• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[13.09.1972] Got a secret, can you keep it? | Geraldine & Benjy

[13.09.1972] Got a secret, can you keep it? | Geraldine & Benjy
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#11
06.08.2025, 13:46  ✶  

- To musiała być naprawdę interesująca podróż. - Dwa tygodnie na statku, gdzie bardzo często wystarczała sama obecność na tym środku transportu, aby bardzo szybko pozbywać się zawartości żołądka. Choroba morska nie wybierała. Do tego ciąża, to na pewno było barwnym doświadczeniem. Tak, zapaliła jej się żarówka nad głową, ostatnio wokół niej wszyscy o tym wspominali. Najpierw Ursula, teraz Benjy. Odetchnęła głęboko, nie chcąc za bardzo się na tym skupiać, chociaż jej myśli same zmierzały w tym kierunku. Tyle, że to nie mogło być to, prawda? Niby jakim cudem... To znaczy bardzo dobrze znała cały proces, jednak nie, na pewno nie, to nie to musiało ją gnębić. Zapewne zjadła coś nieodpowiedniego i konsekwencje tego ciągnęły się za nią przez ostatnie dwa tygodnie - całkiem logiczne wytłumaczenie. Wystarczało jej na ten moment, chociaż pewnie wróci do tego później. Wypadałoby to jednak przeanalizować, chociaż na pewno nie była na to gotowa, samo to, że musiała to zrobić dość mocno w nią uderzyło.

Nie mogła się jednak stać bardziej blada niż była, gdy usłyszała ten komentarz, więc nie dało się dostrzec, że w jej głowie właśnie trwała całkiem żywa dyskusja.

Dzielił się z nią tą informacją, faktycznie już co nieco wiedziała na temat tego dlaczego opuścił Wielką Brytanię, nie robiło to więc na niej takiego wrażenia, zresztą sam Benjy wspomniał o tym w sposób, jakby to nic nie znaczyło, a może po prostu oswoił się z tym, co go spotkało, że potrafił nawiązać do tego bez większych emocji. Nie miała pojęcia jak dokładnie potoczyło się jego życie, co go ukształtowało, nie wydawało się być to jednak całkiem przyjemnym doświadczeniem. Każdy nosił swój krzyż, podejmowane decyzje przynosiły niekoniecznie takie skutki jakich można się było spodziewać.

- Trzeba szukać pozytywów. - Mogło tym być nawet wymiotowanie na większej przestrzeni, kiedy tak o tym mówił to uświadamiała sobie, że i w jej przypadku mogło być gorzej, prawda? W końcu nie była zamknięta w czterech ścianach, czy coś.

Przyjęła bez słowa przekazane przez niego rzeczy, które miały jej służyć, jak jej się wydawało za prowizoryczną chusteczkę. Doceniała gest, zauważyła też kopertę, założyła, że zaplątała się tam ona przypadkowo. Nie chciała do niej zaglądać, bo mogła to być jakaś korespondencja zaadresowana do niego, a niegrzecznie było czytać czyjeś listy (nie, żeby normalnie przejmowała się grzecznością). Położyła ją więc sobie na kolanach, skorzystała z tej uroczej ulotki, bo wydawała się do niczego więcej nie przydać.

- Jest w porządku. - Najwyraźniej koperta nie do końca go interesowała, odwróciła ją jednak w końcu na drugą stronę, i wtedy dostrzegła adresata. Mrugnęła dwa razy, nie zdążyła jednak zadać pytania, które nasuwało jej się na język, bo Benjy właśnie wychodził po wodę.

Trzymała ją w dłoni przez chwilę. Zastanawiała się, czy powinna ją otworzyć, bo może i była adresatem listu, tak jednak jakimś cudem znalazł się on w jego kieszeni, a nie jej. Powinna poczekać, aby to zweryfikować, tyle, że nie należała do osób, które zwlekały, nawet w takim stanie ciekawość wygrywała.

