• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 11 12 13 14 15 16 Dalej »
[20.04.72 nad ranem] Nie zamykaj oczu - po raz trzeci

[20.04.72 nad ranem] Nie zamykaj oczu - po raz trzeci
Syn czarnoksiężnika
wiek
35
sława
IV
krew
czysta
genetyka
dziedzic Slytherina
zawód
Archeolog
Cathal wdał się w dużej mierze w matkę z Gauntów: po niej ma dość jasne włosy i jasne oczy. Mężczyzna bardzo wysoki, około 192 cm wzrostu, któremu wyraźnie nie był w życiu obcy wysiłek fizyczny. Gdzieś pomiędzy trzydziestką a czterdziestką.

Cathal Shafiq
#1
02.03.2023, 10:49  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.06.2023, 22:15 przez Morgana le Fay.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Cathal Shafiq - osiągnięcie Pierwsze koty za płoty

Odkryj wiadomość pozafabularną
Suma przypadków: Tego dnia cały czas miałeś wrażenie, że ktoś za tobą idzie. Kiedy wreszcie wróciłeś do domu i położyłeś się spać, w snach nawiedził cię dziwaczny mężczyzna. Próbował zamordować cię trzy razy. Za każdym razem ratowała cię osoba, którą znasz.

Po trzech nieudanych próbach pozbawienia cię życia udało ci się obudzić. Posiadasz na sobie ślady wyglądające tak, jakby ktoś naprawdę chciał zrobić ci krzywdę. Siniaki, nacięcia, ślady duszenia - to wszystko stało się naprawdę! Zarówno ty, jak i twój znajomy (lub znajomi) pamiętacie ten dziwny sen ze wszystkimi szczegółami.

Poprzednie sesje związane z tematem: tu, tu, tu i tu

Zmrok zastał Cathala przy biurku w domu matki w Little Hangleton, w pokoju, który zajmował jako nastolatek. Tym razem nie czytał. Stosy notatek i książek – na temat snów, wspólnego śnienia, nici powiązań – i dokumentów odnośnie ruin pewnej walijskiej wioski, zostały w londyńskim mieszkaniu. Shafiq był zajęty nanoszeniem run na amulety, za pomocą których miał zamiar zabezpieczyć sypialnię i – miał nadzieję – zapobiec ewentualnym wizytom w snach.
Niestety, brakowało mu jednego składnika i skończyć porządny krąg mógł dopiero jutro, kiedy rankiem go odbierze. Cathalowi wcale się to nie podobało, głównie dlatego, że czuł się obserwowany – a według słów Ulyssesa, u niego zaczęło się od tego samego. Kto wie, czy Cathal dwukrotnie krzyżując plany krępemu, ciemnowłosemu mężczyźnie, nie zirytował go na tyle, że teraz wziął na cel właśnie Shafiqa? Może dlatego zamiast zignorować uczucie, cały dzień tego „obserwatora” próbował złapać na gorącym uczynku. To czając się w jakiejś bocznej uliczce i czekając, czy ktoś za nim w nią wejdzie, to płacąc parę knutów jakiemuś gówniarzowi, w zamian za przejście się za nim i sprawdzenie, czy nie robi tego ktoś jeszcze. Żaden zabieg nie przyniósł jednak zadawalającego efektu.
To mogła być tylko wyobraźnia. W końcu wciąż o tej sprawy myślał, umysł mógł więc płatać mu figle.
Mimo to Cathal nie planował dziś iść spać. Tak na wszelki wypadek.
Lumos rozświetliło pokój, a różdżka została umieszczona na specjalnym stojaku, kiedy Cathal kontynuował pracę. Zegar wybijał kolejne godziny aż w końcu nadeszła północ. Tyle że plany planami, a organizm organizmem. Shafiq poprzednie trzy noce spał niewiele, w dodatku dwukrotnie śnił sny, które okazały się częściowo prawdziwe – i raczej go wymęczyły niż zapewniły odpoczynek.
W końcu, gdy wskazówki zbliżyły się do pierwszej, Cathal zasnął w końcu, z głową na blacie, a jeden z amuletów, które miały zapewnić mu bezpieczeństwo, spadł na podłogę…
*

…brama posiadłości Gauntów otworzyła się przed nim ze skrzypieniem. Zawsze tak było: dom zdawał się go rozpoznawać i spowijająca go ciasnym kokonem magia nie stawała mu na przeszkodzie. Tym razem jednak skobel był zdjęty od początku, a sama brama lekko uchylona. Ktoś już tu był. Czyżby któryś z Quirellów przyszedł, by zająć się wężami? A może ktoś podjął próbę wkradnięcia się do domu dawnych dziedziców Slytherina?
Zły wybór. Węże nie tolerowały obcych na terenie posiadłości.
Chyba że…
- Ulysses?! Mam nadzieję, że nie wszedłeś tu sam? Twój ojciec wścieknie się, jeśli zje cię jakiś wąż! – zawołał Shafiq, zatrzaskując za sobą bramę. Przed nim rozciągał się ogród, niegdyś wspaniały, teraz zaniedbany. Rośliny, te zwykłe i te magiczne, utworzyły gąszcz, na widok którego załamałby ręce każdy ogrodnik. Rzeźby, stojące wzdłuż ścieżki, prowadzającej do domu, niszczały powoli, pozostawione samym sobie od dobrych trzydziestu lat. Gdzieś spomiędzy uschniętego bluszczu wciąż wystawał fragment kamiennej ławy: jej nogi zupełnie ginęły pośród roślinności. Cathal ruszył przed siebie, mijając fontannę – woda stała w niej nieruchoma, dno pokryte było zielonym nalotem, w powietrzu unosił się nieprzyjemny zapach… Kierował się ku domowi: opuszczonej rezydencji, powoli podupadającej, dającej świadectwo zarówno dawnej świetności, jak i późniejszego upadku.
Syknął do węży, które splatały się na drzwiach wejściowych, broniąc wstępu do rezydencji. Zielone oczy gadów zabłysły, srebrzyste cielska poruszyły się i rozdzieliły, a drzwi stanęły otworem.
Cathal nie zauważył, że ktoś kryje się po drugiej stronie, w ich cieniu. Nie spodziewał się tego.
Unik sprawił, że nóż nie poderżnął mu gardła, ale przesunął się po ramieniu, pozostawiając krwawą pręgę. Cathal uderzył z hukiem o jedno ze skrzydeł drzwi. Zaskoczony, zraniony, w półmroku korytarza, nie miał szans przyjrzeć się napastnikowi. Gdyby było inaczej, być może zorientowałby się, że krępy, ciemnowłosy mężczyzna jest niepokojąco znajomy.
Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#2
04.03.2023, 15:46  ✶  
Gdyby tylko Ulysses wiedział, że tego dnia Cathal czuł się obserwowany, zaraz po pracy aportowałby się przed drzwiami do jego mieszkania. A potem żadną siłą nie pozwoliłby się z niego wywalić przed siódmą rano dnia następnego (przebolałby nawet brak swojej szczoteczki, wmawiając sobie, że do czuwania nie trzeba było mieć czystych zębów).
Ale nie wiedział. Spędził całkiem przyzwoity, bardzo schematyczny dzień, zupełnie nie niepokojony niczym znacząco odbiegającym od normy. W pracy był tylko na jednej interwencji i to nieszczególnie pracochłonnej a w domu miał czas, by obserwować tego wieczoru niebo (a było co obserwować, bo tego dnia doskonale widać było koniunkcję Jowisza i Wenus).
Zanim położył się spać, zdążył jeszcze przygotować sobie ubranie na następny dzień. Zasnął w swoim łóżku. Z umytymi zębami. Wygodnie przebrany w piżamę.
*
Ulysses wcale nie wiedział, że jest akurat w tym domu. To wciąż była ruina, ale zniekształcona przez sen, wydawała mu się osobliwie malownicza i pełna uroku. Stał w zniszczonym pokoju. Przyglądał się malunkom na ścianach. Niewielkie węże przeplatały się z drobną, zieloną roślinnością. Pełzały po namalowanej trawie, owijały się wokół zielonych łodyżek krwistych maków i zbyt niewinnych stokrotek.
Większości mebli, w pokoju, po prostu nie było. A i te, które zostały przypominały, że dom ten od dawna popadał w ruinę. Z nadłamanego szezlonga wystawały sprężyny. Stolik do kawy stracił dwie nogi a ciężkie firany przesiąknięte były zapachem pleśni i starości. Podłoga syknęła (przecież nie mogła jak każda stara podłoga zaskrzypieć), gdy zrobił krok do przodu. Obrócił się wokół własnej osi.
Młody Rookwood pomyślał, że Gauntowie byli popieprzeni, skoro w swoim umiłowaniu gadów, zdecydowali się na przyozdobienie jednego z pokoi takim malunkiem. Choć, co musiał przyznać nawet teraz, te malunki wciąż wywierały na nim gigantyczne wrażenie.
Ach, no tak, był przecież w domu Gauntów! Przez to, że śnił, wcale nie zdziwiło go, że się tutaj znalazł, że musiał jakoś wejść do środka, że to wszystko nie było wcale takie łatwe i bezpieczne. Odwrotnie, im dłużej zacząłby się nad tym zastanawiać, tym bardziej dochodziłby do wniosku, że dom chciał by się tu zjawił.
I wtedy usłyszał wołanie. Najpierw cichsze, dochodzące jakby ze dworu, ale wraz z krokami wołającego coraz donośniejsze. Przewrócił oczami, a potem ruszył w stronę głównego wejścia. Ale wraz z kolejnym krokami poczuł, że coś jest nie tak. Nie, nie spodziewał się, że ktoś może właśnie czyhać na życie Cathala. Prędzej poczuł się ponaglony. Jakby ściany, podłoga, sufit, całe rozpadające się wnętrze chciało, by czym prędzej dołączył do Shafiqa.
Przyśpieszył i pewnie tylko dzięki temu przyśpieszeniu, pojawił się w korytarzu w chwili, w której Cathal uderzył z hukiem o skrzydło drzwi. Oczy Ulyssesa rozszerzyły się, gdy dostrzegł atakującego go mężczyznę.
Nie, przecież to nie mogła być prawda. Czyżby ten człowiek namierzył Shafiqa i zdecydował się go napaść w domu Gauntów? Nie zastanawiając się nad tym, co robi, wyciągnął różdżkę i machnął nią, odsyłając napastnika z powrotem do ogrodu. Przez to, że stracił mężczyznę z oczu, rzucił się za nim, licząc na to, że teraz, kiedy atakujący pojawił się za dnia, będzie mógł go dopaść…
Syn czarnoksiężnika
wiek
35
sława
IV
krew
czysta
genetyka
dziedzic Slytherina
zawód
Archeolog
Cathal wdał się w dużej mierze w matkę z Gauntów: po niej ma dość jasne włosy i jasne oczy. Mężczyzna bardzo wysoki, około 192 cm wzrostu, któremu wyraźnie nie był w życiu obcy wysiłek fizyczny. Gdzieś pomiędzy trzydziestką a czterdziestką.

Cathal Shafiq
#3
04.03.2023, 16:36  ✶  
Koszula na lewym przedramieniu przesiąkała krwią, choć ból jeszcze nie dotarł w pełni do mężczyzny. Cathal nie zdążyłby obronić się przed kolejnym ciosem. Ostrze może by go zabiło, może tylko zraniło w drugą rękę, którą próbował się osłonić, ale na pewno sięgnęłoby ciała, cięło głęboko i boleśnie. Czar Rookwooda posłał jednak napastnika na zewnątrz, tak że ten padł prosto na ścieżkę, prowadzącą do drzwi. Shafiq odetchnął z ulgą, po trochu niezmiernie szczęśliwy, że Ulysses się pojawił, po trochu nie mogący oprzeć się myśli: jak oni, do cholery, obaj dostali się tu sami, nie zwabiając węży?
A potem, kiedy wybiegł w ślad za Rookwoodem, dostrzegł wreszcie tego człowieka. Rozpoznał go.
I…
…sen rozpadł się, niby potłuczone szkło.
*

Obandażowane ramię bolało. Opatrunek skrywał się pod bawełnianą koszulą, a Cathal starał się nie dać po sobie poznać, że ręka daje się we znaki. Rana w końcu była płytka, a on zżymał się przed pójściem do ich „uzdrowicielki”, niewydarzonej czarownicy, młodszej i nie mającej ukończonej Akademii Munga. Nie chciał się przyznawać do tego, że głupio się pokaleczył. Miał lekki zamęt w głowie: zapewne skutek tego, że wczoraj absolutnie nieodpowiedzialnie przesadzili z irlandzką whiskey.
Wyszedł z namiotu, który dzielił z kilkoma członkami ekipy – z zewnątrz niewielkiego, ale w środku mającego nie tylko cztery sypialnie, lecz także całkiem wygodny salonik – wprost w irlandzki poranek. Niebo zasnuły chmury, a w powietrzu unosił się zapach dymu, mokrej ziemi i wilgoci. Miękka trawa, niesamowicie wręcz zielona po ostatnich deszczach, uginała się pod stopami, a z oddali dobiegał szmer rzeki Boyne, kiedy szedł na miejsce zbiórki. Świstolik miał zabrać ich do mugolskiej części grobowcowych korytarzy skąd dziś podejmą wreszcie próbę wejścia dalej – do komnat spowitych magią. Nie mieli wiele czasu, bo Instytut Archeologii z Corku wkrótce chciał rozpocząć w okolicy własne badania.
Brú na Bóinne.
Cały kompleks grobowców, kolumn skalnych oraz zabytków, datowanych na ponad pięć tysięcy lat temu. W znakomitej większości wzniesione przez mugoli, ale pośród nich znalazł się przynajmniej jeden czarodziej – a może więcej czarodziejów – którzy zabezpieczyli część korytarzy magią tak potężną, że ta trwała aż do dziś. Starsze niż Hogwart. Starsze niż piramidy w Egipcie.
Nolan Shafiq, kierujący wyprawą, stale powtarzał, żeby nie robili sobie wielkich nadziei. Ze prawdopodobnie jest to po prostu grobowiec, że w środku znajdą szczątki i przedmioty codziennego użytku, może przy odrobinie szczęścia runiczne kamienie, ale żadnego majątku, żadnych artefaktów, żadnych tajemnic starożytnej, irlandzkiej magii. Mówił, że nie będzie tu skarbów, że w tym przypadku ich głównym skarbem będzie wiedza na temat tego miejsca. Cathal, który miał dopiero dwadzieścia parę lat, uważał, że to już wystarczy, aby wzbudzać ekscytację, ale w głębi ducha miał nadzieję, że starożytny czarodziej chciał ukryć coś więcej.
Riley, Nolan i Leta już byli na miejscu. Ci dwaj pierwsi rozmawiali o czymś cicho, pochylając się nad starą ścierką, ich świstoklikiem. Po chwili Cathal dostrzegł też Cassiopeię. Czarodziejka siedziała po turecku na trawie, a spojrzenie wielkich oczu skierowała ku niebu. Wyraz twarzy miała nieprzytomny: nic nowego.
- Umarli śpiewają nad Boyne – mruknęła, kiedy Cathal się zbliżył.
Nie zdziwiło go to. Cassiopeia wywoływała duchy i je egzorcyzmowała od lat, w dodatku była widmowidzem. To wszystko razem już dawno wpłynęło na jej umysł. Zarazem podczas wypraw była niezastąpiona, nawet jeśli bywały dni, gdy trudno było z nią porozmawiać i poza widmowdzeniem oraz kontaktami z duchami była w magii bardzo słaba.
- Którzy umarli? – spytał trzeźwo. – Ci starożytni, czy ci, których wybili Anglicy?
Kąciki ust Cassiopei uniosły się lekko. Zwróciła na Cathala spojrzenie jasnych oczu.
- Wszyscy. Czekają, bo dziś ktoś dołączy do chóru.
- Ruszajcie się!
– zawołał Nolan. Był mężczyzną koło pięćdziesiątki, o ciemnej karnacji i wiecznie zmęczonym spojrzeniu. Krewnym Cathala, który wciąż się zastanawiał, czy dostałby tę pracę, gdyby nie byli spokrewnieni. – Wszyscy do świstoklika! Ayden, Ulysses, wy też!
Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#4
05.03.2023, 01:36  ✶  
Ulysses zamarł w połowie kroku przez obozowisko. Popatrzył w dół na swoje ręce. Na ciemną, lnianą koszulę khaki, która była pomięta na zgięciach przy łokciach. Omiótł wzrokiem cały swój dziwny strój, tak niepasujący do tego, co zazwyczaj nosił. I nie chodziło nawet o to, że zwykłe dżinsy, przetarty skórzany pasek czy ta nieszczęsna koszula – khaki zostałyby przez niego uznane za brzydkie. Nosił garnitury, bo były rodzajem pancerza, który nakładał na siebie jak śmierciożerczą maskę. Pomagały mu zachowywać pełną kontrolę nie tylko nad tym jak wyglądał, ale również jak był postrzegany przez innych.
A teraz miał na sobie strój, którego sam raczej by nie wybrał. I kiedy nad tym myślał, coraz mniej zgadzało mu się, by rzeczywiście mógł być częścią wyprawy archeologicznej Shafiqa. Owszem, marzył o tym, by w takiej uczestniczyć, ale… ale jak się właściwie tu znalazł? Wziął urlop w pracy? Musiał wziąć urlop w pracy. Tylko czemu tego nie pamiętał? Czemu nie pamiętał? Jak zareagował ojciec? Ot tak pozwolił mu na odejście? Przecież to on chciał, by pracował w Ministerstwie Magii (a Ulysses ciągle czuł wyrzuty sumienia na myśl o tym, że go w pewien sposób zawiódł, gdy nie poszedł w jego ślady i nie został aurorem).
Podniósł głowę by rozejrzeć się po obozowisku. Patrzył na krążących po nim ludzi. Poczucie niewłaściwości ciągle w niego uderzało. Tylko nie do końca rozumiał czemu.
I wtedy usłyszał głos Nolana. Machinalnie odwrócił się w jego stronę i ruszył, a potem znowu zamarł, gdy zobaczył obandażowane ramię Cathala. Poczuł nieprzyjemny uścisk w żołądku. I nagle znowu przed oczami miał tapetę z domu Gauntów. Niewielkie węże przeplatały się na niej z drobną, zieloną roślinnością. Pełzały po namalowanej trawie, owijały się wokół zielonych łodyżek krwistych maków i zbyt niewinnych stokrotek. Pamiętał, że szedł korytarzem, słyszał wołanie. A potem przypomniał sobie błysk noża i twarz atakującego Shafiqa mężczyzny. Mężczyzny, który przecież całkiem niedawno atakował i jego samego. Mordercy, który prześladował go we śnie a teraz… czyżby teraz…? Nie, to chyba nie było możliwe, prawda? Nieprzyjemny uścisk w żołądku tylko się nasilił.
Ale to było możliwe.
Kurwa. Kurwa. Kurwa. Kurwa. Kurwa.
Może go wyśledził? Znalazł, bo zapamiętał, że ten uniemożliwił mu morderstwo na Ulyssesie? Młody Rookwood, zamiast iść jak go wołał Nolan, rozglądał się teraz niecierpliwie po obozowisku, szukając tej jednej, jednej parszywej twarzy. Tylko jej nie widział.
I korzystając z tego, że morderca jeszcze się najwyraźniej nie pojawił, ruszył pośpiesznie w stronę Shafiqa. Chciał go ostrzec. Uprzedzić, że za chwilę, dosłownie za chwilę, może zostać zaatakowany przez czarodzieja, który potrafił błądzić w cudzych snach. Najchętniej sam by go dorwał, przyczaił się na chwilę tylko po to, by zaatakować go jako pierwszy.
Podszedł do Nolana, ale stanął przy jego krewnym. Wiedział, że za chwilę wyjdzie na wariata, ale miał nadzieję, że uda mu się przy tym trafić do umysłu Cathala i go przebudzić. Najlepiej by w ogóle obudził się w swoim łóżku, ale jeśli nie, to choć by zdał sobie sprawę, że śnił. Śnił. To był sen.
- Cathal – zaczął cicho. – Cathal, to sen. Zastanów się skąd masz ranę na ramieniu. Śnisz – mówił tak samo cichym głosem. – Nie dotykaj świstoklika.
Nieważne, czy Shafiq go posłuchał, czy uznał za wariata. Ulysses i tak zamierzał przy nim zostać. Choćby po to by czekać na mordercę.
Syn czarnoksiężnika
wiek
35
sława
IV
krew
czysta
genetyka
dziedzic Slytherina
zawód
Archeolog
Cathal wdał się w dużej mierze w matkę z Gauntów: po niej ma dość jasne włosy i jasne oczy. Mężczyzna bardzo wysoki, około 192 cm wzrostu, któremu wyraźnie nie był w życiu obcy wysiłek fizyczny. Gdzieś pomiędzy trzydziestką a czterdziestką.

Cathal Shafiq
#5
05.03.2023, 11:27  ✶  
Gdzieś w pamięci Cathala kryły się wspomnienia tego dnia. Wyraźne, tak mocno wyryte w umyśle naznaczonym chorobą, że nawet sen pełen był szczegółów - choć jednocześnie nieco odbiegał od tego, co stało się wtedy naprawdę.
I ponieważ to był sen, Shafiq nie od razu był w stanie zdać sobie sprawę z tego, że śni. Że to wszystko już się stało, wiele lat temu. I że Cassiopeia wypowiedziała kiedyś dokładnie takie słowa, tuż przed tym, jak zginęła, ale w trochę innych okolicznościach - że tuż przed wyruszeniem znalazł ją na brzegu Boyne... Tak, zdarzały się mu świadome sny, ale nawet u kogoś z jego pamięcią nie było to regułą, a tym razem znalazł się w szponach władcy marionetek.
Zacząłby czuć, że coś jest nie tak. Jakaś mała część jego umysłu już to czuła. Ale gdyby Ulysses do niego nie podszedł, dotknąłby tego świstoklika – i został zabrany wprost do mordercy.
Gdy Rookwood do niego podszedł, spojrzał na niego skonsternowany.
Cathal, to sen.
Cała reszta pochyliła się, każdy dotknął palcem ścierki. Nolan z irytacją poganiał ich, i Shafiq może i odruchowo wypełniłby polecenie wuja, gdyby słowa Ulyssesa nie sprawiły, że pochłonęły go własne myśli. Takie „ataki” zdarzały się mu stosunkowo rzadko, odkąd dorósł i zaczął przyjmować odpowiednie eliksiry, ale teraz pogrążył się w jednym z nich, próbując przypomnieć sobie, uporządkować myśli…
Śnisz.
…i było jak na pustyni, kiedy dwie wizje rzeczywistości walczyły w jego głowie, tylko…
…jeszcze nie był na pustyni…
Zastanów się.
Świstoklik zadziałał, porwał resztę towarzyszy. Zniknęli, z cichym pyknięciem. Zerwał się wiatr, niebo zachmurzyło się jeszcze bardziej…
– Cholera, może udałoby się go dorwać – powiedział w końcu Cathal, spoglądając w miejsce, w którym niedawno był świstoklik, długą chwilę po tym, jak reszta znikła.
A sen rozpadł się, niby domek z kart.
*

Hogwart.
A raczej… to, co leży pod Hogwartem.
Cathal szedł ciasnym korytarzem. Musiał mocno się garbić, aby jego głowa nie szorowała po niskim suficie i zastanawiał się, czy wszystkie portrety i posągi kłamały: w istocie Salazar był bardzo niewysokim mężczyzną i dlatego tajne wejście do jego komnaty wymagało pochylania się albo bycia osobą mikrego wzrostu.
Wreszcie jednak znalazł się przy wylocie korytarza. Skoczył i spadł prosto na kamienną posadzkę. Ogromne pomieszczenie było wypełnione zielonkawym światłem, a wokół kolumn, podtrzymujących sklepienie, oplatały się węże. Najbliższą ścianę zdobiły płaskorzeźby, przedstawiające sceny z życia Slytherina: poznanie Gryffindora w dzieciństwie, poznanie Helgi i Roweny, założenie Hogwartu, walka ze smokiem, stworzenie Domu Slytherinu, opuszczenie szkoły… Inne ściany, podobnie jak sklepienie, były zbyt daleko, aby dało się je zobaczyć. Na samym środku komnaty, ponad sadzawką, pochylała się rzeźba. Salazar Slytherin, od piersi w górę „wyrastający” z podłogi spoglądał prosto w wodę.
Tak naprawdę pomieszczenie nie wyglądało tak, jak prawdziwa Komnata Tajemnic. Cathal Shafiq nigdy w niej nie był. Myślał o wejściu tu, owszem, nie by uwalniać jakąś grozę, a kierowany pragnieniem poznania sekretów przodka: i może dlatego ostatecznie nigdy nie otworzył wejścia. Była jedynie jego wyobrażeniem na ten temat – o czym w tej chwili, porwany logiką snu, nie wiedział.
Cathal szedł powoli. Jego spojrzenie prześlizgiwało się po płaskorzeźbach. Padło na węże, poruszające się wzdłuż kolumn, jakby były żywe. Wreszcie podszedł do sadzawki i przykląkł przy niej.
Coś było nie tak. Czuł, że coś jest nie tak…
Nagle obok niego pojawiło się drugie odbicie. Ciemnowłosy, krępy mężczyzna. Znajomy mężczyzna…
Ręce człowieka sięgnęły ku szyi Cathala. Chwyciły, naciskając na krtań, nim ten zdążył zareagować. Szarpiący się Shafiq pociągnął go i obaj wpadli do zielonkawej wody, na dnie której płonęły światła. Palce człowieka wciąż jednak próbowały zacisnąć się mocniej, odebrać dech, zabić.
Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#6
07.03.2023, 01:00  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.03.2023, 01:05 przez Ulysses Rookwood.)  
Ulysses patrzył na Cathala niecierpliwie.
No dalej! Uwierz mi, uwierz mi, uwierz mi… – powtarzał sobie w myślach. Tu chodzi o twoje życie!
Odruchowo zerkał w stronę reszty zbierającej się wokół świstoklika, ciągle spodziewając się, że wśród podchodzących pokaże się też morderca. Może w osobie Aydena, może kogoś innego, tylko przypadkiem dokooptowanego do całej grupy archeologicznej. To, że Nolan albo nie usłyszał jego słów, albo postanowił je zignorować (a z nim cała reszta), uznał za dobrą monetę. Im mniejszy stanowili problem, tym lepiej dla niego. Zwłaszcza, że mieli z Shafiqiem błądzącego po snach wariata – mordercę w priorytecie.
I wtedy Cathal mu uwierzył. Znaczy, właściwie to Ulysses nie był pewien, jak to działało we śnie i czy to, że mu uwierzył, oznaczało, że będzie pamiętał również za chwilę, gdyby znowu przeniosło ich w inne miejsce. Nie wiedział nawet, czy sam będzie pamiętał, jeśli się przeniesie. Ale teraz uwierzył i tylko to się liczyło.
- Sam mówiłeś, że nie zrobiłeś mu krzywdy… - zaczął obronnie.
Ale nie skończył, bo sen rozpadł się niby domek z kart.
*
Ulysses nie miał zielonego pojęcia, gdzie się właściwie znalazł. Był w jakimś korytarzu. Wąskim, ciemnym i ponurym. Śmierdziało tu starą wodą i pleśnią. Było zimno – albo to jemu wydawało się, że było tu zimno. Wiedział tylko, że to kolejny sen a Cathal jest w niebezpieczeństwie.
Kurwa. Kurwa. Kurwa. Kurwa. Kurwa.
Uprzedzenie Shafiqa nic nie dało. Tak, nie został zaatakowany w tamtym śnie, ale wcale się nie przebudził. Morderca wciąż musiał gdzieś się kręcić w pobliżu.
Młody Rookwood, machnął różdżką by wyczarować lumos. Schylił się i ruszył biegiem przez korytarz, przez całą plątaninę korytarzy. Nie miał zielonego pojęcia dokąd zmierzał, wiedział tylko że jeśli się nie myli, to Cathal znowu jest w niebezpieczeństwie. Może teraz przynajmniej wie, że śni i będzie miał się na baczności? Ale Ulysses nie mógł mieć do końca tej pewności.
Wypadł z korytarza wprost na kamienną posadzkę. Nie miał czasu na rozglądanie się po ogromnym pomieszczeniu. Ledwie wzrokiem omiótł wężowe sklepienie czy płaskorzeźby. Nie przystanął porażony ich majestatem. Ba, choć jakby dotarło do niego, że znaleźli się w Komnacie Tajemnic, nie zastanowił się, skąd Shafiq w ogóle wiedział, jak musiała wyglądać (i na ile to jego wyobrażenie było bliskie prawdy).
Błędnym wzrokiem szukał przeciwnika, skrywającego się w mroku wariata, który wykorzystywał cudze sny by atakować w nich śniącego. Najpierw dostrzegł Cathala. Może nawet próbowałby go ostrzec, ale tym razem nie miał, jak tego zrobić, bo napastnik był tuż obok niego.
Wściekłość zalała umysł Ulyssesa. Nie myślał co robi. Nie myślał nawet jak bardzo to nieracjonalne i o ile prościej byłoby po prostu zaatakować magią. Owszem, tę wykorzystał, już w biegu – różdżką wyczarowując nóż. Chciał zadać mu ból, namacalny i prawdziwy ból. Znał do tego doskonałe zaklęcie, ale tu nie chodziło o to, by napastnik poczuł cierpienie. Chodziło o to by odniósł rany.
Złapał ciemnowłosego, krępego mężczyznę za ramię, siłą odciągając od Cathala. Na Shafiqa zresztą nie patrzył, zbyt wściekły by myśleć racjonalnie. Teraz, gdy złapał napastnika, nie chciał go wypuścić z rąk.
I już nie było opanowanego, chłodnego Ulyssesa. Była furia, tłumiona latami nienawiść i agresja. Dźgnął go nożem. Raz. Drugi. Trzeci. Czwarty.
Syn czarnoksiężnika
wiek
35
sława
IV
krew
czysta
genetyka
dziedzic Slytherina
zawód
Archeolog
Cathal wdał się w dużej mierze w matkę z Gauntów: po niej ma dość jasne włosy i jasne oczy. Mężczyzna bardzo wysoki, około 192 cm wzrostu, któremu wyraźnie nie był w życiu obcy wysiłek fizyczny. Gdzieś pomiędzy trzydziestką a czterdziestką.

Cathal Shafiq
#7
07.03.2023, 01:24  ✶  
Wyłonił się z sadzawki, zabarwionej teraz krwią. I zrobił to samo, co Ulysses. Rzucił się ku ciemnowłosemu, w napadzie furii.
Nie zdążył jednak włączyć się w dzieło zniszczenia, siane przez Rookwooda. Najwyraźniej napastnika naprawdę nie można było zabić w snach, bo koszmar znów się rozpłynął.
*

…Hogwart.
Był w Hogwarcie i jednocześnie nie w Hogwarcie. W szkole takiej, jaką ta była tysiąc lat temu: gdy czwórka czarodziejów przejęła zamek starego Hogwarta i odmieniła go swoją magią i determinacją. A raczej… prawie takiej, bo sen łączył w sobie wspomnienie – Cathala i Slytherina, wszak to ten drugi mu je kiedyś pokazał, i to, co na jego podstawie robił umysł wciągnięty do sennej krainy. Za oknami nie było boiska ani błoni, a jedynie jezioro i nieprzebyty las. Na ścianach wisiało niewiele portretów, korytarze tonęły w ciemności, niczym nieoświetlone, większość drzwi wyglądała zupełnie inaczej. A przez opustoszały korytarz niosły się echem krzyki – dwa głośne, męskie głosy, odgłosy kłótni o „czystość krwi”, którym wtórowały błagania jednej kobiety o spokój i pojednanie, i jeszcze jeden, kobiecy głos, zbyt cichy, aby dało się rozróżnić słowa.
Cathal nie ruszył w ich kierunku. Stał przez chwilę w miejscu, jak zastygnięty. W jego głowie trwał chaos. Wspomnienia własne, Salazara, prawdziwe życie, sny, to wszystko mieszało się ze sobą. Tym razem jednak wiedział, że to, co go otacza nie jest prawdziwe.
I niemal natychmiast zrozumiał, że gdzieś tutaj jest także…
…mężczyzna ze snów.
- ZNAJDĘ CIĘ I ZABIJĘ! – wrzasnął. Była w nim może odrobina strachu, ale też furia. Gnany przez nią rzucił się korytarzami, jakby już, teraz, zaraz, chciał znaleźć mordercę. Jakaś część jego umysłu wiedziała jednak, że to musi zrobić w prawdziwym świecie. Teraz musiał się obudzić. Przepełniony nienawiścią nie chciał wcale czekać: chciał zabijać, tu i teraz, bo jak on śmiał, jak śmiał, i nie chodziło o sam atak, ale mieszanie w głowie, przywoływanie widm przeszłości…
Obudź się, Cathal. Własny głos.
Zaklęcie świsnęło mu koło ucha, zielony strumień minął go o włos, trafiając w portret. Do tej pory mężczyzna raczej się bawił. Używał noża, dusił, jeśli magii - starał się katować, nie zabić od razu. Być może po tylu nieudanych próbach stracił cierpliwość.
Obudź się, Cathal. Głos Salaraza.
Obrócił się gwałtownie. Mężczyzna ze snów stał u szczytu schodów, obok których Cathal przebiegał: a w tym śnie Shafiq nie miał różdżki.
Obudź się… Głos ojczyma.
Musiał się obudzić
Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#8
07.03.2023, 02:31  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.03.2023, 02:37 przez Ulysses Rookwood.)  
Ulysses rzadko dawał się wyprowadzić z równowagi. Częściowo była to wina choroby, którą nosił. Częściowo wychowania, którym przesiąkł jak gąbka. Nie płacz. Płacz nie przystoi mężczyźnie. Nie wściekaj się. Złość to oznaka słabości.
Ale teraz był wściekły. Nie rozumiał, dlaczego akurat ich dwójka padła ofiarą tego samego, błądzącego po snach czarodzieja. Nie potrafił znaleźć między nimi właściwego powiązania. Nie znał tego wariata. Obydwaj nie znali tego wariata. A wszystko wskazywało na to, że on musiał znać ich. Tylko skąd? I dlaczego? Co zrobili mu takiego, że zdecydował się na podjęcie próby zabójstwa akurat na nich?
Tym razem chyba był nawet wdzięczny, że sen się rozpadał.
*
Przez chwilę wydawało mu się, że jego gniew przygasł. Może dlatego, że znowu zmieniła się sceneria. Zniknęła mroczna Komnata Tajemnic, pojawił się Hogwart. Znowu inny niż go Ulysses pamiętał, ale szkoła – choć jej nie lubił – była jednak mniej mroczna. Była bezpieczniejsza.
Szedł korytarzem. Rozglądał się niepewnie, nie za bardzo wiedząc, gdzie powinien się kierować i czego szukać. Wydawało mu się, że logika snu funkcjonowała w ten sposób, że zawsze doprowadzała go we właściwe miejsce. Możliwe, że mógł się spóźnić, ale cudzy sen ciągle prowadził go bezpośrednio do śniącego.
I wtedy usłyszał wrzask Shafiqa. Dochodził gdzieś z niższego piętra. Przystanął, starając się go zlokalizować a potem ruszył szybciej w jego stronę.
Złość wcale nie zniknęła. Teraz stała się inna. Bliżej jej było do tej, która pojawiała się u niego całkiem często w prawdziwym życiu. Była pragmatyczna, niemal niedostrzegalna na pierwszy rzut oka. Zbliżał się do napastnika niepostrzeżenie, tym razem wykorzystując przewagę, której nauczył go ojciec. Skrywał się w cieniu, przypominał wilka, który zwęszył trop.
Oczy Ulyssesa rozszerzyły się szerzej, gdy go dostrzegł. Stał na szczycie schodów, idealnie odwrócony plecami i chyba szykował się właśnie do ataku. Młody Rookwood zacisnął ręce w pięści, sięgając po różdżkę. I znowu najchętniej fizycznie dopadłby do ciemnowłosego mężczyzny. Złapałby go z całej siły i uderzałby jego głową o ścianę tak długo aż nos zamieniłby mu się w krwawą miazgę. Ale tym razem nie rzucił się do ataku jak wściekłe zwierzę. Złość, którą teraz czuł nie pozwoliłaby mu na to. Wyciągnął różdżkę i patrząc wprost na niego, wyszeptał:
- Avada Kedavra!
Zielony płomień, tak podobny do tego, którym cisnął tamten, wystrzelił z jego różdżki. Tylko że młody Rookwood nie wiedział czy go sięgnął, czy też spudłował, bo w tym miejscu sen się urwał. Nie miał pojęcia nawet, czy zaklęcie śmierci wystrzelone przez tego wariata nie dosięgło czasem Cathala.
Usiadł gwałtownie na łóżku. Nawet nie przecierał zaspanych oczu ręką, tylko zerwał się by wstać. Niepokój rozlewał się po jego żołądku. Najchętniej już teraz wypadłby z rezydencji Rookwoodów i aportował, tak jak stał – w piżamie i bez kapci – przed drzwiami Shafiqa; ale racjonalna część jego umysłu wzięła górę.
Jeśli Cathal nie żył, aportowanie się w takim stanie nie miało znaczenia. Zamiast więc lecieć na złamanie karku, napisał do niego krótką wiadomość i posłał ją przez sowę. Zaraz po tym zaczął się pośpiesznie ubierać.
Syn czarnoksiężnika
wiek
35
sława
IV
krew
czysta
genetyka
dziedzic Slytherina
zawód
Archeolog
Cathal wdał się w dużej mierze w matkę z Gauntów: po niej ma dość jasne włosy i jasne oczy. Mężczyzna bardzo wysoki, około 192 cm wzrostu, któremu wyraźnie nie był w życiu obcy wysiłek fizyczny. Gdzieś pomiędzy trzydziestką a czterdziestką.

Cathal Shafiq
#9
07.03.2023, 02:42  ✶  
Usłyszał jeszcze tylko głos Rookwooda – i nie, nie był nawet zaskoczony, że ten zna śmiertelne zaklęcie. Tym razem jednak czy mężczyzna się poddał, czy Cathal zdołał posłuchać własnej rady… bo sen wreszcie się skończył. Wszystko znikło.
Shafiq ocknął się.
W domu matki. Z policzkiem podpartym o blat. Światło różdżki wygasło, pewnie wtedy, gdy zasnął. Wspomnienia snu wciąż wirowały w jego głowie.
Cathal wyprostował się powoli. Przedramię bolało. Tak, jak się spodziewał, gdy do niego sięgnął, odkrył, że rękaw koszulki ma zakrwawiony. Rana nie była może głęboka, ale piekła jak jasny szlag. Mężczyzna wyprostował się i przebiegł dłonią po gardle. Został tam pewnie jakiś siniak, bo i to miejsce było trochę obolałe.
Gdyby wcześniej dwukrotnie nie był świadkiem czegoś podobnego, być może wpadłby w panikę. Ktoś zaatakował go w snach. Zostawił rany. Mógł to zrobić znowu. W tej chwili jednak Cathal, który w ciągu ostatnich paru dni miał już do czynienia z podobnymi sytuacjami, nawet nie będąc ich obiektem, czuł głównie pragnienie mordu. Chciał śmierci tego człowieka. Już nie tylko po to, by zapewnić bezpieczeństwo sobie i znajomym, ale dla samej satysfakcji pozbawienia go życia. Mimo to nie poderwał się od razu z krzesła, pozwalając, by pochłonęły go myśli. Zastanawiał się i analizował. Treść snów – i wspomnienia, i zwykłe koszmary zapewne, takie jak komnata tajemnic. Możliwość szybkich poczynań – nie mógł przecież postąpić tak jak chciał, czyli iść i zacząć trenować rzucanie kedavry, bo po pierwsze, nie wiedział na kogo, po drugie, zbrodnię w Anglii należało zaplanować, jeśli nie planowało się spędzić długich wakacji w Azkabanie.
Potem wreszcie wstał. Napisał krótki liścik, adresowany do Ulyssesa – sowy miały praktycznie wyminąć się w locie. Nie było co zwlekać. Nadeszła pora, aby działać.
Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Cathal Shafiq (2593), Ulysses Rookwood (2061)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa