8 sierpnia 1966
Mieszkanie Loretty – Logan Borgin i Loretta Lestrange
Wieczór ściągał ostatni oddech słońca z nieboskłonu, znaczący się żarzącą wstęgą pomarańczu na firmamencie, który w nagłej pysze zabłysł brylantami gwiazd – migotliwym, mrugającymi w swej subtelności z podszycia ziemskiego. Wraz z każdą spopieloną minutą, jak to żarzące się oczko na końcu papierosa, którego trzymała między palcami, przygasał; rubaszny uśmiech słońca osuwał się za horyzont, ciągnąc za sobą jedynie ostatnie błękity, zmieniające się w czerń rozlanej kawy. Popiół spadał wiórkami ku panelom wyściełającym parkiet w kamienicy – nie przejmowała się tym jednak nader mocno; całe mieszkanie wszak stanowiło jej atelier, najdroższą pracownię zagraconą gargantuiczny ogromem obrazów, prawdopodobnie przesiąkło również zapachem farb olejnych i terpentyny. Lato przyniosło na swoich ramionach niebotyczną ilość upałów, które ustępowały dopiero wraz z zachodem słońca, wcześniej zraszając się kroplami na karku, ubarwiając oblicze rozgorączkowanym pąsem.
Unoszony do różanych warg papieros – wyjątkowo nieubarwionych czerwienią, w znakomitym towarzystwie braku dusznego pudru – palił się rozjątrzonym oczkiem, pozwalając co rusz owej gwieździe śmierci opaść wdzięcznie, dokończyć żywot zamieniając się w bezmiar popiołu, rozbijającego się o podłogę. Może gdyby była odrobinę bardziej uważna, sięgnęłaby po słoik wypełniony niedopałkami i tam kierowała opadający proch.
Nie była jednak uważna nigdy, a w szczególności teraz, gdy druga dłoń zamykała się na szyjce butelki, ledwo napoczętej.
Uśmiech zaigrał na jej wargach, gdy usłyszała pukanie do drzwi – niewiele myśląc, zgniatając papieros po drodze – ruszyła w kierunku wejścia, z rozpędu zabierając ze sobą prawie pełną butelkę; mikre rozmiary czyniły ją wyjątkowo podatną na procenty, jednak pomna ostatnich pijanych wybryków, po których nos Logana zapewne wciąż nosił znamiona bójki, tym razem miejscem libacji określiła swoje niewielkie mieszkanie.
Otworzyła zamaszyście drzwi, aby po chwili, gdy zadarłszy głowę zobaczyła jego kwaśne oblicze, oprzeć się nonszalancko o framugę. Byłaby bardziej nieubrana, aniżeli odziana – zwisała na niej luźno biała koszula, prawdopodobnie o wiele rozmiarów za duża, gdyż rękawy musiała podwinąć, a jej kraniec umykał gdzieś na poziomie połowy ud. Nagie nogi musnął wiatr uchodzący z nieszczelnych okien. Napomniała się jedynie w części, zapinając jeden z guzików ukazujących dekolt wyżej; nie oblała ją jednak fala wstydu – wiedziała w końcu, iż Logan widział ją w o wiele gorszych stanach przez rozciągłość dzieciństwa i lat nastoletnich.
– Och, Logan – rzekła bez zbytku zawoalowanego zaskoczenia, byli wszak umówieni. Ledwo wypowiedziała słowa, sporą butelkę dzierżoną w dłoni wepchnęła mu w ręce. – Ruski – zamilkła, jakby wahając się, czy cokolwiek jeszcze powiedzieć. – Pij – rzuciła poleceniem, a gdy ten wszedł do środka, równie zamaszyście zatrzasnęła za nim drzwi.