• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine

[01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#31
01.12.2024, 15:00  ✶  
Leżeli w łóżku otoczeni ciszą, w której słychać było jedynie delikatny szum fal rozbijających się o brzeg i brzmienie przyspieszonych oddechów. Ciało przy ciele, splątani w kradzionych pocałunkach, które nigdy nie powinny mieć tego gorzkawego smaku, bo przecież kiedyś brali je za pewnik. Miały być ich i tylko ich.
Zawsze, na zawsze, czemu to stało się wyłącznie pustymi słowami rzuconymi na wiatr, który szarpał nimi wokół nadmorskich głazów, zamieniając je w demoniczne, zawodzące echa przeszłości?
Niegdyś nie musieli zachowywać się jak intruzi w swoim własnym świecie. Tak, jakby każdy zbyt pochopny ruch i słowo wypowiedziane bez baczenia miały zniszczyć wszystko, co wydawało im się, że znowu odzyskali, nawet jeśli tylko po to, żeby zaraz ponownie to utracić.
Właśnie w tej chwili pragnął, aby czas się zatrzymał, żeby mogli trwać w tej chwili wiecznie. Choć wiedział, że za chwilę wszystko się skończy, podświadomie chciał, by ten moment trwał jak najdłużej. By mogli tak po prostu jeszcze przez jakiś czas trwać ze sobą w już dawno nieistniejącym świecie. Na zgliszczach przeszłości, które teraz przez moment była znowu teraźniejszością.
W obrazie zawieszonym w chwili, w której wszystko było jeszcze dobrze. W domu, którym zawsze istnieli tylko oni dwoje, gdzie czas przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Tu, gdzie to, co działo się w tej sypialni nad morzem, było po prostu rzeczywistością, którą odbudowywali cegiełka po cegiełce, dotyk po dotyku. Nie tym, co miało pozostać ich tajemnicą, ich chwilą bez powrotu.
A jednak to wszystko było ułudą. Słońce wspinające się po horyzoncie było tego dowodem. Czas wcale nie stanął. Teraźniejszość nie była przeszłością. Ich ciała znajdowały się blisko siebie a mimo to dzieliła ich przeszłość, której nie dało się cofnąć. Nie, skoro było już za późno, żeby cokolwiek zmieniać.
Może, gdyby chodziło o kogoś innego, kto pojawiłby się gdzieś tam wyłącznie w plotkach i pogłoskach, Ambroise poczułby się usprawiedliwiony, żeby zrobić cokolwiek, by zweryfikować rzeczywistość. Gdyby chodziło o człowieka, którego mógłby szczerze nienawidzić. Mendę społeczną, degenerata, brutala czy ćpuna bez odrobiny samokontroli, wtedy coś by w nim wezbrało i wylało się falą niepokoju i wściekłości.
Jednakże nie chodziło. Jego obiekt szczerej antypatii był ze wszech miar idealny. Perfekcyjny do porzygu. Bogaty jak mało kto, dobrze urodzony, doskonale wychowany, przyciągający wszelkie panny i przyprawiający ich matki o palpitacje serca na myśl, że mógłby być ich zięciuniem. Najprawdziwsza idealna partia, więc trafiła w dobre ręce, prawda?
W najlepsze, w jakie mogła trafić. Zwłaszcza słysząc te wszystkie pogłoski i plotki, wszelkie opinie i komentarze dotyczące tego, jak przeurocza historia się tam wydarzyła. Przyjaciele z dzieciństwa zostali towarzyskim tematem półrocza.
Rzygał tym, ale nie rościł sobie praw do interwencji, bo jakże mógłby interweniować w przypadku kogoś kto był wręcz lukrowanie idealny? Nie było lepszego kandydata. To sprawiało, że jeszcze bardziej zaciskał zęby i brnął do przodu w swoje sprawy, bo przecież Geraldine momentalnie zaczęła robić to jako pierwsza. Nie miała problemu, żeby zmienić swoją narrację, żyć pełnią nowego życia. Życia bez niego.
Błyskawicznie stało się to, czego zawsze gdzieś tam podświadomie się obawiał. Oficjalność, uczestnictwo we wszystkich wydarzeniach socjety. Ambroise doskonale pamiętał jak to było wcześniej, przed nimi, że wtedy w głównej mierze towarzyszyła ojcu. Teraz już nie. Później pojawiły się kolejne informacje, jeszcze więcej policzków prosto w ryj.
Przypomniał sobie, jak bardzo ją kochał, jak bardzo pragnął, by wszystko potoczyło się inaczej. Choć czy tak naprawdę w którymkolwiek momencie o tym zapomniał? Nie. Dusił się tym, macerował się w całym swoim rozgoryczeniu. Z czasem zaczynając umieć z tym żyć.
Rozstanie, które przecież było konieczne, z początku było dla niego jedynie źródłem bólu, później stało się czymś więcej. Pretekstem do tego, żeby nigdy więcej nie powtórzyć błędu wpuszczenia kogoś do swojego życia.
Miał rację, gdy przez wiele lat twierdził, że nie nadawał się do tego, żeby budować z kimś życie. To nie były stracone lata, nie chciał ich zapomnieć. Czasami ciemnymi nocami zdarzało mu się myśleć o tym, że chciałby cofnąć czas, zmienić bieg zdarzeń, ale wiedział, że to niemożliwe.
Nie chodziło wyłącznie o tamten wiosenny poranek. Jak na ironię całkiem podobny do tego teraz, tyle tylko, że bez ostatnich śladów zalegającego śniegu, lecz o coś sięgającego głębiej i dalej. Znacznie ponad wszystko, co mógłby powiedzieć. Nie potrafił tego wyjaśnić, nawet nie próbował. Ani wtedy w liście, ani przez te długie miesiące, kiedy wielokrotnie był bliski złamania się, przynajmniej zanim dotarły do niego wieści o zaręczynach Yaxleyówny, ani nawet teraz.
I mimo to, nie potrafił odwrócić się od niej, od tej chwili, która wydawała się być jedyną prawdziwą rzeczywistością. Każde spojrzenie, każdy dotyk, były jak ponowne zanurzenie się w utraconym życiu a nie przypomnienie o chwilach, które spędzili razem, a które były jedynie echem w ich umysłach. Nie wiedział, kiedy to się rozmyło, ale tego nie kwestionował.
Każdy moment spędzony obok niej był dla niego bezcenny, a ich bliskość sprawiała, że faktyczna, ta prawdziwa rzeczywistość traciła na znaczeniu. W tej chwili liczyli się tylko oni. Dwie dusze, które wciąż pragnęły siebie nawzajem.
Każdy ich dotyk był jak słowo, które nie zostało nigdy wypowiedziane, a jednak mimo to zostało zrozumiane. W tym poranku ich serca biły w jednym rytmie a świat zewnętrzny przestał istnieć. Uczucie jej ciała pod dotykiem jego palców było jak powrót do domu.
Z każdym przyciągnięciem ciała Geraldine, odpychał od siebie przypomnienie, że ten dom mógł być, miał być tylko chwilowy. Wiedział, że ta chwila będzie miała swoje konsekwencje, że będą musieli się rozstać, pożałuje tego, koszt będzie ogromny, ale to się nie liczyło. Już nie. Liczyło się tylko to, co tu i teraz. Te kilka chwil, które mieli, lgnąc do siebie nawzajem, jakby nie liczyło się nic innego.
Jego dłoń delikatnie zjechała po jej ramieniu, badając gładką skórę, jakby chciał zapamiętać każdy centymetr jej ciała. Bo przecież tak było. Chciał ją ponownie odkryć, wybadać wszystkie te zmiany, zapisać je w swojej pamięci. Dotyk był powolny, czubki palców ledwo dotykały ciała Geraldine.
Kiedy odpowiedziała na jego dotyk, przesuwając palcami po jego szyi a potem wplatając je w jego włosy, zatopił wzrok w jej oczach, które błyszczały jak niebo w słoneczny dzień. Przez ulotny moment czuł, że to, co ich ponownie połączyło było silniejsze niż wszystko, co ich kiedykolwiek dzieliło.
Odwzajemniał jej spojrzenie, czując jak jej dłoń delikatnie wędruje po jego ciele. Łapiąc ją na kilka sekund i przyciskając sobie do warg. Skóra była gładka i ciepła, pachniała znajomo, jakby nic się nie zmieniło. Ucałował wierzch ręki Riny nim ponownie ją opuścił, pozwalając jej i sobie na to, aby ruchy stały się bardziej chaotyczne, pełne żaru.
Jego palce przesuwały się wzdłuż jej pleców, delikatnie badając krągłości, które kiedyś były mu tak dobrze znane. Z każdą chwilą, z każdym pocałunkiem ich pragnienie rosło. Kiedy ich ciała zbliżały się do siebie, czuł się jak w transie.
Każdy dotyk był jak płomień, który rozprzestrzeniał się po jego ciele wywołując pragnienie i tęsknotę za czymś więcej.
Wiedział, że nie może jej zatrzymać, ale w tej chwili miał ją na wyłączność. Była jego, a on był jej. Te kilka chwil było wszystkim, co mieli. To nie był czas na myślenie o później.
Zostań. Zostanę. Zostańmy.
Teraz, minutę, pięć minut, godzinę, dzień. Tyle ile to będzie możliwe. Tak długo jak złudzenie będzie trwać.
Zatapiali się w sobie, pozwalając, żeby to, co się między nimi działo stawało się coraz bardziej żarliwe. Był świadomy, że ta chwila nie potrwa długo, że czas i podjęte decyzje ich rozdzielą, ale nie potrafił się powstrzymać przed oddaniem się temu uczuciu.
Czuł, jak jej ciało reaguje na jego dotyk, jak delikatnie się w nim zapada, jakby pragnęła zniknąć w jego ramionach. Jak jej nogi oplatają go ciaśniej, bez słów dając mu do zrozumienia, że jakiekolwiek zwlekanie nie było już czymś, czego potrzebowała. On też nie. Chciał jej tu i teraz, ona chciała jego. A przecież oboje zawsze wyciągali ręce po to, co należało do nich.
W tej sypialni, nad morzem, w blasku porannego słońca, mieli siebie nawzajem. Swoje rozdrgane ciała, przyspieszone oddechy. Ten moment, w którym pierwszy raz od tak dawna wreszcie zrobił to, czego tak naprawdę pragnął. Wyciągnął ku niej ręce, wziął ją, zagarnął dla siebie i tylko dla siebie, mrucząc w wargi Geraldine, gdy stopili się ze sobą w uścisku. I to wystarczało.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#32
01.12.2024, 23:41  ✶  

Zachowywali się tak, jakby nic się nie zmieniło. Trafili do swojego łóżka, w którym spędzali wiele podobnych poranków, tyle, że nigdy nie wydawało jej się, aby cisza była, aż tak bolesna. Nie wyjaśnili sobie nic, nawet nie próbowali. Po prostu pozwolili sobie popłynąć, czy to był odpowiedni sposób postępowania zważając na to, że było między nimi tyle niedopowiedzeń, niewyjaśnionych spraw? Niekoniecznie. Czy się tym przejmowała, niezbyt specjalnie. Była jednak nieco ostrożniejsza niż zazwyczaj, nie chciała nic mówić, jakby się bała, że to może popsuć tę chwilę, moment zapomnienia na który sobie pozwolili. Bała się, że przypadkiem może to spierdolić, chociaż przecież to nawet nie istniało. Nie było niczego, byli po prostu dwójką ludzi w potrzebie, która dążyła do chwilowego ukojenia, bo przecież tylko i wyłącznie ku temu zmierzali. Nie powinna zakładać, że to mogłoby być coś więcej. Nie teraz, już kiedyś przecież snuli wizje o swojej wspólnej przyszłości, która miała trwać do usranej śmierci, śmierć nie nadeszła, a oni nie byli już razem. Tak się zdarzało, czasem historie nie miały mieć dobrego zakończenia, trudno, musiała przywyknąć do myśli, że nie udało jej się tego ogarnąć. Szkoda, że trafiło właśnie na nich, zawsze uważała, że łączy ich coś więcej, coś bardziej trwałego od większości par, coś, czego nie dało się określić słowami, coś nadnaturalnego, nawjwyraźniej oszukiwała sama siebie. Chciała, aby tak było, ale może faktycznie bliżej było temu do przyziemności. Nie powinna wierzyć w to, że istnieje coś więcej. Nie po tym wszystkim.

Nie było sensu się zastanawiać nad tym co mieli, co mogli mieć, a co działo się między nimi teraz. To nie był odpowiedni moment na takie rozmyślenia. Nie chciała się zastanawiać, nie chciała myśleć o powodzie, przez który znaleźli się w tej sytuacji, nigdy nie pomyślałaby, że w ogóle dojdzie do takiego momentu, w którym chociaż przez sekundę będzie myślała o tym, czy zbliżenie się do Roisa było właściwe. Od dawna przecież wiedziała, że może mu ufać, że jest jej, tak łatwo się to wszystko rozsypało. Tyle, że w nocy po raz kolejny udowodnił jej, że był tam dla niej. Nie miał problemu z tym, aby ryzykować swoje własne życie, zapewne kiedyś zapyta go dlaczego to robił, skoro to już dawno przestały być jego sprawy, jak wszystko inne, co jej dotyczyło. Już nie musiał się o nią martwić, musiała robić to sama, co zresztą bardzo nieporadnie próbowała robić.

Chciała dać się ponieść, chciała dać im szansę, może zakończyć to w odpowiedni sposób, bo wtedy, wiosną nie miała takiej możliwości. Nie mogła przygotować się na to, że nic ich już więcej nie będzie łączyło, teraz mimo, że na nowo poznawała jego ciało, to czuła, że musi wszystko dokładnie zapamiętać, bo to pewnie nigdy się już nie powtórzy. Nie będzie takiej możliwości, był to zapewne moment słabości, chwila nostalgii, która się między nimi pojawiła. Nie mogła zapomnieć o tym, że przecież jej nie chciał, odrzucił jej miłość, zniknął z jej życia, w momencie, w którym wszystko wydawało jej się zmierzać w dobrym kierunku. Naprawdę widziała ich razem, do końca życia tkwiących u swojego boku. Teraz wolała nie wracać do tej wizji, bo wiedziała, że nie miała ona racji bytu, już nie.

Nie zmieniało to jednak faktu, że łaknęła jego bliskości. Ich ciała nadal się do siebie przyciągały, nad tym nie mogła zapanować, nie sądziła, że kiedykolwiek jeszcze będzie reagowała na kogokolwiek w ten sposób. Mimo tego, że ją zranił, że złamał jej serce, to nadal w niej było. To jego pragnęła, nikogo innego, nic tego nie zmieniało i nie miało zmienić. Musiała pogodzić się z tym, że zawsze będzie w niej to dziwne uczucie, nie pasowała do nikogo tak bardzo jak do niego.

Jej ciało zaczynało się czerwienić, paliło ją od środka, tego właśnie potrzebowała, zatracała się w tym w pełni, nie próbowała wyznaczać granic, już dawno je przekroczyli, właściwie to w momencie, w którym postanowili znaleźć się w tym miejscu, powinna się bowiem spodziewać tego, że mieli związane z tym domem zbyt wiele wspomnień, które bardzo szybko doprowadziły ich do sytuacji, które działy się w przeszłości. Jakby dla Piaskownicy to co razem stworzyli nigdy nie przestało istnieć, jakby nadal byli tymi samymi ludźmi, którzy pojawiali się tutaj rok temu. Tyle, że czas wcale nie był dla nich łaskawy, miała wrażenie, że i jemu i jej nie służyło życie w samotności, albo się po prostu łudziła, że chociaż trochę, odrobinę cierpiał tak jak ona, że może zdarzyło mu się żałować tego, że postanowił to wszystko zaprzepaścić.

Gdyby miała możliwość na pewno zastanowiłaby się nad powrotem, bo przecież było im razem tak dobrze, może nawet za dobrze, przez co ta strata bolała, aż tak bardzo. Przypominały jej o wszystkich dobrych chwilach te pocałunki, które były pełne namiętności, ręcę błądzące po dwóch już raczej obcych sobie ciałach, chociaż, czy faktycznie tak bardzo obcych? Wiedział w jaki sposób ją dotykać, miał świadomość, co robić, aby sprawić jej przyjemność, szczególnie kiedy ponownie przestali się przejmować wszystkim, co było poza tym miejscem, jakby przenieśli się w zupełnie inny wymiar, gdzie nikt, ani nic nie miało znaczenia. Liczyli się tylko oni i to pragnienie, które zamierzali ugasić.

Nie potrzebowali słów, one nie były im do niczego potrzebne, może kiedyś będą w stanie podzielić się ze sobą tym wszystkim, co leżało im na sercach, to pewnie by pomogło. Nie był to jednak ten moment, ta chwila, która połączyła ich teraz skupiała się na ugaszeniu żądzy, która nie zamierzała zniknąć, odejść niezaspokojona. Nie, żeby Yaxleyównie to przeszkadzało, przestała się przejmować, nie widziała nic złego w spełnianiu chwilowych zachcianek, chociaż, czy to kiedykolwiek było chwilową zachcianką? Nie, najchętniej zostałaby tu z nim na zawsze, trwała w jego ramionach do końca swojego życia.

Miała wrażenie, że trawi ich ogień, ten, który już znała. Wznieciony dawno temu, przez ten rok ugaszony, jednak wystarczyła iskra, aby pojawił się ponownie. Rozprzestrzeniał się błyskawicznie, zaczął wymykać się spod kontroli i ogarniał ich całych, spalał, a później miał spopielić. Tyle, że nie zamierzała się martwić tym, co nadejdzie później. Jej dłonie zaczynały coraz bardziej bezwiednie zaciskać się na jego ramionach, nie potrzebowała nic więcej, wystarczyło jej to, że w końcu znowu miała go dla siebie, że mogli się w sobie zatracić. Usta kobiety zaczęły kąsać szyję Roisa, oddech przyspieszał jej coraz bardziej, tak samo jak rytm serca, które teraz znowu biło dla niego.

Choć wiedziała, że znowu rozsypie się na milion kawałków, zamierzała poddać się temu uniesieniu, wyciągnąć z niego, jak najwięcej mogła, było to trochę egoistyczne, bo po prostu znowu chciała stać się jego, chociaż na tę krótką chwilę. Jakoś poradzi sobie z konsekwencjami, na pewno, zawsze przecież sobie radziła, czyż nie? Tym razem nie mogło być inaczej.

Zwłaszcza, że jej ciało reagowało na niego bardzo intensywnie, to nie mogło być niewłaściwe, skoro tak się zachowywała. Wszystko wydawało jej się świadczyć o tym, że powinni byli to zrobić. Zmrużyła oczy, próbowała jeszcze bardziej się do niego zbliżyć, chociaż chyba nie było to już możliwe, bo przecież ich ciała splotły się w jedno, chciała jednak poczuć Roisa w każdym swoim zakończeniu nerwowym, w każdej komórce swojego ciała, chciała, aby wypełnił ją całą, tak jak kiedyś, jak wtedy kiedy faktycznie coś ich jeszcze łączyło.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#33
02.12.2024, 01:22  ✶  
Słowa wydawały się nie tylko zbędne i niekonieczne, lecz także wrogie i odstręczające. Cokolwiek działo się teraz między nimi mogło runąć dosłownie w przeciągu kilkunastu sekund, gdyby któreś z nich postanowiło otworzyć usta i powiedzieć coś pochopnego, co zburzyłoby tę falującą ciszę. Dopóki milczeli, wszystkie myśli dawały się odsunąć.
Nie było miejsca na wyrzuty sumienia, choć chyba trudno byłoby powiedzieć, że mógłby je kiedykolwiek mieć. Nie w stosunku do tego, co czuł do Geraldine, nie otoczony jej zapachem i z kobiecymi ustami wodzącymi po jego rozpalonej skórze. Nie mógł mieć poczucia winy wobec kogokolwiek, może tylko w stosunku do siebie, lecz zdecydowanie nie za tę chwilę.
To był upragniony moment zapomnienia. Nie mniej, nic więcej. Tylko kradzione wspomnienia z przeszłości odświeżane w teraźniejszości. Minuty, w których poznawał każdy kawałek ciała, które wcześniej znał lepiej niż swoje własne. Mógł to robić, jeśli oboje tego teraz pragnęli, to było jego prawo. Nadane mu przez nich i przez to miejsce. Niezbywalne, nawet jeśli Ambroise wyzbył się wszystkiego innego.
W tej chwili również wszelkich pozostałych granic i zahamowań. Oboje tego łaknęli, chcieli dać sobie to wszystko, więc kimże byli, żeby się ograniczać? To były decyzje dorosłych ludzi, nawet jeśli nie do końca świadome, chaotyczne, kierowane przyzwyczajeniami, wspomnieniami i chęcią znalezienia się w ramionach kogoś, kto obdarzyłby ich swoim ciepłem, nie pytając o nic ani nie wypowiadając żadnego kolejnego słowa.
Wielokrotnie wcześniej bywali w tym miejscu w ten sposób. Przynosili sobie nawzajem cielesną ulgę, wypalając żar i opadając w pościel w błogim zmęczeniu. Odpędzając demony nocy i ponure myśli. Gładząc swe rany, całując skórę wokół mentalnych zranień. Łagodząc wszelkie ciosy a tych tamtej nocy było tak wiele.
Nawet nie chciał myśleć jak blisko był tego, żeby ją stracić.
Liczyło się wyłącznie to, że byli tu we dwoje. Nic więcej. Tylko oni i to, co sobie dawali. Każdy dotyk był jak iskra, która wzniecała coraz bardziej intensywny ogień w jego wnętrzu. Liczyło się tylko to, co działo się teraz. Każdy pocałunek był żarliwy, pełen namiętności, jakby cała ich historia musiała zmieścić się w tych kilku chwilach, bo później nie było im dane. Już nie.
W miarę jak eksplorowali swoje ciała, ich oddechy stawały się coraz szybsze, bardziej urywane zaś ruchy chaotyczne, znacznie intensywniejsze, porywcze i zagarniające. Jego dłonie błądziły po ciele Geraldine. Przygarnął ją ku sobie, palcami badając znajome kontury, które pamiętał z dawnych lat. Zmieniła się, ale pewne elementy nadal tam były. Na tyle, by Roise mógł łudzić, że ona nadal mogła być jego.
W dalszym ciągu instynktownie wiedzieli jak się dotykać, jak pieścić ciało tej drugiej osoby. Aby mógł dać jej to, czego pragnęła, pożądała, o co prosiła swoimi mruknięciami. Czuł, jak jej skóra reaguje na jego dotyk, jak Rina drży pod jego palcami, jakby wciąż miał nad nią ten rodzaj cielesnej władzy nawet po tym wszystkim, co ich rozdzieliło. Ona miała go nad nim.
Skupili się tylko na sobie, na przyjemności, jaką sobie sprawiali i na odczuciach, które ich jednoczyły. Na tę chwilę to wystarczało.
Nie pytał, co będzie później. Na jak długo będą w stanie przynieść sobie ukojenie i ulgę zanim wkradną się w to wszystkie inne, znacznie bardziej posępne, gniewne i mroczne emocje. Zanim pojawi się pęknięcie na szkle. Jedno, drugie i trzecie. Wyrzut i trzask tafli rozpadającej się na drobne ostre kawałeczki.
Zanurzył się w jej błękitnych oczach, próbując dostrzec i uchwycić w nich wszystkie uczucia, które przez lata sobie wzajemnie dawali i gromadzili wewnątrz, patrząc na siebie w sposób, w który tak cholernie pragnął, żeby popatrzyła na niego ten ostatni raz.
Odczuwał jej ciepło, zapach włosów. Tym razem inny, trochę nieznany. Skażony nutą zeszłej nocy, której nie zdążyli z siebie nawzajem dokładnie zmyć, ale przecież mieli na to czas. Jeszcze. Chyba.
Chwilowo skupiał się na ten znajomej woni, na zapachu dymu i lasu, który przenikał go do szpiku kości, sprawiając, że każda chwila wydawała się wiecznością, którą sobie niegdyś obiecywaki. Pragnienie, które ich łączyło, było jak ogień, który płonął w jego wnętrzu, trawił go i pchał ku nieuniknionemu.
Każdy pocałunek był jak iskra, która podsycała ten płomień, sprawiając, że był tu tylko dla niej. Tak długo jak go jeszcze chciała. Spleciony z nią, opleciony jej nogami w ostatnim życzeniu spędzenia ze sobą końca świata. Ich końca świata, bo na zewnątrz życie miało toczyć się niezmącone.
Objął ją mocno, czując, jak jej serce bije w rytmie jego własnego. Chciał w to uwierzyć. Zatracili się w sobie, w tym wyjątkowym momencie, zapominając o wszystkim, co mogłoby ich odciągnąć, wybudzić ze snu na jawie, odebrać ich wspomnieniom. Z każdym ruchem ich ciała zbliżały się do siebie, jakby nie mogły się nasycić.
Z każdym kolejnym pocałunkiem, z każdym bardziej żarliwym dotykiem, ich ciała zbliżały się do siebie z jeszcze większą intensywnością. Pożądanie stawało się wręcz nie do zniesienia, mając tylko jedno ujście. Czuł, jak jej ciało poddaje się jego ruchom, a ich oddechy stają się coraz bardziej splątane, gdy w końcu sięgnęli po swoje, odnajdując w tym wspólne tempo, właściwy stopień zatracenia.
Oparł się nad nią na łokciach, zagarniając jej usta. Zamknął je w głębokim pocałunku, który mógłby wyrazić więcej niż setki chaotycznych słów, które od poprzedniego wieczoru kłębiły się w głowie Ambroisa. Napiął ciało czując dłonie zaciskające mu się na ramionach, pochylając się nad nią jeszcze bardziej. Sięgając jeszcze głębiej. Po nią, po swoje. Po to, co zatracili, ale w tej chwili wydawało mu się, że mogą odzyskać, nawet jeśli tylko przelotnie.
Ostatni raz. Ostateczne pożegnanie z przeszłością. Cieleśnie tworzone epitafium dla tego, co nigdy nie miało umrzeć, jednak najwyraźniej nie mogło żyć tak wiecznie jak oboje tego pragnęli. Potrzebowali zamknąć ten rozdział. Nie mówić, nie żałować, nie siedzieć zatopieni w milczeniu, zmagając się z demonami przeszłości, którymi najpewniej sami dla siebie byli.
Być tu i teraz, tu i kiedyś, tu i później, które trwało tak długo jak byli w stanie oddawać się pożądaniu, nie kwestionując tego, co ich tak nagle ogarnęło. Choć czy tak naprawdę nagle? Ten żar nie wygasł, nawet przyduszony ciężkim woalem wyparcia i odrzucenia. Tlił się nadal gdzieś tam w głębi, w zakamarkach, w które żadne z nich chyba nie było w stanie sięgnąć, żeby całkowicie go zdusić, bo to oznaczałoby ostateczny koniec.
Przynajmniej pragnął łudzić się w tej chwili, że to, że tu ze sobą byli właśnie w ten sposób, zatopieni w swoich ustach i w ramionach, sięgający coraz dalej i głębiej, oznaczało, że ona też nie do końca to wszystko przekreśliła.
Tak, oczekiwał od niej nienawiści. W tamtej ciężkiej, gęstej od gniewu chwili żądał od niej, aby go o tym zapewniła, bo policzek nie był wystarczający. Nieważne jak piekł w twarz, nie był dostatecznie orzeźwiający. Nie zadziałał na niego jak tamten, który dostał znikąd w tej jaskini, do której razem weszli. Nie przyniósł mu ani odrobiny okrutnego sortu ulgi.
Wciąż pamiętał. W dalszym ciągu zdawał sobie sprawę z tego, że cokolwiek mieli przez te wszystkie lata, nadal było jego osobistym piekłem. W dalszym ciągu gdzieś tam się łudził, żałosna cząstka umysłu pozwalała sobie na idiotyczną nadzieję, że jeśli nie teraz to może za kilka lat.
Tyle tylko, że jednocześnie nic nie robił, żeby poukładać swoje życie. Nie próbował zażegnać życiowych kryzysów ani nie zajął się kontrolą i minimalizowaniem poczynionych szkód. Nie spróbował być lepszym człowiekiem, który mógłby jeszcze kiedyś zasłużyć na to, żeby wychylić się ze swojego świata ogarniętego wiecznym zmierzchem i spróbować na nowo odnaleźć się w świetle.
Wręcz przeciwnie. Z uporem maniaka, nawet jeśli sam tego nie dostrzegał, Ambroise parł do przodu, lecz nie ścieżką mogącą zbiegać się z drogą Geraldine, tylko swoim własnym widmowym tropem prowadzącym przez grząskie bagna. Starał się odsunąć od siebie wszelkie nadzieje, mówiąc sobie, że nie tyle nie miał do nich praw od momentu, w którym sam się wyzbył tych przywilejów, bo odszedł. Nie, nie miał ich już znacznie wcześniej. Nie mógł ich odzyskać.
Jeśli była w nim jakakolwiek nadzieja to opuściła go wiele miesięcy temu, gdy usłyszał o tym, że jego ukochana oddała rękę komuś innemu. Nie chciała tego od niego. Spędzili ze sobą wiele lat zanim zdecydował się podjąć próbę przeniesienia ich relacji na ten sam poziom, na który z kimś była w stanie wznieść się po zaledwie parudziesięciu tygodniach po tym jak ich zawsze, na zawsze, do usranej śmierci przestało istnieć.
To zabolało bardziej niż byłby w stanie przyznać przed kimkolwiek a już zwłaszcza przed samym sobą. Wypierał te myśli i gniew. Na nią za to, że tak łatwo jej przyszło znalezienie sobie kogoś nowego, z kim chciała budować wspólną przyszłość w miejsce ich zburzonych zamków na piasku. Na siebie, bo choć życzył Geraldine szczęścia to jednocześnie nie mógł nie czuć na nią złości, stanowczo zbyt często zastanawiając się dlaczego.
Po co z nim była, skoro nie chciała być oficjalnie jego. Czemu podtrzymywała ich relację, mówiła mu, że go kocha i że będą razem do późnej starości, jeśli później była w stanie błyskawicznie wymienić go na inny model. Taki, który najwyraźniej pasował jej tak mocno, że postanowiła dać tamtemu to, czego Greengrassowi dwukrotnie wcześniej odmówiła. I czy byłby trzeci raz, gdyby się wtedy oświadczył? W tamtym pamiętnym listopadzie albo na wiosnę?
Wszystkie dlaczego, czemu i co by było, gdyby były torturą, której Roise wcale nie chciał, ale nie umiał się wyzbyć tych myśli, gdy ciemność powracała do domku w Dolinie. Za każdym razem, gdy spędzał noc sam poza dyżurem albo bez kogoś, kto na godzinę albo dwie (nigdy dłużej) ogrzałby mu łóżko. A więc angażował się w to wszystko - w pracę w szpitalu i w przelotne znajomości, bo tak było lepiej.
Tyle tylko, że lepiej nigdy nie miało oznaczać dobrze, bo dobrze już było. Nie był szczęśliwy w tym nowym życiu, ale świadomie ponosił konsekwencje podjętych decyzji. Nie uciekał przed nimi. Przynajmniej do tej pory, gdy zatonął w cieple i miękkości ciała Geraldine, jakby nigdy nie przestali do siebie należeć.
Tylko pogubili drogę. Poszukiwali jej teraz w tym dotyku i żarze, w dążeniu do wspólnego celu. W pożądaniu nie tylko ciał, bo to, co mieli, czymkolwiek to było, przygasło, lecz nie wygasło. Teraz zapłonęło wręcz palącym żarem.
Nie krył się. Mury runęły, gdy ostatecznie splątali swoje ciała, nie było ich w tej sekundzie i w każdej kolejnej. Przestały istnieć. Wyparły je pocałunki i dotyk, nogi Geraldine owinięte wokół niego i coraz szybszy, urywany oddech. Pomruki i syknięcia, paznokcie na jego plecach, zęby kąsające skórę na szyi.
Pragnienie, które ich łączyło, ogarnęło ich jak bezkresny ocean. Jak fala, która z impetem uderzała o brzeg, jak te cielesne doznania raz po raz wstrząsające ciałem. Sprawiające, że pragnęło się więcej. Więcej, które musiało nadejść.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#34
03.12.2024, 00:16  ✶  

Milczenie było przyjacielem, tak samo jak gesty, które wydawały się mówić wszystko, co mieli na myśli. To wystarczało, nie potrzebowali niczego więcej, było dobrze, nie chciała tego spieprzyć jakimś nieodpowiednio dobranym słowem, a mogło się tak stać. Nie czuła się zbyt pewnie, bardziej jakby stąpała bo bardzo delikatnym lodzie, który mógł pęknąć w każdej chwili i wepchnąć ją w odmęt chłodnego jeziora. Zdecydowanie nie chciała teraz poczuć zimna, wolała sięgnąć po ciepło, które dawał jej Roise.

Nie dało się ukryć, że dążyli do tego samego, byli zgodni w tym, w którym kierunku zmierzali. Świadczyły o tym te wszystkie pocałunki, które sobie kradli, ręcę błądzące po nagich ciałach, które pragneły swojej bliskości. Nie było sensu zastanawiać się nad słusznością tych poczynań, robili to, na co mieli ochotę, nie musieli się nikomu z tego tłumaczyć. No, pewnie później przed samym sobą, ale to nie było istotne.

Chciała po prostu poczuć się przez moment tak jak kiedyś, gdy dane jej było mieć to na co dzień. Wtedy kiedy wracała w podobnych sytuacjach do domu, a on na nią czekał, nie pytał, po prostu zamykał w swoich ramionach i chował przed całym złem tego świata, chciała to poczuć chociaż ten ostatni raz. Wiedziała, że nie wrócą do tego, co mieli, to na pewno nie będzie im dane, pod skórą wszystko mówiło jej o tym, że tamto nie miało już racji bytu, to nie wystarczyło jednak, aby nie chciała brnąć w to, co się między nimi działo. Zamierzała się zatracić zupełnie, przestać przejmować tym, co działo się wokół, bo przecież byli bezpieczni, w tym domu, w swoich objęciach. Czy potrzebowała w ogóle jeszcze czegokolwiek, nie, nie w tym momencie.

Nie zatracili tego czegoś, ich ciała nadal bez mniejszego problemu potrafiły odnaleźć wspólny rytm, nadal wiedziały, w jaki sposób powinny się do siebie zbliżyć, aby przynieść ukojenie. Cóż, niektóre rzeczy pewnie zawsze będą między nimi. Spędzony razem czas robił swoje. Nie dało się tego tak łatwo zapomnieć, nie w sytuacji jak ta, zresztą, zachowywali się, jakby wcale nie opuszczali swojego boku, jakby nadal łączyło ich silne uczucie, czy mogło to być tylko chwilowym gestem, który miał przynieść im ulgę? Nie wydawało jej się, to musiało być coś więcej, to zawsze było coś więcej i nic nie było w stanie tego zmienić. Rozgrycznie, rozczarowanie, czy wszystkie inne negatywne emocje nie miały prawa istnieć, kiedy pragnęli siebie tak mocno.

Ich ciała splotły się ze sobą, znalazły swój wspólny rytm, dążyły do tego, aby ugasić żar, który ich palił. Kimże byli, żeby sobie tego odmawiać? Nie było żadnego powodu, który mógłby ją powstrzymać, zresztą wydawało jej się, że i jego. Nie, kiedy dostrzegała ten znajomy blask w oczach Roisa, brakowało jej tego spojrzenia, starała się je zapamiętać jak najdokładniej, aby móc sobie je przypomnieć, kiedy przykmnie oczy, bo na pewno zamierzała do tego wracać, szczególnie, że spodziewała się, że to się więcej nie powtórzy.

Spełnienie nadeszło, bo jakże mogłoby być inaczej. Miała ochotę szepnąć mu do ucha, że kurewsko go kocha, jak robiła to wiele razy wcześniej, jednak się nie odezwała. Takie deklaracje zdecydowanie nie były na miejscu, nie miały racji bytu. Mogły przynieść tylko zupełnie niepotrzebne zamieszanie, nie chciała, żeby czuł się osaczony. Nie o to jej przecież chodziło. Musiała dać mu przestrzeń, nie mogła tego spierdolić, chociaż czy właściwie było co psuć? No nie, przecież ich nic nie łączyło.

Tyle, czy gdyby ich nic nie łączyło, to czy zsunęłaby się z Roisa powoli, aby następnie przytulić się po prostu do jego klatki piersiowej, by zamknąć oczy i uspokoić oddech? Chciała usłyszeć bicie jego serca. Przymknęła przy tym oczy. Potrzebowała odpoczynku, zdecydowanie, była tego świadoma.

Sporo przeżyli, nie zamierzała jeszcze stąd odchodzić, chociaż wiedziała, że przed tym nie ucieknie. Pożegnanie było konieczne, prędzej, czy później, mogli je tylko nieco odsunąć w czasie. Póki mogła, zamierzała więc jeszcze chociaż przez chwilę korzystać z tego, że znajdował się na wyciągnięcie ręki i jeszcze nie miał zamiaru stąd odejść.

Nie odzywała się nadal ani słowem, nie było sensu tego robić. Zamknęła po prostu te oczy, nie myślała o tym, co się wydarzyło przed chwilą, ani jeszcze wcześniej, bo nie było sensu się na tym skupiać. Zwłaszcza, że czuła, że jej powieki robiły się naprawdę ciężkie. Nie była w stanie ich otwierać. Nie ma się co dziwić, bo i noc i poranek okazały się być bardzo intensywne, zarówno fizycznie, jak i mentalnie. Dawno tyle nie przeżyła, bez większego oporu więc pozwoliła sobie zapaść w sen, w jego ramionach, to nie było nic trudnego. Robiła to przecież wcześniej wiele razy, przy nim czuła się bezpiecznie, wiedziała, że jej nie skrzywdzi, wiedziała, że mogą tutaj odpocząć bez zastanawiania się nad tym, czy ktoś przypadkiem ich nie nawiedzi. W końcu to była ich bezpieczna przystań, ostoja. Ich miejsce na ziemi. Wiedziała, że nie ma prawa się tutaj pojawiać bez niego, to co się między nimi wydarzyło tylko ją w tym upewniło, Piaskownica miała być ich zawsze, na zawsze, więc jeśli faktycznie nie miało ich nic łączyć to i jej będzie musiała się pozbyć. Zagarnięcie tego miejsca tylko dla siebie nie było właściwe, nie mogła tego zrobić. Zajmie się tym pewnie w niedalekiej przyszłości, na pewno o tym nie zapomni, nie po tym, co po raz kolejny tu przeżyli. Wiele to dla niej znaczyło, czuła, że może wreszcie będzie się w stanie pogodzić z tym, że postanowił ją zostawić, jeśli kogoś kochasz powinieneś dać mu to, czego potrzebował, a najwyraźniej Ambroise nie chciał mieć jej u swojego boku. Nie miała zamiaru już więcej tego negować, musiała się z tym pogodzić, chociaż to bolało. Znowu bolało. Sama świadomość tego, że nie chciał mieć z nią nic wspólnego, oddał jej nawet ich dom.

Dosyć szybko skończyła się ta burza myśli, bo przyszedł sen, który miał ukoić zmęczenie, pomóc się jej nieco zregenerować. To zdecydowanie była najlepsza z możliwych opcji, szczególnie w jego ramionach. Gdy wstanie pewnie będzie się martwić tym powrotem do przeszłości, a może nie? Kto ją tam wiedział, pewnie sama nie miała pojęcia, co podsunie jej umysł.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (28020), Geraldine Greengrass-Yaxley (22904)


Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa