• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[03.09.1972] Seasons don't fear the reaper || Ambroise & Geraldine

[03.09.1972] Seasons don't fear the reaper || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#11
18.01.2025, 01:32  ✶  
Gdyby dostrzegł sposób, w jaki drgnął jej kącik ust i w którym momencie stało się to po raz pierwszy, pewnie nie powstrzymałaby się przed wywróceniem oczami. Z pewnością byłby w tym trochę nazbyt ekspresyjny, może odrobinę zbyt teatralny, żeby pokazać dziewczynie, jak brzydko sobie z nim teraz pogrywała.
Nigdy nie założyłby, że musiał ujmować sobie, aby ją rozbawić, aby na chwilę odsunąć jej myśli od mroków nocy. To z pewnością była jakaś technika, ale gdyby ją odkrył, pewnie zareagowałby na to w bardzo pobłażliwy sposób. Może nawet z politowaniem. Tym bardziej, że poniekąd pasowało to do jego opinii na temat tego, co obecnie czuła do niego przez większość czasu.
Tak się jednak złożyło, że przymknął wtedy oczy, starając się przetrzymać falę mdłości i łupania w czaszce, toteż machnął ręką (i to tylko metaforycznie, bo nie chciał wypuszczać jej z objęć) na słowa o tym, że wiedziała jak to u niego wygląda. Tak, tutaj rzeczywiście niewiele się zmieniło. A nawet jeśli to w dalszym ciągu starał się podtrzymywać wrażenie tak pewnego siebie, że to aż bolało. Innych, nie jego.
On nigdy nie świecił wyjątkowo mocnymi skłonnościami do introspekcji. Wręcz przeciwnie - zazwyczaj brał świat w bardzo specyficzny sposób, bo nie lubił czuć się jak idiota czy jak ktoś, od kogo za chwilę ktoś mógłby chcieć udowadniania własnej wartości. Dostatecznie często musiał to robić.
Czy jako syn swojego ojca (albo raczej matki, obojga zamieszanych), czy w towarzystwie czystokrwistych rodów, czy w szkolnej drużynie, czy w Mungu na początku stawiania pierwszych kroków na ścieżce kariery. Na Nokturnie i na Ścieżkach. Wszędzie na jakimś etapie musiał wykazać się wyjątkowo hardą pewnością siebie i chyba po prostu tak mu zostało. Wybierał tę wersję, nie chciał, by było inaczej.
Nie zamierzał mówić komukolwiek o tym, że w ostatnim czasie coraz częściej kwestionował własne zdolności radzenia sobie z nową rzeczywistością. Że częściej niż rzadziej czuł, że czegoś mu brakowało. Że tylko ślizgał się od punktu a do punktu b, nie osiągając po drodze nawet połowy tego, czego pragnął i na co sądził, że zasługuje. Toteż bywały momenty, kiedy zastanawiał się, czy w istocie na to zasługuje.
I czasami musiał powiedzieć sobie nie. Dokładnie tam, gdzie najbardziej pragnął, by wybrzmiało tak.
W ich domu, w swoim starannie budowanym życiu, we własnym ogródku z tyłu domu i na plaży. W przytulnym salonie z kominkiem. W powoli nagrzewającej się sypialni. W pustym pokoju, który już nigdy nie miał przyjąć podświadomie przeznaczonej mu roli. W kuchni, w której wkrótce znów miał osiąść kurz. Na materacu, na którym teraz siedzieli - objęci w ciasnym, ciepłym uścisku, który też musiał się skończyć.
- To brzmi całkiem nieźle - przyznał, odnosząc wrażenie, że powoli, bo powoli, jednak osiągali ten wcześniejszy stan.
Nie ten z poprzedniego dnia. On nie miał już wrócić. Ta błogość zniknęła gdzieś pośrodku nocy. Poranek przyniósł bolesną trzeźwość, ale przynajmniej mogli spróbować osiągnąć przy tym coś na kształt spokoju. Melancholijnego, pasującego do dwójki ludzi, którymi teraz byli.
- Nic a nic - spróbował przebić się przez tę powracającą nostalgię, podejmując temat. - Bo ja też nic nie muszę? - Lekką ręką przyszło mu wypowiedzenie tych słów zamiast stwierdzenia, że była to ta jedna rzecz, jaką musiał robić.
Musiał ją lubić. Nie potrafił czuć w stosunku do niej niczego innego, nawet jeśli starał się od niej zdystansować, nawet jeśli usiłował wmawiać sobie, że jest na nią zły i nic ich już ze sobą nie łączy. Nawet wtedy, kiedy go irytowała, w dalszym ciągu głęboko w sercu ją lubił. A to było naprawdę wiele, bo przecież można było kogoś kochać i go nie lubić, to też wchodziło w grę.
Tyle, że nie w tym przypadku. Tutaj to było dla niego bardzo jasne. Zależało mu na niej, uważał ją za właściwą, za dobrą osobę. Nic nie mogło tego zmienić.
Nawet to, że nie chciała się przed nim otworzyć. Odtrąciła jego wyciągniętą dłoń. To zapiekło, zabolało, bo nie był do tego przywykły. W przypadku dopplegangera też nie chciała jego pomocy, jednak tam miał powody, by się uprzeć. W końcu chodziło o fizyczne zagrożenie. Tutaj? Nie był w stanie siłą wedrzeć się do jej mózgu. Nie chciała go tam wpuścić.
Nie podważył tego. Nie zamierzał. W każdym innym momencie pewnie w jakiś sposób spróbowałby nakłonić Geraldine do mówienia, ale teraz podświadomie nie chciał rozgrzebywać jej ran, jeśli później nie mógł ich zaleczyć. Nie chciał drążyć w czymś, czego nie dało się jednorazowo przesmarować maścią dającą nie tylko ukojenie czy ulgę, lecz także ostateczne rozwiązanie problemu.
To było trudne acz prawdziwe - nie mogli sobie pomóc z wzajemnymi demonami, musieli sami z nimi jakoś żyć. To była ich ścieżka. Teraz jeszcze przez chwilę wspólna, lecz prędzej czy później mająca ponownie rozdzielić się na dwie osobne drogi.
Kiwnął głową. Nie odezwał się, bo kolejny raz z rzędu zabrakło mu słów. W ostatnich miesiącach to zdarzało się zatrważająco często. Człowiek mający odpowiedź niemalże na wszystko nieświadomie ustępował miejsca osobie, która po prostu zamykała usta i wzruszała ramionami. W dalszym ciągu walczył z rzeczywistością, ale co to była za walka?
Przez większość czasu to było po prostu dobieranie kolejnych masek. Szczególnie tej, która tak bardzo przylegała do jego twarzy, że niemalże się nią stała. Ale nie chciał o tym myśleć. Nie teraz. W tym momencie nie chodziło o niego i nawet on nie zamierzał robić z tego własnego przedstawienia.
Wbrew pozorom zbyt mocno mu na niej zależało. Tylko przy niej jednej był w stanie ująć sobie bez poczucia, że sobie ujmuje, biorąc to raczej jako żart, jako próbę rozluźnienia atmosfery. Tylko przy niej potrafił być tak lekko samoświadomy. Sama go tego nauczyła. Wiedziała o tym czy nie.
- Widzisz - zaczął, unosząc brew i posyłając dziewczynie pierwsze trochę bardziej żywe spojrzenie; być może w dalszym ciągu pozbawione błysku w oczach, lecz tym razem z uniesieniem kącików ust w przekornym wyrazie. - Śmiem to teraz kwestionować - gdyby nie to, że nie chciał przestawać jej do siebie przytulać, pewnie wyciągnąłby ku niej palec - tuż przed jej nos, bardzo oskarżycielsko. - Geraldine Yaxley, ty mnie nie cierpisz. Działam ci na nerwy. Cholernie, kurewsko działam ci na nerwy i wiesz, co? Ty mi też - mimo wypowiadanych słów, ton głosu Ambroisa był całkowicie pozbawiony wyrzutu czy gniewu, paradoksalnie, wskazywał na coś zupełnie przeciwnego.
To go bawiło. Może nie w momencie, w którym się działo, bo wtedy na ogół był już tylko naprawdę zirytowany. Jednak z perspektywy czasu to wyglądało zgoła inaczej. Dużo bardziej zabawnie. Zwłaszcza, gdy oboje jednocześnie mieli świadomość, jak bardzo ich ku sobie ciągnie. Przeskakiwali od skrajności w skrajność, neutralność w istocie nie była im pisana.
To mogło być przykre. Przez większość czasu rzeczywiście było, bo skoro nie mogli być tuż obok siebie, łącząc wspólną rzeczywistość, przeżywając razem to wszystko, co zsyłał na nich los to powinni chociaż móc reagować na siebie bez bólu w sercu. Bez tych wszystkich gwałtownych emocji. Bez ciskania w siebie gromami i nie tylko, bo jak do tej pory ciśnięte zostały też kwiaty i torba z krwią - bardzo ciekawe połączenie.
A jednak w tym momencie to było na swój sposób zabawne. Trochę pełne rozgoryczenia, odrobinę desperacko śmieszne, a jednak. Szczególnie, że w tym momencie miał tak morderczego kaca, że wszystko było dla niego naprawdę przerysowane. Czy to w jedną, czy to w drugą stronę. Słowa Geraldine wydały mu się zaś tak absurdalnie, że naprawdę nie mógł zareagować na nie inaczej niż tylko parsknięciem.
Tak właściwie to przecież Cię lubię, całego, z tym wszystkim, co tam w Tobie siedzi było największą bujdą, jaką usłyszał podczas ich wspólnego pobytu w Whitby. Szczerze nie sądził, że była w stanie przebić to czymś innym. Nie, gdy doskonale pamiętał te wszystkie jej reakcje podczas urodzin Fabiana, wtedy na mugolskim cmentarzu czy w Dolinie Godryka albo podczas wędrówki przez las w Snowdonii. Ziała jednoczesnym ogniem i chłodem nawet poprzez listy, które mu wysyłała.
Tak właściwie to jedynym momentem, kiedy tego od niej nie odczuł (nie mówiąc o ich wspólnych chwilach na plaży czy tu w tym domu) było tamto pierwsze od miesięcy spotkanie w barze na Carkitt Market, ale wtedy była najebana. Prawdopodobnie równie mocno, co wczoraj na dywanie. Najwyraźniej tu leżało sedno polepszenia ich relacji - musieli być nawaleni w trzy dupy, by niekwestionowalnie móc się lubić.
- Nie wmówisz mi, że jest inaczej. Wiem, że gdybyś mogła to co najmniej kilka razy strzeliłabyś już do mnie z kuszy - nie mówił o tym, czy miała ku temu właściwe powody, bo nie o to teraz chodziło.
Nie chciał zagłębiać się w te aspekty, które czyniły jego założenia prawdziwymi lub błędnymi. Analizować, z czego wynikało to, że w istocie naprawdę nie dało się ukryć, że działa jej na nerwy. Nie. Teraz po prostu musiał postawić na swoim zgodnie z tymi pierwszymi słowami - były rzeczy, których w nim nie lubiła. Były i z pewnością miała ich całą listę, każdy powód bardziej wydumany od poprzedniego. Wszystkie brzmiące z tym jej walijskim akcentem.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#12
18.01.2025, 21:32  ✶  

To nie tak, że chciała z nim pogrywać, nie spodziewała się jednak, że będzie gotowy sięgnąć po takie argumenty, aby ją pocieszyć. Nigdy nie czuła się specjalnie nietypowa, oni razem byli wyjątkowi, osobno, Roise pewnie tak, ona niekoniecznie, zwłaszcza nie teraz, kiedy miała w głowie ten cały mętlik z którym nie mogła sobie poradzić.

Jasne, czuła się pewnie w niektórych dziedzinach, w których była faktycznie biegła, ale łączyło się to z wieloletnim udowodnianiem, że zasługuje na to, aby inni brali ją na poważnie. Sporo ją to kosztowało, ale pewnie dzięki temu ciągle stawała się silniejsza i brnęła do przodu, przynajmniej fizycznie.

To co działo się w jej wnętrzu aktualnie było drogą raczej ku upadkowi. Nie czuła się pewnie, nie potrafiła podejmować racjonalnych decyzji, raczej działała po omacku i to ją okropnie irytowało. Nie była pewna tego, czego może się spodziewać, bo nic nie było jasne. Gubiła się w świecie, w którym przyszło im żyć. Zapewne nie była jedyna, bo przecież trwała wojna, pojawiały się istoty, które potrafiły bardzo szybko odbierać życia, do tego jej brat umarł, później narodził się na nowo, a drugi okazał się nigdy tak naprawdę nie istnieć. Teraz dochodziło widmo utraty wspomnień przez Roisa, zastanawiała się ile jeszcze jest w stanie wytrzymać i kiedy przestanie dawać sobie radę, właściwie już teraz nie do końca jej to wychodziło. Nigdy jeszcze nie czuła się taka zagubiona jak teraz. Nie sądziła też, że to szybko się zmieni, konflikt się zaogniał, raczej zmierzał ku gorszemu, nie, żeby zmieniało to jej podejście - nadal uważała, iż nie jest to jej walka, ale mogliby wreszcie dać sobie spokój, a przede wszystkim im dać spokój, aby mogli żyć tak jak dawniej.

- Tak, też tak sądzę, nawet lepiej niż nieźle. - Nie, żeby to było coś czego oczekiwała, ale skoro nie mogła mieć niczego więcej, to na tym wolała się zatrzymać. Musieli wykorzystać ten czas odpowiednio, skoro już go sobie dali. Nie miała pojęcia, czy dobrze robiła, zdawała sobie sprawę z tego, że obudziła w sobie te wszystkie uczucia, które tkwiły bardzo głęboko, po które nie chciała sięgać, ponownie powinna je zakopać, kiedy stąd odejdą, ale zauważała jak jej tego brakowało. Ich - razem. To też było przykre, bo wiedziała, że to nie będzie nic znaczyć, chociaż chciałaby, aby było inaczej. Nie miała jednak na to żadnego wpływu, co też ją zaczęło przygnębiać. Obawiała się, że znowu, zupełnie niepotrzebnie dokładała sobie kolejnych zadrapań, chociaż bez sensu było nad tym teraz dywagować. Podjęli wspólną decyzję, chcieli dać sobie ten czas, tyle. Później, później wszystko wróci do tej chujowej normy, z którą musiała sobie radzić przez ostatnie półtora roku.

- Oczywiście, żadne z nas nic nie musi. - To było chyba ich mottem życiowym. Powtarzali sobie to od zawsze, trzymali się tej dewizy od lat. Nie byli osobami, które przyjmowały cokolwiek, co było im narzucane, wręcz przeciwnie, miała wrażenie, że negowali wszystko, co ktoś próbował na nich wymusić.

Przewróciła oczami słysząc jego kolejne słowa. Powstrzymała się jednak przed głośnym westchnięciem, żeby jeszcze bardziej go nie irytować. - To nie tak, że Cię nie cierpię. - Może czasami? Zdarzało jej się darzyć go takimi uczuciami. Szczególnie, kiedy zaczynał się miotać, mówił jedno, robił co innego po to, żeby ochronić ją chuj wie przed czym, bo przecież wcale nie musiał korzystać z tego argumentu, bo przecież jakoś sobie sama ze wszystkim radziła, więc w jej matematyce, gdyby byli w czymkolwiek razem, to radizliby sobie jeszcze lepiej, czego nie zamierzał zaakceptować, nie wiedzieć czemu. - Czasem, może trochę, ale to nie do końca takie proste. - Miała problem, żeby nie reagować na niego w żaden sposób, nie potrafiła przechodzić obok obojętnie, więc kiedy się rozeszli wybrała najprostszą opcję z możliwych, starała się udowodnić mu jak bardzo go nie znosi, jak bardzo ją irytuje, jak bardzo wkurwiało ją to, że pozwalał sobie na nią patrzeć, interesować się jej sprawami. W końcu sam zadecydował o tym, że ma się w to nie mieszać, a później robił coś zupełnie innego.  Tak było prościej.

- No i wiecznie, wszystko kwestionujesz. - Jakby ten jeden raz nie mógł się z nią zgodzić, to też ją wkurzało. Zawsze miał coś do powiedzenia.

To nie tak, że wszystkie te emocje były prawdziwe, w sumie sama nie miała pojęcia, które były. Nie dało się kwestionować tego, że go kochała, tego była pewna, ale w tym wszystkim i po tym wszystkim bardzo trudno było jej próbować zachowywać się w inny sposób. Próbowała trzymać się z daleka, udowadniać mu, że nie chce mieć z nim nic wspólnego, bo nie chciała znowu się zawieść. Jak widać wystarczyła jedna chujowa sytuacja, żeby zmienić jej podejście, dopuściła do tego, czego tak bardzo się bała, i teraz nie było już odwrotu. Wiedziała, że znowu będzie cierpieć, że się sparzy, bo przecież niczego jej nie obiecywał - wręcz przeciwnie, raczej sugerował, że nic z tego nie będzie, a i tak w to wdepnęła. Brakowało jej go, mogła wyjść na desperatkę i wcale nie była z tego dumna, ale tym będzie się martwiła kiedy w końu opuszczą Piaskownicę.

- Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak wiele razy miałam chęć to zrobić. - Szczególnie wtedy, gdy zobaczyła go na urodzinach Fabiana, pozostała jednak przy ciskaniu piorunami z oczu, bo nie mogła sobie pozwolić na nic więcej. Musiała trzymać fason, chociaż przychodziło jej to bardzo trudno. Wiele razy miała chęć zrobić mu krzywdę za to, co on jej zrobił. Szczególnie, kiedy nie znała przyczyny, nie żeby teraz wiedziała dużo więcej, ale trochę jej się zaczęło to zarysowywać. - Swoją drogą, co do kuszy, to wreszcie się to stanie, bo przecież wisisz mi robienie za ruchomy cel. - Tak, nie zamierzała o tym zapomnieć. W końcu wczoraj wygrała ich mały wyścig, musiała mu jeszcze udowodnić, że jest w stanie wyczarować wyjątkowo silne liny, no i jabłko, powinna je w końcu zorganizować.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#13
18.01.2025, 23:26  ✶  
Nie chciał być nieszczery z Geraldine. Zresztą przecież miał świadomość, że ilekroć próbował ukrywać przed nią choć część prawdy, prędzej niż później wszystko i tak wypływało na wierzch. Ostatnią rzeczą, jakiej oboje potrzebowali było zaś to, aby szambo jeszcze bardziej wybiło. Już i tak nie było dobrze.
Odszedł, bo musiał. W dalszym ciągu czuł, że to była jedyna możliwość, nie mógł podjąć żadnej właściwszej decyzji niż ta, wedle której postąpił. Długi czas miotał się to w jedną, to w drugą stronę, nie radząc sobie z koniecznością posunięcia się do tak drastycznego kroku.
To nigdy nie było łatwe. Nie miało być. Nawet teraz po tylu minionych miesiącach, bo rany tak naprawdę nigdy do końca się nie zasklepiły. Czas nie mógł ich zaleczyć - to była bujda, którą powtarzali sobie desperaci, bo upływ dni jedynie uczył żyć jakoś z bólem.
Wycierać krew, gdy kapała zbyt intensywnie, barwiąc wszystko szkarłatem. Nie krwawić na ludzi dookoła, kryjąc swe obrażenia pod warstwami eleganckich, doskonale skrojonych ubrań. Aż dziwne, że przez ten cały czas nie zmienił sposobu, w jaki się nosił, ale ta czerwień była przecież wyłącznie metaforyczna.
Nawet jeśli czasami łapał się na mimowolnym spoglądaniu w kierunku własnej piersi, szczególnie po gwałtownej pobudce z koszmarów. Nie dostrzegał tam dziury ziejącej pustką, widoku wnętrzności bokami wypływających na wierzch. To było podskórne, mentalne wrażenie, niefizyczny ból.
Paradoksalnie coś znacznie bardziej zgubnego, bowiem nie dało się go zaleczyć. Nie istniał żaden sposób na zaangażowanie ran, które istniały wyłącznie w jego głowie. Nie mogło tego zmienić nawet to, co teraz robili. Nie dawali sobie nadziei a on nie chciał pozwolić sobie na to, aby dopuścić do siebie myśl, że może być inaczej.
Nieważne, co mówiła Geraldine. Ambroise miał swoje zdanie. Tak długo trwał we własnych przekonaniach, że nie zmieniłby ich tak po prostu - nawet wtedy, gdyby przez dłuższy czas było po prostu dobrze. Wiedział, że nieustannie wyłącznie czekałby na kolejne uderzenie, bo wiedział, że musiałoby nadejść. Zawsze nadciągało. Życie udowodniło mu to zbyt wiele razy, by wierzył w zmiany narracji.
Nie mogło być lepiej, bo chcieli, aby było lepiej. Dobre intencje były niczym wobec tej nowej brutalnej rzeczywistości. Wobec tej starej zresztą też. Pod tym względem naprawdę niewiele się zmieniło. Jeszcze w czasach, na które Greengrass patrzył przez pryzmat nostalgii i melancholii (i miał tę świadomość) miewali problemy związane z jego odległymi decyzjami. Z czymś, o czym nie myślał, gdy robił to po raz pierwszy. Z czymś, co po latach eskalowało tak mocno, że...
...nie mógł. Nieważne, czego chciał. Nie mógł. I nawet jeśli jednocześnie nie był w stanie poradzić sobie z rozstrzałem oczekiwań wobec życia a tego, co obecnie się z nim działo, nie zamierzał obecnie ziać tym w kierunku Riny. Zrobił to dostatecznie dużo razy, by teraz tego nie chcieć.
Tym bardziej, że miał świadomość, że nie jest w stanie zmienić toru lotu części rykoszetu, którym wciąż uderzały w nią jego chujowe posunięcia. Choćby to, co miało miejsce teraz w tej chwili. Fakt, że nie mógł, nie potrafił, nie umiał powiedzieć jej, że czymkolwiek jest to, co targało nią nad ranem, poradzą sobie z tym razem, wspólnie.
Nie chciał być aż takim kłamcą. Mógłby to zrobić, pewnie nawet na ułamek sekundy udałoby mu się przekazać to w taki sposób, że z odrobiną własnej woli byłaby mu w stanie uwierzyć. Tyle tylko, że co miałby zrobić później? Nie chciał jej zwodzić.
Sięgał po najszczerszy, nawet jeśli jednocześnie najbardziej bolesny rodzaj prawdy. Nie ma nic poza murami tego domu. Nic, co mogłoby dla nas istnieć - może ujmował to na tysiące różnych sposobów, lecz przekaz zawsze brzmiał jednakowo.
I zawsze tak samo bolał. Wydzierał dziurę w piersi, wywlekał flaki na zewnątrz i to nawet nie po to, by z nich wróżyć. Przyszłość była już określona. Nie potrzebowali sięgać głębiej, aby poznać własne przeznaczenie. Nie musieli sięgać po słowa wróżbitów, by wiedzieć, co na nich czeka.
Nic. W istocie nic na nich nie czekało. Był o tym święcie przekonany. Nie musiała mu w to wierzyć, bo było dokładnie tak jak powtarzali za każdym razem. Nic nie musieli. Ponownie uśmiechnął się pod nosem na słowa Geraldine - dokładnie to miał na myśli.
On nie musiał jej lubić (ale w dalszym ciągu świadomie wybierał to robić, to i nie tylko to), ona nie musiała wierzyć jego słowom (ale przynajmniej powinna zaakceptować jego decyzję). Oboje mieli niezmiernie dużo wolnej woli. Zazwyczaj wybierali korzystanie z niej w tym samym celu, nawet nie musząc się nad tym zastanawiać.
Stawanie nie tyle po drugiej stronie barykady, co na zupełnie innym lądzie było dla nich zupełną nowością. To nie był już ten otwarty konflikt. Nie było to, co przeżywali między sobą niemalże przez cały sześćdziesiąty piąty. Ani to, co działo się od tamtego maja niemalże do początku września. Zaledwie do dwóch dni temu.
Nieświadomie, lecz chyba wyszli z tej przestrzeni. To nie była wrogość, to nie była obojętność, nie była to przyjaźń ani sojusz. Nie było to coś, czego mogliby chcieć. Ambroise w istocie nie miał pojęcia, czym to było, jeśli nie smutkiem i powolną próbą pozwolenia sobie nawzajem na to, czego brakowało im przez ostatnie półtora roku.
Nie na miłość. Na akceptację.
Wiedział, że w rzeczywistości wcale nie było tak jak powiedział. Nie nie cierpiała go przez większość czasu. Tak, to było dużo bardziej skomplikowane. Nie tak proste jak słowa, do których sprowadzał jej reakcje na niego. Mimo to ponownie uśmiechnął się do niej z przekorą, podejmując temat.
- Myślałem, że jesteśmy ze sobą szczerzy - zauważył nie bez prowokacyjnego uniesienia brwi. - Ani czasem, ani trochę nie pasują do tego stanu, tym bardziej, jeśli wielokrotnie chciałaś mnie zabić - tak, oczywiście, że miał to kwestionować.
Taki już był, nie? Lubił podważać niektóre fakty. Słowa rzucane w jego kierunku. Często wyłącznie dla samej przyjemności robienia tego. Bez żadnego szczególnego czy głębszego celu. Jednak teraz ten mu przyświecał - odwracał uwagę Geraldine, przekierowywał ją gdzieś indziej i jak na ten moment chyba mu to wychodziło.
Potrząsnął głową, próbując się nie uśmiechnąć.
- Ach tak? - Dokładnie tak, kwestionował nawet jej słowa o tym, że wszystko kwestionował.
Nie mógł się przed tym powstrzymać, szczególnie słysząc ten kolejny tekst, przez który niemalże zadławił się własną śliną, nijak nie spodziewając się tej przypominajki.
Nie, nie, nie. Nawet nie było takiej mowy.
- Wisi - zaczął, kolejny raz kręcąc głową - I powiewa, prawdę mówiąc. To spełnianie warunków zakładów zawieranych po pijaku. Tym bardziej, że mnie rozpraszałaś. Nie wygrałaś uczciwie - i normalnie by jej na to przyklasnął, bo uczciwe wygrane były dla frajerów; no, ale...
Nie. Po prostu nie. Po jego trupie.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#14
19.01.2025, 00:22  ✶  

Nie służyło im ukrywanie przed sobą prawdy. Prędzej, czy później ona zawsze miała ich dosięgnąć. Nie oczekiwała więc od niego obietnic, których nie mógł spełnić, wtedy cierpiałaby zdecydowanie bardziej. Dobrze było mieć świadomość na co się pisze, chociaż może to odrobinę bolało, szczególnie, gdy ona sama raczej wolałaby czegoś więcej. Nie mogła mu jednak zarzucić tego, że jej nie uprzedził, jasno określił to, czego potrzebuje, na co liczy. Nie było w tym mowy o żadnej, wspólnej przyszłości. Wypadałoby się z tym pogodzić, nie marzyć, nie myśleć o tym, co by było gdyby - bo to nigdy nie miało się spełnić.

Może to było przykre, ale przynajmniej świadomie wchodziła w to, co między nimi się teraz działo. Nie umiała tego nazwać, nie widziała, czym było, ale akceptowała taką sytuację. Nie zamierzała oszukiwać siebie samej, pragnęła jego bliskości, bez względu na koszta. Brakowało jej Roisa w tym szarym, smutnym życiu. Miała nadzieję, że wyciągnie z tego jak najwięcej, że może jakoś pomoże jej to przetrwać ten najbliższy czas. Później pewnie da sobie chwilę, aby jakoś poukładać to w swojej głowie. Jeszcze bowiem nie miała pomysłu w jaki sposób to ugryzie. Nie chciała wymazywać z pamięci tych chwil, które ostatnio sobie dali. To było całkiem miłą odmiana po tym, co działo się między nimi jeszcze kilka dni temu. Dobrze było wiedzieć, że nadal była dla niego kimś, zwłaszcza, że nie spodziewała się tego, nie po tym w jaki sposób ją opuścił.

Niby coś jej się rozjaśniło, ale nadal nie widziała konkretów. Wspominał jej w tej rozmowie, tej nieco wymuszonej, kiedy wlała w niego miksutrę, którą znalazła w ich spiżarce, że problem był dosyć mocno zakorzeniony, że decyzje, które kiedyś podjął nadal miały ogromny wpływ na jego życie. Nie widziała w tym problemu, była gotowa się w to zaangażować, tyle, że nie mówił nigdy o tym nic więcej, trzymał ją od tego z daleka, chociaż wcale nie musiał tego robić. Nie była jakąś pierwszą, lepszą niedoświadczoną podlotką, potrafiła sobie radzić z różnymi problemami, była gotowa walczyć z nim ramię w ramię o to, aby się od tego uwolnił. Miała bowiem wrażenie, że zaczęło mu to ciążyć, dlaczego więc by tego nie przerwać? Zawsze można było znaleźć jakieś rozwiązanie, wystarczyło tylko dobrze poszukać.

Nie mogła jednak walczyć z nim. Nie chciał jej w to angażować, a więc była na straconej pozycji. Może i mogłaby sama nieco powęszyć, nie sądziła jednak, że uda jej się wyciągnąć z ludzi zbyt wiele informacji. Jasne, bywała na Nokturnie, miała swoich znajomych, ale nie sądziła, że to by wystarczyło, a szkoda. Może powinna powęszyć nieco głębiej. To była kolejna rzecz, którą wypadałoby dopisać do jej niekończącej się listy problemów, którymi powinna się zająć. Nie miała pojęcia, jak mogłaby cokolwiek priorytetyzować, kiedy wszystkie wydawały się być bardzo palące.

- Jak najbardziej, jesteśmy ze sobą szczerzy Roise, to przecież oczywiste, prawda? - To, że nie chciał jej powiedzieć pewnych rzeczy nie wiązało się przecież z nieszczerością, po prostu ukrywał prawdę, czyż nie? Dostrzegała to, nie zamierzała dalej drążyć interesujących ją tematów, bo to nic nie dawało. Był jak ściana od której się odbijała, a uderzyła w nią już zbyt wiele razy, aby próbować po raz kolejny, musiała znaleźć inny sposób aby do niego dotrzeć.

- Myślę, że gdybyś znalazł się na moim miejscu, to również miałbyś na to ochotę. - Nie, żeby to coś zmieniało, bo to tylko świadczyło o tym, jak irytowały ją jego niektóre zachowania. Mimo wszystko zawsze starała się widzieć raczej te bardziej pozytywne strony mężczyzny, gdyby był taki okropny to przecież nie byłaby w nim zakochana, nie nadal, a ciągle czuła wobec niego te wszystkie uczucia. Plątały się czasem, złość potrafiła przejmować nad nią władzę, zresztą miał szansę to zobaczyć, nie, żeby była z tego jakoś bardzo dumna, ale co się stało to się nie odstanie.

- Tak, nadal to robisz. - Wspomniała, jakby tego przypadkiem nie zauważył, chociaż była niemalże pewna, że robił to celowo. Taki już był. Ciągle się zachowywał w ten sposób, nie znali się przecież od dzisiaj.

- Chciałabym, żebyś kiedyś nie myślał tak wiele. - Wtedy byłoby zdecydowanie prościej, gdyby mogli po prostu pozwolić sobie połynąć. Niby teraz to mieli, może nie w tej chwili, wczoraj - tak wczoraj pojawił sie moment, w którym żadne z nich nie skupiało się na konsekwencjach ich czynów i to przyniosło im całkiem przyjemny dzień. Dzisiaj już było gorzej, bo niepotrzebnie zaczeli myśleć o tym wszystkim, jakie to było proste, odpuścić, przestać się przejmować, szkoda, że to nie mogło zadziałać w ich przypadku.

Drgnęła jej dolna warga, tego się nie spodziewała, a może powinna? Nie spodobało jej się to podejście, że niby po pijaku się nie liczyło? Dobre sobie. Ciekawe, czy mówił to samo tym wszystkim laskom, które posuwał, kiedy próbował się wyładować, nie, żeby jej wspominał o tym, co robił w wolnym czasie, to bardziej było założenie podsunięte jej przez poświadomość, bo przecież robiła to samo.

- Sam nie grałeś fair, więc wszystko się zeruje. Nie spodziewałam się, że tak łatwo przyjdzie Ci zrezygnować z danego słowa. - Nawet po pijaku, umowa była umową, a teraz próbował się z niej wymigać? Jak on mógł.

- Jestem rozczarowana Roise, okropnie. Pozostaje mi zapewnić Cię w tym, że zrobię to siłą, wtedy kiedy będziesz się najmniej tego spodziewał. - Mógł to traktować i jako groźbę i jako obietnicę, ale oczywiście, że nie zamierzała pozostawiać tego w eterze, jeśli nie po dobroci, to rzeczywiście po raz kolejny będzie musiała mu pokazać, kto tutaj rozdawał karty.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#15
19.01.2025, 01:56  ✶  
- Prawda - odrzekł, nawet jeśli nie był w stanie stwierdzić, czy mówiła szczerze, czy może ironicznie.
Był z nią szczery. Był wobec niej prawdziwy. Ujmując te kilka wyjątkowych sytuacji, o których nie chciał mówić, przez cały czas starał się zachowywać wobec niej właściwie. Kochał ją, szanował, adorował. To nie była ułuda. Nie była to poza czy gra.
Zawsze podskórnie liczył, że zdawała sobie z tego sprawę. Tak, był też przy tym świadomy, że dużo łatwiej było wybrać wersję całkowicie negującą wszystko, co jej napisał. Oczywiście, że dotarło do niego to zdanie, które o nim miała. Nie musiało paść wprost z jej malinowych ust. Nie był w stanie uciec przed świadomością, co o nim sądziła.
Wybrała ten rodzaj prawdy. Swoją własną prawdę. Nie jego. I miesiącami, choć dogłębnie tym zraniony, starał się to akceptować. Mówić sobie, że to było dobre rozwiązanie. Że jeśli dzięki nienawidzeniu go miała ułożyć sobie życie, być szczęśliwa i bezpieczna to było to poświęcenie, które mógł ponieść.
Tyle tylko, że później pojawiły się te pierwsze pogłoski o Longbottomie, które błyskawicznie eskalowały w coś znacznie większego. Zdecydowanie bardziej bolesnego. Czuł się naprawdę paskudnie, mimowolnie postanawiając odpowiedzieć swoją wersją wydarzeń na tą, którą usłyszał.
Ponownie - może nie bezpośrednio w jej niebieskie oczy, ale zdając sobie sprawę z tego, że jeśli kiedykolwiek posunęłaby się do tego, by o niego spytać (a wciąż jak ostatni debil liczył na to, że nie był jej aż tak obojętny, nawet jeśli już kogoś miała) mogłaby sparzyć się tak mocno jak jego paliła jej opinia.
Jeśli wcześniej jakkolwiek jeszcze powstrzymywał się przed powrotem do starych nawyków, to był dostateczny impuls, by pozwolił sobie całkowicie popłynąć. Ponownie brylując na salonach, podkreślając swój status wszędzie tam, gdzie mógł skorzystać z niego w ten jednoznaczny sposób. W tym jednym celu - by nie wrócić do domu na noc. W środku dnia, nad ranem, to nie miało większego znaczenia. Nigdy nie zostawał tak, by faktycznie zasnąć z kimś u boku. Nie zamierzał się do tego posuwać, nawet jeśli posuwał się do wielu innych rzeczy, bo nigdy tego nie robił. Nie zamierzał upadać aż tak nisko. Przynajmniej nie na tej płaszczyźnie.
Na innych upadł bowiem naprawdę nisko. Nie zamierzał nigdy o tym wspominać. Zrobił to tylko ten jeden raz. Nigdy więcej. Szczególnie nie w jakiejkolwiek rozmowie z Geraldine, tym bardziej, że przecież wkrótce nie mieli mieć już zbyt wielu okazji do szczerej rozmowy. Nie zamierzał aż tak bardzo się przed nią odsłaniać. Wbrew temu, co wcześniej mówiła, nie potrzebowali tego.
- Ależ uwierz mi, miałem ku temu swoje okazje - odpowiedział może trochę bardziej kąśliwie niż zamierzał, zaraz jednak usiłując złagodzić to uniesieniem kącików ust.
Mimo to, pomimo tego, że sam rozpoczął ich rozmowę, miał wrażenie, że zaczęli zjeżdżać w naprawdę śliskie rejony. W tematy, których wcale nie chciał poruszać, bo ostatnią rzeczą, jaką chciał robić na kacu zamiast troszczyć się o dziewczynę, na której mu zależało, było mówienie o tego typu chwilach.
O momentach, gdy nie tylko ona miała prawo czuć się zraniona. On też dostał od niej swoją porcję naprawdę parszywego, błędnego osądu, nawet jeśli chwilę później zadbał o to, aby miała w tym choć częściową rację. W tym momencie nadal unosił kąciki ust, ale jego spojrzenie stało się trochę bardziej rozgoryczone.
Cały czas rozmawiali o tym, co on jej zrobił. Nigdy nie poruszając tematu tego jaki to miało wpływ na jego. I nie, nie chciał narzekać. Nie chciał robić z siebie ofiary. Było mu do tego naprawdę daleko, ale kiedy tak to wszystko ujmowała, wcześniejszy żartobliwy ton stawał się trochę bardziej uszczypliwy. A on naprawdę nie potrzebował uszczypliwości w swoim kierunku, gdy próbował robić słuszną rzecz.
- A zaraz potem wytkniesz mi bycie osłem i to, że w istocie nie myślę? - w dalszym ciągu usiłował znaleźć złoty środek w żartach, które chyba nadal między sobą rzucali.
Tyle tylko, że to powoli przestawało być chociażby odrobinę zabawne i pocieszające a robiło się irytujące. Być może nie był w stanie czytać jej w myślach (i całe szczęście, bo wtedy zupełnie by go wkurwiła; częściowo przez to, że miała rację), ale zdecydowanie dostrzegał, że jego próby odciągnięcia uwagi Yaxleyówny działały.
Tyle tylko, że nie w tym kierunku, który sobie założył. W powietrzu coraz bardziej dało się wyczuć atmosferę gęstniejącego napięcia.
- Niby kiedy? - Spojrzał na nią wyzywająco, jednocześnie odsuwając się od niej wyłącznie na kilkanaście centymetrów - na tyle, by móc jej się przyjrzeć, ale jednocześnie nie wypuszczać dziewczyny z ramion.
No, niby kiedy nie grał fair? Jasne, nie grał czysto. To było nie do zaprzeczenia. Jednak miał do czynienia z profesjonalną zawodową łowczynią. Z kimś, kto ścigał zwierzynę nie dla rozrywki a po to, żeby ją dorwać. Oczywiście, że nawet jeśli był cholernie pewny swego, musiał zapewnić sobie odpowiednie warunki do tej konfrontacji. W innym wypadku sprawa mogłaby się rypnąć, bo był zbyt pijany zaś ona stanowczo nazbyt mocno go wtedy rozpraszała.
Wtedy i nie tylko wtedy. Tak właściwie to zawsze działała na niego naprawdę intensywnie. Niezależnie od momentu, w jakim się znajdowali czy tego jak wyglądała sytuacja między nimi. Geraldine miała na niego cholernie mocny wpływ. Co prawda nie zamierzał jej o tym informować. Nawet teraz nazwał to po prostu zwykłym rozpraszaniem, ale to zawsze było coś głębszego.
Coś, co pchnęło go ku niej po raz pierwszy, nawet jeśli wtedy nie byli jeszcze na tyle dojrzali, by móc czy chcieć z tym cokolwiek zrobić. Drugi tamtej burzowej nocy. Trzeci podczas balu. Czwarty, piąty, szósty, siedemnasty i tysięczny. Walczył z tym jako jej nieprzyjaciel. Walczył z tym także jako przyjaciel.
Odpuścił, gdy stali się parą, gdy zostali dla siebie kimś więcej niżeli wyłącznie przelotnymi kochankami. Naprawdę myślał, że tak będzie już zawsze. Nie szafował tym zawsze, na zawsze ani tym bardziej ich ulubionym, lekko groźnie brzmiącym do usranej śmierci po to, żeby sobie z nią pogrywać. Naprawdę miał to na myśli.
- Nie będzie takiej potrzeby. Dam ci strzelić z tej kuszy, skoro tak stawiasz sprawę. Dotrzymuję słowa, Geraldine, nawet jeśli sądzisz, że jest inaczej - stwierdził, tym razem sucho i bardziej oficjalnie niż żartobliwie.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#16
19.01.2025, 22:41  ✶  

Szczerość była dość istotna, czyż nie? Jasne, zdawała sobie sprawę, że nie zawsze można sobie powiedzieć wszystkiego... właśnie nie, to nigdy do niej nie docierało. Zawsze uważała, że najgorsza prawda jest lepsza od kłamstwa, czy ukrywanie pewnych informacji. Kiedyś zgodziła się na to, że jakoś sobie z tym poradzi, że nie musi wiedzieć wszystkiego i to był błąd, teraz miała tego świadomość, bo gdyby tylko wiedziała... to może cała reszta by się, aż tak nie skomplikowała. Yaxleyówna była pojętną uczennicą i nie zamierzała drugi raz popełniać tych samych błędów. To było już za nią, nie chciała ponownie doprowadzać do sytuacji, w których nie będzie mogła w pełni spojrzeć na jakąkolwiek sprawę.

Łatwiej było jej jakoś się poskładać układając sobie w głowie swoją własną wersję tej sytuacji, do której doszło. Może nie chciała w to wierzyć, ale przynajmniej wtedy dostała jakieś racjonalne dla siebie wytłumaczenie, skupiła się na swoich wadach, tak było prościej. Prościej było jej uwierzyć w to, że zrezygnował z niej z jakiegoś konkretnego powodu. Nie było to właściwe, tak - zdawała sobie z tego sprawę, szczególnie po tym, co od niego usłyszała, ale wtedy, gdy nic nie miało sensu szukała go w czymkolwiek, nawet w tym, co nie było prawdziwe.

- Nie wątpię w to. - Nie chciała, aby ta rozmowa zmierzała na niezbyt przyjemne tory, ale jakoś tak wyszło, że znowu zaczęli prowadzić ją w ten sposób. Było w nich wiele żalu, niedopowiedzeń, nie miała pojęcia, czy kiedyś uda im się dokłanie wyjaśnić wszystko, czy to ciągle będzie się za nimi ciągnąć. Zrobili sobie wiele złego, byli siebie warci. Yaxleyówna również wróciła do starych nawyków tylko po to, aby zobaczyć, czy jest w stanie jeszcze coś poczuć, cóż nie do końca była, ale próbowała w ten sposób jakoś radzić sobie ze stratą. Nie, żeby uważała to za właściwe, bo to nie było takie życie, jakiego pragnęła, ale skoro nie mogła dostać tego na czym jej najbardziej zależało to sięgała po to, co było pod ręką. Nie uważała, żeby większość z tego, co się wydarzyła faktycznie była potrzebna jej do szczęścia, ale cóż, tak już miała. Podejmowała się różnych, dziwnych prób, które niczego jej nie przynosiły. Szczególnie, gdy nie była w stanie myśleć racjonalnie, a ostatnio dosyć często się to zdarzało.

- Nie będę Ci niczego wytykać. - Cóż, miał co do tego rację, zapewne tak by zrobiła, miała w zwyczaju reagować w podobny sposób, jednak chyba nie do końca zrozumiał o co jej chodziło. Znowu zaczęli się mijać, znowu pojawiło się to nieprzyjemne napięcie, być może faktycznie nie potrafili ze sobą rozmawiać bez wyrzutów?

Nie miała wątpliwości, że też go zraniła. Pogodziła się z tym, że ją zostawił, przyjęła swoją narrację i zaparła się w tym, aby go nie szukać, bo nie chciała wtedy wyjść na desperatkę. teraz tego żałowała, bo kto wie, co by się stało, gdyby wtedy pojawiła się przedn nim. Zwłaszcza, że zaczynała rozumieć coraz więcej, jemu również nie mogło być wtedy lekko, nie skoro mówił jej teraz, że nadal ją kochał. Też musiał wtedy odczuwać ból, smutne było to, że poszli taką drogą, po tym wszystkim, co razem przeżyli.

- No wczoraj, mówię o wczoraj. - Wpatrywała się w niego uważnie, gdy się jej przyglądał. Miał świadomość na co się pisze, mimo wszystko postanowił doprowadzić do tego, żeby to ona go ścigała, bo nie chciał jej przyznać tego, że jest w czymś lepsza od niego. Jeśli musiało mu to zostać udowodnione, to nie miała problemu, aby pójść właśnie tą drogą, sam tego chciał, a później nieco naginał zasady - to nie tak, żeby jakieś ustalali, ale jednak, nie grał czysto.

- Nie, nie będę do Ciebie strzelać, nie kiedy to jest takie wymuszone. - Teraz? Teraz to już tego nie chciała. Znowu musiała na niego naciskać, aby dotrzymał danego jej słowa, to nie wiązało się z dobrą zabawą i dawało jej do myślenia. Te rzucane wcześniej słowa, obietnice, przecież też okazały się być gówno warte, bo niby teraz byli tutaj razem, ale niedługo znowu mieli się rozejść, chociaż nadal coś dla siebie znaczyli. Nie podobało jej się to, nie chciała tego akceptować, ale też nie zamierzała stawiać go pod ścianą, bo to nie miało żadnego sensu i tak podejmował dokładnie takie decyzje jakie chciał. Miał gdzieś jej zdanie i pragnienia, zresztą teraz również, nie było więc sensu w to brnąć, bo niczego by to nie przyniosło.

Jako, że nie do końca chciała się znowu kłócić postanowiła nie rozdrapywać tych starych ran, nie, żeby już tego nie zrobili, ale jakoś udawało jej się to zagłuszyć, nie chciała się skupiać na tym, co było złe, to nie był odpowiedni moment. Nie miała pojęcia, jak mieliby z tego wybrnąć, nie było na to żadnej metody, wszystko znowu zaczynało się jebać. Może faktycznie razem tworzyli chaos, który miał ich pochłonąć? Szczególnie kiedy nie mieli wspólnego frontu, razem mogli niszczyć wszystko, co stawało na ich drodze, a osobno? Robili to sobie nawzajem, to nie było zdrowe.

Przymknęła na chwilę oczy, musiała się nieco ogarnąć, żeby po raz kolejny nie powiedzieć czegoś, czego będzie żałowała. Wydawało jej się, że najlepszą opcją będzie wyjście z tej sypialni, bo tutaj jakoś dziwnym trafem za każdym razem dochodziło między nimi do kłótni, jakby to pomieszczenie im nie służyło.

- Chyba możemy już stąd wyjść. - Kiedyś nie musieli się nigdzie spieszyć, ale kiedy mieli tak mało czasu, to warto było w pełni wykorzystać każdą chwilę, którą sobie dawali.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#17
19.01.2025, 23:45  ✶  
Ich rozmowa nie mogła przebiegać bardziej nienaturalnie. Paradoksem było to, że niedawne koszmary Geraldine nie miały z tym najmniejszego związku. To nie nocne mary, nie cienie i demony. To oni sami to sobie robili. Zamiast próbować korzystać z darowanego sobie czasu, kolejny raz prowadzili się ku kłótni. A przecież tego nie chcieli.
Odpowiedzi Riny były krótkie. Krótsze niż zazwyczaj, bardziej milczące i urywkowe niż kiedykolwiek. Kiedyś mogli powiedzieć sobie wszystko. Teraz siedzieli w ciszy. Ciało przy ciele, bo nadal odejmował ją ramieniem, ale jednocześnie mile morskie od siebie. Dryfowali na fali niewypowiedzianych słów, oddalając się coraz bardziej i bardziej.
Już wkrótce nie miało być niczego. Tylko bezkresny, pusty horyzont i ciemna toń dookoła niego. Zupełnie tak jak przez te wszystkie ostatnie miesiące. To było nieuniknione, ale ta świadomość wcale niczego nie ułatwiała. To, że byli szczerzy co do tego, co nie czekało na nich na zewnątrz, nie przynosiło ulgi. Jakżeby miało?
Nie musiała wytykać mu niczego na głos. Bez tego również zdawał sobie sprawę ze wszystkich wyrzutów, jakie do niego miała. Z tego, o czym mówiła, w co wierzyła tak długo i uparcie, że szybko stało się jej własną wersją prawdy.
Zresztą nie był lepszy, czyż nie? Zrobił aż nadto, by ułatwić jej sprawę, udowodnić, że miała rację, dać otoczeniu do zrozumienia, że odniesione przez niego rany nie były niczym głębokim. Jedynie powierzchownym zadrapaniem. Był młody, konwencjonalnie atrakcyjny, bogaty, umiał się zachować, potrafił osiągnąć to, na czym mu zależało. Przynajmniej w tym nieistotnym, nieco żałośnie nieważnym zakresie.
Wszystko inne, te prawdziwe oczekiwania raz po raz były poddawane kolejnemu testowi. Tu od miesięcy miał wrażenie, że kręci się w kółko, goniąc za czymś, czego nigdy nie miał trzymać w swoich dłoniach. Nawet teraz, gdy obejmował ramionami dziewczynę, która niegdyś była dla niego wszystkim.
Teraz? Nie potrafili odnaleźć tego, co przez chwilę znów było ich. A teraz mieli stąd tak po prostu wyjść?
- Nie. Nie w ten sposób - przez ten cały czas spoglądał na twarz Geraldine, na jej przymknięte usta i zaciśnięte powieki.
Nie musiała nic mówić, zdawał sobie sprawę z tego, że właśnie w tym momencie dusiła w sobie słowa, by nie powiedzieć ich na głos. Nie wiedział jak by brzmiały, jednak zdawał sobie sprawę z tego, że nie byłyby dla nich niczym dobrym. Zazwyczaj wolał wybierać szczerość, jednakże nie zawsze im ona służyła. Ostatnio była wręcz gorsza niż kiedykolwiek.
Zreflektował się. Przynajmniej usiłował się zreflektować. Zaczerpnąć cichy wdech, samemu również na kilka sekund zamykając oczy. Walcząc z tępym łupaniem w czaszce, suchością w ustach i narastającym ciężarem w piersi.
Nie chciał być na nią zły. Wcale nie pragnął czuć tej całej irytacji. Nie rozumiał, skąd to wszystko się działo, dlaczego było tak jak było, bo wcale nie próbował tego zrozumieć. Analizowanie sytuacji niewiele by zmieniło. Poza tym, że prawdopodobnie jeszcze bardziej wszystko by zrujnowało.
A ich życie przecież już było ruderą. Ich dom był cmentarzyskiem wspomnień. Ich bezpieczne miejsce rozpadało się na ich oczach zaś oni nie robili nic, aby nie dać mu runąć. Tak, powiedzieli sobie, że pozostaną tu na tyle długo, by coś naprawić. Tyle tylko, że ten najbardziej istotny, najważniejszy fragment nie był do odratowania. Nie mogli naprawić tego, co mogłoby zmienić dosłownie wszystko inne.
Mogli tylko kręcić się dookoła, nie patrząc w kierunku dziury ziejącej w samym środku przestrzeni pomiędzy nimi. Tym razem starać się choć na chwilę nie spoglądać w pustkę, obawiając się, że ona wreszcie ponownie spojrzy ku nim.
Unosząc jedną rękę, starał się zignorować niemal niedostrzegalne drżenie palców. Mógł zwalić to na schodzące z niego upojenie alkoholowe. Kac był zawsze doskonałym powodem do wyjaśnienia wszystkich ruchów i decyzji, każdego szczegółu, nawet jeśli ten nie był z nim związany. Tak jak bycie pijanym, nie panowanie nad sobą w stanie nietrzeźwości umysłu.
- Nie chcę cię krzywdzić - odezwał się tak cicho, że niemal bezgłośnie, pierwszy raz formułując te słowa w ten sposób: na głos, jednocześnie wyciągając opuszki palców, żeby musnąć nimi jej policzek, odgarniając włosy z twarzy Yaxleyówny. - To nie powinno być pole bitwy - to czyli ich sypialnia, to czyli Piaskownica, to czyli każda przestrzeń, w jakiej się znajdowali i w której prędzej czy później mieli pojawić się wspólnie, lecz nie razem.
Nie mógł cofnąć wypowiedzianych słów. Zdanie Geraldine nie było mu obojętne. Nie ignorował tego, co mu mówiła. Nie starał się odtrącić jej tylko po to, żeby cokolwiek sobie, jej czy im udowodnić. Nie po to, aby postawić na swoim. To nie było tak proste, nigdy nie miało być.
Nie chciał składać jej obietnic bez pokrycia. Nie widział innego wyjścia jak tylko pozostawać przy swoim stanowisku, nawet jeśli powtarzanie tych samych słów (nieważne czy we własnej głowie, czy na głos) bolało go znacznie bardziej niż to pokazywał.
Nie chciał być jej czarnym charakterem. Kłamać, łgać, wykręcać się od czegokolwiek, co było związane z ich relacją. Z tym, co przecież zawsze było dla niego najważniejsze. Szczególnie, gdy dawał te słowo właśnie jej. Wtedy liczyło się jeszcze bardziej. Poczucie, że do samego końca, do jego usranej śmierci miała nie wierzyć w żadne jego słowo, bo wtedy go nie dotrzymał...
...to piekło żywym ogniem. Tym bardziej, że wiedział. Zdawał sobie sprawę z tego jak bardzo zawalił. Że zniszczył zaufanie budowlane między nimi przez lata. Że tak było lepiej - odizolować się od niego emocjonalnie, kwestionować wszystkie jego pobudki, podważać wartość tego, co mówił, nawet jeśli tylko żartował.
Powinien nie tylko mieć tego świadomość, lecz także wziąć za to pełną odpowiedzialność. Tyle tylko, że w tym momencie znów czuł się tak jak wtedy, kiedy pierwszy raz ciśnięto mu w twarz jej słowa. Zupełnie tak jak w momencie, w którym dotarło do niego, że ten przekaz nie był po prostu wykrzywieniem rzeczywistości, które miało go zaboleć do żywego.
To był cytat. Może nie bezpośredni, ale dostatecznie bliski oryginalnym słowom, aby mieć pewność, że Rina naprawdę je wypowiedziała. Po pięciu latach związku, ponad sześciu latach orbitowania wokół siebie nawzajem, poznawania się praktycznie od każdej strony, zakwestionowała wszystko, co próbował po sobie pozostawić.
A potem uderzyła też w istotę tego, co mieli. Dwa dni temu podczas ich kłótni to sprawiło, że słowa o byciu pewną, że prędzej czy później ją zostawi uderzyły jeszcze bardziej. Mogła mówić mu, że rzuciła je pochopnie, że nie miała tego na myśli, że chciała go tak po prostu ugodzić, bo podświadomie wiedziała, w które miejsce wymierzyć cios.
Po pijaku nawet jej w to uwierzył. Chciał jej wierzyć, jednak wraz z orzeźwieniem przyszła także świadomość, że już wcześniej to słyszał. Nie od niej, nie prosto w twarz, nie dokładnie w ten sposób, jednak istota była taka sama.
Zaczerpnął powietrza w palące płuca, jednocześnie moment później zamykając usta. Uśmiechnął się, przynajmniej uniósł kąciki ust, ale jego oczy pozostały matowe i zmęczone. Cofnął dłoń z miękkiego, ciepłego policzka dziewczyny. Następnie również ramię z jej ciała, puszczając talię Geraldine i odsuwając się od niej na łóżku. Spuścił nogi na podłogę, jednocześnie wyciągając rękę ku szafie, by podać Yaxleyównie szlafrok.
- Rozpaliłem. Zaraz powinno być ciepłej - poinformował ją tak, jakby jeszcze chwilę temu nie było między nimi ciężko i ponuro. - Znajdź tą swoją kuszę. Mówię na serio. Pewnie jest gdzieś na strychu - starał się zabrzmieć luźno, ale na tyle zdecydowanie, żeby znowu nie zaczęła wytykać mu tego, że robił to w wymuszony sposób.
Zresztą tak - nigdy nie pałał ku temu entuzjazmem i nigdy nie miał zapałać, ale zakład był zakładem, tak? Mimo wszystko.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#18
20.01.2025, 10:18  ✶  

Znowu to robiła, zaczęła się wycofywać, bo przerażało ją to, co może stać się później i niby nie chciała tego robić, ale nie miała pojęcia, co jest lepszą opcją. Sama wspominała o tym niemyśleniu, ale jakoś trudno było jej to robić, nie wyglądało to może, aż tak źle jak wczoraj rano, ale mimo wszystko nie chciała mówić o wszystkim. Trudno jej to przychodziło, zresztą nie sądziła, że coś dobrego przyniesie wspomnienie o tym, że jednym z jej nocnych koszmarów był on sam, no, nie do końca on, ale to, że zniknie i przestanie ją pamiętać. Czy to nie wyglądałoby na desperację? Jakby próbowała na siłę wymusić na nim obecność, czy zainteresowanie. To nie brzmiało dobrze, dlatego właśnie wolała to pominąć i nie wspominać o tym.

Kac, koszmary, chłód to wszystko powodowało, że czuła się nie najlepiej, nie pod względem fizycznym, zdecydowanie siadała jej psychika. Musiała się doprowadzić do porządku.

Najwyraźniej każde z nich starało się jakoś trzymać, nie mówić zbyt wiele. Czy to było dobrą opcją? Pewnie nie, ale co innego im pozostawało. Szczerość im nie służyła, doprowadzała do smutku, żalu, tego, czego już nie chciała czuć, wolała się skupić na czymś innym, skoro już dali sobie taką możliwość. Tyle, że to też nie było takie proste, nie po tym wszystkim, co sobie zrobili i powiedzieli. Byli siebie warci, to też było niezaprzeczalne, ale co z tego, skoro już nie miało być żadnych ich. To też bolało. Zaczęła się w tym zapętlać, zupełnie niepotrzebnie. Właśnie przez to wolała wyjść z tej sypialni, ruszyć się, zająć ciało i myśli czymś innym.

Widziała, że Roise również zaczął się zamykać, cóż, chwilę wcześniej zupełnie niepotrzebnie go prowokowała, na szczęście odpowiednio szybko postanowiła to przerwać, bo czuła, że może ich to doprowadzić do kolejnej, niepotrzebnej kłótni, której później będą żałować. Ona żałowała wielu rzeczy, które padły z jej ust pod wpływem emocji tylko przez to, że chciała w niego odpowiednio mocno uderzyć. Tyle, że co z tego. Wypowiedziała te słowa, a sama zdawała sobie sprawę, że te słowa potrafiły ranić głębiej od mieczy, siedziały później w głowie, nie chciały odejść.

- Wiem. - Przynajmniej tak się jej wydawało, czuła, że nie chce jej skrzywdzić, próbowali jakoś ogarnąć ten bałagan, który razem stworzyli, tyle, że to wcale nie było takie proste. Nie, kiedy każde z nich miało w sobie tyle żalu, smutku, melancholii. Przymknęła ponownie oczy, kiedy poczuła dłoń na swoim policzku, trudno jej się było skupić na czymkolwiek, gdy Roise znajdował się tak blisko. Niby rozumiała, dlaczego to robi, naprawdę, ale przez to wszystko wydawało jej się być jeszcze bardziej pogmatwane.

- Nie powinno i nie będzie. - W końcu próbowali. Wiedziała, że on też się hamował, ona również starała się nie dać ponieść emocjom, bo miała dość tych kłótni, wylewania gorzkich żali, dlatego sięgała po te resztki rozsądku, które miała.

Zdecydowali się tutaj zostać nie dlatego, że mieli się ranić. Chciali wylizać rany, jakoś się ogarnąć, dać sobie oparcie, a później wrócić do rzeczywistości, tyle, nic więcej. Nie obiecywał jej niczego i powinna się była z tym pogodzić, szkoda, że to było takie bolesne, ale przecież na to się zgodziła, na nic więcej i wypadałoby się tego trzymać, skupić się na tym. Tutaj i tak nie było czego naprawiać, nie, kiedy udało im się całkiem spektakularnie zniszczyć wszystko, co kiedykolwiek mieli.

Na szczęście jakoś udało im się uniknąć kolejnej rozmowy. Pojawiła się opcja wyjścia z pomieszczenia, w którym zaczęło się robić coraz duszniej, dobrze, pewnie jeszcze chwila i znowu by to eskalowało, a wolała tego uniknąć. To nie tak, że nie była gotowa na kolejne konfrontacje, ale nie wydawało jej się to być słuszną drogą.

- Jak zawsze dbasz o wszystko. - Cóż, to też się nie zmieniło, a szkoda, pewniej łatwiej byłoby jej się wtedy pogodzić z tym, że nie była im pisana wspólna przyszłość. Tyle, że on nadal się o nią troszczył, czy tego chciała, czy nie, nawet w takich sprawach. To nie ułatwiało jej niczego, nie potrafiła o nim myśleć niedopowiednio, mieć do niego żalu, nie gdy zachowywał się w ten sposób.

- Nie, to głupie, nie będę jej szukać. - Wczoraj wydawało jej się być całkiem zabawnym, teraz? Zdecydowanie nie chciała tego robić, bo takie zachowanie było bezsensowne. Nie musiała mu niczego udowadniać, zakład zakładem, ale przecież minęła ta bestroska, która ich do niego doprowadziła. Zrobiło się ciężko i duszno. Zdecydowanie straciła nastrój na te wszystkie durne zabawy. One odciągały ją od tego, co było prawdziwe, tego na czym faktycznie powinni się skupić.

Sięgnęła po szlafrok, który jej podał. Narzuciła go na siebie, a w sumie to bardzo dokładnie się nim okryła, bo było jej chłodno, wiedziała, że minie chwila nim się rozgrzeje. Może wtedy będzie lepiej. Zimno niosło ze sobą podły nastrój, którego wolała się pozbyć, bo nie chciała, żeby te ich ostatnie wspólne chwile przebiegały w wisielczej atmosferze, nie tego potrzebowali.

W końcu podniosła się na nogi, była gotowa, aby opuścić to pomieszczenie. Kiedyś mogli spędzać godziny w tej nieszczęsnej sypialni, a aktualnie stała się ona miejsce, w którym dochodziło między nimi do tych najgorszych spięć. Zresztą, czy faktycznie to było tylko to pomieszczenie? Chyba nie, po prostu przestali potrafić ze sobą rozmawiać, to było przykre, bo kiedyś nie mieli takich porblemów, kiedyś wszystko było prostsze.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#19
20.01.2025, 13:45  ✶  
Dużo łatwiej byłoby, gdyby był teraz w stanie czytać jej w myślach. Tak, nie odwrotnie, bo w dalszym ciągu nie chciałby, aby ona poznała te jego, jednak świadomość tego, o czym tak naprawdę myślała Geraldine byłaby dla niego łatwiejsza niż wszelkie próby analizowania jej zachowań. Aniżeli słuchanie słów płynących spomiędzy jej warg, których słodki smak tak boleśnie znał i zastanawianie się nad tym, czemu?, ni mniej, ni więcej.
Dlaczego? wszystko wyglądało w ten sposób. Czemu? nie mogli wieść swojego upragnionego normalnego życia. W Londynie, w Whitby, w Dolinie, w Snowdonii. Tak naprawdę gdziekolwiek, bo przecież był czas, gdy poszedłby za nią dosłownie wszędzie. Byłby w stanie stworzyć im dom w każdym miejscu, jakiego tylko mogłaby zapragnąć. Nigdy tego nie kwestionował. Świadomość tego, że ona to robiła, była trudna do przełknięcia.
Szczypała i gryzła niczym niedopasowana wełniana peleryna z kapturem i kołnierzem zbyt ciasno zapiętym wokół szyi. Niejednokrotnie w życiu miał okazję wcisnąć na siebie coś, co nie pasowało na jego posturę czy wzrost. Nie raz i nie dwa Evelyn starała się wepchnąć mu niewygodny ciuch, nie radząc sobie z posiadaniem tak dużego dziecka, którego wcale nie chciała mieć w swoim idealnym rodzinnym obrazku.
Obecnie ją rozumiał. Aktualnie dogadywali się lepiej niż kiedykolwiek. A jednak doskonale znał to wrażenie przyduszenia i niezrozumienia. Znalezienia się w niewłaściwym miejscu i o niewłaściwym czasie. Niemożności zrobienia z tym czegokolwiek, co mogłoby zmienić tę patową sytuację.
Oboje mieli dobre intencje. Kochali się, ale co z tego? To nie wystarczało, aby dać im wszystko, czego chcieli. Na co przecież w dalszym ciągu sądził, że zasługiwali, bo wycierpieli już dostatecznie dużo. Kiedyś był w stanie powiedzieć, że nie byli złymi ludźmi. Oboje nie byli także dobrzy, nie byli krystalicznie czyści, ale próbowali żyć we właściwy sposób.
Ponieśli konsekwencje własnych akcji. On to przecież zrobił. Nie uciekał przed nimi, przyjął je na klatę, jednak rzeczywistość i tak nie była nasycona. Nie chciała odpuścić. Dać mu tego, czego pragnął. Nawet na kilka dni, bo wraz z nadejściem tego poranka uderzyła ponownie.
Nie tego chciał. Nie tego potrzebowała Geraldine. Mogła mu o tym nie mówić, ale to wiedział. Nie potrzebował czytać jej przy tym w myślach, choć wszystko inne byłoby znacznie łatwiejsze, gdyby rzeczywiście posiadł taką zdolność. Tak, nawet wiedząc, że mogłoby mu się nie spodobać to, co by od niej mimowolnie usłyszał. To zawsze byłaby ta najszczersza prawda, której im teraz brakowało.
A której nie mogli ani nie mieli sobie dać, racząc się półsłówkami i ciszą. Zdaniami wypowiadanymi z melancholii i smutku. Jeszcze nigdy nie było między nimi tak źle. Nawet wtedy, gdy żarliwie się kłócili. Nawet wtedy potrafili równie żarliwie się kochać. Obecnie to nie był już ogień, nie teraz. To był szary popiół osiadający na wszystkim, czego dotknęli. Popiół i cisza.
- Obiecałem, że to wreszcie naprawię - stwierdził powoli, ważąc każde słowo, które wypowiadał.
Nie potrzebował wiele, by dojść do tego, że i one niosły ze sobą zdecydowanie zbyt duży ciężar. To była gorycz trudna do przełknięcia. Wiele lat kręcenia się wokół tego jednego tematu. Dziesiątki zrobię to, pamiętam, nie musisz mi o tym przypominać wypowiedzianych tylko po to, by nigdy tego nie zrobił.
A teraz nie miało już być jakiegokolwiek później, kiedy mógłby się tym zająć. Nie miał kolejnego tygodnia, czasu na poczytam o tym i odwlekanie wizyty kogoś, kto faktycznie znałby się na rozwiązywaniu problemów z działaniem ogrzewania i najpewniej mógłby to zrobić w maksymalnie kilka godzin.
To praktycznie od zawsze było coś, przy czego naprawie sam się usrał. Coś, z czego załatwienia miał pałać dumą. Już całkowicie uznając się za wręcz wybitnego właściciela ziemskiego, pana domu, mężczyzny w tym gospodarstwie, bo kto jak kto, on by tego nie zrobił?
Nawet jeśli była to mugolska technologia, udało mu się przecież samodzielnie rozszyfrować działanie kuchenki gazowej i to w taki sposób, że nie wybuchła. Tak samo telewizora czy linii telefonicznej. Miał wręcz niezmąconą pewność, że ze stałym ogrzewaniem również miał sobie poradzić. Kiedyś.
A jednak ten moment nie nadszedł. To nie była jedyna z rzeczy, które odkładał tak długo, mając pewność, że wreszcie prędzej czy później i tak je zrobi. Było tego naprawdę dużo a on siedząc dziś samotnie w kuchni czy krzątając się po domu, uświadamiał sobie każdą jedną z nich. I każda, dosłownie każda była jak kamyk dorzucony mu do kaptura szlafroka.
Jeden nie zrobiłby aż takiej różnicy. Kilka byłoby niewygodne, ale kilkanaście? Kilkadziesiąt małych kamyczków przeginało go w tył, wytrącało go z równowagi i sprawiało, że zaczynał mieć wrażenie bycia duszonym przez wszystkie zaraz i później jakie kiedykolwiek padły z jego ust.
Zawsze preferował życie chwilą. To nie tak, że czegokolwiek sobie odmawiał w imię odległej przyszłości. Przynajmniej nie pod kątem tych wszystkich małych głupotek, które teraz zdecydowanie nie miały znaczenia. Ani nie pod kątem decyzji, które zdecydowanie powinien głębiej przemyśleć zanim je podjął, tymczasem wpierdolił się w nie jak dzik w żołędzie, teraz mierząc się z konsekwencjami.
Świadomy, że wszystko, co tak naprawdę powinien robić teraz nieświadomie, czasami trochę zbyt lekką ręką odkładał na potem. Mieli dobre życie, spełnione, przez znaczną większość czasu nie czuł, by czegokolwiek mu brakowało.
Żyli swobodniej niż znaczna większość przedstawicieli ich klasy społecznej. Nie mieli zbyt wielu ograniczeń, które ktokolwiek mógłby im zarzucić. Momentami wręcz chełpili się swoją nieszablonowością i niezależnością. W istocie potrafili celebrować bieżącą chwilę. Zupełnie tak jak poprzedniego dnia, gdy upili się niemalże do odcinki.
Ambroise w tym momencie podjął próbę przyznania Geraldine racji. Nie powinien migać się od wypełnienia swojej części przegranego zakładu, bo przecież w innym wypadku to wszystko byłoby całkowicie bezcelowe. No, może nie do końca, bo przecież liczyła się dobra zabawa, którą bez wątpienia mieli, ale nie chciał, żeby w bladym świetle poranka, gdy powoli nadchodziła trzeźwość, Rina kolejny raz traktowała jego słowa jak czcze pierdolenie. Jak wykręt.
Nie, nie chciał, by strzelała do niego z kuszy. Nie pałał ku temu entuzjazmem, ale sposób, w jaki kolejny raz stwierdziła, że było to niepotrzebne, nie przyniósł mu ulgi. Spojrzał na nią bez słowa, przyglądając się rysom jej twarzy, jakby widział ją po raz pierwszy i ostatni.
Jakby jednocześnie była mu znajoma i obca. To nie miało tak wyglądać. Nie to sobie przysięgali, nie w taki sposób powinien wyglądać ten cholernie słoneczny nadmorski dzień. A jednak nie mogli z tym nic zrobić.
Nie czekał na nic więcej. Gdy otuliła się szlafrokiem, on sam bez słowa opuścił pomieszczenie, wypuszczając ją wcześniej przed sobą przez drzwi, bo nie był jeszcze aż tak bardzo pogrążony w swoim własnym świecie, by o tym nie pamiętać. Zresztą. Jego własny świat nie istniał tak bardzo jak ich wspólny, bo oba były jednym.

Koniec sesji


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (10104), Geraldine Greengrass-Yaxley (7188)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa