• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 11 12 13 14 15 16 Dalej »
[1969] Marsz Praw Charłaków | Danielle & Ulysses

[1969] Marsz Praw Charłaków | Danielle & Ulysses
the kind one
don't confuse my kindness for weakness
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierząca trochę poniżej 160 cm, o okrągłej buzi i dużych, ciemnoniebieskich oczach. Jej włosy sięgają za ramiona, są lekko kręcone o ładnym, ciemnobrązowym odcieniu - najczęściej spina je w taki sposób, by nie przeszkadzały jej w pracy, choć zdarza się i to nie rzadko), by były starannie ułożone; niezależnie od fryzury, we włosy ma wpiętą charakterystyczną, żółtą spinkę w kształcie motyla. Dani ubiera się raczej schudnie, w stonowane barwy, nie wyróżniając się w tej kwestii od reszty społeczeństwa czarodziejów. Mówi z silnym, brytyjskim akcentem. Jej uśmiech, wcześniej szeroki i beztroski, stał się delikatny oraz sporadyczny, a śmiech, głośny i zaraźliwy słychać znacznie rzadziej (najczęściej zarezerwowany jest dla bliskich jej sercu). Pachnie malinami i piwoniami, jednak jest to bardzo subtelny i delikatny zapach.

Danielle Longbottom
#1
27.02.2023, 16:20  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.02.2023, 16:28 przez Danielle Longbottom.)  
Danielle, pomimo pokładów empatii oraz otwartej głowy na różnorodność, nigdy nie pochylała się głębiej nad problemami, z jakimi musieli zmagać się Charłacy. A było ich bez wątpienia ogrom. To nie tak, że nie chciała poświęcić im swojej uwagi, czy uważała ich za obywateli gorszej kategorii; po prostu nie miała zbyt dużej styczności z tą grupą ludzi. Spychani na margines, nie mówiło się głośno i ich istnieniu i problemach, jakie wynikają z życia w świecie czarodziejskim bez zdolności magii. Przecież nawet skrzaty domowe posiadały możliwość czarowania, a i tak w oczach większości rodzin czystokrwistych nie posiadały żadnej wartości. Narodziny dziecka, które nie posiadało zdolności magicznych pomimo nieskażonego rodowodu uznawane było za hańbę w rodzinie, przez co nierzadko decydowano się na ukrywanie istnienia takiej osoby przed światem, zamykając przed nimi jakiekolwiek możliwości wykazania się i przysłużenia rodzinie w inny sposób.
W dniu gdy miał odbywać się marsz, była w pracy. Odkąd stała się pełnoprawną uzdrowicielką, w szpitalu spędzała jeszcze więcej czasu niż w trakcie stażu, przez co niektórzy jej najbliżsi podśmiechiwali się, że w zasadzie mogła przeprowadzić się do Munga na stałe. Niedoczekanie. Opuścić posiadłość Longbottomów, pozbawiając się możliwości spotykania (przelotnego co prawda) z rodziną? Nie ma takiej możliwości. Tego dnia wyjątkowo oznajmiła, że wyjdzie o wyznaczonej porze; jeżeli dobrze pójdzie, zdąży dołączyć się do Marszu. Nie wiedziała jeszcze, czy w formie uczestnika czy biernego widza; nie miała na to większego planu. Działanie bez planu w jej wypadku to nie było nic wyjątkowego.
Wiedziała doskonale, że jej siostra jak i kuzynostwo będą czuwać nad bezpiecznym przebiegiem marszu - rozmawiali o tym mimochodem poprzedniego dnia. Miała gorącą nadzieję, że uda jej się dostrzec czy to któregoś z Longbottomów czy Patricka, dzięki czemu będzie mogła dołączyć się do nich, nawet jeżeli swobodna rozmowa nie byłaby możliwa - wszak byli w pracy i na tym przede wszystkim musieli się skupić. Z cichym pyknięciem charakterystycznym dla teleportacji pojawiła się w jednej z bocznych uliczek, tuż nieopodal trasy, którą miał przebiegać marsz. Z co poniektórych stron dochodziły ją szepty ludzi, którzy również zainteresowani byli samym marszem. Niektóre z głosów zdawały się popierać wydarzenie, inne z kolei... całkowicie nie. Słowa i obrzydliwe obelgi kierowane w stronę Charłaków, które udało jej się usłyszeć sprawiły, że wzdrygnęła się mimowolnie. Wchodzenie w dyskusję było kompletną głupotą i choć w innych warunkach najpewniej by to zrobiła, tym razem postanowiła skupić się na odnalezieniu znajomej, przyjaznej twarzy.
Sam Marsz nietrudno było zlokalizować - duża grupa ludzi parła na przód, wykrzykując postulaty. Poza wnioskami na korzyść Charłaków, z różnych stron spoza marszu dobiegały głosy podobne do tych, które słyszała w bocznej uliczce.
Niedobrze - przemknęło jej przez myśl. W tak wielkim tłumie nietrudno było o eskalację konfliktu pomiędzy marszem a kontrmarszem, co wywołałoby panikę i ogólny chaos; niezależnie od tego, ilu aurorów czuwałoby nad porządkiem. Rozglądała się, jednak ku swojemu rozczarowaniu, nie dostrzegła nikogo znajomego.
Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#2
02.03.2023, 02:29  ✶  
Ulysses nie wiedział, co skłoniło go, by tego dnia – zamiast przesiedzieć czas, gdy Marsz Charłaków szedł ulicami czarodziejskiego Londynu w Ministerstwie Magii, pojawić się w jego pobliżu. Nie, nie szedł razem ze skandującymi hasła pozbawionymi magii ludźmi, ich rodzinami i przyjaciółmi. Nie znalazł się również po stronie tych, którzy zamierzali przemocą odpowiedzieć na manifestację.
Stał z boku, kompletnie niezdecydowany czy powinien pozostać na miejscu jak słup soli, czy odejść, zanim sprawy przybiorą gorszy obrót. Im dalej byłby w takiej chwili, tym większe prawdopodobieństwo, że w ogóle nie musiałby opowiadać się po którejkolwiek ze stron. A jeśli musiał… jeśli musiał, to wszystko zależało od tego, jak blisko niego znajdował się ojciec.
Osobiście nie czuł nienawiści do charłaków. Nie znaczyło to naturalnie, że żywił wobec pozbawionych magii jakieś cieplejsze uczucia. Na co dzień w ogóle nie zawracał sobie nimi głowy, traktując raczej jak ciekawostkę i smutną przestrogę, niż coś groźnego, czego powinien się, jeśli nie bać, to przynajmniej brzydzić.
Ale teraz stał i patrzył na nich jak zaczarowany. Mimowolnie wbijał sobie ich obraz do głowy, zapamiętywał twarze, ruchy, wykrzykiwane hasła. Zwracał uwagę nawet na patrolujących wydarzenie arurorów i członków brygady uderzeniowej. Był jak żywa kamera, rejestrująca na taśmie w swojej głowie cały pochód.
Wyróżniał się na tle zgromadzonych. Jak zwykle miał na sobie ciemny garnitur. W jednej ręce trzymał skórzaną aktówkę a jego buty były tak bardzo wypastowane, że lśniły nawet w bocznej uliczce. Przykładny pracownik Ministerstwa Magii, choć wyjątkowo spięty. Zawsze wyprostowany. Prawie się nie uśmiechający. Przyglądający się może i inteligentnie, ale na pewno nie przyjaźnie.
Odwrócił głowę w chwili, gdy zrozumiał, że ku manifestującym, zmierzała druga grupa, nieprzyjazna kontrmanifestacja. Zmarszczył brwi, ciągle nieprzekonany do tego, co powinien właściwie zrobić. Kolejne sekundy mijały. Czuł, jak uderza w niego coraz intensywniejsze woń zbyt wielu i zbyt różnych zapachów. Głosy, choć powinny zmieszać mu się w jeden, dolatywały do niego z niemal każdej strony. Wyławiał z nich kolejne zdania. Ulysses dotknął ręką głowy. Zbyt wiele bodźców.
Nie, nie mógł dłużej pozostać w tym miejscu. Lada moment do skandowania miały dołączyć inne krzyki. Nie chciał ich też kolekcjonować w swojej popsutej chorobą głowie na wieczność. Tak jak nie chciał na zawsze zapamiętać woni cudzych lęków, paranoi i nienawiści. Nie musiał tego robić. To nie była jego sprawa. W żadnej części i niezależnie od strony, po której miałby się opowiedzieć. Odwrócił się i pośpiesznie ruszył w drugą stronę. Chciał jak najszybciej oddalić się od manifestacji, umknąć przed hukiem przyszłych zaklęć, przed krzykami i płaczem, przed widokiem płonącego transparentu, przed rozbitymi nosami, rykami wściekłości i cudzym bólem.
Danielle dostrzegł przypadkiem. To nie tak, że ją znał szczególnie dobrze. Kojarzył ją jeszcze z Hogwartu. Wiedział, że była czarownicą, która potrafi splatać zaklęcia a nie charłaczką. I może przez to, a może przez coś jeszcze, czego sam nie potrafił lub nie chciał przed sobą wyjaśnić, właściwie wszedł jej w drogę. Przystanął, tarasując przejście.
- Nie idź tam – rzucił szybko. Chciał jej powiedzieć coś jeszcze, ale jak zwykle nie potrafił ubrać w słowa wszystkich myśli, które skłębiły mu się w głowie i walczyły o prym ze wszystkim tym, co z zewnątrz atakowało jego zmysły. – Idzie kontmanifestacja. To sprawa dla aurorów i brygadzistów.
the kind one
don't confuse my kindness for weakness
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierząca trochę poniżej 160 cm, o okrągłej buzi i dużych, ciemnoniebieskich oczach. Jej włosy sięgają za ramiona, są lekko kręcone o ładnym, ciemnobrązowym odcieniu - najczęściej spina je w taki sposób, by nie przeszkadzały jej w pracy, choć zdarza się i to nie rzadko), by były starannie ułożone; niezależnie od fryzury, we włosy ma wpiętą charakterystyczną, żółtą spinkę w kształcie motyla. Dani ubiera się raczej schudnie, w stonowane barwy, nie wyróżniając się w tej kwestii od reszty społeczeństwa czarodziejów. Mówi z silnym, brytyjskim akcentem. Jej uśmiech, wcześniej szeroki i beztroski, stał się delikatny oraz sporadyczny, a śmiech, głośny i zaraźliwy słychać znacznie rzadziej (najczęściej zarezerwowany jest dla bliskich jej sercu). Pachnie malinami i piwoniami, jednak jest to bardzo subtelny i delikatny zapach.

Danielle Longbottom
#3
04.03.2023, 17:51  ✶  
Poza uczestniczącymi w marszu oraz jego przeciwnikami, była jeszcze trzecia grupa ludzi - bierni obserwatorzy, którzy w zależności od tego, jak potoczą się wydarzenia mogli się do nich włączyć lub całkowicie odwrotnie, z cichym pyknięciem teleportować się w bezpieczne miejsce. Do trzeciej grupy zaliczyć można było młodszego Rookwooda, który zdawał się być poza centrum konfliktu, spokojnym, acz czujnym wzrokiem obserwując wszystko z bezpiecznej odległości. Mimo, że był Śmierciożercą, daleko mu było do wpasowania się w powszechnie znany stereotyp członka tejże grupy; kiedy dostrzegł, że lada moment nastąpi eskalacja konfliktu, postanowił wycofać się. Mądre zagranie. W przeciwieństwie do Longbottom.
Zdecydowanie brakowało jej instynktu samozachowawczego. To nie tak, że wierzyła w pokojowe przejście marszu - nie była aż tak naiwna. Kontrmanifestacje zdarzały się właściwie zawsze - mniejsze, większe, niezależnie od tematyki i postulatów, jakie głosili uczestnicy marszu. Temat Charłaków był wciąż na tyle kontrowersyjną sprawą, że pojawienie się przeciwników i to w dodatku o niezbyt pokojowym nastawieniu było niemal pewne. Nietrudno było domyślić się, jaki będzie tego efekt.
Całkowicie zaślepiona próbą dostrzeżenia kogokolwiek ze swoich najbliższych, najpewniej wpakowałaby się w sam środek eskalującego konfliktu. Gdyby nie Rookwood - w pierwszej chwili kompletnie go nie dostrzegła. On, całe szczęście, w porę zauważył ją.
Wyhamowała w ostatnim momencie, dzięki czemu nie zderzyła się z postawnym, elegancko ubranym mężczyzną, który wyrósł przed nią jak spod ziemi. Chciała przeprosić i wyminąć go, by kontynuować poszukiwania, gdy usłyszała znajomy, niski głos. Uniosła głowę by spojrzeć na twarz mężczyzny.
- Ulysses? Co Ty tu robisz?- wypaliła w pierwszej chwili, nie kryjąc swojego zaskoczenia. Wiele osób spodziewałaby się tu zobaczyć, ale nie jego. Oczywiście, że go kojarzyła - o kilka lat starszy Ślizgon, do bólu poważny i opanowany. - Ale...- zaczęła.
Tam są moi bliscy - chciała odpowiedzieć, tłumacząc tym samym, dlaczego nie ewakuuje się w porę. Bliscy, którzy posiadali znacznie potężniejszy arsenał zaklęć obronnych niż ona sama.
Jej serce krzyczało, by ominęła Rookwooda - w końcu jeżeli chce, nie musi się angażować, jego sprawa. Rozum z kolei, że Ulli ma rację i że nie powinna pakować się w samo centrum wydarzeń.
Tłum nieopodal zdawał się być głośniejszy, a hasła i okrzyki dobiegające zewsząd agresywniejsze. Zewsząd napierali ludzie i kwestią czasu było, aż Dani i Ulysses zostaną włączeni do grupy.
- Chodź. - bez większych oporów złapała go za nadgarstek, szybkim i zdecydowanym krokiem zamierzając wydostać się z gromadzącego w błyskawicznym tempie tłumu. Nie chciała przy okazji zgubić Ulyssesa, który na dobrą sprawę ją uratował.
Rookwood miał rację; ledwo udało im się oddalić od największego zgromadzenia, gdy dotarły do nich podniesione głosy, stopniowo zbierające na sile; poza obelgami, zarówno ze strony manifestacji jak i jej przeciwników, zdało się słyszeć groźby. Danielle odruchowo sięgnęła po różdżkę, zaciskając na niej dłoń. Rzuciła krótkie spojrzenie w stronę urzędnika.
- Doceniam, że dzięki Tobie nie wpakowałam się w ten największy tłum. - odezwała się do niego. - Ale nie mogę się teraz teleportować. Obawiam się, że na obelgach się nie skończy i będzie potrzebny uzdrowiciel...
Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#4
05.03.2023, 02:21  ✶  
Dobre pytanie.
Co właściwie tutaj robił? Ulysses sam nie wiedział. Nie potrafił wyjaśnić czemu właściwie tu przyszedł, czego oczekiwał i czy to co zobaczył, zawiodło jego oczekiwania czy wprost przeciwnie. Właściwie to w tej chwili stał. Stał naprzeciwko Danielle Longbottom i patrzył na nią poważnym, czujnym wzrokiem. Uciekał? Próbował uciec? Nie chciał walczyć? Istniała jakaś właściwa odpowiedź na zadane przez nią pytanie?
- Ja… - zaczął i urwał. Dotknął go ten sam problem co zawsze. Był słabym mówcą, któremu brakowało elementarnego talentu do wysłowienia się. Nawet kłamać umiał dobrze tylko wtedy, gdy wcześniej przygotował sobie w głowie całe kłamstwo. A na marszu, w ciągu tylko paru chwil, działo się zbyt wiele by otrzymał niezbędny czas do ułożenia sobie odpowiedzi w głowie. – Teraz próbuję się stąd wydostać – wydusił z siebie wreszcie dość niezręcznie.
Pomyślał, że zabrzmiało to tak, jakby był tchórzem. I może rzeczywiście był tchórzem. To, że podczas marszu stał z boku, bez rozkazów ze strony ojca, neutralny jak Szwajcaria, dobrze pokazywało jak wielkim. Albo jak bardzo nie pasował do konfliktu.
Drgnął.
Zmarszczył brwi, zdziwiony tym, że Danielle zdecydowała się złapać go za nadgarstek i pociągnąć za sobą. To był dla niego dość nieoczekiwany gest. Unikał dotyku, bo jego niezrównana, przeklęta pamięć zapamiętywała wszystko. A on nie chciał potem przypominać sobie. A teraz szedł razem z nią, zdając sobie sprawę, że będzie to pamiętał już zawsze. Jej rękę na swoim nadgarstku, tłum skandujących ludzi z boku. Przekleństwa i groźby kierowane w stronę ludzi pozbawionych magii. Wyzwiska i obelgi płynące w drugą stronę. Znaki, że dwie strony miały rację i dwie strony bezustannie się myliły. Pierwsze odgłosy narastającego konfliktu.
Ulysses dawno już odkrył, że niewielu ludzi dysponowało pamięcią podobną do niego. Kiedy on roztrząsał i analizował wszystko, oni zapominali. Po czasie, gdy ciągle mógł wspomnieć tembr głosu mówiącego i wykrzyczane słowa, zdarzało się, że jego rozmówca nie pamiętał nawet tego, że byli pokłóceni.
Tak samo będzie z Danielle, pomyślał. Za jakiś czas jej pamięć ulegnie zniekształceniu. Najpierw zapomni o uścisku na nadgarstku. Potem o tym, że stanąłem na jej drodze. Wreszcie uzna, że to ona mnie wyciągnęła. A za dziesięć lat? Za dziesięć lat pewnie nie będzie nawet pamiętała, że spotkaliśmy się na marszu.
Ale teraz to nie miało znaczenia. Ulysses odwrócił wzrok od Danielle. Znowu zainteresował się marszem, choć tak naprawdę, naprawdę, ciągle najchętniej by po prostu stąd uciekł. Ciągle też mógł uciec. Nikt go tu nie trzymał na siłę. Chociaż nieprawda. Chciał tu zostać. Nie dla charłaków lub ich przeciwników. Chciał zostać obok uzdrowicielki, żeby za dziesięć lat wciąż pamiętała, że spotkali się na marszu.
- Pomogę ci – powiedział cicho. – O ile dasz mi instrukcje, co właściwie mam robić.
the kind one
don't confuse my kindness for weakness
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierząca trochę poniżej 160 cm, o okrągłej buzi i dużych, ciemnoniebieskich oczach. Jej włosy sięgają za ramiona, są lekko kręcone o ładnym, ciemnobrązowym odcieniu - najczęściej spina je w taki sposób, by nie przeszkadzały jej w pracy, choć zdarza się i to nie rzadko), by były starannie ułożone; niezależnie od fryzury, we włosy ma wpiętą charakterystyczną, żółtą spinkę w kształcie motyla. Dani ubiera się raczej schudnie, w stonowane barwy, nie wyróżniając się w tej kwestii od reszty społeczeństwa czarodziejów. Mówi z silnym, brytyjskim akcentem. Jej uśmiech, wcześniej szeroki i beztroski, stał się delikatny oraz sporadyczny, a śmiech, głośny i zaraźliwy słychać znacznie rzadziej (najczęściej zarezerwowany jest dla bliskich jej sercu). Pachnie malinami i piwoniami, jednak jest to bardzo subtelny i delikatny zapach.

Danielle Longbottom
#5
08.03.2023, 00:55  ✶  
Pomimo, że na pierwszy rzut oka zdawała się być roztrzepana i nieogarnięta, nie można było odmówić jej jednego - zadawała bardzo dobre pytania. Tak też było tym razem, co zresztą Rookwood junior słusznie zauważył. To była cecha, którą posiadała właściwie od zawsze; wrodzona bezpośredniość i ekstrawersja uniemożliwiały jej trzymanie języka za zębami. Przez wiele lat była przysłowiowym "co w głowie, to na języku", co niestety nie zawsze wychodziło jej na dobre. Z biegiem czasu zdołała nauczyć się, że nie wszystkim co przyjdzie jej na myśl powinna podzielić się ze światem, dzięki czemu wpadanie w dziwne sytuacje było znacznie rzadsze i mniej dotkliwe (choć nie dała rady zredukować tego do zera, smuteczek). Poza obserwacją, zadawanie dobrych pytań i otwartość na ludzi były niezbędnymi cechami w jej profesji - nie tylko pozwalały jej uzyskać odpowiedź na nurtujące ją zagadnienia, ale i przede wszystkim pomagały na wyciągnięcie odpowiednich wniosków.
- To ma sens.- odpowiedziała, ze zrozumieniem kiwając lekko głową. Kompletnie nie zwróciła uwagi na niezręczność, z jaką jej odpowiedział - albo nieszczególnie się tym przejęła, albo po prostu tego nie zauważyła. Mniejsza o to.
Gdyby spytać Dani, czy w jej oczach Ulysses był tchórzem... to pewnie odpowiedziałaby, że nie ma bladego pojęcia, bo nie spędzali wspólnie wystarczająco dużo czasu, by móc to wiedzieć; nie nadarzyła im się okazja na wspólny skok ze spadochronu, albo integrację z Rogogonem Węgierskim. A szkoda. To mogłoby być całkiem interesujące przeżycie.
Generalnie daleko było jej do zbyt szybkiego wyrabiania sobie zdania na temat innych, tym bardziej że wiedziała tylko tyle, co sama zaobserwowała i co jej powiedział. Niepodważalnym faktem było to, że tego dnia dzięki niemu nie wpakowała się w jeszcze gorsze bagno - a tego, pomimo znacznie gorszej pamięci od Rookwooda, na pewno nie zapomni. Nie zdawała sobie sprawy, jaką falę najróżniejszych myśli wywołał gest, który w jej oczach był tak samo istotny, jak przywitanie się ze znajomym z pracy, mijanym na korytarzu.
Kiedy udało im się wydostać z tłumu, spodziewała się krótkiego pożegnania i teleportacji poza obszar zagrożenia ze strony Ulyssesa. W końcu takie plany miał mężczyzna, o czym zdążył ją poinformować; kiedy usłyszała jego słowa, nie dała rady powstrzymać zaskoczonego wyrazu twarzy. Niestety, to nie był odpowiedni czas na roztrząsanie motywów i tego, czym kierował się Rookwood. Może gdy już będzie po wszystkim i będą mieli możliwość spokojnej rozmowy, to go o to zapyta. O ile taka okazja się kiedykolwiek nadarzy i  nie wypadnie jej to z pamięci.
- Nie musisz. - wypaliła w pierwszej chwili, nie chcąc żeby czuł się zobowiązany. To był wyłącznie jej wymysł, że zamierzała tu zostać. - Ale doceniam, serio. Musisz jednak mieć świadomość, że jestem beznadziejnym liderem, więc bądź wyrozumiały. - dodała szybko, pewnie trochę na wyrost - przecież zdarzało jej się być tą, która kierowała innymi; jak dotychczas żadne skargi na nią nie wpłynęły. Nie zamierzała odpychać chęci pomocy Rookwooda, ponieważ w takich chwilach jak ta, każda para rąk do pomocy się przyda - tym bardziej, gdy te należały do kogoś do bólu opanowanego, niepodatnego na rosnącą na sile panikę tłumu.
Na eskalację nie musieli czekać długo. Dochodzące zewsząd krzyki zbiły się w jeden, niezrozumiały jazgot, a jasne, bezchmurne niebo przecięły liczne smugi zaklęć, których cel był jeden - skrzywdzić drugą osobę. Bezwarunkowo wzięła głębszy oddech i zacisnęła dłonie, jedną na różdżce, drugą z kolei - na nadgarstku Rookwooda, bo przecież kompletnie umknęło jej, że znacznie wcześniej powinna go puścić. Zrobiła to dopiero teraz, gdy poluzowała uścisk.
- Ranny uzdrowiciel nikomu nie pomoże. Więc pierwsza zasada, to dbanie o własne bezpieczeństwo. - odezwała się, mimo że na pewno to wiedział. Mówiła, żeby coś mówić?
Efekty eskalacji były widoczne niemal natychmiast. Choć brygadziści i aurorzy robili co mogli i z całej siły starali się stłumić konflikt, nie mogło obyć się bez ofiar zaklęć czy paniki, która wybuchła. Ci, którzy potrafili w porę starali się teleportować, jednak trzeba było mieć na uwadze to, że duża część obecnych nie posiadała zdolności magicznych i w ucieczce polegać mogli jedynie na własnych nogach. Na moment przestała się rozglądać, a jej wzrok zamarł w jednym punkcie.
- Cholera, startują ją zaraz.- mruknęła cicho, niemal natychmiast kierując się w określoną stroną. Nietrudno było domyślić się, o czym mówiła - nieopodal leżała drobnej postury kobieta, którą najpewniej dosięgło jakieś zaklęcie, lub była ofiarą poturbowania; choć znajdowała się poza największym skupiskiem ludzi, uciekający w popłochu ludzie i tak nie zwracali na nią uwagi.
- Pomóż mi, nie dam rady jej sama przenieść.- dodała szybko, starając się dostać do poszkodowanej, by przy pomocy Ulliego przenieść ją w bezpieczne miejsce i tam udzielić ewentualnej pomocy.
Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#6
12.03.2023, 03:59  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.03.2023, 18:55 przez Ulysses Rookwood.)  
Ulysses skupił poważne spojrzenie na Danielle Longbottom. Och, doskonale wiedział, że nie musiał tu zostawać. Tak, jak wiedział, że nie musiał opowiadać się po żadnej stronie rozpoczynających się właśnie na ulicy zamieszek. A jednak gotów był to zrobić, byle spędzić trochę czasu z młodą uzdrowicielką.
Wzruszył ramionami. Starał się, żeby ten gest nie był aż tak sztywny, jak musiał być, ale i tak wyszedł mu jak wyszedł. Lata praktyki i pilnowania się, tego nie dało się ot tak porzucić, tylko po to, by zrobić na kimś lepsze wrażenie, niż się robiło normalnie. A normalnie Ulysses nigdy nie robił przesadnie dobrego wrażenia.
- Nie przejmuj się. Wystarczą mi proste instrukcje – powiedział, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, z czym się to naprawdę wiązało.
Nie przez lenistwo Ulysses zazwyczaj korzystał z magii, ale przez chorobę. Wypowiedziane cicho zaklęcie, połączone z machnięciem różdżką, sprawiało, że często udawało mu się uniknąć szufladkowania przyszłych, mało znaczących dla kogoś z boku, ale dla niego bardzo irytujących wspomnień. Wspomnień, które później musiałby pamiętać przez całe lata, bo przez tkwiącą w jego umyśle chorobę, nie był w stanie wyrzucić ich ze swojej głowy.
Milczał, póki nie nadeszła pora do działania. W tym milczeniu obserwował marsz, znowu odruchowo prostując się i nieruchomiejąc, jakby ruchy miały w jakiś osobliwy sposób w czymś mu przeszkodzić. W głowie jednak ciągle myślał o zaciskających się na jego nadgarstku palcach. Jak to z boku musiało wyglądać? Jakby go powstrzymywała przed rzuceniem się na maszerujących charłaków? Wcale nie chciał się na nich rzucać. Jakby przyszli tu oboje, żeby popatrzeć? Jak para? Jak para znajomych?
- Druga zasada. Dobrze sobie poradzisz i zachowasz spokój – wtrącił, spoglądając na towarzyszącą mu czarownicę. Źle to zabrzmiało, jakby ją pouczał a właśnie próbował jej okazać wsparcie.
Zresztą, była uzdrowicielką. Pewnie stykała się już z podobnymi przypadkami i wiedziała, jak powinna się zachować. Wcale nie musiał się odzywać.
Powiódł wzrokiem ku leżącej na ziemi kobiecie. I nagle dotarło do niego, co właściwie obiecał Danielle. Obiecał pomoc. Taką pomoc, która wiązała się z mnóstwem dotykania innych, zupełnie obcych mu ludzi; spoglądania na ich twarze, wsłuchiwania się w oddechy, zapachy…
Na myśl o tym wszystkim pobladł, choć może mogło to wyglądać tak, jakby przejął się losem rannej.
Ruszył za Danielle w jej stronę, gdzieś w połowie drogi wyprzedzając czarownicę i robiąc za coś, w rodzaju tarana, który miał obronić i uzdrowicielkę, i ranną przed tłumem. Przez to co właśnie próbował robić, narażał się na całą masę przypadkowych dotyków, zapachów, głosów i dźwięków.
- Pomożemy pani – rzucił w stronę rannej, nie sprawdzając nawet czy ta była przytomna. Nie brzmiał przyjaźnie. Raczej jak zestresowany robot, który właśnie próbował udawać żywego człowieka i konsekwencje tego udawania trochę go oszołomiły. Ale jakby na przekór samemu sobie, postarał się jeszcze bardziej odgrodzić ją od tłumu, a potem – zbierając na siebie większość popchnięć i szturchnięć, złapać ją i wyciągnąć z tłumu. Zaraz po tym, gotów był odnieść ją na wskazane przez Danielle miejsce. Starał się nie myśleć o każdym bodźcu, który w tym momencie napierał na jego umysł. A ich był cały ogrom, aż kręciło mu się w głowie.
the kind one
don't confuse my kindness for weakness
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierząca trochę poniżej 160 cm, o okrągłej buzi i dużych, ciemnoniebieskich oczach. Jej włosy sięgają za ramiona, są lekko kręcone o ładnym, ciemnobrązowym odcieniu - najczęściej spina je w taki sposób, by nie przeszkadzały jej w pracy, choć zdarza się i to nie rzadko), by były starannie ułożone; niezależnie od fryzury, we włosy ma wpiętą charakterystyczną, żółtą spinkę w kształcie motyla. Dani ubiera się raczej schudnie, w stonowane barwy, nie wyróżniając się w tej kwestii od reszty społeczeństwa czarodziejów. Mówi z silnym, brytyjskim akcentem. Jej uśmiech, wcześniej szeroki i beztroski, stał się delikatny oraz sporadyczny, a śmiech, głośny i zaraźliwy słychać znacznie rzadziej (najczęściej zarezerwowany jest dla bliskich jej sercu). Pachnie malinami i piwoniami, jednak jest to bardzo subtelny i delikatny zapach.

Danielle Longbottom
#7
18.03.2023, 02:12  ✶  
Gdyby tylko wiedziała, że mężczyzna roztrząsa tak prozaiczny gest, który dla niej nie miał większego znaczenia, bez żadnego problemu wyjaśniłaby mu swój punkt widzenia i dlaczego w naturalnym odruchu tak postąpiła. Można było odmówić jej ogarnięcia i zdolności unikania kłopotów, ale empatii posiadała w sobie nieskończone pokłady. Tym bardziej, że ani na moment nie pomyślała, że Rookwood mógłby chcieć dołączyć się do ataku na charłaków, a ona w bohaterski sposób musi spróbować go powstrzymać. Nie roztrząsała, jak mogło wyglądać to dla osób trzecich i de facto nieszczególnie ją to obchodziło - w końcu przede wszystkim liczyło się to, co ona wie i jakie zdanie na ma temat Rookwooda. Jedyne, co przyświecało jej w tamtej chwili, to odciągnięcie mężczyzny od stopniowo wzbierającego się tłumu. Dokładnie w taki sposób, kiedy on stanął jej na drodze i nie dopuścił, by wpadła w największy tłum.
- Poradzimy. - poprawiła go tylko, szczególny nacisk kładąc na ostatnią sylabę. Czy tego chciał czy nie, na ten moment musieli na sobie polegać. Rookwood i Longbottom, duet niemal idealny, choć nieoczywisty. Ani na moment nie zwątpiła w to, że Ulysses również zachowa spokój. Jako dorosły był dokładnie taki, jakiego zapamiętała go ze szkoły - do bólu opanowany. Zdawał się kontrolować każdy, nawet najmniejszy swój ruch, a jego słowa wydawały jej się wyważone i odpowiednie do sytuacji. Czy kiedykolwiek dał się ponieść emocjom, zarówno pozytywnym lub negatywnym, nie myśląc o konsekwencjach?
Nie umknęło jej, że Ulysses pobladł - im ruszyła na pomoc kobiecie, posłała mu krótki, acz szczery i dodający otuchy uśmiech. Nietrudno było domyślić się, że praca w Ministerstwie była nieco bardziej statyczna i pozbawiona takiej adrenaliny, stąd reakcja Rookwooda wydawała się jej naturalna i w pełni zrozumiała. Dokładnie w taki sam sposób zareagowałaby, gdyby kazali jej założyć togę i poprowadzić proces w Wizengamocie. Chociaż nie, ona by nie zachowała takiej trzeźwości umysłu i spokoju - najpewniej niechcący wysłałaby oskarżonego na egzotyczne wakacje zamiast do Azkabanu, lub co gorsza, skazałaby świadków zamiast winnego. 
Kiedy ruszyła biegiem w stronę nieznajomej, nie spodziewała się, że Ulysses ją wyprzedzi. Podświadomie skierowała się tak, by podążać za nim, zamiast obok. Choć nie brak było jej odwagi oraz chęci pomocy, matka natura poskąpiła jej wzrostu i postury, co najpewniej dostrzegł Rookwood. No bo... w innym wypadku nie stałby się ludzkim taranem, prawda?
Nieznajoma okazała się być nieprzytomna, a bystrzejszy obserwator mógł dostrzec ślady krwi pośród ciemnych, kasztanowych włosów.  Przede wszystkim własne bezpieczeństwo. Zajmowanie się takimi ranami w szalejącym tłumie było istną głupotą, najpierw musieli ją stąd zabrać. Dani przykucnęła przy nieprzytomnej z zamiarem zarzucenia jej bezwładnej ręki na swoje ramiona; wtedy też posłała krótkie, acz porozumiewawcze spojrzenie w stronę Rookwooda, które jasno prosiło wsparcie. 
- Posadźmy ją tutaj...- odezwała się do Ulliego, lekkim ruchem głowy wskazując na mury jednego ze sklepów, kiedy tylko udało im się przetransportować nieznajomą w bezpieczniejsze miejsce. Wtedy też Dani przykucnęła przy niej i bez większych oporów ujęła jej głowę, ostrożnie przechylając w bok, by dokładniej obejrzeć ranę. Wtedy też dobyła własnej różdżki i mrucząc pod nosem zaklęcie, przyłożyła jej końcówkę do zranienia w celu zatamowania silnego krwawienia.
Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#8
24.03.2023, 00:20  ✶  
Ulysses odsunął się od nieprzytomnej kobiety zaraz po tym, jak tylko upewnił się, że ta nie upadnie bezwładnie na ziemię. Stanął z boku, spoglądając z konsternacją na własne ramię. Wciąż czuł na nim ciężar nieprzytomnej. Tak jak uderzenie łokciem w plecy, gdy obracał się, by zasłonić nieprzytomną i Danielle przed tłumem. Nie był ranny, a jeśli przypadkiem zarobił siniaka, nie wiedział o tym.
To po prostu obrazy przelatywały mu przed oczami, jak odtwarzane przez niewidzialny adapter. Zawiesił się, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Uderzenie łokciem w plecy. Kobiecy krzyk, gdzieś z przodu. Płacz dziecka. Wykrzywiona strachem twarz jakiegoś starca. Gruby mężczyzna z pianą na ustach. Ślady krwi pośród ciemnych, kasztanowych włosów.
Otrząsnął się, trochę jak kot albo jak jakieś inne zwierzę. Odwrócił głowę w stronę Danielle by popatrzeć jak ta zajmowała się ranną. Ale w uzdrowicielstwie widział coś mocno osobistego. Źle się czuł, obserwując tak prywatny moment.
- Wszystko z nią dobrze? – zapytał, czując że pytał głupio. Ranna była nieprzytomna i krwawiła. Wcale nie było z nią dobrze. Tak, nie było też źle, inaczej uzdrowicielka pewnie zaczęłaby krzyczeć albo wykonywać jakieś bardziej gwałtowne ruchy. Ale wiedział, żę pytanie i tak było nietrafione. Niemal zupełnie chybione, ale nie potrafił ułożyć sobie w głowie lepszego. – Trzeba ją będzie zabrać do Mungo?
O, to było lepsze. Gorzej, że nie znał się na teleportacji łącznej. Nie wiedział nawet, czy w jej stanie, w ogóle można było się z nią beztrosko aportować. Tylko, że właściwie nie musiał się uciekać do aportacji. Wystarczyło by odszedł i zaczął szukać innych uzdrowicieli. Na marszu panowało coraz większe zamieszanie. Lada moment będą musieli się pojawić.
I pewnie zgarną do pomocy Danielle.
Ulysses zapatrzył się na czubek jej głowy. Myślał o tym co będzie dalej, kiedy już pojawią się wysłani przez szpital inni uzdrowiciele, nawet nie zdając sobie sprawy z tego jak bardzo absurdalne było to myślenie w tym momencie.
- Mogę ich poszukać – zaproponował. – Pewnie ucieszą się na twój widok. – Zawsze to dodatkowa para rąk do pracy. A tej było z minuty na minutę coraz więcej.
Nawet nie patrząc w stronę manifestujących, Ulysses słyszał co działo się za jego plecami. Dźwięki wżynały mu się w umysł: głośne, histeryczne, kakofoniczne, nakładające się na siebie całymi seriami. Czuł nieprzyjemny zapach spalenizny, nieuchronna pozostałość po jakimś transparencie, który spłonął. Pokrzykiwania aurorów, by zachować spokój i rozejść się. Świst zaklęć.
Tak naprawdę praca Ulyssesa nie była ani statyczna, ani pozbawiona adrenaliny. Chociaż wyglądał jak schludny urzędnik, który lwią część dnia spędzał za biurkiem a wstawał jedynie po to, by nadać list, w rzeczywistości pracował w Departamencie Magicznych Wypadków i Katastrof, w Czarodziejskim Pogotowiu Ratunkowym. Wysyłany był do szybkich interwencji wtedy, gdy mugole dowiadywali się o magii. Najczęściej przez przypadkowe użycie czarów przez ich magiczne pociechy, ale czasem również dlatego, że jakiś czarnoksiężnik postanowił zrobić coś bardzo złego.
Ale w pracy było inaczej niż tutaj. Miał czas, by psychicznie przygotować się na obrazy, które przychodziło mu oglądać. I nie było ich aż tyle. A on mimowolnie rejestrował je wszystkie. Podniósł dłoń, chciał dotknąć nasady nosa, ale rozmyślił się, zdając sobie sprawę jaka musiała być w tym momencie brudna.
- Czy mam zrobić coś jeszcze? - zapytał Danielle.
the kind one
don't confuse my kindness for weakness
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierząca trochę poniżej 160 cm, o okrągłej buzi i dużych, ciemnoniebieskich oczach. Jej włosy sięgają za ramiona, są lekko kręcone o ładnym, ciemnobrązowym odcieniu - najczęściej spina je w taki sposób, by nie przeszkadzały jej w pracy, choć zdarza się i to nie rzadko), by były starannie ułożone; niezależnie od fryzury, we włosy ma wpiętą charakterystyczną, żółtą spinkę w kształcie motyla. Dani ubiera się raczej schudnie, w stonowane barwy, nie wyróżniając się w tej kwestii od reszty społeczeństwa czarodziejów. Mówi z silnym, brytyjskim akcentem. Jej uśmiech, wcześniej szeroki i beztroski, stał się delikatny oraz sporadyczny, a śmiech, głośny i zaraźliwy słychać znacznie rzadziej (najczęściej zarezerwowany jest dla bliskich jej sercu). Pachnie malinami i piwoniami, jednak jest to bardzo subtelny i delikatny zapach.

Danielle Longbottom
#9
26.03.2023, 18:24  ✶  
Kiedy w grę wchodziło leczenie, potrafiła się skupić i odciąć od tego, co działo się dookoła niej.  To była przydatna umiejętność, którą nabyła wraz z doświadczeniem, jakie zdobywała w trakcie pracy - rzadko kiedy zdarzało się, by na oddziale na którym pracowała panowała idealna cisza, pozwalająca na pełne skupienie.
Mruczała coś pod nosem, przesuwając różdżką tuż obok zranienia, z którego sączyła się krew. Kompletnie zapomniała, że tuż obok stoi zanurzony w natłoku własnych myśli Ulysses. Dopiero, gdy dotarł do niej jego głos, uniosła głowę, spoglądając w jego stronę.
- Hmm? - rzuciła w pierwszej chwili. Nie, wbrew temu co Rookwood sądził, nie uważała tego pytania za głupie. Kiedy naoglądasz się różnych przypadków, granica uznania, że coś "jest okej" znacznie się przesuwa. Z początku nie odpowiedziała, ujmując nadgarstek nieznajomej. Drugą dłonią delikatnie podniosła jedną powiekę kobiety, z uwagą przyglądając się jej źrenicy. Nieznajoma poruszyła się, wydając z siebie cichy dźwięk przypominający jęknięcie.
- Tak, tak mi się wydaje. Wizyta w Mungu na pewno by jej nie zaszkodziła, ale z drugiej strony... - urwała, spoglądając na to, co działo się za nimi. Na jej twarzy niemal natychmiast pojawił się wyraz zmartwienia i pewnej dozy współczucia - była niczym otwarta książka, nie umiejąc panować nad mimiką tak dobrze jak Ulysses. - ... Obawiam się, że inni mogą potrzebować hospitalizacji znacznie bardziej. A Ty? Jak się trzymasz? - zapytała, choć w jego wypadku nie miała na myśli obrażeń fizycznych i wizyty w Mungu.
Zmarszczyła lekko brwi. Ich? A więc napomknęła mu o tym, że musi odnaleźć członków swojej rodziny, którzy tego dnia mieli dyżur? Dziwne, była pewna że zatrzymała tą informację dla siebie.
- Nie, nie pchaj się w ten tłum, to niebezpieczne. Na pewno wiedzą już, że tu jestem. - odpowiedziała, nawet nie zdając sobie sprawy, że mówią o czymś zupełnie innym. Ale grunt, że się dogadali, prawda?
Nieznajoma kobieta nie była jedyną osobą, której pomogli tego dnia. Zdążyli dodatkowo zabezpieczyć mocno poturbowanego młodego chłopaka, gdy zgodnie z przypuszczeniami Ulliego, na miejscu szybko pojawiło się dodatkowe wsparcie w postaci Brygadzistów, oraz poinformowani o konieczności wsparcia medycznego Uzdrowiciele z Munga. Dani szybko dostrzegła przewodzącego całą akcją i poinformowała go o gotowości pomocy, zarówno ze strony swojej jak i Rookwooda. To był ciężki i pracowity dzień, który z pewnością na zawsze zapadnie w jej pamięci. Będzie pamiętała, do czego może doprowadzić zawiść ludzi do innych i jak katastrofalna jest w skutkach. Zapamięta również to, że niejaki Ulysses Rookwood okazał się nieocenionym wsparciem, w chwili gdy potrzebowała go najbardziej.

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Danielle Longbottom (2640), Ulysses Rookwood (2016)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa