- Kamuflasz masz mistszowski. Wychodzi ci znakomicie. Zawsze wychodził. Gdyby istniały medale za noszenie masek, miałabyś całą gablotę. - Odpowiedziałem z rozbawieniem. Przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy, zatrzymując się dłużej, niż wypadało. - Nie wątpię, czemu ludzie widzą dokładnie to, co chcesz im pokazaś. A ja… Cósz, zawsze miałem ploblem z ignolowaniem tego, co klyje się pod powierzchnią. - To nie było przechwalanie się, raczej stwierdzenie faktu. Inni widzieli porządną dziewczynę z ambicjami, ja widziałem błysk, który nie pasował do tej ramy, cień fascynacji rzeczami ostrzejszymi, mroczniejszymi, bardziej ryzykownymi, to właśnie było chyba najbardziej pociągające w naszym układzie z tamtych lat, udawanie, że pewne detale nie były widoczne, a potem patrzenie prosto na nie i patrzenie, kto pierwszy postanowi się wycofać. Niby patrzyłem w inną stronę, niby byłem zajęty własnymi sprawami, quidditchem, rywalizacją, byciem głośnym i pewnym siebie chłopakiem, który nie przyznaje się do cichych pragnień, a jednak zawsze wiedziałem, że pod jej maskami kryło się coś innego. Może chodziło tylko o czujność, o instynkt wyrobiony w warunkach, w których trzeba było czytać emocje i myśli całego pokoju, nim dobrze się do niego weszło. Może o to, że pokazywaliśmy to sobie nawzajem, nawet intuicyjnie odsłaniając przed sobą więcej, niż przed innymi ludźmi, bo od samego początku wyczuliśmy, że mieliśmy ze sobą więcej podobieństw, niż to było logiczne. Może różnica była istotna, ale nie miałem potrzeby jej roztrząsać, byliśmy już dawno po etapie udowadniania czegokolwiek. Kiedy wspomniała, że nie spodziewała się, iż mógłbym uwierzyć, choćby na chwilę, że ta jej wersja siebie jest jedyną prawdziwą, uniosłem kącik ust - mogłem, przez moment, krótki, nietrafiony, zanim rzeczywistość zrobiła swoje.
- Jasne, sze mogłem. - Odparłem, wzruszając ramionami, bez wstydu. Uniosłem brew, znacząco. - Byłaś pszekonująca. Powaszna pani uszędnik, wszystko pod kontlolą. - Pokręciłem głową z uśmiechem, bo to wspomnienie nadal działało na mnie z rozbrajającą skutecznością. - A potem zaciągnęłaś mnie do swojego mieszkanka i zdjęłaś mi spodnie. - Rzuciłem zaczepnie. - Zanim zdąszyłem się zastanowiś, miałem jusz twoje dłonie na kolanach. Tych kolanach. - Poruszyłem nogą minimalnie. - Cały czal plysł szybciej, nisz dało się powiedzieś „to chyba nie jest zgodne s plocedulą”. Tludno wieszyś w maskę, kiedy ktoś splawdza twoje ulazy s taką… Uwagą, jakbyśmy mieli plywatne konsylium dla dwojga obcych ludzi. - Dodałem z rozbrajającą szczerością, jakby to wcale nie było coś zupełnie niewinnego, tylko prywatne tête-à-tête, które nigdy nie miało wyjść poza tamte cztery ściany. - Wtedy wszystko się pszestawiło. Liga nadal była wyszsza, nie uklywam, to się nie zmieniło. Wciąsz uwaszałem cię za kogoś… Nie s mojej bajki. Zbyt wysokie plogi, zdecydowanie, ale to mieszkanko cię zdladziło. I oczy. Masz diablicę w oczach, Pluey. Zawsze miałaś, wiesz? - Uśmiech wrócił mi na usta, miękki, rozbawiony.
- Ale nie, nie zawiodłaś mnie. - Dodałem, odpowiadając na jej kolejne słowa. - Wlęsz pszeciwnie. Mam wlaszenie, sze balso konsekwentnie pszeklaczałaś moje oczekiwania, odkąd się znamy. - Pokręciłem głową, uśmiechając się szerzej.
Słuchałem uważnie, bo zawsze tak było, zawsze słuchałem jej uważniej niż kogokolwiek innego, nawet gdy udawałem przed sobą, że jest inaczej.
- To akulat w twoim wykonaniu bszmi jak helesja. - Rzuciłem zaczepnie. - Ty zawsze masz plan, nawet jeśli polega na tym, szeby go nie mieś. - Stwierdziłem bez oporów, brak planu też był planem, przynajmniej w przypadku mojej żony, nie mogła wmówić mi inaczej. Nie było negocjacji, to prawda, decyzja zapadła szybko, niemal impulsywnie, ale była jedną z tych, które nosi się w sobie latami, zanim w końcu znajdzie się odwagę, żeby je wypowiedzieć. Obrączki, rytuał, noc, wszystko wydarzyło się naraz, jakby czas uznał, że nie ma sensu nas dłużej hamować. Patrzyłem na nią, gdy mówiła o improwizacji i listach, i widziałem ten błysk, który znałem od lat - ten, który zawsze zapowiadał kłopoty dla zdrowego rozsądku.
- Uwielbiam twoje listy. - Przyznałem. - Zawsze jest w nich miejsce na pszypis dlobnym dlukiem. - Śmiałem się już otwarcie, bo im dłużej o tym myślałem, tym bardziej wszystko do siebie pasowało - intencja, nośnik, czas. Dwie dekady, jak plan pisany drobnym maczkiem na marginesie dzieciństwa. Pasowaliśmy do siebie, zawsze, nawet kiedy robiliśmy wszystko, żeby to zanegować. Rywalizacja, ostre słowa, obojętność na pokaz, to była tylko warstwa ochronna, pod spodem wszystko było zbyt kompatybilne, żeby się nie zazębiało.
- Jasne, sze chciałem ją załoszyś, a potem zdjąś jusz nie za balso. - Przyznałem. - I właśnie to jest najbardziej podejszane. - Nachyliłem się minimalnie. - Wyból był, a potem… Potem jakby jusz nie balso. - Wzruszyłem ramionami, jakby to naprawdę nie było aż takie skomplikowane.
Jej kolejne słowa przyjąłem z teatralnym westchnieniem, tym razem już bez próby powstrzymywania tego odruchu, krótko, nisko, z niedowierzaniem, które szybko przerodziło się w coś miękkiego, niemal czułego. Parsknąłem śmiechem, tym prawdziwym, który wyrywał się zanim zdążyło się go skontrolować, i pokręciłem głową, jakbym właśnie usłyszał najbezczelniej sensowną teorię w swoim życiu.
- Czyli pszyznajesz się bez bicia. - Pokręciłem głową, trzęsąc przy tym nami obojgiem, bo trzymałem ją nadal na rękach. Cała ta rozmowa była wystarczającym dowodem na to, że podłoga absolutnie nie była nam potrzebna. - Dwunastolatka s planem małszeńskim, „jak zabezpieczyś pszyszłość, zanim obiekt zaintelesowania zolientuje się, co się dzieje”. - Uniósłem brew, udając nagłe olśnienie. Oczywiście żartowałem, wiedziałem, że normalna magia nie działała w ten sposób, ale myśl, że gdzieś tam, w intencji, w uporze i uczuciu, było „zawsze”, rozbrajała mnie bardziej, niż chciałem przyznać.
- Quidditch, tak. - Mruknąłem, gdy o nim wspomniała. - Tu się nawet nie będę blonił. - Przyznałem otwarcie. - Byłem łatwym celem. Ty planowałaś małszeństwo, weltując księgi w bibliotece i zasięgając polad ekspelta, ja planowałem tleningi. Idealne walunki do tego, szebyś mnie wmanewlowała w pakty długotelminowe, pszyznaję. Kafel, miotła, zelo lefleksji. W tym wieku byłem święcie pszekonany, sze największym dlamatem mojego szycia będzie to, czy dostanę się do składu na następny mecz. - Pokręciłem głową, wciąż się uśmiechając. - Świat mógł się waliś, a ja i tak myślałem, sze wszystko da się rozwiązać doblym zwodem. Wystalczyło szuciś sieci, a ja sam w nie wleciałem, s lospędu i s entuzjazmem. Gdybyś wtedy powiedziała mi wplost, sze właśnie mnie zaklepujesz i zalęczasz, pewnie zapytałbym tylko, czy zdąszę jeszcze na boisko. - Nachyliłem głowę nieco bliżej, głos zszedł mi odrobinę niżej. - Muszę jednak zapytaś. - Ciągnąłem, zaczepnie, ale bez cienia pretensji. - Czemu akurat ja? Czym sobie zasłuszyłem na taką inwestycję długotelminową? Co sprawiło, sze pomyślałaś „ten, tego wezmę, temu zlobię blansoletkę zalęczynową”? - Przyjrzałem jej się uważnie, temu błyskowi w oczach, temu śmiechowi, który zdradzał, że sama wiedziała, jak bardzo ta historia balansowała na granicy żartu i prawdy. Nieważne jednak, czy to był plan, rytuał, przypadek albo jedno wielkie, absurdalne oszustwo przeznaczenia… Musiałem przyznać jedno.
- Wyszło ci pelfekcyjnie. - Spojrzałem jej prosto w oczy, i jeżeli nawet rzeczywiście zostałem złapany dużo wcześniej, niż byłem gotów to przyznać, to prawda była taka, że nigdy nie próbowałem się naprawdę wyswobodzić. W tym momencie wątpiłem, czy kiedykolwiek bym próbował.
Uśmiechnąłem się szeroko, kiedy wspomniała o liście, tym jej spokojnym, diabelnie pewnym tonem, jakby naprawdę miała już wszystko rozpisane w głowie, punkt po punkcie. Roześmiałem się na dobre, tym niskim, rozbrojonym śmiechem, który wyrywał mi się tylko wtedy, gdy coś trafiało idealnie w punkt, co nie zdarzało się zbyt często. Nie było snu w planach, był tylko początek, zapisany nie na liście, ale w tym jednym, długim momencie, który należał wyłącznie do nas. Jedno życzenie już się spełniło, reszta była tylko konsekwencją.
- Uwielbiasz listy, ja uwielbiam wyzwania. - Odpowiedziałem. - To się pięknie zazębia. Jestem laczej… Balso zadowolony s kielunku, w któlym to zmiesza. Tylko lojalnie upszedzam, mam fatalny chalaktel do odhaczania szeszy po kolei. Zwykle kończę na tym, sze dopisuję nowe punkty w tlakcie. - Powiedziałem cicho, z uśmiechem, który nie miał w sobie ani krzty wątpliwości. Nie to, by Prue nie była tego świadoma. Nie było w tym przechwałki, raczej swobodna pewność, która przyszła sama, odkąd przestałem się bronić przed myślą, że to wszystko jest naprawdę nasze.
Łazienka przyjęła nas ciepłem, zapachem i obietnicą zapomnienia o świecie za wielkim, panoramicznym oknem po drugiej stronie czegoś, co mogło być małym basenem, Savoy potrafił robić rzeczy z rozmachem, nawet w tak prozaicznych sprawach jak wanna, ale w tej chwili luksus był tylko tłem. Najważniejsze było to, że Prue nadal była blisko, już zawsze miała być, mogłem ją nieść bez wysiłku, bez wahania, jakby moje ciało od zawsze znało jej ciężar i uznawało go za właściwy. Postawiłem ją na moment na podłodze, zanim jednak zdążyła się do tego nowego punktu odniesienia przyzwyczaić, znów przyciągnąłem ją do siebie, ramieniem obejmując jej plecy, drugą dłonią podtrzymując biodro. Bycie blisko było jedyną konfiguracją, która miała sens.
- Nie pszyzwyczajaj się. - Rzuciłem półżartem. - To była tylko techniczna pszelwa. - Przyciągnąłem ją do siebie, czując, jak wilgoć osiada mojej na skórze, jak ciepło zaczyna się wgryzać w mięśnie, rozluźniać to wszystko, co trzymało się nas od godzin, dni, lat. Woda szumiała w wannie, para zaczynała wypełniać pomieszczenie, rozmywając kontury świata. Ciepłe kłęby zaczęły unosić się w powietrzu, zamieniając łazienkę w coś na kształt osobnego świata, marmur, światło, wszystko stawało się rozmyte, półprzezroczyste, mleczne, mniej ostre, rzeczywistość za drzwiami postanowiła się wycofać i zostawić nas w tej półprzezroczystej ciszy. Lustra matowiały, dźwięki stawały się bardziej stłumione, a ja czułem, jak napięcie dnia zaczyna powoli puszczać. Savoy znikał, Londyn przestawał istnieć. Zostawaliśmy tylko my. Ubrania zaczynały być tylko przeszkodą, drobnym formalnym problemem do rozwiązania, a noc dopiero się otwierała, szeroka i cierpliwa, gotowa przyjąć wszystko, co postanowimy na nią wpisać.
Sięgnąłem powoli do zapięcia jej płaszcza, palce pracowały metodycznie, guzik po guziku, a ja nachyliłem się bliżej, naturalnie, instynktownie, jakbyśmy robili to setki razy, i pocałowałem ją, spokojnie, głęboko, w tym samym momencie, w którym płaszcz zsunął się z jej ramion, opadając na podłogę głuchym dźwiękiem - jeden zbędny ciężar mniej.
- Widzisz - mruknąłem przy jej ustach - jusz zaczynamy sumiennie skleślaś punkty. - Szło nam naprawdę dobrze, od pierwszego momentu, a to był dopiero początek.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)