Bardzo powoli zaczęła ją otwierać, aż w końcu wyciągnęła ze środka list. Otworzyła go i przemierzała wzrokiem kartkę, aby odczytać jego treść.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#12
06.08.2025, 19:07  ✶  
Wczesnojesienny, chłodny wiatr poruszał delikatnie firanki w wysokich oknach, kwiaty w donicach pachniały tak samo, jak co roku o tej porze, a niebo nad rezydencją ciotki miało ten sam odcień szarości, który człowiek po trzydziestce po prostu przestaje uważać za odpychający, a zaczyna myśleć o tym, żeby pomalować na niego wszystkie ściany w domu, gdyby nie fakt, że ktoś właśnie zarzygał mi buty, można by to uznać za całkiem miłe popołudnie. Z tym, że takie nie było...
Cisza na tarasie była dziwnie lepka. Przerywana jedynie ćwierkaniem ptaków i odgłosem jej oddechu - płytkiego, niespokojnego, jak gdyby organizm sam nie wiedział, czy chce się już poddać, czy jeszcze nie. Nie zamierzałem mojego początku tego dnia spędzić z Geraldine Yaxley, to był wypadek przy pracy. Byłem na tyle głupi, że akurat byłem pod ręką, powinienem obrócić się na pięcie i odejść, nawet nie rozważając zaoferowania pomocy, ale... Była z Roise’em - teraz już bardzo oficjalnie - a Roise był moim człowiekiem, więc nim się obejrzałem, nadal stałem obok niej, zamiast wrócić do środka.
Geraldine siedziała skulona, spięta w ramionach jak ktoś, kto przed chwilą stracił panowanie nad ciałem i teraz wstydził się, że w ogóle je ma. Nie zamierzałem jej dobijać. Może to kwestia doświadczenia, może wyparcia. Może tego, że kiedyś - dawno temu - miałem do czynienia z podobnym rodzajem upokorzenia. Pamiętałem dobrze, jak moja była żona, stojąc przy burcie, trzymała się za brzuch i płakała, bo nic nie działało - ani eliksiry, ani zaklęcia, ani moje idiotyczne: „Już dobrze, kochanie.” - wtedy jeszcze wierzyłem, że wystarczy być przy kimś, żeby coś zmienić. Gówno prawda, ale byliśmy młodzi, idealistyczni, uciekaliśmy z kraju z myślą, że to nowy początek. Zmieniliśmy nazwiska, zostawiliśmy dawne życie... A potem i tak się wszystko rozpadło. Nowe nazwisko nie zmienia ludzi, zmienia tylko listę tych, którzy mogą cię znaleźć. Teraz byłem kimś innym, albo po prostu bardziej zmęczoną wersją tamtego samego człowieka - najważniejsze, że chyba nie aż takim kutasem.
- Gdy musisz siedzieś na statku dwadzieścia cztely na dobę, dzieląs kajutę z kimś, komu pół nocy tszymasz włosy... Wtedy człowiek naplawdę zaczyna szię zastanawiaś nad decyzjami szyyciowymi. Póśniej mogłoby szię zdawaś, sze wszystko da szię pszeszyś. To... Inelesująso zmienia pelspektywę, aczkolwiek nie polecam. - Mówiłem to spokojnie, bez emocji - z dystansem człowieka, który widział zbyt wiele, by cokolwiek w nim zostało z tamtego idealisty.
Zerknąłem na kobietę kątem oka - była blada, prawie zielona, trzymała się w pionie na siedząco chyba tylko siłą woli, zaciskając usta, jakby miało ją to uchronić przed powrotem tej treściwej ekspresji emocjonalnej na moje pozostałe części garderoby. Westchnąłem - oby tak było.
- Szycie. - Dodałem, bo niby co więcej? Wtedy byłem pełen tych wielkich słów - tych wszystkich idei, w które się pakuje człowiek, zanim jeszcze nauczy się, że żadna klątwa nie działa tak długo, jak skutki własnych głupich decyzji. Myślałem, że uciekamy przed systemem, a to wszystko ma jakiś głębszy sens - wielka ucieczka, nowa tożsamość, inny kraj, inne prawo. Gówno prawda, oczywiście, ale człowiek w tym wieku wierzył w różne rzeczy. A potem się budzisz i okazuje się, że twoja żona nie tylko nie mówi tym samym językiem, co ty, ale też nienawidzi pomidorów w puszce i twoich wszystkich członków rodziny, bez wyjątku, ciebie też. Życie.

•••

Nie spodziewałem się, że coś z tego, co jej dałem do wytarcia twarzy, ją zatrzyma...
Wróciłem po paru minutach - w jednej ręce butelka z wodą, w drugiej czysty ręcznik - szybko dochodząc do wniosku, że nie było lepiej, ale też nie gorzej - Geraldine nadal siedziała nieruchomo, tyle że z listem w rękach i kopertą obok. Otwartą. Papier był porządny, ciężki, nie taki z targu, pismo na papierze - nierozpoznawalne, przynajmniej dla mnie. Nie przywiązywałem uwagi do takich rzeczy - człowiek, który zmienia otoczenie co parę zleceń, nie robiąc sobie bazy stałych klientów, uczy się dystansu do ręki piszącego, bo widzi co najmniej kilka tych samych charakterów pisma, a jednak należących do innych ludzi, ale... Ona wpatrywała się w to tak, jakby widziała coś więcej niż słowa. Pochylała się nad listem, wpatrzona, jakby próbowała ułożyć sobie świat od nowa. Widziałem to spojrzenie - ludzie tak patrzą, kiedy znajdą coś, czego się nie spodziewali, ale w głębi duszy przecież wiedzieli, że to gdzieś tam mogło być. Odchrząknąłem - celowo nie za głośno - wiedziałem, jak chodzę, a nie chciałem jej wystraszyć. Wystarczyło, że wcześniej wywołała swoją osobistą erupcję Wezuwiusza.
- Czyja klątwa tak cię pasjonuje, co? - Rzuciłem luźno, kładąc ręcznik i wodę na stole. Wzruszyłem lekko ramionami, nonszalancko, jak ktoś, kto naprawdę nie wie co się dzieje i - szczerze - nie wiedziałem.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#13
06.08.2025, 19:48  ✶  

- Pewnie wszystko zależy od tego z kim przychodzi ci dzielić kajutę. - Nie wydawało jej się to wcale takie problematyczne, Yaxley wiele podróżowała, może nie wiązało się to z trzymaniem włosów i pozbywaniem się treści własnego żołądka, jednak była zdania, że nie powinno to się kojarzyć z niczym nieprzyjemnym. Cóż, może to był idealny sposób na weryfikowanie relacji, dwutygodniowy rejs statkiem, zamknięcie w jednym pomieszczeniu, po znalezieniu się na lądzie na pewno można było stwierdzić, czy ma się jeszcze chęć patrzyć na tę osobę, czy raczej najlepszą drogą z możliwych jest spierdalanie od niej w podskokach.

Młodość rządziła się swoimi prawami, tyle, że Yaxley sama chyba nie byłaby w stanie podjąć takich decyzji. Jasne, była narwana, robiła co jej się żywnie podobało, jednak nie umiałaby tak po prostu rzucić wszystkiego i wyjechać w pizdu. Na miejscu byli ludzie na których jej zależało, niby próbowała zrozumieć powód Benjy'ego, żona mugolaczka, dzieciak w drodze, ale już na samym początku popełnił błąd. Nie powinni się spoufalać z takimi osobami, nie kiedy pochodzili z rodzin jak te ich, rozumiała chwilowe momenty słabości, miłostki, jednak z tyłu głowy pozostawał rozsądek. W tym przypadku wiązało się to z tym, że miał wszystko, albo nic. Ona nie byłaby w stanie, aż tyle zaryzykować dla kogokolwiek. Na szczęście z Roisem nie mieli tego problemu, raczej nikt nie powinien mieć jakiegoś ale, by zaaprobować ich związek małżeński.


Benjy zniknął za drzwiami. Wiatr przyjemnie muskał jej twarz, powoli robiło jej się coraz lepiej. Czuła, że jeszcze chwila i będzie mogła wstać i w końcu się czymś zająć. Czekała na to, bo nie znosiła siedzieć bezczynnie, zwłaszcza wtedy gdy było to spowodowane tym, że niedomagała fizycznie. Nie da się ukryć, że dzisiaj dokładnie tak było - ciało nie chciało z nią współpracować.

Trzymała w dłoniach list. Oczywiście, że sprawdziła adresata. Nie wiedziała w jakim celu miałby do niej pisać Atreus. Martwiło ją trochę, że Florence ostatnio się do niej nie odezwała. Założyła jednak, że jej przyjaciółka ma ręce pełne roboty. W końcu w czasie pożarów wiele osób zostało rannych, specjalistka jej pokroju na pewno była bardzo rozchwytywana. Zwaliła to więc na nadmiar pracy, nie zakładała, że Bulstrode mogłoby się przytrafić coś złego. W głowie widziała ją tamtej nocy w fartuchu, biegającą między pacjentami, z tą swoją zaciekłą miną. Miała zamiar ją nawiedzić na dniach, bo wydawało jej się całkiem słuszne, aby to ona została jej świadkową. Były ze sobą blisko od lat, mimo różnych charakterów, zainteresowań, mimo wszystko. Zresztą planowały wspólny wypad na kilka dni tej jesieni, miały odpocząć, wyrwać się na chwilę z Londynu, lato było dla nich dość męczące.

Dlaczego więc pisał do niej Atreus, a nie Florence? Może miał jakąś sprawę, zdarzyło im się ostatnio współpracować, być może o to chodziło, chociaż intuicja podpowiadała jej, że chodzi o coś zupełnie innego, poczuła niepokój, miała wrażenie, że gdy przeczyta treść koperty to coś się zmieni.


Nie zamierzała zwlekać, musiała zaspokoić swoją ciekawość. Nie był to długi list. Przeczytała go pierwszy raz, wtedy zacisnęła dłoń mocniej na kartce. Nie docierało do niej do końca to, co było tam napisane. Drugi raz. Florence nie żyje. Trzeci raz. Została zamordowana. Czwarty raz. Pogrzeb odbędzie się 14 września.

Florence miała być bezpieczna, w Mungu. Na pewno była bezpieczna w Mungu. Dlaczego więc miał się odbyć jej pogrzeb. Atreus z niej drwił, prawda? Tylko, czy na pewno byłby w stanie żartować z czegoś takiego? Nie wydawało jej się.

Jeszcze raz przeczytała treść tego listu. Oczy jej się zaszkliły. Miała ochotę krzyczeć, jednak żaden dźwięk nie dałby rady opuścić jej zaciśniętego gardła.

Benjy wrócił, usłyszała, że się do niej odezwał, tylko nie do końca zrozumiała co do niej mówił. Uniosła głowę i spojrzała na niego, jej wzrok był otępiały, widać było po niej, że coś się z nią dzieje. Nie wypuszczała kartki z ręki, bardzo mocno ją ściskała, zrobiła się już bardzo wymięta, ale co zrobić.

Czas się zatrzymał, dla niej się zatrzymał. Właśnie dowiedziała się, że jej przyjaciółka została zamordowana. Jeszcze chwilę wcześniej wydawało jej się, że w końcu wszystko zaczęło się układać, wszystko znowu zaczęło się rozsypywać. Florence jak ona miała przed sobą całe życie, była młoda, cały świat stał przed nią do zdobycia i co z tego? Zabili ją, te skurwysyny doprowadziły do jej śmierci. Już raz to przeżywała, dlaczego znowu trafiło w kogoś kto był jej bliski.

Szloch wyrwał jej się z gardła. Odruchowo podsunęła nogi do góry i objęła je rękoma, zaczęła się zamykać, musiała jakoś to przetrawić, tylko czy dało się przetrawić coś takiego? Benjy nie miał dzisiaj szczęścia, najwyraźniej miał tego ranka zobaczyć pięćdziesiąt twarzy Geraldine Yaxley.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#14
06.08.2025, 22:17  ✶  
Zupełnie nie wiedziałem, jak mam się zachować - stałem z rękami zwisającymi wzdłuż ciała, jak idiota, jak ktoś, kto znalazł się w sytuacji, w której absolutnie nie powinien się znaleźć, a mimo to nie miał dokąd iść. Może właśnie w tym był problem - że nie mogłem się wycofać, chociaż bardzo chciałem. Czułem się trochę tak, jakbym właśnie trafił na pole minowe - z tą różnicą, że nie było żadnej mapy, żadnych zasad, żadnej logiki, tylko cisza, przerywana nagłym, duszącym szlochem.
Nigdy nie byłem ekspertem od uczuć. Cudze, moje - wszystko wrzucałem do jednego worka z napisem „kłopotliwe” i omijałem ten worek szerokim łukiem. Nie miałem żadnego doświadczenia w radzeniu sobie z cudzymi emocjami, z własnymi też zresztą nie, nikt mnie nie uczył, co robić, gdy ktoś obok się rozpada - w moim domu takich rzeczy się nie mówiło, nie przepraszało za złość, nie wyjaśniało łez. Emocje były czymś, co się tłumi - trzyma się na smyczy, a jeśli się nie dało - to lepiej było się nie pokazywać.
Ludzie mówili, że jestem z kamienia, nie myślę o innych, mam wyjebane w ich dramaty i nie umiem być wsparciem nawet dla tych, których podobno powinienem kochać... Zwykle im nie zaprzeczałem - nie miałem potrzeby. Po co? Działałem, jak działałem, i może coś w tym było, bo zawsze łatwiej było wycofać się o krok, udawać, że nie widzę, że mnie to nie dotyczy - ale teraz? Teraz nie miałem tej opcji.
Normalnie bym odszedł, zostawiłbym ją samą, dał czas, pozwolił jej się pozbierać, nie patrząc. Uszanowałbym wstyd, który zawsze przychodzi po takim załamaniu, tę potrzebę pozbierania się w samotności, ale teraz nie mogłem - coś mi mówiło, że to nie była jedna z tych sytuacji, które można przemilczeć i przeczekać, a jeśli odejdę, to będzie gorzej. Może nie dla mnie, ale dla niej... A przecież, cholera, nie mieliśmy relacji, nie przyjaźniliśmy się, nie rozmawialiśmy prywatnie, chyba że wymagała tego sytuacja. Nasze kontakty były powierzchowne, czasem oschłe - już nie wrogość, ale... Dystans. Czasem miałem wrażenie, że każde z nas widziało w drugim coś, co budziło niechęć. Mimo to nie potrafiłem jej zostawić - nie tak.
List - to musiało być coś w liście. Cokolwiek tam przeczytała, rozwaliło ją kompletnie. Kartka, którą trzymała w ręce, była zgnieciona niemal do granic możliwości. Nie wypuszczała jej, jakby to był jedyny fizyczny dowód na to, co się wydarzyło, albo kotwica, żeby całkiem nie odpłynęła, a i tak Geraldine zrobiła się mała. Zrobiła się taka mała. Mniejsza niż ją znałem, tak cholernie krucha, że przez ułamek sekundy poczułem, jakby coś zacisnęło mi się wokół klatki piersiowej - nie litość, nie współczucie - raczej świadomość, że nie mam pojęcia, co z tym zrobić. Nie wiedziałem, co się stało, nie miałem jak się dowiedzieć - prawdę mówiąc - nie sądziłem, żebym miał do tego prawo. Podciągnęła kolana, jakby chciała wcisnąć się sama w siebie, zniknąć, a potem przyszło to jedno westchnienie - krótkie, urwane - które pękło jak niemy krzyk, a za nim cała lawina... 
Czułem się, jak dzieciak, który właśnie znalazł zranionego psa i nie wiedział, czy mógł go dotknąć. Nie pytałem, co się stało - to byłby idiotyzm. Nie mówiłem, że „będzie dobrze”. Nie powiedziałem „uspokój się”. Nie powiedziałem nic - podszedłem nieporadnie, każdy mój krok ważył więcej niż powinien. Przysiadłem obok, zachowując kilka centymetrów przestrzeni - przynajmniej na początku. Chciałem coś powiedzieć, coś sensownego, może: "Nie musisz nic mówić." albo: "Po prostu posiedzę, ok?", ale nic nie opuściło moich ust. Siedziałem, słuchając jej płaczu - nie dramatycznego, nie krzykliwego - to był ten rodzaj szlochu, który najbardziej poruszał... Głuchy, niemiarowy, jak gdyby coś próbowało się wyrwać z ciała, ale nie miało siły.
Nie wytrzymałem...
Nie dlatego, że miałem dość - tylko dlatego, że nie mogłem patrzeć, jak się rozpadała. Nawet jeśli nie byliśmy sobie bliscy i między nami nie było nic,  poza uprzejmą niechęcią, podniosłem ramię. Powoli... Przez chwilę zawahałem się, zatrzymałem się w pół ruchu, ale potem po prostu to zrobiłem - położyłem dłoń na jej ramieniu. Zacisnąłem palce delikatnie, nie wiedząc, czy to w ogóle cokolwiek znaczyło... A potem, bez pytania, bez pozwolenia - po prostu pociągnąłem ją do siebie. Nie mocno, nie gwałtownie, ale jakby to było coś naturalnego - jakbyśmy znali się lepiej, niż się znaliśmy. Nie wiedziałem, co powiedzieć, więc nie mówiłem nic, tylko objąłem ją ostrożnie ramieniem, tak jak się obejmowało kogoś, kto może się rozpaść, jeśli tylko zrobisz coś nie tak.
I, kurwa, tyle.
Nie było żadnej magii w tym geście, nie było bliskości, która coś zmieniała. Była bezradność. Nie lubiliśmy się, w każdym razie nie było między nami niczego, co można by nazwać sympatią - drażniła mnie, nie byliśmy dla siebie ludźmi, z którymi zostawało się w takich chwilach, a jednak... Nie było nikogo innego. Ambroise był poza rezydencją. Ursula gdzieś zniknęła, może w ogrodzie, może w oranżerii, nie miałem pojęcia. Nie mogłem też zostawić Geraldine samej, szukając pomocy, nie w takim stanie. Z tym całym moim brakiem kompetencji emocjonalnych, byłem jedyną osobą, kurwa, nie było kogo innego...


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#15
06.08.2025, 23:28  ✶  

Yaxley starała się zawsze trzymać fason. Co by się nie działo nie pokazywała swoich uczuć, z domu wyniosła szorstkość. Bywały jednak takie sytuacje w życiu, kiedy nie pozostawało nic innego, gdy nawet ona nie była w stanie udawać, że coś jej nie poruszyło. To była taka chwila, trafiło na zły moment, bo nie była dzisiaj w najlepszej formie, ledwie się trzymała, a kiedy zaczęła docierać do niej treść tego listu... cóż po prostu pękła. Nie mogła tego zatrzymać, nie dała rady.

Z początku to do niej nie docierało, bo przecież Flo potrafiła o siebie zadbać, była tą rozsądną, nie prosiła się o kłopoty. Nie powinna stać się jedną z ofiar, nie ona, nie ta która tak wiele razy ocaliła jej życie. Była pewna, że gdyby nie jej szybkie interwencje to już dawno gryzłaby ziemię. Miały plany, kurwa mać, czekał na nie wypad w jakieś spokojne miejsce, odpoczynek, gdzie nie musiałyby się niczym przejmować. Okazało się jednak, że to nigdy nie dojdzie do skutku, bo jej przyjaciółka była martwa. Nie było jej przy niej. Nie szukała jej wtedy w Londynie bo zajęła się innymi, założyła zupełnie niepotrzebnie, że Bulstrode na pewno jest bezpieczna. Mieszkała niedaleko niej, gdyby tylko wiedziała... to może udałoby się ją ocalić, gdyby tylko pomyślała o tym, że nie jest w szpitalu. To było takie oczywiste, kto jak kto, ale Florence spędzała tam całe godziny. Na pewno nie zabili jej w środku, musiała być w innym miejscu. Zacisnęła powieki próbując powstrzymać łzy, ale średnio to działało, oczy ją piekły, sama nie do końca wiedziała, czy czuje smutek, czy narastające wkurwienie na to, jak teraz wyglądał ich świat. Nie była pierwszą ofiarą, Amandę spotkało to samo, powinna wiedzieć, że to nie był koniec, że nie była ostania, będą kolejni, pojawią się następne trupy, pochowa więcej przyjaciół. Wszystko przez to, że jakiemuś pajacowi nie pasowało to, jak wyglądał ich świat.

Szloch jej nie pomógł, niczego nie zmieniał, był tylko objawem słabości, która się pojawiła. Miała niewielu bliskich, wąskie grono osób, na które mogła liczyć od lat, mimo upływu czasu, przez to co działo się na świecie stawało się ono coraz mniejsze. Łatwo jej przyszło znalezienie winnych, mimo, że przecież nie dostała żadnych konkretnych informacji, szybko połączyła kropki, wydawało jej się to oczywiste.

Zamykała się w sobie, w swoich myślach, zwijała się w kłębek - odruchowo, bezpieczna pozycja, z której nie zamierzała zbyt szybko się uwalniać. Poczuła jednak dłoń na swoim ramieniu, to przypomniało jej o tym, że nie jest sama, ten gest, którego nie do końca się spodziewała.

Później było tylko gorzej, Yaxley nie umiała się zachować, nie można było powiedzieć, że nie przywykła do bliskości innych ludzi, ale uczyła się tego przez lata. Teraz ktoś praktycznie obcy postanowił przyciągnąć ją do siebie, aby dać jej jakiekolwiek wsparcie. Dotyk był dotykiem, wsparcie było wsparciem, w tej chwili chyba nie robiło jej różnicy to, kto postanowił jej udzielić tymczasowego ratunku. Była wiotka, jakby ciało nie do końca z nią współpracowało, nie opierała się, gdy poczuła ciepło drugiego człowieka zaczęła dygotać, starała się powstrzymywać łzy, by nie wpaść w histerię. Musiała się ogarnąć, zniknąć za drzwiami sypialni, gdzie będzie mogła sobie pozwolić na te momenty słabości.

Upuściła list, wysunął jej się z ręki, szkoda, że niczego to nie zmieniało, że informacje które się w nim znalazły były prawdziwe. Trwała w tym uścisku chwilę, bez słowa, próbując w końcu uspokoić swoje ciało, oddech, łzy. Musiała zebrać się w sobie, nie mogła pozwolić, aby widzieli ją taką słabą.

- Moja przyjaciółka nie żyje. - Udało jej się wyrzucić z siebie te słowa. Mówiła niewyraźnie, ciężko jej było w ogóle pozwolić na to, by one padły. Powiedziała to na głos, to powodowało, że stawało się to prawdziwe, nie było tylko w jej głowie, nie było na kartce papieru, Florence została zamordowana i nic nie mogło tego zmienić.

- Zabili ją, zabili ją, nie była bezpieczna, a miała być bezpieczna, teraz jej nie ma, a ja tu jestem, jej już nie ma. - Wyrzucała z siebie kolejne słowa bez ładu i składu. - Nie powinna umrzeć, nie zasługiwała na śmierć. Nie ona. - Jakby ktoś inny na nią zasługiwał... zawsze jednak niesprawiedliwa wydawała się utrata bliskich. Nie czuło się w pełni rozmiaru tragedii dopóki samemu się kogoś w niej nie straciło.

To ona prosiła się o śmierć, pakowała się w sytuacje, w których mogła umrzeć, a jednak nadal stąpała po ziemi, za każdym razem jakoś udawało jej się przed nią uciec. Dlaczego więc Flo nie miała tyle szczęścia, dlaczego padło akurat na nią? Nie sądziła, że znajdzie odpowiedź na to pytanie, nie zostawi jednak tego ot tak. Yaxley jeszcze chwilę temu planowała swój ślub, jakby nigdy nic, jak niby miała to kontynuować mając świadomość, że jedna z bliższych jej osób umarła? To było absurdalne, wszystko wydawało jej się być absurdalne.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#16
07.08.2025, 12:55  ✶  
Nie wiedziałem, czy to, co robię, ma sens - nie znałem się na tym, nigdy nie byłem dla nikogo podporą, przynajmniej nie taką… Emocjonalną. Więc słuchałem - tych nieskładnych słów, które ciągnęły się jedno za drugim, jakby nie miały końca, wypadały z niej bez filtra, bez kontroli. Widziałem wcześniej różne rzeczy. Widziałem, jak ludzie umierają. Widziałem, jak ktoś z wyprutym bokiem potrafił jeszcze rzucać zaklęcia, bo adrenalina nie pozwalała mu się przewrócić... Ale z czymś takim - z bezbronnym, niechronionym bólem - nigdy nie wiedziałem, co dokładnie należy zrobić. Poczułem, jak drży, gdy się o mnie oparła, dygotała całym ciałem - nie byłem na to przygotowany. Cholera, nie byłem przygotowany na nic z tego, ale teraz, kiedy już siedziałem z nią na tym tarasie i czułem, jak ten jej ból, rozpacz - jakkolwiek to nazwać - przelewa się przez materiał jej ubrań, przez mięśnie, przez skórę… nie mogłem się odsunąć, nie teraz.
Nie mówiłem nic - nie wiedziałem, co mógłbym powiedzieć, co nie byłoby frazesem, nie brzmiałoby sztucznie. Trzymałem ją - ostrożnie, nie nachalnie. Ramię miałem zawieszone na jej plecach, drugą ręką opierałem się o siedzisko. Usłyszałem szelest - kartka, ten cholerny list, wysunął się z jej dłoni. Wiadomość wylądowała na posadzce tarasu. Kątem oka dostrzegłem, jak wiruje powoli, opadając z ciężarem znacznie większym, niż sugerowała gramatura papieru. List wylądował obok jej stopy, uderzył o posadzkę bezszelestnie, jakby był tylko kolejnym śmieciem, nie czymś, co zmiotło ją z powierzchni ziemi, a ja chociaż całym sobą chciałem odruchowo po niego sięgnąć, nie zrobiłem tego. Nie byłem pewien, czy miałem do tego prawo - czy to jeszcze była informacja, czy już świętość.
Trwała tak dłuższą chwilę, bez słowa, tylko z przyspieszonym oddechem, łkaniem, które próbowała stłumić, i dygotem, który zdawał się nie kończyć. Nie zmuszałem jej do niczego. Trzymałem ją, nie siląc się na nic więcej. Nie mówiłem nic - nie miałem nic, co nadawałoby się do powiedzenia, nie znałem się na tym, nie potrafiłem składać takich zdań, jakich ludzie potrzebowali w takich momentach, ale przynajmniej nie spierdalałem - czasem to był już jakiś punkt wyjścia. Trwała tak chwilę, rozedrgana, a potem przyszły słowa.
Wypowiedziała to tak, jakby to ją fizycznie bolało - nic dziwnego - takie słowa przecinały gardło od środka. Nie poruszyłem się, nie oderwałem od niej ręki. Powinienem coś powiedzieć - chyba - ale nie zrobiłem tego. Bo po co? Żadne „Przykro mi.” nie oddałoby niczego. Żadne „Współczuję.” nie miało tutaj sensu. Nie znałem Florence. Może obiło mi się o uszy jej imię, może nie, ale znałem ten ton...  Ten specyficzny rytm, który mają słowa wypowiadane przez kogoś, komu właśnie pękło coś naprawdę ważnego - serce. Nie miałem na to żadnej odpowiedzi. Nie powiedziałem, że mi przykro. Nie mówiłem, że rozumiem - bo, kurwa, nie rozumiałem, ale przynajmniej nie zadałem pytania cisnącego się na usta - „A kto zasługuje?” - nie byłem aż takim idiotą, przynajmniej nie w tej chwili. Nie umiałem jej powiedzieć, że to nie była jej wina. Może nawet nie wiedziałem, czy nie była. Nie znałem kontekstu, nie znałem relacji, nie znałem historii, ale znałem tę wściekłą niesprawiedliwość w jej głosie. Znałem to wewnętrzne „Czemu nie ja?”. Sam miałem to pytanie z tyłu głowy więcej razy, niż bym chciał przyznać. Słowa sypały się z niej bez składu - nie zatrzymywała się, nie patrzyła, czy jej słucham, bo nie szukała odpowiedzi. Mówiła, bo już nie mogła dłużej tego trzymać w środku, a ja mogłem tylko słuchać.
Trzymałem ją, pozwalałem jej się oprzeć, czułem, jak się trzęsie. Siedziałem z nią w tym, co zostało z dobrego przedpołudnia. Bez słów, bez planu. A potem, kiedy cisza zrobiła się ciężka, jakby zaczęła się wlewać w płuca i dławić nas oboje, powiedziałem cicho:
- Nie ma leguł... - Oparłem się plecami o chłodne oparcie. Nie musiałem tego tłumaczyć. To nie było coś, co trzeba tłumaczyć. -Nie ma sensu. Nie ma powodu. To wszystko… To po plostu szię dzieje. Komuś. Komukolwiek. Tobie. Mnie. Jej. - Spojrzałem w dół - list leżał na posadzce, jak dowód zbrodni. Nie poruszał się na wietrze, jakby sama obecność papieru wciąż coś ważyła. - Tout est fuckée. - To nie były moralizatorskie słowa - nie brzmiały w ten sposób.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#17
08.08.2025, 08:47  ✶  

Naprawdę sądziła, że w końcu wszystko zaczęło się układać. Doppelganger tymczasowo został powstrzymany, ba raczje wydawało jej się, że nie ma szansy opuścić tamtej jaskini. Zresztą Flo była jedną z osób, która pomogła jej zająć się sprawą, mimo tego, że raczej nie robiła takich rzeczy, mimo, że nie angażowała się w podobne sytuacje, to nie miała oporu, aby ją wesprzeć.

Była jedną z nielicznych osób, na których Yaxley zależało, ich relacja trwała lata, znały się od podszewki, znała ją od podszewki, a mimo to nigdy się od niej nie odwróciła. Nie komentowała, nie spoglądała z pogardą, czy brakiem zrozumienia, po prostu była obok, gdy Geraldine najbardziej tego potrzebowała.

Trudno jej było to przetrawić. Jeszcze kilka dni temu przecież się widziały, po raz kolejny wspierała ją swoją wiedzą i radą, to ona rozjaśniła im to, co się między nimi działo, wspomniała o sile więzi jaka łączyła ją z Roisem. Ona pomogła im zacząć układać wszystko na nowo. Geraldine widziała ją obok swojego boku, gdy będzie mówić słowa przysięgi, tyle, że to jednak miało się nie wydarzyć, bo Florence już nie było. Leżała martwa w kostnicy. Już nigdy nie będą miały szansy porozmawiać, nigdy nie znajdzie się w jej mieszkaniu w samym środku nocy z tym typowym dla siebie wzrokiem mówiącym to nie moja wina, stało się, ratuj. Nie miała szansy się z nią pożegnać, nie powiedziała jej tak wiele, i nigdy nie będzie mogła tego zrobić. Florence umarła, została zabita. Nadszedł jej czas, zakończyła swój żywot.

Nie przywykła do radzenia sobie z podobnymi informacjami, chyba nikt nie był w stanie przyzwyczaić się do śmierci, nawet tej spodziewanej, o której wiedziano, że się zbliża. Strata bolała, czy tego chciała, czy nie, bez względu na to jak szorstkim człowiekiem się było.

Trudno jej było opanować emocje, trudno było jej uspokoić oddech, zapanować nad łkaniem, drżeniem ciała. Były to odruchy bezwarunkowe, z którymi nie umiała walczyć. Czuła obce ciało znajdujące się tuż obok niej, nie była tutaj sama, chociaż chyba wolałaby być, nikt nie powinien jej teraz widzieć, nie znosiła słabości, a właśnie ją okazywała, bo każdy bliski człowiek, każda więź to słabość, odsłonione miejsce, w które można uderzyć.

Nie odsunęła się jeszcze, mimo tego, że znowu pokazała coś, czego wolałaby, żeby Benjy nie widział, to dobrze było się mieć o kogo oprzeć w tej chwili. Nie sądziła, że zrozumie to, co teraz przeżywała, z drugiej strony, nie mogła mieć pewności, że też kiedyś kogoś nie stracił, bo ludzie umierali. Tak wyglądało życie, prowadziło wszystkich do jednego miejsca.

Starała się oddychać, powoli, wdech, wydech. To miało pomóc jej uspokoić drżące ciało i łzy, które nie chciały przestać spływać jej po policzkach. W końcu będzie musiała jakoś wrócić do rzeczywistości, tyle, że bez Florence, już jej tutaj nie było. Nie mogła się z tym oswoić, jak w ogóle można oswoić się z tym, że ktoś kto był częścią świata tak niespodziewanie odszedł.

- To dzieje się przez nich, ona zginęła podczas pożarów, oni do tego doprowadzili, ktoś wymyślił sobie, że zrobi przewrót, że dojdzie do władzy, nie patrzy na nikogo i na nic, była jedną z tych, które uważają za ważne, a i tak odeszła, według ich ideologii powinna być bezpieczna, a jednak tak się nie stało, jak Amanda, ją też nam odebrali, kogo jeszcze zabiorą? Jak długo to potrwa, będziemy pozwalać na to, żeby nasi przyjaciele stawali się przypadkowymi ofiarami wojny, która nie powinna nas dotyczyć? Nie chce być bierna, nie chce pozwalać na to, żeby moi najbliżsi ginęli. - Najwyraźniej już zdążyła dojść do jakichś wniosków, wiedziała kto jest temu winny, był to moment, w którym najchętniej znalazłaby każdego z tych popaprańców, fanatyków i zrobiła im to samo, co oni zrobili Florence. Z tym słowami, które wypowiedziała coś się zmieniło, przestała łkać, przestała się trząść przyjęła zupełnie inną postawę, najwyraźniej zemsta miała pomóc jej sobie z tym wszystkim poradzić.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#18
08.08.2025, 16:43  ✶  
W pierwszym odruchu nie wiedziałem, co mam zrobić - to nie był moment na słowa ani na gesty, które mogłyby wyglądać na pocieszenie. Milczałem, słuchałem... Zobaczyłem to wcześniej, zanim wypowiedziała choćby jedno słowo - ten moment, w którym emocje przestają zalewać człowieka i zaczynają płynąć w jednym kierunku. Wcześniej była w rozsypce, drżała, dusiła się oddechem, próbowała zapanować nad ciałem, które odmawiało posłuszeństwa, jednak po chwili był w niej nie tylko żal, to już nie był tylko smutek - to był gniew, który wreszcie miał gdzie się podziać. Nie był jeszcze zorganizowany, ale był prawdziwy, i właśnie dlatego nie przerywałem jej ani jednym słowem, nie próbowałem łagodzić tonu, ani niczego tłumaczyć. Miała rację - mieliśmy wszyscy dość patrzenia, jak nasi bliscy giną, a my jesteśmy dla świata statystyką, tłem, spalonym budynkiem w panoramie równie zniszczonego miasta. To nie była wojna, która miała coś zmienić - to było wyżynanie ludzi dla demonstracji siły.
Przewrót, fanatyzm, Florence. Amanda. Śmierć.
Słyszałem te słowa - każde wypowiedziane przez zaciśnięte gardło, wszystkie dobitne, jakby już wcześniej ułożyła sobie to w głowie, ale dopiero teraz miała szansę powiedzieć je w taki sposób na głos. Znałem ten ton, słyszałem go wcześniej u ludzi, którzy nagle zrozumieli, że nie mają już nic do stracenia, bo wszystko mogą stracić, i że to coś znaczy. To była granica, ona ją właśnie przekroczyła. Nie miałem zamiaru jej uspokajać, mówić, że wszystko będzie dobrze, bo nie miało być. Kurwa, nie będzie. Nie kłamałem ludziom w takich chwilach. Pytanie nie brzmiało - „Czy coś zrobi?”, tylko - „Kiedy?” i „Jak?”.
- Dobla... Skolo wiesz, kto za to odpowiada i skolo zamieszasz coś s tym zrobiś... - Odezwałem się spokojnie, ale twardo - bez miękkich słów, bez udawanej delikatności, bo wiedziałem, że tego nie potrzebowała. Zawiesiłem głos - tylko na sekundę - na tyle, żeby nie brzmiało to jak gorączkowy odruch. To nie była litość, nie współczucie, nie rycerskość - nie było we mnie tej cholernej naiwności. - Chcę wiedzieś, jaki mam w tym mieś udział. - Nie musiałem mówić więcej. Nie interesowały mnie teraz żadne przemowy o moralności, o tym, czy to zemsta, czy sprawiedliwość, może jedno i drugie, a może coś pośrodku. Nie miałem w sobie tej dyplomatycznej zdolności do niuansowania. Zresztą - nie byłem święty. Nie po tym, co już zrobiłem, czego byłem świadkiem, czego nie zatrzymałem. Mogłem być tym, kto wyniesie kogoś z płonącego budynku. Albo tym, kto ten budynek podpali, jeśli trzeba. Czasem różnica między jednym a drugim była tak cienka, że prawie niewidoczna. A teraz patrzyłem na nią, widziałem w jej oczach tę samą determinację, którą znałem z innych twarzy, i wiedziałem, że w końcu przyjdzie taki dzień...
Choćby dla zasady - na pożegnanie przed opuszczeniem kraju - za te pierdolone pożary, za to, że człowiek nie mógł już normalnie umrzeć ze starości. Za to, że każdy dzień kończył się czyimś nazwiskiem skreślonym z listy żyjących, a wszystko to w imię jakiejś idei, która nigdy nie powinna wyjść poza głowy tych kilku pojebanych megalomanów, z największym zjebem na czele.
Zemsta to nie zawsze głupota... Czasem to jedyna rzecz, która zostaje, kiedy wszystko inne spłonie...

!Strach przed imieniem


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#19
08.08.2025, 16:43  ✶  
Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#20
08.08.2025, 21:17  ✶  

Pierwsza reakcja była odruchowa. Pojawiły się emocje, bo było to niespodziewane. Informacja mocno w nią uderzyła. Czuła, że zaczyna się rozpadać, tracić grunt pod nogami. Nie była w stanie nad tym zapanować, pojawiły się łzy, szloch, czy inne gesty nad którymi nie panowała. W końcu jednak coś się zmieniło. Złapała kilka głębokich oddechów, pozwoliła sobie złapać powietrza i wtedy przyszły te zupełnie inne uczucia. Wkurwienie, irytacja, chęć odpłacenia się temu kto to zrobił. Florence zasługiwała na to, by ją pomścić. Yaxley nie bała się spotkać twarzą w twarz z osobą, która jej to zrobiła. Nie miała zamiaru udawać, że nic się nie stało, wręcz przeciwnie - ktoś zabił jej przyjaciółkę, musiała mu się za to odpłacić z nawiązką. Pokazać, że nie mogli robić na co mieli ochotę, że sprawiedliwość istniała i to ona zamierzała ją wymierzyć. Jaka właściwie była różnica między zemstą, a sprawiedliwością? W jej oczach żadna.

Twierdziła, że ten konflikt nie jest jej sprawą, że jej nie dotyczy. Już raz poczuła, że jest inaczej, wtedy kiedy zginęła Amanda, ona sama zresztą podczas jednych z ataków oberwała dosyć mocno, ale udało jej się jakoś wyjść z tego cało. Teraz odebrali jej kolejną bliską osobę. Gówno prawda, że ich to nie dotyczyło, czy tego chcieli, czy nie - stawali się przypadkowymi ofiarami tych popierdoleńców. Yaxley nie przywykła do chowania głowy w piach, nie miała problemu z tym, aby stanąć przed oprawcą i pokazać mu, że są osoby, których się nie dotyka, których nie powinno się atakować. Była myśliwą, łowcą, mogła zapolować na kolejną zwierzynę. Nie bała się konfrontacji, wręcz przeciwnie - bardzo chętnie zobaczy jak ten odważny, który zabił jedną z najwspanialszych uzdrowicielek błaga ją o to, aby darowała mu życie.

- Nie wiem dokładnie kto, to jeden z nich. - Nie wydawało jej się, aby musiała mówić o kogo jej chodzi. Benjy był bystry, potrafił łączyć fakty. Nie miała może konkretów, ale mogła jakoś dojść do nitki po kłębku, znaleźć tę jedną osobę, która postanowiła zabić jej przyjaciółkę. Nie obchodziło jej to, że to mógł być przypadek, nie miał szczęścia, bo ona nie miała zamiaru odpuścić. Nie tym razem. Gniew skutecznie uśmierzał ból, który ogarniał jej ciało jeszcze kilka sekund wcześniej. Czuła, że wie, co ma zrobić, jeśli ją pomści może poczuje się lepiej, chociaż przez kilka sekund.

- Pomożesz mi go znaleźć. - Odpowiedziała spokojnie. Najwyraźniej nie zamierzała odsuwać go od sprawy. Nie, kiedy nie próbował jej sugerować, że to głupi pomysł, że powinna odpuścić, że to nie miało sensu. Wydawał się bardzo dobrze rozumieć dlaczego chce to zrobić, nie wiedziała, czy przeżył kiedyś coś podobnego, być może, ale doceniała to, że nie chciał jej zatrzymywać, tylko jej pomóc. Oczywiście zamierzała dokonać egzekucji własnymi rękoma, najlepiej jak najwolniej, spojrzeć tamtemu w oczy i widzieć w nich strach, będzie żałował z kim zadarł.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (5925), Geraldine Greengrass-Yaxley (5936), Pan Losu (29)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa