• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn Whitecroft Street 1 maja 1972 / Effimery i Sarah / Kowen

1 maja 1972 / Effimery i Sarah / Kowen
Wieszczka
Our hearts will share the same shelter, we share a place under the same sun
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Splątana kaskada loków barwy świeżo ściętych łanów zboża okrywa całunem drobne ramiona, umykając końcami nad linią pasa, na ogół wieńczona przez barwne kokardy. Otula miękko dziecięcą, odrobinę pyzatą buzię upstrzoną siateczką piegów, której epicentrum są jasno-błękitne, przenikliwe tęczówki. Usta wykrojone, bladoróżowe, drgają nieustannie w przyjemnym dla oka uśmiechu. Chód ma energiczny i dziarski, głos chrypliwie melodyjny, ubiór klasycznie kobiecy, acz niewyzywający. Złote pantofelki wzbijają w przestrzeń migotliwy kurz, czyniąc ją kobietą wzrostu średniego, jednak o aparycji chuderlawej.

Effimery Trelawney
#1
25.03.2023, 14:03  ✶  

1 maja 1972
Ulica Whitecroft, kowen
Effimery Trelawney i Sarah Macmillan


Boso przemierzała arkana polany; wianek wydatny na burzy złocistych loków chwiał się subtelnie pod wpływem mocniejszych podmuchów wiatru i choć koślawa sylwetka zdawała się być porwaną przez wicher na przestrzeni sekund, trwała niezmiennie wśród pstrokatej zieleni, żaru ognisk, dymu wzbijanego przez słupy ognia – choć maj rozpostarł swoje połacie wśród pogody przychylnej i słonecznej, zachowując oddech ciepła nawet po zmierzchu, gdy słońce chowało się za horyzontem, pozostawiając po swojej obecności jedynie ślad pomarańczy. Biała sukienka owijała się wokół szczupakowatej sylwetki, podkreślając wielokroć to, czym była – nieskalaną niewinnością.

Uśmiech przecież lawirował na jej wargach, gdy odchylała głowę ku niebu, zaklinając to podszycie ziemskie, które miało niebawem upstrzyć się oczkami gwiazd. Ochocze tańce, salwy radości i wszechobecna atmosfera miłości – nie potrzebowała niczego więcej, aby rzeczywistość wycięła przed nią gładki pas startowy. I choć znalazła się tam samotnie, chybocząc się niepewnie pod dotykiem wiatru i szumem listowia, nie żałowała. Prawdopodobnie tego potrzebowała do nagłego paroksyzmu radości – czasu spędzonego w samotności; w absolutnym zaciszu własnego umysłu.

Nikt nie spodziewał się, iż metaforyczne bramy Hadesu otworzą się na sielskiej polanie; że momentalnie ludzie wpadną w tak dalece posunięty popłoch, że nieomal się nie pozabijają, umykając ze skalanej czarnomagicznie zieleni. Rozejrzała się gwałtownie, przeciskając się między wiodącymi paniką ludźmi, gdy nagle ktoś ją złapał za nadgarstek.

Odwróciła się w stronę nagłego dotyku, widząc kuzynkę trzymaną w okowach przez wuja; próbowała wyszarpnąć rękę z oków zaciskających się na mlecznej skórze, ten jednak już wypowiadał inkantację.

– Nie możemy ich tak zostawić! Alastor… – krzyknęła, odnajdując wzrokiem w tłumie sylwetkę kuzyna; najbliższej jej osoby na tym padole łez.

Nim jednak się wywinęła, nim wyrwała dłoń z uścisku, nim poczęła krzyczeć gwałtownie, a oczy przeszkliły się łzami, które prędko zaczęły spływać po policzkach, torując sobie szklistą drogę, znalazła się w pokoju Sary wraz z nią we własnej osobie.

Surowy chrzęst zamykanych z rozmachu drzwi poniósł się echem po pokoju, a potraktowane odpowiednim zaklęciem, pozostawały niemożliwe do otworzenia.

– Saro, boże, Saro – zaczęła chlipać. – Alastor tam został. Muszę tam wrócić, muszę ochronić go, tak jak on zawsze chronił mnie. Nie możemy zostawić tych ludzi na pastwę losu, proszę, wymyślmy coś – rzekła głosem drżącym, łamiącym się w swoich ryzach.

Poczęła krążyć po rozległym pokoju, do którego tylko wątłe światło księżyca wpadało przez gargantuiczne okiennice. Swą wędrówkę uprawiała nieustannie, aż zrezygnowana, zmęczona i wystraszona usiadła na łóżku.

moon's favourite poem
and the rest is rust
and stardust
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Drobniutka, choć wysoka na 177 centymetrów wzrostu, o popielatych włosach. Śmiech przywodzący na myśl świergot ptaków. Śpiewny, uroczy głos. Choroba objawia się u niej srebrnymi tęczówkami i wędrującym rumieniem.

Sarah Macmillan
#2
26.03.2023, 01:09  ✶  
Kiedy ojciec pojawił się z nią przy Whitecroft, Sarah momentalnie zwymiotowała. Kręciło jej się w głowie tak mocno, że nawet nie walczyła, kiedy jej żołądek postanowił zwrócić swoją treść na samym środku chodnika. Nienawidziła się teleportować, wszędzie podróżowała w inny sposób, ale wcale nie to było dla niej teraz najważniejsze, o nie...

- Tato...! - Ryknęła wręcz, nie mogąc uwierzyć, że jej własny ojciec mógł zrobić coś takiego - jak gdyby nigdy nic porzucić chłopaka, którego córka kochała, który był jej od wielu lat przyjacielem i kompanem niedoli, jaką było noszenie brzemienia ciemności zapisanej w genach. To nie miało sensu, to było okropne, to była ostatnia rzecz, jaką chciała przeżyć i przez jej słowa, przez spojrzenie, gesty - każdy ruch i każda myśl, jaka wzbierała się w niej od chwili, kiedy puściła rękę Rookwooda napawała ją olbrzymim gniewem, podsyconym przez rzucony na nich, miłosny czar. - Nienawidzę cię, jak mogłeś zostawić tam tych wszystkich ludzi, jak mogłeś zostawić tam jego! - Delikatne dłonie ściśnięte nieporadnie w małe piąstki uderzały starszego Macmillana w klatkę piersiową, tak samo jak poprzednio - nie robiąc mu absolutnie nic.

Obie dziewczyny trafiły do salonu. Tam, zamknięte, odizolowane od reszty rodziny, miały tkwić do końca dnia dla własnego bezpieczeństwa. Sarah, podobnie jak Effimery, była tym zirytowana tak mocno, że coraz mocniej to czuła - jego głos, jego świadomość zbliżającą się do jej. Czy to tak czuły się dwudusze?

- Effime'y - zaszlochała, padając na kolana przed zamkniętymi drzwiami. Szarpała już za klamkę, bezskutecznie. Pozbawione różdżek nie mogły rozwiązać tego żadnym zaklęciem. Przez dobrą minutę drapała w drewno niczym kot, jakby irytujący dźwięk miał wywołać tutaj kogokolwiek, kto im je otworzy. Wreszcie, poddawszy się i z tym, stuknęła o nie głową kompletnie załamana. - Effime'y, naplawdę plóbuję wieshyć, że Pani Księżyca ma ich w swojej opiece, ale serce mnie tak kłuje, jakbym zaraz miała zemdleć. - Zgadzała się z nią w pełni - musiały im pomóc, musiały się stąd wydostać. Oczywiście nie przeszkadzał jej w tych myślach fakt, że po piętnastu minutach płakania była już tak zmęczona, że chętnie położyłaby się spać. Ta dwójka dżentelmenów wymagała ratunku. - A, a gdybyśmy... - zniżyła głos do konspiracyjnego szeptu - po plostu wybiły okno? - Z nadzieją spojrzała na drzwi balkonowe, również zamknięte. Podniosła się z ziemi i zaczęła szukać czegokolwiek, czym mogłaby w nie rzucić. Antyczne wazy mamy... raczej nie...


she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
Wieszczka
Our hearts will share the same shelter, we share a place under the same sun
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Splątana kaskada loków barwy świeżo ściętych łanów zboża okrywa całunem drobne ramiona, umykając końcami nad linią pasa, na ogół wieńczona przez barwne kokardy. Otula miękko dziecięcą, odrobinę pyzatą buzię upstrzoną siateczką piegów, której epicentrum są jasno-błękitne, przenikliwe tęczówki. Usta wykrojone, bladoróżowe, drgają nieustannie w przyjemnym dla oka uśmiechu. Chód ma energiczny i dziarski, głos chrypliwie melodyjny, ubiór klasycznie kobiecy, acz niewyzywający. Złote pantofelki wzbijają w przestrzeń migotliwy kurz, czyniąc ją kobietą wzrostu średniego, jednak o aparycji chuderlawej.

Effimery Trelawney
#3
26.03.2023, 12:46  ✶  

Momentalnie zrobiło jej się niedobrze; w jednej chwili poczuła jak jej żołądek się kurczy, płuca więżą w bezdechu ostatnie tchnienie, a na proscenium myśli rozgrywają się sceny dantejskie – pełne niewiadomego wzburzenia i nagłej salwy agresji, która wstrząsnęła solidnie jej ciałem. Chciała krzyczeć, chciała płakać i chciała przede wszystkim wrócić na polanę. Moody zajął jej całe myśli; nie potrafiła sobie wyobrazić straty także jego – na wzór rodziców martwych od paru spopielonych lat. Sama wizja pozostania samej, bez niego, sprawiała, iż oczy zachodziły szklistą mgłą, wypełniając się łzami. Gdy tylko zostały zamknięte w obszernym pokoju, z którego wyjścia nijak nie mogły upatrywać, wzburzenie wylało się z niej gładko.

Serce zadrżało niepokornie w klatce żeber, zupełnie jak ptak w szczerozłotej klatce, który zechciałby się uwolnić z brutalnych oków. Pociągnęła nosem żałośnie, marszcząc brwi w niemym geście niezrozumienia. Patrzyła na Sarę, na jej złość urastającą do rangi furii – zupełnie jak jej. Złość rozlała się na jej obliczu pąsem, który pokrył nieomal całe znaczone siateczką piegów policzki.

Podeszła mimo wszystko do drzwi, jednak chwilowa szarpanina z klamką uświadomiła ją, iż tą drogą nigdy nie wyjdą z krytycznej sytuacji. Zamiast dalej zmagać się z zaklinowanym zaklęciem przejściem, chwyciła kuzynkę za dłoń i uścisnęła ją miękko.

– Saro, Saro – zachlipała. – Chcę wierzyć, że gwiazdy mają ich w swojej opiece, ale w umyśle nagle mam nieprzytomnie. Musimy w jakichś sposób stąd wyjść, musimy ich ratować, musimy… – rzekła łamiącym się, drżącym głosem.

Głos drżący, kłębił się gdzieś w krtani, pozwalając na artykułowanie jedynie sylab; ona zaś, ponownie podniosła się z siedziska i poczęła krążyć po pokoju, przygryzając paznokieć. Coś w niej zamarło, gdy spoglądała na zmierzch roztaczający aurę za oknem; gdy pierwsze gwiazdy zabłysły na niebie, a ona wciąż znajdowała się tutaj – daleko od swoich bliskich, daleko od swojej rodziny. Pociągnęła nosem raz jeszcze, a jej ciało przeszedł dreszcz.

Otworzyła szeroko oczy na propozycję Sary, aby po chwili pstryknąć palcami.

– Tak! Tak, tak – wyrzuciła z siebie. – Rozbijmy okno – dodała, rozglądając się po przestrzeni za czymś należycie twardym, co pozwoliłoby szybie opaść ze swoich ryz.

Chwyciła niewielkie, kamienne popiersie znajdujące się na stoliku i unosząc je, spojrzała pytającym wzrokiem na kuzynkę.

moon's favourite poem
and the rest is rust
and stardust
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Drobniutka, choć wysoka na 177 centymetrów wzrostu, o popielatych włosach. Śmiech przywodzący na myśl świergot ptaków. Śpiewny, uroczy głos. Choroba objawia się u niej srebrnymi tęczówkami i wędrującym rumieniem.

Sarah Macmillan
#4
06.04.2023, 23:49  ✶  
Słyszała swoje imię wypowiadane pomiędzy szlochnięciami Effimery, ale chyba to do niej jeszcze nie dotarło – to, że to było jej imię, bo to wszystko było tak nierzeczywiste. Dlaczego niby ktokolwiek miałby je tu zamknąć wbrew ich woli? Tam, na Polanie Ognisk działo się teraz coś. Coś strasznego, z pewnością, bo ludzie nie krzyczeli panicznie przez coś dobrego. I chociaż nie mogła zobaczyć wiele poza biegnącymi w stronę lasu czarodziejami, poza skupioną twarzą Charles’a, poza silnym ramieniem ojca odgradzającym ją od zderzenia z przypadkowym człowiekiem, to czuła, że wcale nie musiała widzieć. Bo wyobraźnia podpowiadała jej wiele scen i chociaż ostatnio cechowało ją olbrzymie czarnowidztwo, ledwo zbijane przez ostatki silnej woli i nadziei na lepsze jutro, Macmillan nie uważała, że akurat teraz przesadza.

„To on!”, które rozbrzmiało po całej polanie na moment przed ich zniknięciem. To był on, to był Lord Voldemort – był tam teraz, z Charles’em, z kuzynem Effimery, z Theodorem, z innymi ich przyjaciółmi. A oni wszyscy zawsze byli tacy odważni, zawsze chcieli stawiać czoła przeciwnościom losu i walczyli przeciwko nim, ryzykując wszystko i…

- Effie, przecież my musimy wieszyć, musimy, bo-

Bo jak żyć inaczej.

Sarah załkała, obserwując jak Trelawney obgryza paznokcie. Spróbowała wstać i zrobić coś, cokolwiek, ale kiedy tylko stanęła na równych nogach, omal nie upadła. Decyzja jej ojca była okrutna z dwóch powodów. Po pierwsze – wcale nie chciała tutaj być, chciała być tam, z nim, dbając o jego bezpieczeństwo. Po drugie – na litość boską, na opatrzność Matki, na brodę Merlina i każdego starego mędrca czasów, kiedy wymyślano podwaliny wykorzystywanej przez nich magii. Teleportacja była po prostu okropna. Macmillan postawiła kilka niepewnych kroków, a później opadła na to siedzisko, z którego podniosła się przed chwilą druga dziewczyna.

- Klęci mi się w głowie… – przyznała, przełykając gorzką ślinę. Można by pomyśleć, że to właśnie zbuduje w niej potrzebę zawahania się, ale było to mylne – Sarah na widok trzymanego w górze popiersia, skinęła głową. – Jak lozbijemy szybę, to możemy zejść po tej dlewnianej klatce, po któlej pnie się bluszcz. – Było to co prawda w jej stanie i przy jej zdolnościach do autodestrukcji wyjątkowo ryzykowne, ale przecież nie myślała teraz trzeźwo, czego ostatecznym dowodem było to, że podniosła leżącą obok poszewkę i zacisnęła na niej swoje palce, wpatrując się Effie prosto w oczy. – Może zawińmy to w pościel, to się będzie łatwiej zamachnąć, niż gdyby tak… uderzyć po plostu – zaproponowała w najbardziej niepewnym tonie, jaki tylko mógł wydobyć się z jej ust.


she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
Wieszczka
Our hearts will share the same shelter, we share a place under the same sun
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Splątana kaskada loków barwy świeżo ściętych łanów zboża okrywa całunem drobne ramiona, umykając końcami nad linią pasa, na ogół wieńczona przez barwne kokardy. Otula miękko dziecięcą, odrobinę pyzatą buzię upstrzoną siateczką piegów, której epicentrum są jasno-błękitne, przenikliwe tęczówki. Usta wykrojone, bladoróżowe, drgają nieustannie w przyjemnym dla oka uśmiechu. Chód ma energiczny i dziarski, głos chrypliwie melodyjny, ubiór klasycznie kobiecy, acz niewyzywający. Złote pantofelki wzbijają w przestrzeń migotliwy kurz, czyniąc ją kobietą wzrostu średniego, jednak o aparycji chuderlawej.

Effimery Trelawney
#5
23.10.2023, 13:11  ✶  

Oddech grzązł w gardle, nie pozwalając haustom powietrza umościć się na dnie płuc; nigdy nie była najlepsza w zachowywaniu zimnej krwi, w szczególności w sytuacjach tak krytycznych. Łapała więc powietrze prędko, jakby obawiała się, że zabraknie dla niej tlenu. W głowie poczęło się kręcić, ona miała oczy wypełnione doliną łez, a mimika zdradzała absolutnie wszystko – była w nieposkromionych nerwach, których nie umiała nawet przywdziać w lekkie, proste słowa. Przerażające myśli przemierzały jej umysł bezlitośnie, aby ulokować się w największym czarnowidztwie, jakie znała ta planeta – odgarnęła loki za ramię, drobne dłonie zaciskając w pięści – jakże by chciała teraz nie myśleć!; odsunąć się od tych piekielnych mar, które rozgościły się w jej umyśle nieproszone, niechciane.

Alastor tam był; był, gdy z gardeł wyrwało się znaczące „to on”, gdy zostały odgrodzone od reszty bliskich, gdy zostały zamknięte w kowenie jak księżniczki na szczycie wieży, czekające na nadejście nieposkromionego. Były jednak ofiarami własnej beznadziei, chuderlawych rąk i lichych umiejętności magicznych. Prawdopodobnie, gdyby tam zostały, coś by im się stało. Jednak czy nie byłoby to lepsze od utraty ukochanych bliskich?; kolejny gwałtowny wdech wdarł się do klatki płuc.

– Jak mam wierzyć w cokolwiek, Sarko, gdy oni wszyscy tam są… – rzekła staccato, urywanym głosem, przeplatanym ciężkimi szlochami, których coraz bardziej nie mogła powstrzymać.

Ryzykowali w końcu wszystko, co mieli, a sama myśl o utracie sprawiała, że po plecach przebiegał ją na palcach zimny dreszcz. Wzbierało w niej wiele emocji – w bezkresnym smutku zaczynając, na czystej złości kończąc; a jako iż nie potrafiła właściwie artykułować zdenerwowania, płakała jedynie gorzko, wycierając co chwilę chusteczką policzki śliskie od płynących łez, których ścieżką się zaznaczyły.

Była gotowa przyjąć każdą spośród kar – teraz nie liczyła się ona, płacząca tak żałośnie z niemocy, a ci, którzy zostali w rozjątrzonej ranie, którą rozpostarła szczelina ziemi. Wzięła urywany oddech, patrząc na Sarę wielkimi oczyma.

– Niedobrze mi – rzekła spanikowanym głosem. – Nie ma czasu! Nie mamy wcale czasu – wydukała wyrywając popiersie z dłoni kuzynki.

Zaskoczył ją jej ciężar; z pewnością dało się nim wybić szybę w oknie. Ich plan mienił się w umyśle Effie jako niechybiony i błyskotliwy, nawet nabrała drobnych kropel nadziei – wymieszana ze stresem oszroniła jej kark. Podniosła popiersie odrobinę wyżej, aby zamachnąwszy się, uderzyć w chyboczącą się w ramach szybę.


Rzut T 1d100 - 92
Sukces!
moon's favourite poem
and the rest is rust
and stardust
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Drobniutka, choć wysoka na 177 centymetrów wzrostu, o popielatych włosach. Śmiech przywodzący na myśl świergot ptaków. Śpiewny, uroczy głos. Choroba objawia się u niej srebrnymi tęczówkami i wędrującym rumieniem.

Sarah Macmillan
#6
03.12.2023, 22:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.02.2024, 13:54 przez Sarah Macmillan.)  
Sarze chciało się tylko i wyłącznie płakać. Nie była tak silna jak Effimery. I nie, nie chodziło tutaj o tężyznę fizyczną - tu chodziło o zdolność do wykonania tak mocnego i potrzebnego im aktu agresji przeciwko tej szybie - to było tak niespodziewane, tak... złe, bo to przecież było okno kowenu, ale jakoś nie potrafiła być wściekła, że szyba roztrzaskała się w drobny mak pod naporem rzuconego w nią przedmiotu.

Ponieważ Sarah chciała stąd uciec tak samo mocno jak jej kuzynka.

Czy wiedziała, że to jest kompletnie szalone, a jej ojciec wymierzy im za to surową karę? Tak. Wierzyła też w to, że Alastor również nie będzie promieniał radością, kiedy tylko dowie się o tym, co zrobiła Effie, ale zdusiła tę myśl. Zdusiła wszystkie myśli rozsądku nawiedzające jej głowę i odetchnęła głęboko. Musiały działać szybko. Trzask na pewno zwrócił uwagę wszystkich kapłanów w budynku, minie chwila, zanim pojawią się w środku, ale ta chwila to było tak mało, za mało, aby spróbować zejść tam na dół po prześcieradle jak na mugolskich filmach...

Ale przy samym ognie znajdowała się ta wspomniana wcześniej pergola...

- Effie, czy to NA PEWNO jest możliwe, żeby się na to wspiąć? - Zapytała niepewnie, stojąc na skraju rozsypanych po podłodze odłamków szkła. Na sam widok wysokości robiło jej się niedobrze. Nigdy nie potrafiła latać na miotle, a teraz nawet mimo adrenaliny nogi trzęsły jej się jak galareta. Nie pozostawiało żadnych wątpliwości, że pomysł był bardzo głupi - pomijając chęć pchania się prosto w paszczę lwa, to jeszcze Macmillan była po prostu niezdatna do zejścia na dół bez szlochania, nawet jeżeli cała akcja była JEJ POMYSŁEM. - Źle się czuję jak o tym myślę - przyznała, ale zrobiła krok do przodu. Taki niepewny. Potrzebowała złapania za rękę, sprowadzenia jej na ten kwietnik na siłę, bo walczyły w niej teraz dwa wilki. Jeden z nich chciał zobaczyć Charles'a, drugi wył właśnie do księżyca melodię prosto z jej największych koszmarów.

Spadanie. Upadek.

- Effie, ja...

I tyle zdążyła powiedzieć, zanim została pociągnięta. A później obraz przed jej oczyma rozmył się, ale tym razem nie od łez.

Wylądowały na dole i ruszyły pędem w kierunku ulicy.

Koniec sesji


she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Effimery Trelawney (1143), Sarah Macmillan (1161)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa