Mimo chęci bycia najjaśniej i najpewniej świecąca gwiazdą w całym pomieszczeniu, uwielbiał patrzeć na zdecydowanie innych, jeżeli to akurat nie przysparzało mu problemów. Zabranie przez Erika wina na piętro definitywnie należało do tej pierwszej kategorii, Elliott nawet uśmiechnął się pod nosem, widząc jak kelner ulega pod naporem słów, zazwyczaj bardzo ugodowego i łagodnego Longbottoma - ale czy te cechy wykluczały zdecydowanie i umiejętność dostania tego, czego się pragnie? Malfoy jeszcze pare lat temu odpowiedziałby 'tak' bez mrugnięcia okiem, a teraz nie był pewien, a nawet skłaniał się ku bardziej zdecydowanym 'nie'. Mógłby się okłamywać, że zmianę perspektywy spowodowały doświadczenie i rozmowy z przeróżnymi ludźmi w pracy, ale tak naprawdę chodziło po prostu o ... samego Erika. O to w jaki sposób łączył ufność, łagodność z uporem i pewnością siebie, w sposób który wciąż drążył mu drogę ku sukcesowi, ale nie czynił z niego tyrana. Nie twierdził, ze życie drugiego mężczyzny było usłane laurami, że nie było w nim wyrzeczeń, też nie miał wystarczającej perspektywy, aby tak uważać, aczkolwiek, porównując do tego w jaki sposób przedstawiało się rzeczywistość w okowach rezydencji Malfoyów, takie podejście do życia wydawało się wiosennym powiewem świeżości, kuszącym, wystawionym w gablocie przedmiotem, który chciało się posiąść pomimo ceny, warunków i jakichkolwiek innych przeciwskazań.
Okalała ich cisza nocy, gdy stanęli na deskach pierwszego piętra. Zostawili za sobą bawiących się, najbardziej wytrwałych gości, uciekając w ustronne miejsce. Akordy przygaszonego światła tańczyła po ścianach, zaglądając na piętro z parteru, sprawiając, że atmosfera domu wydawała się jeszcze bardziej przytulna, że kojarzył się z ostoją świętego spokoju. Ze słów gospodarza wynikało, że zazwyczaj jest tu o wiele żywotniej, ale Elliott, siłą rzeczy, nie mógł wiedzieć jakie to uczucie, więc pozwolił sobie utonąć w głębinach odseparowania od głośnego towarzystwa i przygrywających instrumentów.
Kolorystyka, oświetlenie, atmosfera i ciemność nocy za oknami cofnęła go do tej jednej nocy, gdy w wieku nastoletnim znalazł się w pokoju wspólnym Gryfonów. Chociaż w tym momencie towarzyszyły mu kompletnie inne uczucia, a ukrywanie się przed siłą wyższą (nauczycielami) nie było głównym zmartwieniem, tak całe to wydarzenie bardzo nostalgicznie wygrało swe akordy w jego umyśle, gdy otuliło go przytulność tego miejsca. Stał po jego środku, zostawiwszy marynarkę na balowej kanapie, w jasnej kamizelce i białej koszuli, odrobinę rozwichrzonych blond włosach i z upojonym spojrzeniem, czując jak bardzo tu nie pasuje, nie ważne co by zrobił, nie ważne jak bardzo by się starał. Niewiedzę, co zrobić z dłońmi, zaraz rozwiązał Erik wsuwając w nie kieliszki i wino. Bez większych komplikacji odkorkował trunek, w tym miał bardzo dużo doświadczenia. Postawił kieliszki na komodzie i skinął różdżką sprawiając, że wino z butelki przelalo się do nich, zostawiając je w polowie pełne.
Kiedy Erik ustawiał stolik wraz z fotelami oraz szukał szachów, Elliott spojrzał na regał skupiając się na autorach i tytułach. Przesunął wzrokiem po książkach o Quidditchu, paru katalogach, książka kulinarna o bardzo długim tytule 'Dwadzieścia magicznych dań w dziesięć minut dla żółtodziobów' - kurz na niej i wokół niej świadczył, że nie była raczej używana. Malfoy zmarszczył brwi w rozbawieniu i spojrzał na swojego towarzysza, który wciąż wydawał się całkowicie pochłonięty poszukiwaniami. Wrócił oczyma do półki i dostrzegł znajomy tytuł, którego nie spodziewał się tu znaleźć, acz chyba powinien był. Fale Virginii Woolf były lekkim zaskoczeniem w porównaniu do reszty asortymentu stojącego na regale, ale nie tylko dlatego. Przecież była to mugolska literatura. Fakt, że dostała się w ręce Longbottoma nie był jeszcze aż tak zaskakujący jak to, że Malfoy wyciągnąć tom spośród innych książek i odwrócił się do swojego kompana, który aktualnie triumfował z znalezionymi szachami.
Podał mu jeden z kieliszków z winem, aby stuknęli się w toaście.
- Za twoje zwycięskie poszukiwania - mrugnął do niego filuternie i uśmiechnął się pod nosem pokazując rządek zębów, fakt, czuł się tutaj odrobinę nie na miejscu, ale przynajmniej nie musiał myśleć o tych wszystkich gapiach, którzy mogli przypałętać się z Sali balowej.
Sam przysiadł na wolnym oparciu jego fotela chcąc pokazać to, co wyciągnął z jego malej biblioteczki.
- Nie powinienem być zaskoczony, że macie w domu mugolskie książki, ale Fale Woolf? - uniósł jedną brew upijając odrobinę wina z kieliszka.
Spojrzał raz jeszcze na żółtą okładkę tomu.
- Dziadek zostawił mi swoją kolekcję takich książek - przyznał ciszej, jakby nie chciał, aby te słowa stały się częścią wszechświata poza jego umysłem - Przetrzymywał je w różnych miejscach, jak podróżował i musiał się bardzo pilnować. Pierwszy raz mi je pokazał, gdy pojechaliśmy do Egiptu w 1951, chyba potrzebował kogoś, z kim mogł dzielić ten sekret, bo babcia nigdy nie pochwalała jego różnych... pomysłów i innowacji. - przyznał trochę lakonicznie - To była taka nasza mała tajemnica.