• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus

[11.09.1972] a series of unfortunate events | Prudence & Romulus
Widmo
Sztuka alchemii nie zna lęku przed trucizną — z jadu rodzi się życie.
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi; znany XVI-wieczny lekarz i alchemik. Jest on uznawany za odkrywcę mowy węży.

Paracelsus
#31
27.05.2025, 23:41  ✶  
Plan Prudence był plan był prosty i... ...bolesny. Być może dlatego mógł zadziałać. Magiczne więzy lubią symbole, krew i cierpienie. Starą walutę wykorzystywaną w transakcjach między światami. Jako widmowidz, dziewczyna zdecydowanie mogła być tego świadoma.
Znalazła minerał. Oczywiście, że go znalazła. Krzemień był wszędzie. Ten konkretny nie wyglądał obiecująco, ale tak, nadawał się. Nie był duży, ale był wystarczająco płaski i kanciasty, by można było przeciąć nim coś względnie delikatnego. Poza tym nie błyszczał, był matowy, częściowo pokryty jakąś organiczną materią wymagającą zeskrobana paznokciem, jeśli Prudence nie chciała dodatkowo ryzykować zakażeniem.
Prowizoryczne ostrze łatwo przecięło skórę. Zbyt łatwo. Wyjątkowo szybko. Krew wypłynęła cienkim strumieniem i spłynęła po jej ręce. Ciennoczerwonym połyskującym śladem.
I wtedy poczuła to znowu.
Zapach. Słodki, natarczywy, niepokojący. Mocny,  znajomy. Jeżyny. Ale ponownie nie takie jak na krzaku. Nie takie świeże, zerwane prosto z pędów. To był zapach przejrzałych, fermentujących owoców, ciężki, lepki, wpełzający w nozdrza.
Zawirowało jej w głowie. Głęboki oddech nie pomógł. Wręcz przeciwnie. Teraz zapach jeżyn stał się też ich smakiem. Mdląco słodkim, ale jednocześnie rdzawym, przypominającym posmak krwi wymieszanej z gęstym likierem. Pojawił się w jej gardle, zostawił ślad na języku, po czym zniknął. 
Szczypanie w oczach, które towarzyszyło przełknięciu słony, zmusiło Prudence do mrugnięcia. Mrugnęła raz. Obraz się rozmył. Mrugnęła drugi raz...
...i wtedy upadła.
Otoczenie zawirowało, jakby właśnie mdlała. Kiedy ponownie otworzyła oczy, świat się zmienił.
Nie było dżungli. Nie było jeżynowej klatki. Nie było Romulusa szarpiącego się z cierniami pędów, nie było obcych głosów, nie było już nawet tej dusznej wilgoci unoszącej się dookoła nich.
Leżała. Na czymś połowicznie miękkim, sprężystym, lekko wilgotnym od rosy i lepkim. Pomiędzy kolczastymi pędami, które wbijały się w ubranie, skórę, włosy...
...znalazła się wśród krzaków jeżyn. Tym razem zwykłych, raczej nie zbudowanych z iluzji ani nie będących fragmentem snu. Ostre pędy wbijały się w jej skórę, a gdy spróbowała poruszyć ciałem, zapachniało sfermentowanym sokiem z rozgniecionych owoców. Zgniecionych przez nią, przez ich ciała. Bowiem obok niej znajdował się Romulus.
Cały i zdrowy, przytomny. Bez śladów ran po chwytaniu pędów, bez ciemnych żył na skórze, z jasnymi białkami oczu. Trochę zdezorientowany, ale żywy. Przytomny, jedynie prawdopodobnie równie skołowany, co ona.
Pytając go o to, co stało się, gdy dźgnęła go w obojczyk, mógł szczerze odpowiedzieć, że nie wie. W jednej chwili starał się zrobić unik, w kolejnej poczuł ból, dźgnięcie i rozcinaną skórę. Poczuł to samo szczypanie w oczach, ten sam intensywny, mdlący smak i zapach. A potem zemdlał, budząc się zaledwie kilkadziesiąt sekund przed jego towarzyszką. Na tyle skołowany, że nie miał możliwości spróbować ocucić nieprzytomnego ciała Prudence, zanim ta sama się ocknęła.
Jego włosy były mocno rozczochrane, miał rozdarte gdzieniegdzie ubrania i twarz brudną od soku. Nie miał rany na obojczyku. Dokładnie tak samo jak Bletchley nie miała jej na nadgarstku.
Nie byli ranni. Nie byli spoceni. Nie byli mokrzy. Zniknęły nawet zadrapania nabyte na początku podróży, choć ubłocone i wymięte ubrania świadczyły o tym, że nie śnili. Zamiast bólu, czuli chłód jesiennej nocy. Wilgotny, ale nie parny, przenikający przez ubranie.
Powietrze znów miało znajomy zapach lasu. Nie było śladu po klatce, ognisku, dziwnej ziemi. Nie było tropików. Nie było nikogo ani niczego wokół. Tylko noc. Zwykła, wypełniona naturalnymi dźwiękami: szumem liści poruszanych wiatrem, cykaniem owadów, pohukiwaniem sowy. Tylko cisza, krzaki, pędy roślin i chłód wilgotnej gleby. I oni: rozczochrani, umorusani jeżynami, powracający do świata niczym para niefortunnych bohaterów wyrzuconych z opowieści.
Minęła minuta, może dwie zanim cisza, która do tej pory wydawała się całkiem błoga, została przerwana. Nie przez wiatr, nie przez zwierzę. Ale przez śmiech.
Wysoki. Przenikliwy. Dziecięcy a jednocześnie nienaturalnie dojrzały. Dziewczęcy, może kobiecy, może będący czymś pośrodku. Najważniejsze, że nie był to chichot osoby rozbawionej. Bardziej kogoś, kto znalazł rozrywkę w cudzym zagubieniu.
Nie brzmiał jak coś całkowicie fizycznego. Nie miał kierunku, z którego mógł dobiegać ani nie wywoływał echa. Unosił się w powietrzu, przenikał przez krzaki i wdzierał się w bębenki uszne, ale przede wszystkim...
...oddalał się, unosząc się nad lasem, pomiędzy krzakami, nad wrzosowiskiem... ...hen ku niewidocznemu horyzontowi.
Zupełnie tak, jakby coś, co go wydało, odlatywało, znów zostawiając ich samych. Nic więcej się nie wydarzyło.
Środek nocy, rozgwieżdżone niebo gdzieś nad nimi, rozgniecione jeżyny pod ich plecami. I cisza... ...i niepokój... ...i ulga? Może coś na kształt ulgi? Wszystko naraz. Nie było już krat z roślin. Nie było klatki. Nie było śladów czarnych żył. Ale śmiech wciąż brzmiał w ich uszach. I miał brzmieć jeszcze przez długi czas, nim świt rozjaśni niebo a oni zostawią za sobą ciemny las.

Chcąc upewnić się, co do stanu posiadania: oboje wciąż mieli przy sobie wszystko to, z czym pojawili się w lesie. Paczka papierosów była nawet pełniejsza niż wcześniej. Gdyby chcieli je zapalić, poczuliby jednak, że teraz zmieniły smak i zapach. Były jeżynowe. Ich palenie, dłużej niż przez jedno czy dwa pociągnięcia, szybko wprowadziłoby ich w całkiem przyjemny (i nieszkodliwy) stan haju. Tym mocniejszy, im dłużej by je palili. Nie miałoby dalszych skutków ubocznych.
Tuż obok Romulusa nie leżał już patyk. Znajdowała się przy nim różdżka z (a jakże!) zdrewniałej części krzewu jakiejś wyjątkowo starej odmiany jeżyn. Nie był jej w stanie rozpoznać, jednak była pozbawiona kolców. Była giętka. Miała trzynaście cali. Dobry rzemieślnik zidentyfikowałby w niej włos z ogona testrala. Ładna, naprawdę ładna. Mogłaby być przydatna? Czy należało się jej pozbyć?
Kawałek krzemienia leżał obok Prudence. Był jednak znacznie bardziej czarny i błyszczący. Niemalże świecący w ciemności. Nadal miał ostre krawędzie, ale zdawał się być przepolerowany. W świetle mogła stwierdzić, że były na nim żłobienia, które z pewnością pojawiły się dopiero niedawno. Nie wyczuła ich, gdy zbliżała go do nadgarstka. Przypominały tę samą siatkę żyłek, jaka wcześniej pokrywała ciało Romulusa. Chciała go zabrać? A może jednak wyrzucić?

Proszę Was o wyraźne zaznaczenie losu wyżej wymienionych przedmiotów (zabieracie czy wyrzucacie) oraz wskazanie, co robicie z papierosami (palicie, zabieracie do przetestowania poza lasem czy pozbywacie się ich).

Mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki. Dziękuję! Serduszko
Albo Roman
Przygrzewają, odgrzewają
Potem wody dolewają
To zupa Romana
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki - mierzy 193 cm. Elegancki, wyprostowany, z reguły z pogodnym uśmiechem na twarzy, ale często można również spotkać niecne ogniki w jego oczach, szczególnie kiedy przebywa w towarzystwie zaprzyjaźnionych sobie osób. Oczy szaroniebieskie, włosy ciemnobrązowe. Cechuje go nieskazitelnie gładka skóra, bez jakichkolwiek niedoskonałości. Nie uświadczy żadnych blizn. Ubiera się elegancko, zawsze adekwatnie do sytuacji. Bywa, że w jego towarzystwie kręci się biały, puchaty kot.

Romulus Potter
#32
29.05.2025, 10:29  ✶  
Dźgnięty. Zostałem dźgnięty. W niezbyt bezpieczne miejsce, ale kto by zwracał na to uwagę, skoro w moim aktualnie najbliższym otoczeniu najwyraźniej nie było osoby, która życzyłaby mi dobrze. Która życzyłaby mi chociaż życia, bo o zdrowie i szczęście nie miałem się co dopraszać u Prudence. Życzyła mi źle. Najgorzej. Możliwie najbardziej ostatecznie.
Dźgnięty. Zostałem dźgnięty. Czułem rozprzestrzeniający się, promieniujący ból. Uciążliwy. Trafiła mnie w obojczyk… Różdżką? Kijem? Imaginacją? Nieistotne. Ważne, że bolało, że umierałem, że zrobiła to bez skrupułów, z premedytacją. Była psychopatką.
Dźgnięty. Zostałem dźgnięty. Ale obudziłem się cały… i zdrowy? Skołowany. Zszokowany. Niepewny. Zdezorientowany. Kurewsko wściekły. Nieufny. Niezrozumiany. Niedowierzający… Mogłem sobie wymieniać, co nie zmieniało faktu, że prowodyrka, a właściwie główna winna – ZABÓJCZYNI – leżała sobie nieprzytomna obok. Może już budziła się do życia… albo kolejnego snu. Jeden czort wiedział!
– Zdradzony przez własną podświadomość… Dźgnięty. Dźgnięty przez osobę, której ufałem najbardziej – wymamrotałem niezadowolony, bardziej do siebie niż do tej zdrajczyni. Opierałem na niej swoje jestestwo w tej dziczy, w tych popapranych snach, a ona wykorzystała pierwszy lepszy moment, żeby się mnie pozbyć. Tak teraz, jak sobie pomyślałem, to to nieśmiałe pchnięcie nad wodą również nie było przypadkiem. Nie było nieśmiałością z jej strony, tylko aż nazbyt dużą, morderczą zachłannością. Pragnęła mojej śmierci. Pytanie: od jak dawna?
Nie wiedziałem, co się z nami działo. Pewne było to, że rany zniknęły, a wraz z nimi ból. Czułem tylko dyskomfort związany z moim brudnym i wymiętym ubraniem. Obawiałem się, że ten syf dotarł nawet do mojego tyłka. Nie było nic gorszego od syfu między pośladkami. Dobrze, że nie widziałem swoich włosów, brody, swojej okładkowej twarzy, bo ewidentnie umarłbym po raz drugi. Tym razem pękłoby mi serce, więc miałem nadzieję, że lustra w domu cioci Ulki – podobnie jak w jakimkolwiek innym, do którego może w końcu łaskawie dotrę – znikną za machnięciem magicznej różdżki, której przy sobie, przypomnijmy, nie miałem. Marny mój los.
Czułem ten wstrętny, słodki zapach jeżyn. Wampirzy zapach… Możliwe. Kojarzył mi się z jebanymi krwiopijcami, więc od dziś oficjalnie nienawidziłem jeżyn. Niech zgniją. Niech spłoną. Miałem ochotę wymiotować, bo nie chciałem myśleć o krwi jako o czymś kusząco-mdłym. Nie! Po prostu nie!
Odsunąłem się od tych krzaków i wziąłem głęboki oddech, by pozbyć się tego zapachu z głowy, ale niestety cały byłem ubadziany w soku. Ohydztwo. Co by powiedział na to ojciec? Co by powiedziała Cassandra? A już nawet nie wspomnę o guru moich stylizacji – Corneliusie Lestrange'u! Wypisałby mnie z Zakonu Penisów w trybie natychmiastowym.
Moje rozmyślania przerwał śmiech. Nie brzmiał zbyt optymistycznie, ale zdawał się oddalać, więc chyba problem rozwiązany? Jakiś poltergeist? Możliwe. Były częstymi stwórcami obłędów u moich pacjentów. Co nie zmieniało faktu, że żaden poltergeist nie nakłaniał Prudence do dokonania ZABÓJSTWA!!!
Czy coś mi dolegało? Niezależnie od tego, czy Prudence się zainteresowała, czy też nie, czy może jednak zamierzała mi poprawić, dobić, czy cokolwiek, zamierzałem się uzewnętrznić. Nie byłbym sobą, gdybym tego nie zrobił.
– Och, nic. Drobnostka. Tylko zbrodnia przeciwko magipsychiatrom. Jakieś dziesięć lat terapii i może wybaczę. Ale dzisiaj… dzisiaj jestem skrzywdzony. Fizycznie i emocjonalnie. – Tak, tego zamierzałem się trzymać. Albo na tym siedzieć, bo nie wyobrażałem sobie, że teraz wstaję. Co najwyżej się od niej odczołgam, odturlam albo cokolwiek, bo byłem wymięty. Nie tylko z odzieniem, ale też fizycznie.
Odsunąłem się nieco bardziej od tej psychopatki. I od wstrętnych jeżyn. Ten zapach był wszędzie. Nie wstawałem, tylko przesuwałem się po runie leśnym. Już miałem gdzieś, co się w nim znajdowało. Byłem zmęczony. Wtedy też zsunęła się na moją dłoń różdżka. Ten patyk, którym zaatakowała mnie Prudence. Różdżka… Złapałem ją w rękę, nie przyglądając się jej bliżej. Coś… zaiskrzyło? Między nami?
– Czy to twoja różdżka?! – zapytałem tej zdrajczyni. Jeśli potwierdziła, nie zamierzałem jej oddawać narzędzia zbrodni. Jeśli zaprzeczyła, zamierzałem przygarnąć zdobycz (różdżkę), by się bronić. I może wyczarować jakieś miłe gniazdko do spania.
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#33
29.05.2025, 16:48  ✶  

Decyzja nie była wcale taka prosta, chociaż, czy aby na pewno? Znalazła krzemień, dość ostry, aby był w stanie przeciąć całkiem delikatną skórę na nadgarstku. Być może nie był ostry jak skalpel, ale spełnił swoją rolę. Rozciął skórę, spowodował, że gęsta, ciemna krew popłynęła z jej nadgarstka. Nie panikowała, krew nie wzbudzała w niej szczególnych emocji, nawet jej własna. W końcu widywała ją na co dzień.

W jej nodrza uderzył ten specyficzny zapach. Jeżyny, najwyraźniej miały one jakieś specjalne znaczenie w tym całym przedstawieniu. Nie kojarzyły się jednak z tymi owocami, które można było urwać z krzaka, tylko jakby najlpeszy czas miały już za sobą. Poczuła ich smak w ustach, przejechała językiem po dolnej wardze, jakby chciała się upewnić, że zmysły ją nie myliły.

Wtedy zakręciło jej się w głowie, nie był to pierwszy raz tego wieczora, mrugnęła, szukała czegoś, czego mogłaby się przytrzymać, ale nie zdążyła. Świat zawirował, a ona razem z nim.

Nie była w stanie powstrzymać się przed upadkiem. Znalazła się na ziemi. Po raz kolejny. Otworzyła oczy i zaczęła przyglądać się temu, co znajdowało się wokół niej. Nie miała pojęcia, co zastanie tym razem. Czy trafiła do kolejnego, dziwnego miejsca?

Zamrugała, powoli, ostrożnie. Dopiero wtedy poczuła ten dyskomfort, jakby coś wbijało się w jej ciało. Kolce, to musiały być kolce, najprawdopodbniej jeżyn - bo ich zapach unosił się w powietrzu, ponownie.

Spróbowała się podnieść, wydostać z tych roślin, które plątały się w jej włosach, ubraniu. Wiedziała, że to może nie być wcale takie proste, jednak nie zamierzała leżeć dłużej między nimi.

Zauważyła Romulusa, który był tutaj z nią. Jednak nie zniknął, nie przepadł. Nadal byli skazani na swoje towarzystwo. Nie wiedziała, czy to dobrze, czy źle, bowiem przed chwilą dźgnęła go w obojczyk, mógł na to różnie zareagować, a może wcale tego nie pamiętał? Podejrzewała, że Potter może zrobić z tego przedstawienie, miał tendencje do dramatyzowania, a chyba aktualnie nie do końca była na to przygotowana. Chciała wreszcie wyjść z tego lasu. Znaleźć się w domu, w łóżku, jakimkolwiek, nawet nie chodziło o jej przytulne mieszkanko.

Dostrzegła kamyk, który znajdował się tuż obok niej, to skłoniło ją do tego, aby spojrzeć na swój nadgarstek. Nie dostrzegła na nim śladu krwi, najwyraźniej rana, którą sama sobie zadała się zasklepiła. Postanowiła się schylić, aby wziąć ten krzemień ze sobą, miała wrażenie, że tylko dzięki niemu jakoś udało jej się wydostać z tej dziwnej sieci iluzji, w którą zostali wplątani. Trzymała go w dłoni i chwilę się mu przyglądała, nie wiedzieć czemu był taki dziwny, wyglądem bowiem przypominał skórę Romulusa przed tym, nim go dźgnęła.

Z rozmyślań o kamieniu wyrwał ją śmiech. Gwałtownie odwróciła się za siebie, próbowała zlokalizować miejsce, z którego dochodził, ale nie była w stanie tego zrobić. Miała wrażenie, że rozmywa się po całym lesie, czy to było w ogóle możliwe?

Wyszła z tych krzaków malin, dopiero wtedy spojrzała znowu na Romulusa. Nie do końca wiedziała, czego się spodziewać, ale nie wydawało jej się, aby dalsza część wieczoru, nocy? minęła im spokojnie. Na pewno nie zrozumie, że miała dobre intencje.


Koniec sesji


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Pan Losu (40), Paracelsus (7251), Prudence Fenwick (8210), Romulus Potter (6465)


Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa