• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii Lake District v
1 2 Dalej »
[31.10 jezioro Windermere | Violet & Samuel] Dance me

[31.10 jezioro Windermere | Violet & Samuel] Dance me
przybłęda z lasu
The way to get started is to quit talking and begin doing.
wiek
26
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
stolarz
Jasne jak zboże przydługie włosy, niechlujny zarost, jasnobłękitne oczy. 183 cm wzrostu, szczupła ale dobrze zbudowana sylwetka. Ubiera się prosto, we flanelowe koszule w kratę i wytrzymałe robocze spodnie. Jego rysy zdradzałyby arystokratyczne pochodzenie gdyby tylko się ogolił. Ma spracowane ręce i przyjazny uśmiech, gdy tylko ktoś poprosi go o pomoc.

Samuel McGonagall
#1
09.10.2026, 15:23  ✶  
31.10

Myślał o tym bardzo dużo.

Myślał o tym podczas pracy.

Myślał o tym podczas odpoczynku.

Myślał o tym rozmawiając z tymi z którymi pracował, myślał o tym kiedy milczał.

Panna Avery rozbudziła w nim potrzebę, która zgasła równie szybko jak ociosana drzazga wyłuszczona z łuczywa. Własne stoisko, chwalenie się rzeźbami, które ponoć był bruistyczne przez to piękne, prymitywne, przez co intrygujące. Był umęczony, jego ciało krzyczało o odpoczynek, ale zapalił się do tego pomysłu. Amulety, zwierzęce totemy, wisiorki i duperelki, które pełniły funkcje ochronne i estetyczne. Które niosły ze sobą odrobinę ciepła.

Nie były przydatne, większość nie. Dłonie miał naznaczone odciskami a jego umysł niebezpiecznie zbliżał się do granicy, w którym klątwa żywiołów nie byłaby niespodzianką, a wręcz oczekiwanym gościem. Kumulacja stresu, niedospania i poczucia obowiązku wobec wszystkich którym obiecał pomóc… Nie chodziło o to, że żałował. Chodziło o to, że pojawiając się na sabacie naraziłby wszystkich.

Dlatego zgodnie ze swoim nowym sabatowym zwyczajem, odwiedził przedpołudniem Mabel by zjeść z nią ciasto. Nie dał się sprowokować Karlowi, pojawił się w Little Hangleton, by dopilnować straganów, a potem uciekł. Uciekł stamtąd co prędzej, zabierając kilka produktów, które przyjął od swoich zleceniodawców z niezręcznym uśmiechem. Nie był osobą nawykłą do pikników - było to w jego mniemaniu zajęcie dla mieszczuchów, którzy chcieli udawać, że mają jeszcze w zgniłych sercach połączenie z natura. Ostatecznie jednak zabrał słoiczki, chleb owinięty w płócienną szmatkę, ser i pęto kiełbasy, butelkę wina i kosz owoców. Zabrał ze sobą koc oferowany przez panią Wesley i zabrał drewniany amulet wciśnięty w dłoń.

Zabrał wszystko. Swój strach i przemęczenie. Zabrał drżenie człowieka, który w ostatnim czasie wymagał od siebie zbyt wiele.

I w końcu dotarł w to miejsce, które poznał magią uwolnionych elfów kilka tygodni wcześniej. Kwiaty zakwitłe wkoło już obumarły, a słońce dopiero zaczęło snuć się ku zachodowi. Zdawało mu się, że gdy przed momentem opowiadał o tym miejscu komuś w Little Hangleton, o jeziorze Windermere, to oddawał piękno tego miejsca. Teraz jednak zdał sobie sprawę z tego, że słowa pozostawały bezbronne wobec uroku. Wobec piękna. Wobec prawdy.

Rzeczy opadł na miękką trawę, podobnie jak zrzucił z siebie ubrania i nie bacząc na chłód zanurzył się w jeziornej wodzie, póki słońce nie opadło zupełnie, tak aby spłukać z siebie trud, otrzeźwić umysł przed nadchodzącą nocą zjednoczenia dusz, żywych i umarłych. W torbie miał też świece, miał zmniejszone gałęzie gotowe do ułożenia ogniska. Będzie to małe ognisko, ofiarowane szczerą intencją bardziej niż dłońmi kapłanów, ale na razie… na razie oddał się zimnej wodzie i mgle niespiesznie zasnuwającej milczącą taflę.
włóczykij
the benefits of walking away
wiek
26
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
magibotaniczka & badaczka
Mała wróżka na 171 centymetrów, dziecię wiosny, które pomyliło drogę i zostało na całe lato. Jasne ma włosy, złote jak letnie kłosy, lecz gdy tylko poczują wilgoć brzeziny, skręcają się kosmyki. Oczy zielone jak młode paprocie, gębę niewinną, a rozumu tyle, ile kot napłakał. Do Włóczykija podobna, bo też się włóczy, gdzie ją nogi poniosą, i też ma w nosie, czy ktoś za nią tęskni. Różnica taka, że Włóczykij przynajmniej harmonijkę miał, a Viola to najwyżej garść nasion w kieszeni, trzy zdechłe liście. Nie wiadomo, czy to ona mieszka w lesie, czy las po prostu cierpliwie znosi jej obecność. W każdym razie, gdy Viola znika za zakrętem, nikt szczególnie się nie martwi. Prędzej czy później wróci. Chyba że znajdzie coś ciekawego. Wtedy trzeba będzie poczekać do kolejnej wiosny.

Violet Greengrass
#2
10.10.2026, 16:54  ✶  
Całą uwagę skupiała na blado świecących grzybach. Pęseta zawisła tuż nad delikatnym kapeluszem największego okazu.

Ktoś mógłby ją zapytać co tutaj robiła, ale przez dwa dni trudno byłoby od razu zauważyć krogulca, który za nim podążał. A w październiku krogulce nie zmieniały upierzenia.

Gdzieś po jej lewej stronie trzasnęła sucha gałązka. Jest! jest!

Dziecięca radość o mało nie przedostała się na twarz. Kiedy to w Little Hangleton siedziała plecami do sąsiedniej loży, udając głębokie zainteresowanie zaschniętymi kręgami po kuflu kremowego piwa, rozważała możliwość, że zasłyszana rozmowa okaże się czymś więcej niż tylko zrządzeniem losu. Jego głos przebijał się wówczas przez gwar, zdradzając nazwy roślin, wskazówki topograficzne i szczegóły, których człowiek nieprzywykły do obcowania z przyrodą zapewne nie uznałby za warte zapamiętania. Wspomniał o tym skrawku lasu, o jeziorze, o konkretnym punkcie orientacyjnym.

Wystarczyło jej to za zaproszenie.

Viola ostrożnie odcięła pojedynczy świecący grzyb i umieściła go w szklanej fiolce, dodając szczyptę mchu konserwującego wyjętego z torby. Zakręciła wieczko, po czym schowała kielnię, pędzelki oraz pozostałe przybory. Następnie ruszyła wzdłuż ścieżki, zagłębiając się w gęstwinę, gdzie splątane jeżyny i młode ostrokrzewy tworzyły nieprzebytą ścianę. Buty nie wydawały najlżejszego dźwięku na wilgotnej ściółce. Rąbek spódnicy zaczepiał o ciernie.

Dwadzieścia metrów dalej znalazła dogodne miejsce do obserwacji. Rozłożyste korzenie powalonego buka tworzyły naturalną kryjówkę. Pannica sadowiła się w wilgotnym zagłębieniu, nie bacząc na chłód przenikający przez materiał. Kiedy ostrożnie przesunęła się wzdłuż korzeni i zeszła niżej, dostrzegła na brzegu pozostawione przedmioty.

Nie musiała długo szukać sprawcy tego nieporządku, ponieważ jego sylwetka majaczyła w jeziorze. Ostatnie promienie słońca oblepiły ramiona mężczyzny białawymi strzępami. Jak pączuś w maśle, pomyślała.


Kotów kat ma oczy zielone
Ja pazurami trzymam się za życia brzeg
Moje dni mam już policzone
Czekam, aż świat zazieleni się na śmierć
przybłęda z lasu
The way to get started is to quit talking and begin doing.
wiek
26
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
stolarz
Jasne jak zboże przydługie włosy, niechlujny zarost, jasnobłękitne oczy. 183 cm wzrostu, szczupła ale dobrze zbudowana sylwetka. Ubiera się prosto, we flanelowe koszule w kratę i wytrzymałe robocze spodnie. Jego rysy zdradzałyby arystokratyczne pochodzenie gdyby tylko się ogolił. Ma spracowane ręce i przyjazny uśmiech, gdy tylko ktoś poprosi go o pomoc.

Samuel McGonagall
#3
12.10.2026, 08:58  ✶  
Samuel nie był świadomy wielu spraw, ale tego konkretnego dnia najmniej był świadomy uszy i oczu czujnie śledzących to co mówił i robił. Jego prostolinijność w zbyt oczywisty sposób wynikała z faktu, że nie uważał się za kogokolwiek istotnego w szalenie aktywny sposób. Kogo mogłoby obchodzić co się z nim stanie? Gdzie go zawieje? Trochę nie dostrzegał nici, czy raczej pnączy powiązań, które z każdym dniem zyskiwały na sile, wiążąc go do ludzi z którymi jeszcze przed rokiem nie wiedział, że miałby cokolwiek wspólnego, lub też nie chciałby się im po prostu narzucać swoją obecnością, wierząc, że chwile z nim warte są mniej niż chwile bez niego.

Teraz jednak delektował się chwilą, którą spędzał sam ze sobą - przekonanie kruszało w oczach, ale otoczony zimną wodą jeziora, oddawał wspomnianej wodzie wszystkie trudy i znoje minionych dni, spłukiwał brud i zmęczenie, wypłukiwał wióry z włosów, pozwalał paznokciom odzyskać neutralny kolor. W końcu odetchnął głęboko wilgocią wzmagającej mgły, czując jak chłód dotarł niemalże do samego kośćca. Przed wyruszeniem w drogę powrotną musiał się ogrzać, może zatopić zęby w świeżym chlebie, wonnym drożdżowo serze. Odpoczynek brzmiał dla niego obco, ale tak… może właśnie dziś nadszedł ten czas, w którym nie będzie laminował skrzynek na proch?

Zobaczył ją całkiem późno, biorąc pod uwagę jak długo tam stała. Zobaczył ją całkiem szybko, gdy już zwrócił twarz w stronę brzegu. Zdziwił się trochę, ale było to uczucie na tyle nikłe, że równie szybko co się pojawiło, to umknęło w niebyt swobodnej bezmyślności. Dlatego nie zwolnił kroku, a zwyczajnie dotarł do brzegu.

Czy było jakieś powitanie na przypadkiem spotkanych ludzi nad brzegiem jeziora? Przyjemny okrzyk zachęcający do skorzystania z uroków jesiennej wieczornej kąpieli? Woda o łagodnych mulistych nutach skapywała z jego ogorzałej skóry. Ręką sięgnął po kawałek starego fortowego ręcznika, który miał wśród swoich ubrań, czując jak bardzo wykazał się brakiem rozwagi, że zażył kąpieli przed rozpaleniem ogniska. Ruchy mające z niego ściągnąć wodę przyspieszyły, a on sam nie zastanawiając się wiele i nie patrząc nawet w stronę kobiety zapytał:

– Umiesz rozpalić ognisko?
włóczykij
the benefits of walking away
wiek
26
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
magibotaniczka & badaczka
Mała wróżka na 171 centymetrów, dziecię wiosny, które pomyliło drogę i zostało na całe lato. Jasne ma włosy, złote jak letnie kłosy, lecz gdy tylko poczują wilgoć brzeziny, skręcają się kosmyki. Oczy zielone jak młode paprocie, gębę niewinną, a rozumu tyle, ile kot napłakał. Do Włóczykija podobna, bo też się włóczy, gdzie ją nogi poniosą, i też ma w nosie, czy ktoś za nią tęskni. Różnica taka, że Włóczykij przynajmniej harmonijkę miał, a Viola to najwyżej garść nasion w kieszeni, trzy zdechłe liście. Nie wiadomo, czy to ona mieszka w lesie, czy las po prostu cierpliwie znosi jej obecność. W każdym razie, gdy Viola znika za zakrętem, nikt szczególnie się nie martwi. Prędzej czy później wróci. Chyba że znajdzie coś ciekawego. Wtedy trzeba będzie poczekać do kolejnej wiosny.

Violet Greengrass
#4
12.10.2026, 20:43  ✶  
Większość ludzi, gdyby odkryła obcą babę czającą się w krzakach nad jeziorem, zadałaby sobie przynajmniej trud ustalenia, czy baba owa przyszła zbierać grzyby, zgubiła drogę, czy może zamierzała człowieka obrabować. Samuel McGonagall tymczasem zachował się tak jakby widok nieznajomej niewiasty w pobliżu własnych porzuconych gaci stanowił niewielką niedogodność, mniej więcej na równi z komarem brzęczącym nad uchem. Viola uznała to za cechę godną podziwu (albo niepokojącą… w gruncie rzeczy granica między jednym a drugim bywała cienka jak skórka cebuli).

Pannica nie miała najmniejszych wyrzutów sumienia. Skrupułów również! Te ostatnie uważała zresztą za szczególnie kłopotliwy wynalazek ludzkiego umysłu, niekiedy użyteczny, częściej jednak skutecznie utrudniający zdobywanie wiedzy. Wyrzuty sumienia były interesującym mechanizmem, mimo że w jej przypadku najwyraźniej wykształciły się w formie szczątkowej. Nie widziała niczego zdrożnego w obserwowaniu żywego organizmu w jego naturalnym środowisku, o ile zachowywała odpowiednią odległość i nie ingerowała w przebieg zachodzących procesów. Drzewa można było oglądać, grzyby można było macać, żaby można było obracać na wszystkie strony, a nikt jakoś nie biegł zaraz do najbliższego urzędnika z donosem, prawda?

Popatrzyła na niego z wyrazem twarzy, w którym naukowa ciekawość walczyła z rozbawieniem. Potem na przygotowane gałęzie, pozostawione rzeczy, a na końcu ponownie na mężczyznę. Pytanie było proste.

Najwyraźniej nie zamierzał dociekać dlaczego się tu znalazła. Nie zapytał nawet, czy przypadkiem nie zamierzała go zamordować i zakopać w pobliskim lesie, co Viola uznałaby za pytanie całkiem rozsądne, gdyby zamienili się miejscami. Może miał za dobre serce.
— Umieć to umiem. Trzeba cię porządnie ogrzać zanim ci nos odpadnie!
Stanął pod takim kątem, że promienisty welon podkreślił każdą, wydatniejszą część jego anatomii.

Potrzebował ognia. Viola mogła mu go zapewnić.

Mokra ziemia ugięła się pod jej butami, kiedy wysunęła się z cienia. Stała może pięć metrów od jego rozrzuconych rzeczy, patrząc na niego spokojnie.
— Jeżeli twój konar jest równie podatny na ogień, co ty na zimną wodę w październiku, to powinien zająć ogniem się natychmiast — powiedziała melodyjnie. Jasne włosy Violi wyglądały jak srebrna plama w zapadającym mroku. Następnie podrapała się po policzku. — Teoretycznie tak. Praktycznie… obawiam się, że jeśli użyję standardowego zaklęcia, ten konkretny konar może okazać się zbyt… rozdrażniony wilgocią. Sugerowałabym tradycyjne metody. Tarcie. Daje lepszą kontrolę nad… temperaturą zapłonu — na Matkę, gorzej już to zabrzmieć nie mogło!


Kotów kat ma oczy zielone
Ja pazurami trzymam się za życia brzeg
Moje dni mam już policzone
Czekam, aż świat zazieleni się na śmierć
przybłęda z lasu
The way to get started is to quit talking and begin doing.
wiek
26
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
stolarz
Jasne jak zboże przydługie włosy, niechlujny zarost, jasnobłękitne oczy. 183 cm wzrostu, szczupła ale dobrze zbudowana sylwetka. Ubiera się prosto, we flanelowe koszule w kratę i wytrzymałe robocze spodnie. Jego rysy zdradzałyby arystokratyczne pochodzenie gdyby tylko się ogolił. Ma spracowane ręce i przyjazny uśmiech, gdy tylko ktoś poprosi go o pomoc.

Samuel McGonagall
#5
25.10.2026, 23:35  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.10.2026, 23:37 przez Samuel McGonagall.)  
Kiedy mieszkało się w Dolinie Godryka, trzeba było być wrażliwym na subtelne znaki, świadczące o tym że rozmówca był magiem, albo wręcz przeciwnie - że z magią nie miał nic wspólnego. Samuel, który zwykł korzystać i tak z dobrodziejstw narzędzi oraz siły własnych mięśni, nie miał problemu w pracowaniu dla każdego kto pomocy stolarza potrzebował. Wyrobił sobie dzięki temu bardzo dobre ucho do wskazówek, czy rozmówca wie o magii, czy też wkłada ją między karty bajek. Dlatego teraz z cichym uśmiechem samozadowolenia przyjął jej paplaninę, nie zauważając zupełnie, że być może własnym brakiem odzienia wprawił ją w zakłopotanie tak bardzo rozwiązujące język. Z torby wyciągnął zwitek patyków i lekką ręką rozproszył je by zaprezentowało się przed ich oczami zgrabne usypisko, pakiecik podróżny ze szczapami drewna właśnie, większymi głodami, ale też kamieniami do obłożenia, aby ogień nie uciekł.

– Obie metody powinny zadziałać, tylko ułóż dobrze – odpowiedział, za bardzo się ciesząc, że ma do czynienia z czarownicą, żeby zastanowić się skąd ona wie, że Samuel też potrafi czarować. Po prostu… było mu zimno, taka prawda. Kąpiel choć orzeźwiająca, przemroziła go do szpiku kości. Nie było to jednak wielkim zmartwieniem, nie jeśli skóra może obrosnąć grubym brunatnym futrem. Szczęknął zębami tylko kilka razy, gdy pozwolił transformującej magii wydobyć na wierzch jego o wiele skuteczniejszą w zimnie powłokę. Sierść była sucha, a jemu było też o wiele, wiele lepiej. Uwalił się na miękkiej lekko poschłej już trawie i czarnymi jak dwa węgle ślepiami obserwował pracę blondynki, aby ewentualnym chrapnięciem zasugerować, że robi jednak coś w złej kolejności. Ludzie miasta zwykle nie wiedzieli jak ułożyć dobre ognisko. Tymczasem w nos uderzyła go dziwnie znajoma woń i zmarszczył nieco niedźwiedzie brwi, bo na mordzie nie było tak widoczne, niż gdyby zachował ludzką twarz. Wertował pamięć jednak nie mógł dołączyć wrażenia z konkretnym wspomnieniem. Zamiast tego, by sobie pomóc przysunął łeb bliżej barków kobiety i zaciągnął się jej zapachem kilkukrotnie, jakby to miało mu pomóc w odświeżeniu pamięci.

[Obrazek: Bear-6.jpg?RTUdGk5cXyJFCgsJVANtdxU+cVRdH...thHHsvEVxR]
włóczykij
the benefits of walking away
wiek
26
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
magibotaniczka & badaczka
Mała wróżka na 171 centymetrów, dziecię wiosny, które pomyliło drogę i zostało na całe lato. Jasne ma włosy, złote jak letnie kłosy, lecz gdy tylko poczują wilgoć brzeziny, skręcają się kosmyki. Oczy zielone jak młode paprocie, gębę niewinną, a rozumu tyle, ile kot napłakał. Do Włóczykija podobna, bo też się włóczy, gdzie ją nogi poniosą, i też ma w nosie, czy ktoś za nią tęskni. Różnica taka, że Włóczykij przynajmniej harmonijkę miał, a Viola to najwyżej garść nasion w kieszeni, trzy zdechłe liście. Nie wiadomo, czy to ona mieszka w lesie, czy las po prostu cierpliwie znosi jej obecność. W każdym razie, gdy Viola znika za zakrętem, nikt szczególnie się nie martwi. Prędzej czy później wróci. Chyba że znajdzie coś ciekawego. Wtedy trzeba będzie poczekać do kolejnej wiosny.

Violet Greengrass
#6
26.10.2026, 08:18  ✶  
Posłusznie uklękła na ziemi. Zastygła jak sarna w świetle księżyca, kiedy niedźwiedzie nozdrza Samuela, które wciągnęły zapach jej perfum zmieszany z wilgocią lasu i jej własnym, ciepłym zapachem skóry, znalazły się niebezpiecznie blisko jej szyi.

Adrenalina, jak zwykle towarzyszyła odkryciu nowej odmiany grzyba, została w mgnieniu oka zastąpiona zupełnie innym, bardziej fizycznym rodzajem podniecenia. Jej umysł zaczął rejestrować zupełnie inne dane, tj. ogromną masę futrzastego ciała tuż obok, ciepło przenikające przez cienki materiał jej bluzki, surową siłę, która z taką łatwością mogłaby ją przewrócić, przytrzymać, zmiażdżyć.

Dłoń, w której trzymała różdżkę, zadrżała. Bynajmniej nie ze strachu…
— Co… co robisz? — palnęła niezręcznie, a potem przechyliła głowę, odsłaniając nieco więcej karku, zapraszając ten zwierzęcy pysk do dalszej eksploracji. Drugą rękę bezwiednie opuściła, palce zacisnęły się w mokrej trawie. Szukały punktu zaczepienia, podczas gdy reszta ciała kobiety zdawała się roztapiać w cieple bijącym od niego.

W jej głowie rozbrzmiał natychmiastowy, gorzki monolog. Zapach. On wącha mój zapach. Jak zwierzyna. Jak samiec podczas rui. Och, Matko, to jest najbardziej prymitywne, najbardziej niesamowite…, myśli plątały się, ścigane falami nieznanego dotąd ciepła, które zaczęło rozlewać się z jej brzucha.

Viola popatrzyła z ukosa na jego niedźwiedzi łeb, na potężne ramiona pokryte brunatnym włosiem. Jej wyobraźni (zwykle zajęta obrazami siewek i wzorów DNA chlorofilu) nagle i bezlitośnie podrzuciła jej wizję tych samych łap, ale w ludzkiej formie. Ich dotknięcia. Ich ciężaru. Ostre pazury, które tak dobrze wiedziały, jak rozłupać drewno, ślizgające się po jej gołej skórze, pozostawiające…

Ogień!, przypomniała sobie, miałaś rozpalić ogień, ty durna babo!!! Ale nagle jedyny ogień, o którym mogła myśleć, płonął w jej żyłach, podsycany każdym jego oddechem.
Zbieranie grzybów to zawsze była tylko przykrywka, prawda?
— Herba fumi silvestris. Dym z lasu. Mieszanka mchu, żywicy i… kilku innych rzeczy. Stosuję go, gdy chcę, żeby leśne stworzenia mnie nie wyczuły. Ale ty nie jesteś… — odwróciła się do niego plecami całkowicie, ignorując fakt, że miał przy sobie wystarczająco siły, aby złamać jej kręgosłup jednym uderzeniem łapy. Skupiła się na ognisku. Ułożyła kamienie w ciasny krąg, delikatnie ustawiła szczapy w kopczyk. — Jestem Violet, swoją drogą — powiedziała. — Violet Greengrass. Przyjaciele mówią na mnie Vi.


Kotów kat ma oczy zielone
Ja pazurami trzymam się za życia brzeg
Moje dni mam już policzone
Czekam, aż świat zazieleni się na śmierć
przybłęda z lasu
The way to get started is to quit talking and begin doing.
wiek
26
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
stolarz
Jasne jak zboże przydługie włosy, niechlujny zarost, jasnobłękitne oczy. 183 cm wzrostu, szczupła ale dobrze zbudowana sylwetka. Ubiera się prosto, we flanelowe koszule w kratę i wytrzymałe robocze spodnie. Jego rysy zdradzałyby arystokratyczne pochodzenie gdyby tylko się ogolił. Ma spracowane ręce i przyjazny uśmiech, gdy tylko ktoś poprosi go o pomoc.

Samuel McGonagall
#7
31.10.2026, 19:49  ✶  
Jej pytanie zatrzymało go w pół oddechu, ale odgarnięcie włosów wyglądało na przyzwolenie i przez moment zwątpił, na ile jest w stanie zrozumieć całą sytuację, która miała miejsce. Oczywiście nie chciał jej się narzucać sobą, ani wprawiać ją w dyskomfort - po prawdzie był jej wdzięczny, że rozpala płomień, bo jemu przy tym poziomie zmęczenia mogłaby nie wyjść hybryda z ludzkimi dłońmi, albo pokrycie się futrem tylko w kluczowych partiach, aż do porządnego rozhajcowania… Też miał się jej czym odwdzięczyć miał sporo, och sporo więcej jedzenia niż potrzebował w tym konkretnym momencie, a i towarzystwo jej nie wydawało się takie złe, szczególnie że zapach…

… pachniała jak dom. Pachniała bezpieczeństwem, lasem, który był mu rodzicem przez kilka ostatnich lat. Pachniała bardzo przyjemnie, samym tym zapachem wywołując w nim odprężenie, które może i nie powinno mieć miejsca w sytuacji, gdy nie znali się za bardzo. Chyba się nie znali, Samuel nie miał zbyt dobrej pamięci do twarzy i o ile był w stanie rozpoznawać ptaki z jednego klucza, o tyle ludzkie oblicza sprawiały mu wciąż problem. Przysiadł jednak na zadzie i przekrzywił głowę, gdy padło nazwisko.

To wiele tłumaczyło.

Kochał Knieję, a Greengrasi byli z nią związani nie tyle aktami prawnymi co krwią, magią, ciałem i duszą. Była częścią lasu, czy wiedziała jaka zadra przydarzyła się lasowi przed kilkoma miesiącami? Czy też polowała na potwora żywiącego się duszą, czy Rose i jej brat powiedzieli jej o tym? Vi… spróbował ułożyć niedźwiedzie wargi w odpowiedni kształt, ale zamiast tego uleciało z niego ciche mruknięcie wpadające w wysokie tony, przywołujące raczej skojarzenie z zaniepokojeniem. Bo był zaniepokojony, bo zawsze takie sformuowania wywołały w nim niepokój. Przyjaciele mówią mi Vi, czy to znaczy, że miała go za przyjaciela? Czy mógł tak do niej mówić, czy raczej była to obietnica, że jak już zostaną przyjaciółmi, to zmieni dla niego swoje imię? On też miał kilka imion, ale zwykle mówił ludziom, że jest po prostu Samem. Samuel, tak mówił mu pan Ollivander. Jego ojciec zwracał się do niego jeszcze inaczej.

Wciąż było na tyle zimno, że nie chciał się przemienić, czując komfort i ciężar futra i tłuszczu otulającego zziębinięte kości. Nie chciał jednak być nieuprzejmy, pochylił się więc i nosem przeturlał do niej płócienny worek z prowiantem, po to tylko żeby rozgrzebać wielkimi pazurami jego wnętrze i wyłuskać butelkę z winem i ser. Wino zdawało mu się najbardziej wartościowe ze wszystkiego co tu przyniósł, zapłata za pomoc wydawała mu się adekwatna. Raczej nie zakładał, że będzie chciała z nim tu zostać. Nigdy nie czuł się za dobrego towarzysza do czegokolwiek innego ponad wspólna praca, która nie wymagała zbyt wiele słów. Zwykle gdy zaczynał mówić, zwłaszcza jeśli mówił to co myślał… to nigdy nie kończyło się dobrze.

włóczykij
the benefits of walking away
wiek
26
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
magibotaniczka & badaczka
Mała wróżka na 171 centymetrów, dziecię wiosny, które pomyliło drogę i zostało na całe lato. Jasne ma włosy, złote jak letnie kłosy, lecz gdy tylko poczują wilgoć brzeziny, skręcają się kosmyki. Oczy zielone jak młode paprocie, gębę niewinną, a rozumu tyle, ile kot napłakał. Do Włóczykija podobna, bo też się włóczy, gdzie ją nogi poniosą, i też ma w nosie, czy ktoś za nią tęskni. Różnica taka, że Włóczykij przynajmniej harmonijkę miał, a Viola to najwyżej garść nasion w kieszeni, trzy zdechłe liście. Nie wiadomo, czy to ona mieszka w lesie, czy las po prostu cierpliwie znosi jej obecność. W każdym razie, gdy Viola znika za zakrętem, nikt szczególnie się nie martwi. Prędzej czy później wróci. Chyba że znajdzie coś ciekawego. Wtedy trzeba będzie poczekać do kolejnej wiosny.

Violet Greengrass
#8
31.10.2026, 22:18  ✶  
Słońce zdążyło już zupełnie zapaść się za drzewa, a niebo przybrało ciemną, granatową barwę. Jedyne światło pochodziło od srebrzystego księżyca i słabego blasku, jaki wydobywał się z końcówki różdżki Violet. W końcu iskra trafiła w pułapkę z suchych igieł oraz kory. Płomyk zatlił się nieśmiało, potem objął przygotowany stos. Ciepło rozlało się natychmiast, zalało falami w stronę obojga.

Viola obserwowała płomienie, a właściwie tańczące w nich refleksy pomarańczowego światła, które miękko kładły się na brunatnym futrze i wydobywały z mroku kontury potężnego cielska. W tym samym kamienie wokół ogniska układała starannie, choć trudno było powiedzieć, czy rzeczywiście wymagały aż tak wiele uwagi, czy też stanowiły jedynie doskonały pretekst, aby znaleźć się bliżej swojego towarzysza.

Ostatecznie usiadła przy ognisku. Dopiero wtedy zauważyła, że Samuel próbował zwrócić jej uwagę (albo ona sobie tak wmawiała) na pozostawiony prowiant. Nosem wskazał butelkę, wydając z siebie kolejne, tym razem głębsze mruknięcie. Viola spojrzała na wino, potem na ser, a na końcu na wielkie, ciemne ślepia. Wilgoć przesączyła się przez materiał spódnicy, chłód zaczął podkradać się do kolan, gdy usiadła na gołej ziemi, ale nie poświęciła temu nawet jednej myśli. Jej usta rozciągnęły się w uśmiechu, którego nie powstydziłaby się osoba właśnie odkrywająca, że pod korzeniem starego dębu rosło coś znacznie ciekawszego niż kolejny pospolity grzyb.

Och, był rozkoszny.
— No patrz, jaki słodziak z ciebie! — nie wytrzymała. Był to śmiech szczery, nieco zbyt głośny jak na wieczorną ciszę nad jeziorem, lecz Viola nigdy nie należała do osób, które potrafiły długo zachowywać powagę w obliczu czegoś rozkosznego. Gdyby jeszcze przyniósł jej kwiaty, musiałaby poważnie zastanowić się ich przyszłością! — Vi — powtórzyła swoje imię. — Możesz tak do mnie mówić — sięgnęła po butelkę, obejrzała ją pobieżnie, a następnie spróbowała odkręcić korek. Kiedy wreszcie udało jej się poluzować korek, wsunęła go między zęby, żeby nie zgubić go w trawie. — Masz jakieś kubki? Hm… Czekaj, czekaj.


Kotów kat ma oczy zielone
Ja pazurami trzymam się za życia brzeg
Moje dni mam już policzone
Czekam, aż świat zazieleni się na śmierć
przybłęda z lasu
The way to get started is to quit talking and begin doing.
wiek
26
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
stolarz
Jasne jak zboże przydługie włosy, niechlujny zarost, jasnobłękitne oczy. 183 cm wzrostu, szczupła ale dobrze zbudowana sylwetka. Ubiera się prosto, we flanelowe koszule w kratę i wytrzymałe robocze spodnie. Jego rysy zdradzałyby arystokratyczne pochodzenie gdyby tylko się ogolił. Ma spracowane ręce i przyjazny uśmiech, gdy tylko ktoś poprosi go o pomoc.

Samuel McGonagall
#9
31.10.2026, 23:04  ✶  
Przekrzywił głowę, po raz pierwszy być może przypatrując się tej dziwnej osobie. Słodziak? To nie było słowo, które uznałby za właściwe do jego osoby, w pierwszej chwili nawet myślał, że się przesłyszał. Z drugiej strony zdecydowanie wolał taką reakcję na jego niedźwiedzią formę niż krzyki i omdlenia - a to też przecież się zdarzało i to nie raz w sumie mógł ją uprzedzić o przemianie, prawda?

Teraz gdy chłód nie był aż takim problemem, a ognisko powoli nabierało na sile (choć wciąż niespiesznie, brakowało mu substancji, na szczęście miał pudełko po zapałkach wypełnione kilkoma transmutowanymi ususzonymi pieńkami), zauważył, że nowopoznana Vi zdaje się być bardzo rada z ich spotkania i rozluźniona przygotowaniem wieczerzy. Pozwolił sobie również na bardzo krótką refleksję w temacie urody jego nieoczekiwanej towarzyszki, czarnymi ślepiami ześligując się z jasnych włosów, przez uniesione uśmiechem policzki.

Finalnie uznał, że choć chciał być tego wieczoru sam, to może nie będzie aż tak źle, jeśli jednak ktoś mu będzie towarzyszył. Zauważył już szczęśliwie, że obecność drugiej osoby - bez względu czy w warsztacie, czy poza nim, pomaga ominąć szerokim łukiem myśli, które były zdecydowanie niemile widziane. Tęsknotę, ciężar ostatnich tygodni, nowe role w społeczności, które nie do końca rozumiał, to jak łatwo mogły przyjść i jeszcze łatwiej odejść…

Przemina nastąpiła płynnie w momencie w którym się podnosił. Stojąc i przesłaniając się złapanymi w trakcie transformacji ubraniami wyciągnął z ust kobiety korek
– Myślisz, że będą potrzebne? – Jego zdaniem nie były. Naczynie to naczynie. Ważne, żeby nie rozlewać. Tymczasem pochylając się ku niej odsłonił w tańczącym świetle ogniska obcą fakturę ogorzałej słońcem skóry, która gdzieniegdzie twardniała na wzorzec kory. Niewielkie strzępki mchu zdawały się być już zupełnie wyschnięte, aż dziw, że z pomiędzy zdrewniałych pęknięć nie wychylała główki żadna mrówka. Samuel tymczasem narzucił jej na barki bez większego pytania swoją pachnącą wiórami i żywicą kurtę, odsuwając się po tym geście dwa kroki, żeby mimo wszystko się ubrać. – Zaraz dorzucę… drwa mam w drugiej kieszeni… Vi. – dodał na końcu niepewny brzmienia tego imienia we własnych ustach. Dwa razy mu powiedziała, że może go użyć. Czy to oznacza, że teraz byli przyjaciółmi? – Jestem Sam, tak w ogóle. Hm. – Jak mówili do niego przyjaciele? Czy miał przyjaciół? Jak takich się rozpoznawało? Nie był pewien. Zamiast więc zastanawiać się bardziej, już ubrany postanowił spłukać gorycz tych rozmyślań winem. – W torbie mam też konfitury, jeśli wygrzebywanie chlebem czy palcami Ci przeszkadza, mogę ogarnąć jakąś łyżkę… – zaproponował, wysypując z małego tekturowego pudełeczka zapałki, które po jednym ruchu różdżką okazały się dobrze wysuszonym drewnem na ognisko, które nie miało się skończyć po godzinie, czy dwóch. Dysponował całkiem niezłym zapasem sugerującym śniadanie w tym miejscu.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Samuel McGonagall (1973), Violet Greengrass (1302)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa