Zima naniosła welon śniegu na brukowych ulicach; nagle wszystko zamarło, a wirujący puch śnieżny, osadzający się mokrawymi plamami na włosach, szczypiący w zaróżowione policzki i nos, okadzający miękką, jasną aurą również Hogwart. Okna zajęły się niewydatną pajęczynką mrozu, który rozpościerał swoje ramiona, kształtując lodowym oddechem wszechrzecz.
Długie, ciemne włosy spięte wstążką ponad linią karku; nieprzejednane spojrzenie przejmujących, wgryzających się w głąb duszy tęczówek; już jak na piętnastoletnie dziewczę wysoki wzrost, przewyższający dziewczęta i lwią część chłopców. Siateczka piegów rozsypanych po jeszcze odrobinę dziecięcych, pyzatych policzkach; wyginające się w grymas pełne, różane wargi i całun rzęs rzucających cień na kości policzkowe.
Odrobinę chrypliwy, acz odnajdujący swoje łagodne tony głos; charakterystyczny sposób, w który marszczyła nos i wyginała wargi w urągliwym uśmiechu; i to, jak kąciki jej ust drżały, nieprzejednanie, a w oczach błyskały niewydatne diabliki.
Bo w gruncie rzeczy już wtedy rysowała się jako niewybredna, wyrachowana pomyłka i szrama na obliczu rodu Avery. Plejada jej nieudania zaczynała się na absolutnym braku malarskiego drygu w dłoni – nie interesowały jej sfery, które same siebie puentowały jako artystyczne – jasnym było, że nigdy nie przejmie rodzinnego biznesu. Koniec przydługiej listy jej przewinień jako człowieka zamykał się gdzieś w okolicach obraźliwego prowadzenia się, niedygania jak przykładna panna, wypowiadanie się bardziej cynicznie niż ze świergotem ujętym w głoskach.
Musiała być wstydem – ona jednak wolała myśleć o sobie jako o ćmie, która uchyla się przed mrokiem, dążąc do wyśrubowanego celu; szkoda, że jej celem nie była światłość, a odrobinę mroczniejsze arkana. To ją różniło od motyli – ona zawsze wybierała ciemniejszą stronę medalu.
Wchodziła do biblioteki z jasno wytyczonym celem i choć wymagał on przegrzebania paru regałów wyściełanych rozmaitymi książkami – znała je na tyle dobrze, aby umieć odnaleźć właściwy tytuł bez większego trudu, wchodząc jednak do środka (jak cień, była w końcu ćmą), zatrzymała się w progu, obrzucając bacznym spojrzeniem błękitnej toni tęczówek wnętrze.
Rzucił się jej w oczy prędko, acz Vienne nie była fanką wysublimowanej rozmowy i będąc raczej niezręczną, aniżeli taktowną w kontaktach międzyludzkich, podeszła do siedzącego tyłem Flinta.
Cześć? Dzień dobry? Jak się masz?
Absolutnie nie.
Podeszła cicho, nieomal niedosłyszalnie do jego pleców i gdy już się schylała, a jej oddech mógł omieść jego szyję słodką wonią gumy balonowej, to…
– Bu – rzuciła półgłosem, aby po chwili, nie czekając na zbytek reakcji, odsunąć krzesło naprzeciwko jego i spojrzeć na niego tak, jak patrzyła na znakomitą większość populacji.