16 kwietnia 1972
Klinika magicznych chorób i urazów
Lycoris Black i Elliott Malfoy
Niespokojne bicie serca formowało się w istną kakofonię wypełniającą uszy; każdy dźwięk odbierała z dwukrotną siłą, a miriady myśli polatywały nerwowo – nieobecność brata traktowała jako rutynę; często przecież, gdy nie radził sobie z okrutną rzeczywistością, znikał na moment czy dwa, jedynie aby poukładać sobie w głowie pewne sprawy. Westchnięcie opuściło jej usta, brwi zmarszczyły się, a tęczówki świdrowały słowa na pergaminie bacznie. Początkowo, wszystko mieniło się jej przed oczami, kalejdoskop barw migał niepokornie, a ją samą momentalnie zastało okrutne w swej krasie osłabienie. Przyspieszony oddech świdrował myśli; tak, jakby te układały się w sensowny ciąg. Zamarła jednak na moment, nim poderwała się gwałtowniej, aby zacząć krążyć niespokojnie po mieszkaniu.
Nieomal zwymiotowała z nerwów; Perseus stanowił dla niej istotę niechybnie najbliższą, a jego znalezienie się w szpitalu stanowiło kłam dla prędko bijącego serca. Wiedziała, iż nie mógł to być banalny żart – Elliott nie posuwał się do tego gatunku nieśmiesznych dowcipów. Przełknąwszy ciężko ślinę, w skupieniu urastającym do rangi niebotycznej, narzuciła na ramiona koszulę i wybiegła bez chwili zawahania z domu.
Mung kojarzył jej się wyłącznie z magisterium uzdrowicielskim, które odbyła w jego murach. W najśmielszych przypuszczeniach nie myślała, iż będzie je odwiedzać raz jeszcze, w dodatku w sytuacji tak patowej i krytycznej – chodziło przecież o jej Perseusa; tego zamkniętego w butelce życiowej chłopca, bo choć był od niej o pełen rok starszy – był jej bliski jak nikt inny, a w myślach nadal traktowała go jak niewinne dziecko.
Żyjąc ramię w ramię, przędząc ten przeklęty życiorys jak Mojry czerwone nicie, nie potrafiła się od niego należycie zdystansować.
Wbiegła do szpitala jak siła pustosząca. Odnalezienie właściwej sali szpitalnej zajęło jej chwilę; od czasów, w których bywała regularnie w szpitalu minęło trochę czasu. Coś skłębiło się w jej gardle, ściskając je w pierwszym odruchu. Dopiero wówczas dostrzegła, iż ma zupełnie nierówno zapięte guziki koszuli.
Wbiegła do pokoju o wiele za szybko, a bicie jej serca urastało do rangi dzwonów kościelnych; od razu dostrzegła Elliotta siedzącego przy łóżku – wówczas ją zamurowało. Niezdolna do płaczu, jedynie wykrzywiła się brzydko, widząc brata w tak okropnym stanie.
– Co się stało? – spytała histerycznie, rozpoczynając swoją wędrówkę w jedną i drugą stronę sali. – Na Merlina, Elliott, co się stało? – ponowiła swoje słowa, ciężko przełykając ślinę.