'Cause then I get scary, then I get ugly
Było coś zupełnie szalonego w tym, że przyjechał do tego zamku tylko dlatego, że się bał. AŻ dlatego, że się bał? Musiał, potrzebował? Nie chciał zostawać sam w tamtym domu... z różnych powodów. Samotność teraz miała stać się bardzo dotkliwa, a on - zamienić się w ckliwego. Tego również nie chciał. Nie chciał również pytać, dlaczego i co było takie ważne, że Edward mógł porzucić go, kiedy go potrzebował najbardziej. Nic nowego, prawda? Nie był to pierwszy raz. Nie będzie też ostatnim. Ciągła ślepota i pragnienie bycia kochanym sprawiała, że klapki na oczach trudno było zrzucić. Albo to łuski? Łatwo okłamywać innych. Co z okłamywaniem siebie samego? Tak, łatwo, łatwo... zdecydowanie łatwo. Mieć nadzieję - ha... ileż można jej mieć? Najwyraźniej - całkiem sporo. Choć u niego to już chyba po prostu zachodziło na zwyczajną głupotę.
Już od 31 siedział w Keswick. Nie zapowiedział się - nic więc dziwnego, że spotkał tutaj Aydaye, która przywitała go jakże miło. Z pocałunkiem w policzek, robiąc bardzo dobre wrażenie... tylko sam jeszcze nie był pewien, przed kim. Bo nie wyglądało, żeby mieli innych gości. Nie potrzeba było czekać długo, żeby te miłe powitania i uśmiechy przerodziły się w szpilki. Nigdy nie miał na nie siły. Nie rozumiał, czemu musiało się to tak w ogóle toczyć i czemu ich relacja musiała być pchana w takich niezdrowych kierunkach. Albo - rozumiał. Po prostu nie potrafił tego zaakceptować.
Unikali się, jak się dało. W tym zamku to nie było trudne. Krótkie pogawędki, które znaczyły nic i jednocześnie wszystko. Przyjmował pocztę podsyłaną z New Forest, część dnia nawet nie było go w domu. Wracał do tych zimnych ścian spać. Weekend rzadko kiedy spotykał to miejsce pustym - szczególnie latem. Teraz się to lato kończyło. I nie mylił się - parę osób odwiedziło ich z soboty na niedziele. Powrót do grania dobrej miny do złej gry. Perfekcyjny syn z perfekcyjną matką - w tym obrazku nie było miejsca na nic innego. Wszystko, byle ojciec był zadowolony. Nie był pewien, w którym momencie powinno mu przestać na tym zależeć. Szczególnie, że przecież nie będzie zachwycony wiedząc, z kim aktualnie się zszedł i kto u niego mieszkał na tym drugim krańcu świata. Świata - bo przecież każdy wiedział, że wszystko, co poza wodami Anglii, było ledwo jej podnóżkiem. Z jakiegoś powodu nie wszyscy podzielali tę opinię. Świat się zmieniał. Jego reguły się zmieniały. Nie tylko przez Lorda Voldemorta - nowe pokolenie je zmieniało. Rozluźniało sztywność, zapraszało więcej wolności tam, gdzie zawsze wszystko zamykało się za kratami i oblekało łańcuchami.
Nawet go nie zdziwiło, że Edward nie przyszedł do niego, do pokoju, który był ciągle taki sam - nie ruszony i niezmieniony. Jakby Edward czekał, aż on wróci i zamieszka tutaj z powrotem. Niedoczekanie. Przyszedł za to lokaj i oświadczył, że Jego Lordowska Mość wróciła. Był tak przyzwyczajony do tych tytułów i specyfiki działania tego miejsca, że nawet nie mrugnął okiem. Za to westchnął - trochę ciężko. Podziękował i powiedział, by przekazać, że stawi się u niego za pół godziny. To też wymagało odpowiedniego podejścia - przecież mógł wparować do biura ojca, ale nie wypadało. Szczególnie, że mógł być... ach, jakby naprawdę powinno go teraz obchodzić, że szanowny Edward Prewett był zmęczony po podróży. Niestety - obchodziło. I to też było męczące.
Zapukał w drzwi biura ojca i dopiero po zaproszeniu wszedł grzecznie do środka.
- Dzień dobry, ojcze. - Zaczął oficjalnie, próbując wyczuć nastrój tego spotkania. Już miał nieprzyjemne widmo ich ostatniego spotkania w tym miejscu na krańcu języka.