilka lat temu użyłby innego słowa. Fuks był instynktownym zastępstwem tego jednego określenia, które Ambroise trwale wyparł i wymazał ze swojego słownika, reagując na nie trochę alergicznie za każdym razem, gdy je słyszał. Nie mógł nic na to poradzić, bo choć upływ czasu w dużej mierze przykrył niewygodne szczegóły wspomnień to wystarczył zaledwie moment, aby je ponownie rozbudzić. Drażliwy temat ciągnący się i kładący się cieniem w peryferiach umysłu.
A przecież wszystko się ułożyło. Poniekąd właśnie od tego człowieka, brudnego sekretu, który okrutnie namieszał im w życiu, ale czy wszystko opóźnił? Nie. Najpewniej nie. Ambroise może by tego nie powiedział na głos (a może tak? cholera go wiedziała, nigdy nie ukrywał, że wierzył w różne niekonwencjonalne rzeczy), ale istniało coś takiego jak właściwa chwila w przypadku właściwej osoby. Ich pierwszą była wtedy zimą w lesie.
I teraz na wrzosowisku. I wielokrotnie wcześniej. Z pewnością wiele razy później. Kalejdoskop niezliczonych chwil z wtedy, teraz i niedługo.
- Szczególnie w Alpach - podkreślił znacząco, bo skoro już sobie układali ten wyjazd to pewne rzeczy musiały paść, choćby w ramach zachęty, cichej obietnicy, wodzenia na pokuszenie wizjami chatki w wysokich górach, kominka, skór na podłodze, ciemnej nocy za oknem.
- Nie możemy sobie darować tej okazji - rozłożył ręce.
To było jasne, prawda? To miał być ze wszech miar satysfakcjonujący, ciekawy wyjazd, ale mieli wiele dni do zapełnienia. Bardzo dużo możliwości i okazji, które jak zwykle same miały się pojawić. Ewentualnie mogli je sobie stworzyć, bo przecież z tym nigdy nie mieli problemu. Mieli to opanowane wręcz do perfekcji.
Wszystko takie mieli. Po tylu latach trudno byłoby się temu dziwić. Nie byłoby to nic szczególnego, gdyby nie fakt, że tak było po prostu zawsze. Do niczego nie musieli dochodzić w wielkich bólach i pod wpływem olbrzymich poświęceń.
No, może inaczej: to, że te pierwsze swego czasu całkiem mocno rozgościły się pomiędzy nimi było wynikiem trudnych charakterów, uporu, zaciętości, młodzieńczej pasji, może nawet (niechętnie, ale tak) głupoty. Było wymuszone, nienaturalne.
Naturalne były te późniejsze miesiące i dalsze lata. Kompromisy, szybko żegnane spiny, współzależność. To, że przy niej dojrzewał. Rychło w czas, ale była dla niego jakaś nadzieja, więc instynktownie skorzystał z tej szansy. Nic na tym nie tracąc. Tak wiele zyskując. Nawet jeśli czasami wywracał oczami, kląskając językiem w wymownym geście.
- Nawet nie próbuję. Jeśli kiedykolwiek się stąd wyprowadzimy, muszę dać znać lokalnemu rzeźnikowi, że jego siły przerobowe mogą zmniejszyć się o sześćdziesiąt pięć procent - nie, wcale nie żartował, było to widać po jego wyrazie twarzy - uniesionych brwiach i wymownym spojrzeniu. - Biedaczyna wreszcie odsapnie. Może przejdzie na emeryturę - zasugerował kręcąc głową.
Polowania polowaniami. Przynoszenie mu zwierzyny prosto do domu z pewnością było dobrym posunięciem, nieważne jak bardzo niekonwencjonalnym. Ich role w tym zakresie zawsze były odwrócone, nieco pokręcone. Ambroise zdążył się do tego przyzwyczaić, nie kwestionując tego tak naprawdę ani razu.
Natomiast korzystanie z lokalnych dóbr też było całkiem przydatne. Mieli tu sporo opcji. Całkiem dużo możliwości. Mogli nie angażować się zbytnio w życie lokalnej społeczności, ale to nie oznaczało, że Greengrass nie doceniał niektórych korzyści płynących z wiejskich układów. Nawet tych z mugolami. Szczególnie takimi znającymi się na swoim fachu. Zwłaszcza, jeśli to oznaczało, że miałby mieć więcej czasu na inne zajęcia.
A w ostatnich miesiącach bez wątpienia potrzebował go więcej, przygotowując się do konferencji medycznej, której wspomnienie zdarzyło wylecieć mu z głowy razem z odłożoną książką. Teraz znowu byli tu we dwoje we własnym świecie. Nic na zewnątrz się nie liczyło. Nawet ta narastająca burza, coraz intensywniejsze krople deszczu i grzmoty dookoła.
- Nie wystarczy, że nie będziesz chorować, choć to całkiem straszliwa groźba. Musisz jeszcze naprawić swój błąd. Inaczej w dalszym ciągu będę urażony. A sama wiesz, jak to wygląda - stwierdził lekko, wcale nie sugerując sposobu, jaki byłby ku temu wystarczający.
Było całkiem dużo możliwości. Prawdziwy wachlarz opcji do rozsunięcia, gdy tylko wrócą do domu, ale jeszcze nie teraz. Teraz mogli tu zostać jeszcze przez kilka chwil w deszczu na kocu. Objął Geraldine ramieniem, sięgając po pled, żeby ich nim nakryć i po prostu trwając w chwili. Ostatnią letnia burza przed piękną jesienią - ich jesienią.

Koniec sesji


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (12018), Geraldine Greengrass-Yaxley (8214)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa