• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[18 Marca 1972] Szachy, książki i inne | Erik & Elliott

[18 Marca 1972] Szachy, książki i inne | Erik & Elliott
King with no crown
Stars, hide your fires
Let no light see my black and deep desires
wiek
31
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Kanclerz Skarbu
Schludny, młody mężczyzna ze starannie ułożonymi blond włosami. Nie grzeszy wzrostem, będąc wysokim na 178 centymetrów, acz chodzi na tyle wyprostowany i z uniesioną głową, że może wydawać się górować nad rozmówcą. Pomaga mu w tym spojrzenie chłodnych, niebieskich oczu, na tyle skutych lodem, że nie sposób się przez niego przebić, aby dostrzec kryjącą się za nimi duszę. Zazwyczaj używa perfum z cedrowymi nutami przeplatającymi się z drzewem sandałowym. Dobiera ubrania starannie, zwłaszcza kolorystycznie. Nie ubiera się krzykliwie, acz odpowiednio do okazji; zawsze z idealnie wyprasowanym materiałem koszuli, dobrze dopiętą kamizelką. Charyzmą przyciąga do siebie innych, acz waży słowa w naturalnie ostrożnej manierze. Nie brak mu w głosie donośnych tonów, na marne można oczekiwać, że otworzy usta, aby krzyczeć, nawet te cicho wypowiedziane przez niego słowa potrafią być dobitniejsze niż cudzy krzyk. Stawia na niską intonację, uważając, że jest przyjemniejsza dla ucha i bardzo dobrze podkreśla angielski, wręcz krzyczący w swojej pretensjonalności o jego uprzywilejowanym urodzeniu, akcent.

Elliott Malfoy
#1
22.03.2023, 20:14  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.06.2024, 15:01 przez Mirabella Plunkett.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Erik Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Odkryj wiadomość pozafabularną
Kontynuacja rozgrywki na balu

Mimo chęci bycia najjaśniej i najpewniej świecąca gwiazdą w całym pomieszczeniu, uwielbiał patrzeć na zdecydowanie innych, jeżeli to akurat nie przysparzało mu problemów. Zabranie przez Erika wina na piętro definitywnie należało do tej pierwszej kategorii, Elliott nawet uśmiechnął się pod nosem, widząc jak kelner ulega pod naporem słów, zazwyczaj bardzo ugodowego i łagodnego Longbottoma - ale czy te cechy wykluczały zdecydowanie i umiejętność dostania tego, czego się pragnie? Malfoy jeszcze pare lat temu odpowiedziałby 'tak' bez mrugnięcia okiem, a teraz nie był pewien, a nawet skłaniał się ku bardziej zdecydowanym 'nie'. Mógłby się okłamywać, że zmianę perspektywy spowodowały doświadczenie i rozmowy z przeróżnymi ludźmi w pracy, ale tak naprawdę chodziło po prostu o ... samego Erika. O to w jaki sposób łączył ufność, łagodność z uporem i pewnością siebie, w sposób który wciąż drążył mu drogę ku sukcesowi, ale nie czynił z niego tyrana. Nie twierdził, ze życie drugiego mężczyzny było usłane laurami, że nie było w nim wyrzeczeń, też nie miał wystarczającej perspektywy, aby tak uważać, aczkolwiek, porównując do tego w jaki sposób przedstawiało się rzeczywistość w okowach rezydencji Malfoyów, takie podejście do życia wydawało się wiosennym powiewem świeżości, kuszącym, wystawionym w gablocie przedmiotem, który chciało się posiąść pomimo ceny, warunków i jakichkolwiek innych przeciwskazań.
Okalała ich cisza nocy, gdy stanęli na deskach pierwszego piętra. Zostawili za sobą bawiących się, najbardziej wytrwałych gości, uciekając w ustronne miejsce. Akordy przygaszonego światła tańczyła po ścianach, zaglądając na piętro z parteru, sprawiając, że atmosfera domu wydawała się jeszcze bardziej przytulna, że kojarzył się z ostoją świętego spokoju. Ze słów gospodarza wynikało, że zazwyczaj jest tu o wiele żywotniej, ale Elliott, siłą rzeczy, nie mógł wiedzieć jakie to uczucie, więc pozwolił sobie utonąć w głębinach odseparowania od głośnego towarzystwa i przygrywających instrumentów.
Kolorystyka, oświetlenie, atmosfera i ciemność nocy za oknami cofnęła go do tej jednej nocy, gdy w wieku nastoletnim znalazł się w pokoju wspólnym Gryfonów. Chociaż w tym momencie towarzyszyły mu kompletnie inne uczucia, a ukrywanie się przed siłą wyższą (nauczycielami) nie było głównym zmartwieniem, tak całe to wydarzenie bardzo nostalgicznie wygrało swe akordy w jego umyśle, gdy otuliło go przytulność tego miejsca. Stał po jego środku, zostawiwszy marynarkę na balowej kanapie, w jasnej kamizelce i białej koszuli, odrobinę rozwichrzonych blond włosach i z upojonym spojrzeniem, czując jak bardzo tu nie pasuje, nie ważne co by zrobił, nie ważne jak bardzo by się starał. Niewiedzę, co zrobić z dłońmi, zaraz rozwiązał Erik wsuwając w nie kieliszki i wino. Bez większych komplikacji odkorkował trunek, w tym miał bardzo dużo doświadczenia. Postawił kieliszki na komodzie i skinął różdżką sprawiając, że wino z butelki przelalo się do nich, zostawiając je w polowie pełne.
Kiedy Erik ustawiał stolik wraz z fotelami oraz szukał szachów, Elliott spojrzał na regał skupiając się na autorach i tytułach. Przesunął wzrokiem po książkach o Quidditchu, paru katalogach, książka kulinarna o bardzo długim tytule 'Dwadzieścia magicznych dań w dziesięć minut dla żółtodziobów' - kurz na niej i wokół niej świadczył, że nie była raczej używana. Malfoy zmarszczył brwi w rozbawieniu i spojrzał na swojego towarzysza, który wciąż wydawał się całkowicie pochłonięty poszukiwaniami. Wrócił oczyma do półki i dostrzegł znajomy tytuł, którego nie spodziewał się tu znaleźć, acz chyba powinien był. Fale Virginii Woolf były lekkim zaskoczeniem w porównaniu do reszty asortymentu stojącego na regale, ale nie tylko dlatego. Przecież była to mugolska literatura. Fakt, że dostała się w ręce Longbottoma nie był jeszcze aż tak zaskakujący jak to, że Malfoy wyciągnąć tom spośród innych książek i odwrócił się do swojego kompana, który aktualnie triumfował z znalezionymi szachami.
Podał mu jeden z kieliszków z winem, aby stuknęli się w toaście.
- Za twoje zwycięskie poszukiwania - mrugnął do niego filuternie i uśmiechnął się pod nosem pokazując rządek zębów, fakt, czuł się tutaj odrobinę nie na miejscu, ale przynajmniej nie musiał myśleć o tych wszystkich gapiach, którzy mogli przypałętać się z Sali balowej.
Sam przysiadł na wolnym oparciu jego fotela chcąc pokazać to, co wyciągnął z jego malej biblioteczki.
- Nie powinienem być zaskoczony, że macie w domu mugolskie książki, ale Fale Woolf? - uniósł jedną brew upijając odrobinę wina z kieliszka.
Spojrzał raz jeszcze na żółtą okładkę tomu.
- Dziadek zostawił mi swoją kolekcję takich książek - przyznał ciszej, jakby nie chciał, aby te słowa stały się częścią wszechświata poza jego umysłem - Przetrzymywał je w różnych miejscach, jak podróżował i musiał się bardzo pilnować. Pierwszy raz mi je pokazał, gdy pojechaliśmy do Egiptu w 1951, chyba potrzebował kogoś, z kim mogł dzielić ten sekret, bo babcia nigdy nie pochwalała jego różnych... pomysłów i innowacji. - przyznał trochę lakonicznie - To była taka nasza mała tajemnica.


“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#2
24.03.2023, 23:06  ✶  

Wzniósł kieliszek do góry w ramach toastu, zanim wino wylądowało w jego ustach. Gdyby ktoś mu rano powiedział, że w środku nocy będzie gościł Elliotta w swojej sypialni, to najpierw zrobiłby się czerwony jak burak, mruknął coś pod nosem, po czym odwrócił na pięcie. Bądź co bądź, do końca nie był pewny, czy ten zjawi się w ogóle na balu. A ten nie tylko przyszedł, ale jeszcze zrobił niemałe zamieszanie wzięciem udziału w licytacji, a teraz był w jego pokoju i... i... Erik przechylił głowę w bok w charakterystycznym dla siebie geście, wbijając spojrzenie w blondyna. Jakim cudem znaleźli się w tej sytuacji?

— Brenna znosi do domu pełno książek — rzucił nonszalancko, jakby to wyjaśniało całą sprawę. — Czasami mam wrażenie, że zostawia w księgarniach całą swoją wypłatę. Zazwyczaj gustuje w powieściach fantastycznych, czy „dziejących się daleko w przyszłości”, ale czasem wpada coś bardziej... przyziemnego? — Zmarszczył brwi. Mógł się wprawdzie mylić, jednak twórczość Woolf raczej nie wpisywała się do tego samego gatunku co Opowieści z Narnii czy Diuna. — Czasami coś od niej przygarniam. Wbrew pozorom raporty Brygady Uderzeniowej nie są szczególnie zajmujące poza godzinami pracy.

Zamilkł, gdy Elliott postanowił zdradzić mu co nieco ze swojego prywatnego życia. Nie sądził, że ten się przed nim otworzy i to w kwestii tak kontrowersyjnej w pewnych kręgach. Sam nie uważał czytania mugolskiej literatury za jakiś okropny wybryk, czy zdradę stanu, jednak Longbottomowie znacznie różnili się od Malfoyów. A może tak się tylko wydawało, gdyż w tym porównaniu stawiał naprzeciw sobie najbardziej stereotypowe jednostki z obydwu rodów?

— Och, to w sumie nie tak daw... — Zanim zdołał dokończyć myśl, w jego głowie rozbrzmiał czerwony alarm. Prawie popełnił całkiem poważną gafę. Na Merlina, przecież '51 był ponad dwadzieścia lat temu. Nie byli wtedy nawet nastolatkami, a wręcz dziećmi. Uśmiechnął się lekko, przyglądając się stolikowi kawowemu. — Musieliście być ze sobą blisko. — Uniósł wzrok znad szachownicy. Jego dłonie nie przestawały jednak pracować; skończył rozkładać białe figury i przeszedł do czarnych, automatycznie ustawiając je na odpowiednich pozycjach. — Czytałeś coś z tych zbiorów? Czy raczej tylko pilnujesz, żeby nikt się ich nie pozbył?

Na swój sposób było do dosyć głupie pytanie. Skoro Elliott – czarodziej czystej krwi – rozpoznał pióro Virginii Woolf, to musiał chociaż trochę kojarzyć jej treść. Chyba że po prostu to jakże chwytliwe nazwisko zapadło mu w pamięć spośród wielu innych, które widniały na grzbietach różnorodnych pozycji z księgozbioru jego dziadka. W gruncie rzeczy był mocno zaskoczony tym, że Malfoyowie wykazywali jakiekolwiek zainteresowanie kulturą mugoli. Wypity alkohol mocno jednak już namącił w jego, toteż nie przyszło mu do głowy, aby kwestionować ten jeden szczegół. Z drugiej strony, z opisu blondyna wynikało, że jego dziadek nie przypominał stereotypowego wysoko urodzonego czarodzieja.

— Gdybyś potrzebował, mogę Ci coś załatwić przez Brennę. Ostatnio sprowadza tego do domu coraz więcej, więc może uda Ci się coś od niej wypożyczyć. Zawsze to wymówka, żeby zapełnić puste miejsce na półce — Uniósł kąciki ust w lekkim uśmiechu. — Jeśli dobrze pamiętam, Woolf posługuje się dosyć wyszukanym językiem. Sprawdzimy, czy Twoje umiejętności szachowe są na tym samym poziomie co jej biegłość w angielskim?

Uniósł pytająco brew, wskazując na szachownicę. Zmienił pozycję siedzenia; zrzucił nogi na ziemię i przywarł plecami do oparcia, bębniąc bezdźwięcznie palcami o miękkie podłokietniki fotela. Sugestia rozegrania partii z dala od zgiełku przyjęcia nie była tylko wymówką. Mówił całkowicie serio i o ile Elliott czuł się na siłach, aby przyjąć wyzwanie, miał zamiar dać z siebie tyle, ile mógł w obecnym stanie. Kto wie, może nawet pod wpływem eksperckich zagrań blondyna nieco otrzeźwieje? Marne szanse, pomyślał, sięgając po kieliszek z winem.

— Nie daj się prosić. Nie gryzę. Rzekomo. — Uciekł wzrokiem w bok, nie ukrywając jednak swojego szerokiego śmiechu.



the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
King with no crown
Stars, hide your fires
Let no light see my black and deep desires
wiek
31
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Kanclerz Skarbu
Schludny, młody mężczyzna ze starannie ułożonymi blond włosami. Nie grzeszy wzrostem, będąc wysokim na 178 centymetrów, acz chodzi na tyle wyprostowany i z uniesioną głową, że może wydawać się górować nad rozmówcą. Pomaga mu w tym spojrzenie chłodnych, niebieskich oczu, na tyle skutych lodem, że nie sposób się przez niego przebić, aby dostrzec kryjącą się za nimi duszę. Zazwyczaj używa perfum z cedrowymi nutami przeplatającymi się z drzewem sandałowym. Dobiera ubrania starannie, zwłaszcza kolorystycznie. Nie ubiera się krzykliwie, acz odpowiednio do okazji; zawsze z idealnie wyprasowanym materiałem koszuli, dobrze dopiętą kamizelką. Charyzmą przyciąga do siebie innych, acz waży słowa w naturalnie ostrożnej manierze. Nie brak mu w głosie donośnych tonów, na marne można oczekiwać, że otworzy usta, aby krzyczeć, nawet te cicho wypowiedziane przez niego słowa potrafią być dobitniejsze niż cudzy krzyk. Stawia na niską intonację, uważając, że jest przyjemniejsza dla ucha i bardzo dobrze podkreśla angielski, wręcz krzyczący w swojej pretensjonalności o jego uprzywilejowanym urodzeniu, akcent.

Elliott Malfoy
#3
27.03.2023, 04:42  ✶  
Lubił być w centrum uwagi, chociaż nie zawsze mógł sobie na to pozwolić. Kariera i nazwisko wymagały trzymania się raczej bezpiecznej popularności niż sięgania po wybujałe sposoby zwrócenia na siebie uwagi. W takich chwilach, sam na sam, za zamkniętymi drzwiami, pozwalał sobie jednak na odrobinę więcej komfortu, zwłaszcza po ilości wypitego alkoholu. Nic więc dziwnego, że rzciągnał usta w leniwym uśmiechu i przymrużył odrobinę oczy, zupełnie jakby był wybudzającym się z popołudniowej drzemki kotem, którego ogrzewały iskry pykającego kominka. W tej sytuacji to zieleń oczu Longbottoma była komfortem, ich wyraz, to co kryły i to, co dało się z nich wyczytać. Pozwolił sobie puścić wodzę wyobraźni, w której przesunąłby dłonią po jego pozbawionym, specjalnie na dzisiejszą bal, zarostu policzku, ale zamiast tego przekartkował wziętą z półki książkę.
- Oh, nie wątpię, waszym zadaniem jest bronić różdżką, a nie piórem - podsumował, chociaż w gruncie rzeczy po prostu powinien był powiedzieć, że czytał parę raportów Brygadzistów i doskonale zdaje sobie sprawę, że ich zdolności literackie pozostawiają wiele do życzenia. Jednakże, mogłoby to wydać się nad wymiar podejrzane, że osoba z innego Departamentu, nawet tak wysoko postawiona jak Malfoy, szperała w tego typu aktach. Kiedy był na to czas i potrzeba, mógł dotrzeć do wielu rzeczy, ale o tym nikt nie musiał wiedzieć.
Pociągnał kolejny łyk z kieliszka, czując, że moze sobie na to już pozwolić. Gdy siedzieli na dole, czuł się przytłoczony ilością ludzi, dymem papierosowym i zapewne odrobiną duchoty jaka tam panowała. Po krotkiem przerwie z drinkami oraz zmianie otoczenia, jego zmysły wróciły do względnie kontaktujących, więc mógł na powrót powoli tracić kontrole i zanurzać się w ubogim upojeniu.
Wpierw spojrzał na niego nad wyraz poważnie, jakby stwierdzenie, że 1951 rok był całkiem niedawno było czymś martwiącym. Zaraz jednak spojrzenie rozświetliły mu ogniki tego samego zadowolonia, co sekundę temu.
- Lata pięćdziesiąte mogły być dwadzieścia lat temu, ale my wciąż jesteśmy młodzi - mrugnął do niego, podnosząc się z oparcia siedzenia - Przynajmniej ja czuje się bardzo młody dzisiejszego wieczora, nic tak nie ożywia jak odrobina wydanych pieniędzy - trudno było stwierdzić czy w tym momencie żartuje oraz co dokładnie jest zabawną częścią tego zdania. Nazwanie dwudziestu tysięcy galeonów 'odrobiną' czy też stwierdzenie, że wydawanie pieniędzy jest odświeżające.
Odpowiedź na kolejne pytanie musiał przemyśleć i zrobił to, gdy spojrzenie niebieskich oczu skupiło się na dłoniach drugiego mężczyzny, ktore zgrabnie i instynktownie układały figury na szachownicy.
Faktycznie, musi sporo grać, pomyślał i musiał przyznać, że odrobinę go to zestresowało. Mimo luxnej atmosfery tego spotkania, błogości myśli, że jest z Erikiem sam na sam, Malfoy był osobą, która lubiła wygrywać zawsze, niezależnie od okoliczności. Przegrane męczyły go bardziej niż nieodpowiednia temperatura mleka w porannej herbacie, czyli doprowadzały do białej gorączki.
Mimowolnie spojrzał w stronę łóżka, a potem skupił wzrok znów na szachownicy, jakby próbował coś rozszyfrować. Z wierzchu mogło to wyglądac bardzo niepozornie, zupełnie jakby zastanawiał się czy siadanie na fotelu jest najwygodniejszą opcją, a w gruncie rzeczy nie był pewien dlaczego w ogóle doszukiwał się w tym 'zaproszeniu' do góry jakiegoś podtekstu. Erik wydawał się otwartą księgą, ale niektóre jej stronice były zapisane w nieznanym dla Elliotta języku, musiał je więc omijac i kontynuować czytanie bez istotnych faktów potrzebnych do zrozumienia całości. Wydawało mu się, że dawał swojemu kompanowi wyraźne sygnały, ale... Cóż, fakt, że Longbottom chciał z nim po prostu spędzić czas na rozmowie, grze w szachy, wyjeździe do Portugalii czy wyjściu do restauracji stał się teraz jeszcze przyjemniejszy niż był wcześniej. Oczywiście, w relacji z Perseusem poza fizycznością również rozmawiali, ale to było kompletnie co innego, znali każdy swój zakamarek od najmłodszych lat, środowiska, w jakich zostali wychowani byli swoimi odbiciami lustrzanymi. Z Erikiem było inaczej, był nieznanym, ekscytującym, a w dodatku okazywał zainteresowanie bezpośrednio, bez wyćwiczonego zblazowania, bez roszad, bo te, najwyraźniej zostawiał do gry w szachy.
Elliott poczuł się przedziwnie doceniony i chociaż nie potrafił jeszcze tego uczucia porządnie czy poprawnie nazwać, tak było po prostu przyjemnym powiewem wiosennego wiatru.
- Przeczytałem wszystko - jego głos znów wybrzmiał ciszej niż zazwyczaj, gdy siadał w fotelu na przeciwko Erika i odłożył książkę obok szachownicy, na stolik kawowy. Założył nogę na nogę i spojrzał w okno, jakby zamiarzał kolejnych słów szukać w gwiazdach.
- 'Stars, hide your fires,' - zaczął powoli, recytując z pamięci - 'Let no light see my black and deep desires.' - dokończył i wrócił spojrzeniem do rozmówcy, wciąż odrobinę się uśmiechając, acz chłodniej, kalejdoskop satysfakcji wymalowany wcześniej na jego policzkach wydawał się blaknąć. Światło lampy zza jego pleców tworzyło w okół jasnych włosów przeciwną aureolę, co podkreśliło jeszcze bardziej kontrast chłodu postaci Elliotta na tle ciepłych barw tego pomieszczenia. Erik pasował tu idealnie, stworzony pociągnięciem tego samego pędzla co wiszące na ścianach ilustracje, wyrzeźbione meble i dodające komfortu lampy.
- Makbeth, Shakespeare. Nie wiem czy czytałeś... czytaliście z siostrą - poprawił się - Z dziadkiem byłem najbliżej z rodziny. Nauczył mnie w jaki sposób chować okładki książek pod iluzją, aby wydawały się kompletnie czym innym. A co do książek, które wymieniłeś, nie miałem styczności z nowszą, mugolską literaturą, więc chętnie przyjmę twoją propozycję. Być może bez wspominania komukolwiek, dla kogo te książki - zaśmiał się znacząco, trochę tak jakby właśnie wspominał współpracownikowi, że nikt nie może się dowiedzieć o przeprowadzanych machlojkach.
- Myślę, że książki to najbardziej magiczna część mugolskiego świata. Nawet nie dlatego że często opisują w swoich tekstach to, co dla nas wydawałoby się kolejnym wtorkiem, a sposób w jaki ich autorzy scalają ze sobą zdania i porównania, jakby jakaś część ich duszy faktycznie chciała wyrwać się z tego nudnego świata. Jakby podświadomie wiedzieli, że jest coś więcej. Mam na myśli, że kreatywność jest dla nich tym, czym dla nas magia. Oczywiście to, co mamy my jest nieporównywalnie lepsze, ale ciekawe jest to obserwować, czytać - nie znał się na mugolach, poza tym, że parę razy spotkał Głównego Ministra z 'tego drugiego świata', w ramach pracy. czerpał wiedzę z przeczytanych książek, ale zakładał, że to tylko mała część wszystkiego. Oczywiście uważał siebie i jakichkolwiek czarodziejów krwi czystej za automatycznie lepszych, nawet jeżeli dziadkowi udało się zaszczepić w nim lekkie powątpiewanie, co do tej kwestii.
- Miejmy nadzieję, że są chociaż na tym samym poziomie, co moje wypowiedzi w tym języku, to i tak wystarczająco wysoko - wywrócił oczyma w żartobliwym geście.
Chciał złapać wzrok Erika ponownie, gdy ten wypowiedział żart o gryzieniu, ale ten umknął w bok. Nie pozostało nic innego jak uśmiechnąć się filuternie i wziąć kolejny łyk wina.
- Nawet jeśli gryziesz, dla mnie już za późno na ucieczkę. Sam z chęcią wchodzę do paszczy lwa, jeszcze go drażniąc - coby podsumować swe słowa, zgrabnym ruchem odwrócił szachownicę tak, aby jaśniejsze figury stały po stronie gospodarza i wskazał je podbródkiem, a w niebieskich oczach rozbłysły figlarne iskry.
- Białe zaczynają.


“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#4
30.03.2023, 00:30  ✶  

Uniósł wzrok na blondyna. Cieszył się, że udało mu się wywiązać z obietnicy, jaką mu złożył na początku przyjęcia. Chociaż w trakcie balu zaczynał wątpić, aby udało mu się wyrwać i spędzić z nim czas, tak teraz było to faktem i czuł się z tym niebywale dobrze. Praktycznie zapomniał o tym, że na dole wciąż bawili się najwytrwalsi goście, którzy mogli potrzebować towarzystwa organizatorów. Inni się tym zajmą. On miał teraz inne rozrywki i inne towarzystwo w głowie.

— Z innym orężem też sobie całkiem dobrze radzę — rzucił mimochodem, strzelając kostkami w palcach, nieświadom możliwej dwuznaczności swych słów. — Chociaż nie mam ostatnio z kim ćwiczyć. Ciężko w tych czasach o dobrego partnera do szermierki. — Westchnął cicho. — Nie te czasy. Ludzie już nie noszą przy sobie rapierów czy mieczy. — Machnął ręką, jakby nieco podirytowany, tym jak teraz wygląda ta kwestia w społeczeństwie czarodziejów.

Niektóre rodziny czystej krwi dalej kultywowały dawne tradycje. Nawet Longbottomowie, tak różni od reszty tego towarzystwa, uczyli najmłodszych z rodu, jak posługiwać się bronią białą. W przypadku Erika nie były to najbardziej emocjonujące treningi. Chociaż za młodu sprawiało mu to sporo radości, tak ciągłe ćwiczenie w tym samym gronie, zazwyczaj bliższych lub dalszych członków rodziny, sprawiało, że całe doświadczenie potrafiło spowszednieć. A biorąc pod uwagę niską popularność szermierki w obecnych czasach, znaleźć kogoś o podobnych zainteresowaniach, było jak szukanie igły w stogu siana.

— Właśnie widzę. Cieszę się, że pomogłem w podbiciu twojego samozadowolenia tego wieczoru — mruknął z udawaną pretensją, jakby zaczął podejrzewać, że Elliott wcale nie uratował go od smutnego losu z dobrego serca, a po to, żeby przeżyć mały dreszczyk emocji.

Uśmiechnął się półgębkiem.

— Owszem, czytałem — potwierdził bez zająknięcia, potwierdzając przypuszczenia blondyna. — Makbeth mnie zaskoczył. Jak na mugolską twórczość, opis zjawisk nadprzyrodzonych w związku z wiedźmami, przepowiedniami jest bardzo blisko naszym realiom. A Hamlet Szekspira... Cóż, było mi bardzo żal Ofelii i tego, jak skończyła. — Uśmiechnął się z niejakim żalem. Jego empatia była w nim tak głęboko zakorzeniona, że współczuł nawet postaciom z kart książek niemagicznych. Jeśli dobrze kojarzył, biedaczka utopiła się w strumyku. Okropny los. — W takim razie jesteśmy umówieni.

Skinął głową. Tak zapewne było bezpieczniej; zarówno dla Elliotta, jak i Brenny. Gdyby zdradził siostrze, komu chciał wypożyczyć kilka jej książek, zapewne zaczęłaby się wtrącać. Książki, komiksy i inne dzieła z kultury masowej były jej na tyle bliskie, że zmusiłaby go do złożenia przysięgi, że wszystkie pozycje z biblioteczki wrócą do niej w nienaruszonym stanie. Nie mówiąc już o tym, że mogła zacząć się doszukiwać jakiegoś spisku, że Malfoyowie „nagle” zaczęli gustować w książkach mugoli. Może by jeszcze wszczęła jakieś nieoficjalne śledztwo?

— Nasze światy są ze sobą związane. Żyjemy zbyt blisko siebie, żeby po prostu ignorować postęp drugiej grupy. Wprawdzie my jako tako mamy wgląd do ich społeczeństwa w czasach współczesnych, tak mugole raczej bazują na przeszłości. Rozumiesz, procesy czarownic i tak dalej. Te parę wieków temu aż tak się nie kryliśmy, więc przeniknęliśmy do ich świadomości. Tak jak wspomniałeś, być może zakorzeniło się to w nich na tyle głęboko, że nieświadomie sięgają ku nieznanemu — kontynuował wywód. — Może nawet próbują odwzorować nasze... techniki swoimi sposobami.

Nie miał na myśli samego praktykowania magii, ale raczej pomniejsze dziedziny. W trakcie, gdy czarodzieje mieli swoich eliksirowarów i aptekarzy odpowiedzialnych za tworzenie mikstur leczniczych z roślin, mugole mieli zielarzy. W Londynie pełno było takich sklepów. Erik wprawdzie wątpił, aby mieszanki ze stricte niemagicznych roślin były równie skuteczne, co te ze świata czarodziejów, jednak nie można było odmówić im tego, że zapewne miały jako tako pozytywny wpływ. Do tego dochodziła jeszcze kwestia wróżenia. U nich była to autentyczna dziedzina magii, coś, czemu ci, którzy jej ufali, potrafili zawierzyć życie. Podczas wizyt w niemagicznej części Londynu, rzuciły mu się czasami w oczy reklamy promujące takie „zabawy”.

— Wierzę, że ci się uda. Z językiem sobie radzisz bez zarzutu — Uniósł kieliszek wina do ust. — Zawsze możesz salwować się ucieczką — Uniósł brew w wyzywającym geście, aby po chwili wybuchnąć śmiechem. Mógłby powiedzieć o Elliocie wiele rzeczy, ale „tchórz” nie byłoby pierwszym określeniem, które przychodziło mu na myśl względem jego osoby. Prędzej nazwałby go kimś, kto mierzył siły na zamiary. — Brawura to cecha Gryfonów. Nawet jeśli wchodzisz to paszczy lwa, to myślę, że masz jakiś plan na wypadek, gdyby coś się stało. Sprytną zagrywkę, żeby obrócić sytuację na swoją korzyść.

Po tych słowach wbił wzrok w szachownicę i po krótkiej chwili namysłu przesunął jeden z pionów o dwa miejsca do przodu. Liczył się z tym, że raczej nie będzie to najbardziej emocjonujący pojedynek. Przez stępione alkoholem zmysły oboje stracą zapewne wiele figur, a wynik będzie zależał bardziej od szczęścia i nieuwagi drugiej strony, niźli pokazu wybitnych umiejętności.



the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
King with no crown
Stars, hide your fires
Let no light see my black and deep desires
wiek
31
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Kanclerz Skarbu
Schludny, młody mężczyzna ze starannie ułożonymi blond włosami. Nie grzeszy wzrostem, będąc wysokim na 178 centymetrów, acz chodzi na tyle wyprostowany i z uniesioną głową, że może wydawać się górować nad rozmówcą. Pomaga mu w tym spojrzenie chłodnych, niebieskich oczu, na tyle skutych lodem, że nie sposób się przez niego przebić, aby dostrzec kryjącą się za nimi duszę. Zazwyczaj używa perfum z cedrowymi nutami przeplatającymi się z drzewem sandałowym. Dobiera ubrania starannie, zwłaszcza kolorystycznie. Nie ubiera się krzykliwie, acz odpowiednio do okazji; zawsze z idealnie wyprasowanym materiałem koszuli, dobrze dopiętą kamizelką. Charyzmą przyciąga do siebie innych, acz waży słowa w naturalnie ostrożnej manierze. Nie brak mu w głosie donośnych tonów, na marne można oczekiwać, że otworzy usta, aby krzyczeć, nawet te cicho wypowiedziane przez niego słowa potrafią być dobitniejsze niż cudzy krzyk. Stawia na niską intonację, uważając, że jest przyjemniejsza dla ucha i bardzo dobrze podkreśla angielski, wręcz krzyczący w swojej pretensjonalności o jego uprzywilejowanym urodzeniu, akcent.

Elliott Malfoy
#5
07.04.2023, 02:12  ✶  
Już mrużył oczy chcąc zapytać o jakim orężu mówił Erik, acz ten bardzo szybko pospieszył z wyjaśnieniem.
Szkoda.
Łapanie za słówka, które brzmią dwuznacznie było, jak mu się wydawało, specjalnością rodzinną Malfoyów. Nie bez powodu każdy z ich małżonków przygotował się na niedzielne obiadki w Wiltshire jak na debaty oksfordzkie. Musiał przyznać, że w jakimś stopniu go to bawiło - jak ludzie reagowali na otoczenie, w którym dorastał, które wyciosało go w kształt, jakim jawił się do dzisiaj. Było to swego rodzaju okrutnością, niemą złośliwością, ale nie mógł się powstrzymać, gdy po raz kolejny wymieniał z bliźniaczką spojrzenia nad stołem w ogromnej jadalni, a w tle słyszał kłótnię ciotki wraz z mężem. Podjudzanie konfliktów, wrzucanie odpalonej zapałki do rozżarzonego ogniska zawsze było domeną Eden, on z zasady lawirował pomiędzy słowami, aby upewnić się, że materiał podkłądany pod zapałkę jest łatwopalny.
- A wolałbyś, aby wciąż nosili? Nie brałem cię za takiego tradycjonalistę - definitywnie odrobinę się z niego naigrywał, chociaż pytanie było zadane szczerze, toteż oczekiwał odpowiedzi. Uniósł zuchwało jedną brew i upił więcej wina, sprawiając, że większość trunku zniknęła z kieliszka.
- Nie zaszkodziłoby mi się rozruszać, być może szermierka to lepszy pomysł niż magiczne pojedynki, tak na pierwszy ogień. Wolałbym nie ryzykować przy tym drugim, nie miałem okazji rzucić zaklęcia rozbrajającego... zbyt długo, aby przyznawanie się do tego nie było żenujące - uśmiechnął się, trochę wyzywająco, jakby liczył na to, że rozmówca faktycznie zaprosi go na lekcje. Czy to z bronią białą, czy z użyciem różdżek. Dla takiego towarzystwa, mógłby oberwać też zaklęciem - urok dosięgnął go już dawno, chociaż wątpił, że ma to coś wspólnego z talentem Longbottoma w tej dziedzinie magii.
Posądzanie Elliotta o dobroć serca to coś, o czym jakby usłyszał to na pewno by się zakrztusił. Nie przywykł do bycia malowanym tak pozytywnymi barwami. Jeżeli miał z kimś pozytywne relacje, to na dystansie i szacunku się kończyło, zazwyczaj. Przekrzywił lekko głowę rozpoznając udawaną pretensję, pozwalając kącikom ust uciec odrobinę w górę.
- I wciąż pomagasz, nie dość, że wylicytowałem kolację, to jeszcze dostałem wieczór przy winie gratis - pociągnął żart, mrukliwie, wzrok skupiając w większości na szachownicy, chociaż podniósł go na chwilę na Erika, sprawdzając czy odpowiednio przewidział reakcję jego mimiki. Nie mogł sobie odpuścić przyszpilenia rozmówcy za ten komentarz; nie było to nic personalnego, ot, zwykłe przyzwyczajenie.
- Nie minie miesiąc, a może zasłużę na kartę stałego klienta - udało mu się wypowiedzieć te słowa z pełną powagą, acz na końcu nie wytrzymał. Alkohol, mimo przerwy którą sobie zrobił pomiędzy kolejnymi drinkami i kieliszkami wina, bardzo mocno zamieszał mu w zmysłach. Parsknął śmiechem i przyłożył rękę wpierw do ust, aby przesunąć ją do góry, na oczy. Policzki zrobiły się czerwone z częściowego zażenowania swoją otwartością, bezpośredniością żartu oraz też od samego śmiechu.
Tylko się droczył, choć nie był pewien czy powinien. W jego najbliższych kręgach, im bardziej ktoś przeciągał takie żarty, im mocniej wbijał szpilki, tym bardziej zaufaną osobą był.
- Zareagowała odrobinę ... dramatycznie, nie uważasz? - podpytał - Chociaż, jak o tym pomyśle, raczej mało kto radzi sobie dobrze z odrzuceniem, mnie w to wliczając - uniósł tym razem obydwie brwi, wciąż się uśmiechając, chociaż to, co powiedział było całkowicie szczere. Mógł na takiego nie wyglądać, ale przeżywał emocje bardzo intensywnie, po prostu nauczył się to chować. Nie, inaczej musiał nauczyć się to chować, inaczej nie mógłby nosić swojego nazwiska.
Zamilkł na dłuższą chwilę, słuchając wypowiedzi o świecie mugoli. Tak jak mu się wydawało, Erik miał o wiele większą wiedzę w tym temacie, zapewnie nie tylko ze względu na specyfikę pracy czy wspólne zadania z pogotowiem ratunkowym, ktore zajmowało się też wypadkami czarodziejów z mugolami, a też z powodu podejścia Longbottomów do świata niemagicznego. Malfoy niekoniecznie się z nim zgadzał, uważał, że zbliżając się do nie-magów można napytać sobie biedy, przynajmniej takie przeświadczenie wyniosł z domu. Jednocześnie popadał w hipokryzję zaczytując się w dziełach mugolskich autorów, pielęgnując biblioteczki dziadka, jego skrzętnie ukryty na półkach grzech, z którego spowiadał się jedynie wnukowi. Elliott nie mógł powiedzieć, ze nie był ciekawy tego, jak mugole żyją, chociaż patrzył na to z góry. Nie potrafił wyobrazić sobie sytuacji, w której znalazłby się pomiędzy nimi na codzień, w której wybrałby się do mugolskiego sklepu. To wszystko było takie dziwne, wydawało się wytworem fantazji, zakazanym, nawet bardziej niż jego własne preferencje co do tego, kogo wybierał sobie na kochanków.
- To raczej oni żyją nieświadomie w naszym świecie - bo im na to pozwalamy, ugryzł się w język w porę, nie dlatego że bał się wygłosić takiej opinii w towarzystwie Erika, w jego domu, ba w jego sypialni, a dlatego, że wraz z ta myślą pojawił mu się w głowie głos ojca, który wygłaszał tego typu racje przy obiedzie, spacerach po ogrodzie, na lekcjach oklumencji, które prowadził dla syna. Elliott nie chciał mówić niczego, co nie było jego własnym zdaniem lub jego częścią. Stanie się zbyt podobnym do Fortinbrasa stawiał na piedestale jednego z największych lęków.
- Brzmisz jakbyś wiedział sporo na ten temat - ton jego wypowiedzi był neutralny, ni pogardliwy, ni wychwalający. Ot, takie stwierdzenie wydawało się Malfoyowi czystym faktem, jaki w żaden sposób nie sprawiał, że zmienił o Eriku zdanie.
Pomimo braku emocji w wypowiedzi, na jego twarzy, dla odmiany, wymalowało się parę zmarszczek, świadczących o zaciekawieniu, o tym, że chce pociągnąć te rozmowę, że pragnie zrobić ten stopień do piekła, bo im bardziej coś było obce i zakazane, tym więcej dreszczyku emocji dawało. Wydawał się spragniony silniejszych odczuć, jakby enigmatyczność i chłodność dni powszednich wyczerpywała jego ukrytą we wnętrzu duszę zafascynowanego światem człowieka tak bardzo, że po paru głębszych łykach alkoholu, po prostu nie potrafił utrzymać tego wszystkiego w sobie.
- Oh rozumiem, więc masz wobec mnie, jako Ślizgona, pewne oczekiwania - uśmiechnął się półgębkiem, co faktycznie sprawiło, ze światło lampy zatańczyło na jego twarzy w sposób, jakby planował podstępnie wygrać w tej sytuacji, nieważne w jaki sposób - I prawidłowo. Odważnie, jak na Gryfona przystało, zakładasz, że sytuacja już nie jest obrócona na moją korzyść - przesuwając czarnego pionka na planszy mrugnął do niego, oczywiście podkreślając żartobliwy ton wypowiedzi... raczej.

Uzgodniony rzut na szachy
Rzut PO 1d100 - 4
Akcja nieudana


“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#6
08.04.2023, 01:08  ✶  

Wprawdzie od ostatniej większej potyczki słownej z Eden minęło już sporo czasu, tak odczucia towarzyszące owej wymianie zdań, dalej rozbrzmiewały w Eriku, ilekroć wracał myślami do tego spotkania. Znając życie, kobieta rozwinęła się pod tym względem do tego stopnia, że ciężko by było za nią dogonić. Z Elliottem pewnie sobie radził przez to, że był to dosyć luźny i niezbyt formalny wieczór.

— Dla samolubnego rozwoju jednego z moich hobby? Nie miałbym nic przeciwko. Byłoby to nadzwyczaj staromodne, ale odrobina klasyki jeszcze nikomu nie zaszkodziła. — Czarodziejscy rzemieślnicy potrafili wytworzyć istne cuda w swoich warsztatach, więc na pewno mogliby wymyślić jakieś ostrze, które można by było łatwo transportować. Tak, żeby nie wyglądało, jakby zatrzymali się w rozwoju parę dobrych wieków temu. — Z twoim nazwiskiem dołączenie do Srebrnych Różdżek byłoby pewnie formalnością. — W jego oczach zagościł lekki błysk. Najznamienitsi członkowie organizacji zapewne bez większego, ale przyjęliby w swoje szeregi kogoś z arystokratycznego rodu. To dobrze działało na renomę. A gdyby Elliott faktycznie odbyłby parę pojedynków i jeszcze je wygrał... Mógłby być przez jakiś czas na ustach innych członków. — Może warto odkurzyć stare podręczniki do OPCM?

Uśmiechnął się półgębkiem. Bądź co bądź, to właśnie na tych zajęciach nauczano podstawowych, a przy tym najbardziej przydatnych zaklęć. Poziom skomplikowania pewnych inkantacji potrafił zaskakiwać, jednak prostota potrafiła odegrać równie kluczową rolę. O ile wiedziało się, jak ją dostosować do określonych okoliczności.

— Od razu gratis. — Przewrócił wymownie oczami. — Kto wie, może tak naprawdę chce po prostu wyciągnąć od ciebie dodatkowe fundusze. No nie wiem, na przykład na „restrukturyzację zabytkowych wiejskich sadów w Dolinie Godryka”.

Wymyślił to na poczekaniu, ale biorąc pod uwagę sporą zawartość alkoholu we krwi, był nadzwyczaj zadowolony z tego, że udało mu się bezbłędnie wypowiedzieć słowo „restrukturyzacja”. Na kolejne słowa Elliotta oblał się rumieńcem, przez dłuższą chwilę myśląc nad tym, co na to odpowiedzieć.

— Nie mamy takowych na stanie — odparł w końcu średnio zręcznie. — Aczkolwiek, gdy zyskujesz poparcie większości lokatorów, przysługuje ci nieodpłatne zajęcie jednego z pokojów. Bardzo łatwo nas przekupić. Wystarczy powiedzieć, że „nie masz gdzie spać” albo podsunąć nam pudełko pączków.
— Ofiara okoliczności. Albo autora. Zależy jak na to spojrzeć — stwierdził w zamyśleniu. — To na swój sposób dobrze. To chyba znaczy, że ci zależy. — Uciekł wzrokiem w bok. — Apatia byłaby nieco... martwiąca.

Gdyby Erik znał sentymenty Malfoyów, pewnie mógłby je po części rozwiać. Potrafił jednak na swój sposób zrozumieć, czemu niektóre rodziny mogłyby postrzegać interakcje z mugolakami czy niemagicznymi jako coś niebezpiecznego. Nie każdy przestrzegał norm bezpieczeństwa, nie każdy dbał o zaklęcia antymugolskie. Niektórzy, zwłaszcza ci, co rzadko kiedy wyściubiali nos poza Pokątną, po prostu zapominali. A jednak rzucanie zaklęć w niemagicznych dzielnicach mogło przyciągnąć niechcianą uwagę lub wręcz agresję ze strony mugoli. Ludzie byli różni i trudno było przewidzieć, jak mogli zareagować na tak niestandardowe dla ich świata fenomeny.

Obdarzył Elliota zagadkowym spojrzeniem, a cień, który przetoczył się przez jego twarz, mógł sugerować, że niekoniecznie przypadła mu do gustu zasłyszana odpowiedź. Po chwili się jednak rozpogodził.

— Nie byłbym tego taki pewny — odparł, ponownie sięgając po wino. — Żyjemy obok siebie od setek lat. Może w starożytności czy średniowieczu mieliśmy przewagę, ale nie nazwałbym tego świata, tylko i wyłącznie naszym. Dzielimy go, czy to nam się podoba, czy nie. — Przywarł plecami do oparcia fotelu, jednak po chwili znowu się nachylił nad planszą. — Gdybyśmy faktycznie mieli tak dużo przewagę, to nasze oficjalne terytorium nie ograniczałoby się do kilku ulic i paru wiosek rozsianych po kraju. — Westchnął cicho. — W pewnym momencie poszliśmy na ustępstwa w imię spokoju i bezpieczeństwa.

W kompletnym oderwaniu od politycznych niesnasek czarodziejów i czarownic i problemów społecznych idea w pełni magicznego miasta była czymś zniewalającym. Nawet Erik musiał to przyznać. Ostało się kilka miejsc pielęgnowanych przez sabat, gdzie żywa magia dalej krążyła bez większych blokad. Jak chociażby polana w Kniei Godryka, o ile dobrze kojarzył. Ktoś, kto wychował się w pełni magicznej rodzinie, gdzie był przyzwyczajony do czarów od urodzenia, sama myśl o bezproblemowej teleportacji do centrum Londynu bez ryzyka wykrycia, czy widoku setek mioteł na niebie w środku dnia, sprawiała, że usta wyginały się w uśmiechu. Nie sięgnąłbym jednak po to za wszelką cenę, pomyślał trzeźwo. Może Śmierciożercom przyświecały podobne idee, ale były wypaczone nienawiścią do wszystkiego, co było inne.

— Naprawdę? — Uniósł pytająco brew, jakby sam nie do końca w to wierzył. Podrapał się za uchem, przygładzając kilka kosmyków włosów. — Chyba naturalnie to podłapałem. Mam przyjaciół w różnych kręgach, niektórych jeszcze ze szkoły, więc siłą rzeczy coś tam w głowie zostało. Dodać do tego jeszcze Brennę, wypady do mugolskiej dzielnicy i... Tyle. — Rozłożył ręce. Jak inaczej mógł to wytłumaczyć?

Owszem, sięgał po mugolską literaturę i wiedział co nieco o ich kulturze, jednak w lwiej większości przypadków zazwyczaj był po prostu ofiarą zainteresowań osób z jego otoczenia. Rozmowy w dormitorium z Thomasem, kiedy zasypywał go na pozór prostymi informacji z dziedziny magicznego sportu? Wypady do klubu podróżniczego, gdzie ludzie próbowali opchnąć czarodziejom niemagiczne przedmioty codziennego użytku, żeby wzbogacić się na ich niewiedzy? Rozległa biblioteka Brenny? Praca? Bądź co bądź, nie wszyscy czarodzieje mieszkali na Horyzontalnej czy Pokątnej. Czasami trzeba było się pofatygować poza granice magicznego Londynu. Gdzie nie bywał, tam w jakimś stopniu pojawiały się elementy kultury mugoli.

— Wątpię. Nic nie jest jeszcze przesądzone — potwierdził bez ogródek, wodząc palcem po krawędzi szachownicy. — Liczę, że się zdradzisz i będę mógł podpatrzeć kilka taktyk. — Uśmiechnął się pod nosem, jakby był antagonistą, który właśnie wyjawił głównemu bohaterowi swój niegodziwy plan. — Pewnie przynajmniej kilka z nich można by przenieść na korytarze Ministerstwa Magii.

Pojedynek na figury pod pewnymi względami nie różnił się wcale od tych z prawdziwego życia. Nie mogli dumać godzinami nad każdym ruchem, gdyż zaburzyłoby to samo tempo rozgrywki. To z kolei sprawiało, że musieli kierować się instynktem; kogo poświęcić, kogo oszczędzić, jak sprowokować przeciwnika, a kiedy wzbudzić w nim autentyczny strach przed jakimkolwiek ruchem. Sekwencja tych zdarzeń mogła wiele powiedzieć o człowieku.

Erik przekrzywił lekko głowę w bok, przyglądając się z lekkim uśmiechem Elliotowi. Czy oczekiwał za dużo, biorąc pod uwagę stan upojenia przyjaciela? Możliwe, chociaż skoro jeszcze nie zapadł w sen w objęciach fotela, to kto wie, może był bardziej przytomny, niż mu się wydawało? Zmarszczył brwi na widok pierwszego ruchu blondyna. Nie było to najbardziej oczywiste zagranie, ale może próbował go zmylić?

— Skoro ty tak, to ja tak — poinformował, przesuwając piona na inną pozycję. Figura podrapała się po głowie, rozglądając się na prawo i lewo, jakby nie mogła doczekać się prawdziwej akcji.


Uzgodniony rzut na szachy
Rzut PO 1d100 - 65
Sukces!


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
King with no crown
Stars, hide your fires
Let no light see my black and deep desires
wiek
31
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Kanclerz Skarbu
Schludny, młody mężczyzna ze starannie ułożonymi blond włosami. Nie grzeszy wzrostem, będąc wysokim na 178 centymetrów, acz chodzi na tyle wyprostowany i z uniesioną głową, że może wydawać się górować nad rozmówcą. Pomaga mu w tym spojrzenie chłodnych, niebieskich oczu, na tyle skutych lodem, że nie sposób się przez niego przebić, aby dostrzec kryjącą się za nimi duszę. Zazwyczaj używa perfum z cedrowymi nutami przeplatającymi się z drzewem sandałowym. Dobiera ubrania starannie, zwłaszcza kolorystycznie. Nie ubiera się krzykliwie, acz odpowiednio do okazji; zawsze z idealnie wyprasowanym materiałem koszuli, dobrze dopiętą kamizelką. Charyzmą przyciąga do siebie innych, acz waży słowa w naturalnie ostrożnej manierze. Nie brak mu w głosie donośnych tonów, na marne można oczekiwać, że otworzy usta, aby krzyczeć, nawet te cicho wypowiedziane przez niego słowa potrafią być dobitniejsze niż cudzy krzyk. Stawia na niską intonację, uważając, że jest przyjemniejsza dla ucha i bardzo dobrze podkreśla angielski, wręcz krzyczący w swojej pretensjonalności o jego uprzywilejowanym urodzeniu, akcent.

Elliott Malfoy
#7
24.04.2023, 03:46  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.04.2023, 03:52 przez Elliott Malfoy.)  
Klasyka była czymś, o czym mógł rozmawiać. Może sam nie władał szpadą czy inną bronią białą, ale na pewno potrafił się na ten temat wypowiedzieć o wiele szerzej, niż na przykład w kontekście społeczeństwa mugoli. Nic więc dziwnego, że wypowiedź Erika w tym temacie definitywnie podpasowała gustom Malfoya, do tego stopnia, że pochłapił się na ukontentowany uśmiech, którego energia przypominała zadowolenie rozciągającego się w letnim słońcu, rozpieszczonego kota.
- Wstrzymaj konie, mój drogi, dołączanie do klubu pojedynkowego pełnego czarodziejów doświadczonych w tych dziedzinach na pewno bardzo szybko uwydatniłoby moje braki, z pewnością potrzebowałbym nauczyciela, który mógłby mnie podciągnąć do przynajmniej zadowalającego poziomu - nie pokazał tego po sobie w inny sposób, jak lekkie zrzednięcie uśmiechu, acz w stanie upojenia niezbyt pozytywnie reagował na wspomnienie benefitów płynących z noszonego przez niego nazwiska, będącego w stanie otworzyć każde drzwi. Nie raz słyszał, że nie musiał pracować na nic w życiu, że nie zdaje sobie sprawy jak ciężkim jest dojście do czegokolwiek samemu, bo to jak się nazywa niweluje każde wzniesienie na jego drodze, nim zacznie się na nie wspinać. Ziarno prawdy, jakie znajdywał w tych stwierdzeniach było nieprzyjemnie gnieżdżącą się w białku oka rzęsą; uwierało i swędziało, nie pozwalało na spokój ducha. Osiadł na laurach wygody, rodzinnych bogactw i przywilejów, bo mógł to zrobić. Wszyscy ci, którzy zdawali się mieć na ten temat negatywną opinię, jedynie zazdrościli mu szczęścia, jakim było pojawienie się na świecie z nazwiskiem 'Malfoy' w odpowiedniej rubryczce aktu urodzenia. Te same osoby nie zdawały sobie sprawy z jaką odpowiedzialnością się to wiązało oraz jej codziennej wagi, spoczywającej na barkach każdego członka rodu, a już definitywnie najstarszego syna. Bogactwo i potężne dziedzictwo mogło wydawać się nęcące za gablotką, w swoich złotych oprawach i marmurowych wykończeniach, ale w gruncie rzeczy było tylko maszynką do produkowania kolejnych przewodzących społeczeństwem. Jeżeli nie wpisywałeś się w odpowiednie, stworzone przed wiekami ramy, to nie było dla ciebie miejsca w świecie zamkniętym dla większości za wysokimi bramami z kutego żelaza. W całym tym wyrachowaniu nie było miejsca na szarość, była tylko czerń i biel, gdzie ta druga była traktowana odpowiednimi środkami, aby odpowiednio szybko i zwinie wrócić do absolutnej nieskazitelności; brak błędów, jedynie sukcesy.
- Szczerze wątpię, że istnieje coś takiego jak restrukturyzacja sadu, aczkolwiek moja uwaga należy do ciebie, możesz mnie zaskoczyć, ironicznie, zwłaszcza w tym stanie świadomej nieświadomości, niesamowicie by mnie to uradowało. Idąc za modłą Ministerstwa, jeżeli jesteś w stanie coś uzasadnić, zapewne byłbyś w stanie otrzymać na to dofinansowanie. Czy to restrukturyzacja sadu, czy też kurczaki... oh, wybacz, koguty na miotłach - delikatny grymas ukontentowania powrócił na twarz blondyna, choć teraz z filuternym zabarwieniem. Ton jego głosu przepełnił się pewnym zblazowaniem, wyćwiczonym, w tym momencie niezmiernie teatralnym, gdy zdawał się wypowiadać tak, jakby siedzieli w murach swojego miejsca pracy, a nie przy partii szachów w sypialni Longbottoma.
- Pudełko pączków to w mojej sytuacji definitywnie łatwiejsza opcja. Mam zbyt dużo miejsc do spania, niestety. Aczkolwiek, mogłbym powiedzieć, że zgubiłem każdy jeden klucz, a sakiewkę zostawiłem w mieszkaniu, skrzat zajmuje się poważnymi sprawunkami mojego Pana Ojca, a siostra zagrała na nosie nie pozwalajac zostać w żadnym ze swoich lokalów i cóż miałbym, w takiej okropnej sytuacji począć? Dla dobrego efektu powinno jeszcze padać, ale tylko nad moją głową - humor dopisywał mu coraz bardziej z każdym kolejnym łykiem wina, którego ostatnią butelkę Erik wywalczył jeszcze na dole. Powinni je oszczędzać, ale Malfoy, chociaż znał definicję tego słowa, zdarzał się nie przyjmować go do wiadomości w ani jednej kategorii swego życia.
Chociaż język zdawał mu się coraz bardziej rozwiązywać, tak z ust wcale nie padały bardziej konkretne słowa. Z każdą wlaną w siebie kroplą wina usta wypuszczały z siebie wiązankę wygórowanie brzmiących słów, poniekąd mącących w atmosferze jeszcze bardziej, jakoby fakt upojenia alkoholowego nie był wystarczająco silnym przeciwnikiem w kwestii pojmowania rzeczywistości czy przyswojenia wypowiedzi.
Cień w spojrzeniu Erika spowodował jedynie, że przedziwna ekscytacja, jaką odczuwał przez to, jaki obrót nabrały sprawy tego wieczoru, jedynie wzrosła. Nie uciekł wzrokiem i, chociaż rozmówca zaraz się rozpogodził, Elliott bardzo dobrze zrozumiał, co miało znaczyć to chwilowe zaćmienie jasności spojrzenia zielonych oczu.
- Poszliśmy im na rękę - odparł swobodnie, znajdując drogę, aby przekazać swoją opinię na ten temat i nie zahaczać o ojcowskie radykalne słownictwo, którym posługiwał się w czterech ścianach domowego zacisza - dla nich ukrycie budynków, domów, sklepów czy szpitali i różnych instytucji w niepozornych lokacjach jest niemożliwe. Muszą być na powierzchni, muszą być widoczni, a przez to też wydają się dominującą grupą. To, że jest ich więcej, nie znaczy jeszcze, że mają przewagę, wiec z tym się nie zgodzę. My o nich wiemy, wszyscy, u nich wiedzą tylko wybrani politycy czy rodziny tych szczęśliwców, którzy jakimś cudem urodzili się z magią - nie były to najmilsze słowa, ale nie sugerowały też, że Mugoli należało zlikwidować, bo też sam młody Malfoy wcale tak nie uważał. Definitywnie myślał o sobie jako o kimś lepszym, ponieważ urodził się z możliwością czarowania i to w szanowanej rodzinie. Ale, ironicznie w kontekście absolutnej irytacji komentarzami, że wszystko ma w życiu podłożone pod nos, uważał się za lepszego od większości społeczeństwa, czy to magicznego, czy tez nie. Kwestia wychowania i priorytetów, które miał wpajane od młodości, a które niejako zelżały przez to, jak traktował go ojciec, czy chociażby, przez relację z dziadkiem.
- Nie wyobrażam sobie tego jak źle bym się ze sobą czuł, wiedząc, że istnieje świat magii, a ja byłbym jej pozbawiony. Współczuje im, tym którzy wiedzą, a najbardziej charłakom - nie odrywał spojrzenia od twarzy rozmówcy, na chwilę zapominając o szachownicy, nad którą obydwaj się pochylali. Badał granice, nie wiedział za jak bardzo pysznego Erik w tym momencie go uważa, ale przecież nie mogli we wszystkim się zgadzać. Dopóki szanowali siebie nawzajem i nie wciskali sobie swoich własnych opinii siłą do gardła, dla Elliotta nie było to problemem. Zwłaszcza, że Longbottom wydawał się wiele rzeczy rozumieć... ale czy dostawał te zrozumienie od Malfoya? To była już inna kwestia, przez którą na bladym czole blondyna pojawiła się niewielka zmarszczka.
- To co powiesz na wycieczki krajoznawcze w te mniej magiczne regiony Londynu? Może udałoby ci się mnie przekonać, że wcale nie mamy tak dużej przewagi, kto wie? - odrobinę go podpuszczał, ale prawda była taka, że w mugolskiej dzielnicy mieliby o wiele większą swobodę. Z tym jak bardzo rozpoznawalni byli w magicznym świecie, trudno było wyjść gdziekolwiek i nie musieć liczyć się z potencjalnymi gapiami, a w najgorszym wypadku dziennikarzami, przed ktorymi trzeba się spinać, udawać i robić wszystko to, na co upity ukontentowaniem i balowym winem Elliott Malfoy definitywnie nie miał ochoty.
Rozpiął guziki białej kamizelki. Ta, wcześniej, opinała się na jasnym materiale koszuli, a teraz opadła, opierając się o tworzywo fotela, ukazując wygniecenia jasnego materiału koszuli i jej guziki.
Dopiero teraz wrócił spojrzeniem jasnych oczu do szachownicy, która definitywnie pokazywała, że przegrywał. No tak, jakim cudem miał oprzeć się urokowi, jaki nakładała na niego sama obecność Erika, a co dopiero spędzenie z nim całego wieczora, być może nocy? Skupienie się nie wchodziło w grę, zwłaszcza, że upojone myśli meandrowały teraz wokół wszystkiego, tylko nie strategii, jakimi mógłby przechytrzyć przeciwnika.
Może właśnie chciał przegrać? Poddać się kolejnym ruchom, które chce wykonać Longbottom, kolejnym... Ukrócił tę myśl i westchnął tak głęboko, że jeden z jasnych włosów, który opadł mu na czoło podskoczył do góry, aby opaść odrobinę w bok.
- Oh tak, wykorzystywanie taktyk mojego umęczonego ogromną ilością alkoholu umysłu na korytarzach Ministerstwa, po prawdzie, mogłoby zrobić wszystkim na dobre. Czasami wydaje mi się, że całość działania tego miejsca zaplanował jakiś pijany zając w kapuście, zwłaszcza kwestię kontaktu z podatnikami - ostatnie dodał półgębkiem, bardziej żartobliwie, skupiając się na kolejnym ruchu, który wykonywał na szachownicy, a nie aż tak bardzo na wypowiadanych słowach.

uzgodniony rzut na szachy
Rzut PO 1d100 - 25
Akcja nieudana


“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#8
01.05.2023, 22:28  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.06.2023, 23:45 przez Erik Longbottom.)  

Nawet Erik był poniekąd beneficjentem tego, że nazwisko wielopokoleniowej rodziny czystej krwi w odpowiednich okolicznościach stanowiła swego rodzaju as w rękawie. Bądź co bądź, na początku swojej kariery w Ministerstwie Magii, nie wszyscy byli gotowi zaryzykować zatrudnienie wilkołaka i to na dodatek takiego, którego tożsamość została poniekąd rozdmuchana przez media. To przyciągało uwagę, a w połączeniu ze znanym nazwiskiem, mogło przyciągnąć niechcianą uwagę do toczących się akurat w zaciszu biur brygadzistów spraw i śledztw. Poza tym musiał dostawać wolne w każdą pełnię, żeby przypadkiem nie urządzić sobie przemiany po północy i nie przestraszyć na śmierć co poniektórych pracowników. Nazwiska i koneksje rodzinne w departamencie sporo mu dały. Utorowały drogę do stanowiska. Nawet rozumiał, że mogło to wywołać frustrację wśród co bardziej... emocjonalnych jednostek.

Wpływy potrafiły popchnąć człowieka daleko, ale w pewnym momencie przestawały się tak mocno liczyć. Można było przejść wszystkie szkolenia, pracować w biurze lub w terenie, ale nazwisko nie było wiecznie aktywną tarczą obronną. Prędzej czy później pojawiały się sprawy, w których potencjalne błędy nie byłyby wybaczone i zostałyby ujęte w kartotece i innych oficjalnych dokumentach. Elliott na pewno rozumiał, że pewnych uchybień nie można było zignorować. I to właśnie postawa ludzi względem tych pomyłek świadczyła o tym, czy nadawali się do danej pracy. Nazwisko mogło ich doprowadzić na dany urząd, ale utrzymanie go leżało w rękach danej osoby. Minister Magii pozbawiony kompetencji i głębszej wizji na zmianę świata czarodziejów podczas swej kadencji zostałby zjedzony przez polityczny półświatek, bez względu na to, czy przynależałby do Potterów, Malfoyów, Lestrange'ów czy Yaxleyów.

— Oczywiście, że istnieje! Restrukturyzacja sadu polegałaby na poszerzeniu działki, jaką obejmuje, zwiększeniu liczby jabłoni oraz jakości eliksirów wykorzystywanych przy opiece nad nimi i zatrudnieniu kilku ogrodników, którzy by go na bieżąco doglądali. — Przekrzywił lekko głowę w bok, jakby oczekiwał pochwały za tą argumentację. W porównaniu z sadem, którym opiekowali się tylko członkowie rodziny i to tylko na miarę swoich możliwości, bez wykorzystania pomocy z zewnątrz, byłaby to ogromna zmiana. Całkowita zmiana struktury działania.

Skrzywił się i zaczerwienił na twarzy, gdy z ust Elliotta padła wzmianka o projekcie wczesnego ostrzegania przed niebezpieczeństwem w terenie w formie kogutów. Już miał rzucić jakimś komentarzem, jednak w ostatniej chwili się powstrzymał. Otwarte brnięcie w ten temat mogłoby tylko zachęcić blondyna do tego, żeby wyciągnąć na światło dzienne jeszcze większą liczbę szczegółów dotyczącą tamtej dyskusji. Na Merlina, dobrze, że byli teraz sami i nie musieli się martwić o to, że ktoś ich podsłuchiwał. Jeszcze tylko brakowało, żeby plotki na ten temat zaczęły krążyć po korytarzach najpotężniejszej instytucji w kraju.

— Ranisz mnie. Myślałem, że aferę kurczakową puściliśmy już w niepamięć. Chyba będę musiał pokazać, gdzie jest Pana miejsce Panie Malfoy — rzucił pod nosem, przenosząc wzrok na szachownicę, analizując układ pionów na planszy. Miał wrażenie, że chyba wygrywał. Ale czy na pewno? Uśmiechnął się lekko, gdy przyjaciel opisał mu całą wymówkę, jaką mógłby się posłużyć, aby zostać w rezydencji na noc. — Uwierzyłbym ci. W końcu niezbadane są ścieżki losu, tak? Każdemu może przydarzyć się coś dziwnego. Poza tym nie mielibyśmy tego, jak zweryfikować ot tak. Wysłanie listu do Eden, aby potwierdziła twoją wersję, mogłoby zachęcić ją do zagrania ci na nosie i skłamanie.

Skinął głową, przysłuchując się ciągowi zdań, które wyrzucał z siebie Elliott. Jakie to było dla nich typowe. Na wpół pijani, na wpół śpiący ze zmęczenia po intensywnym wieczorze, a koniec końców nawet zwykła rozmowa musiała się sama z siebie przekształcić w wielopiętrową wymianę opinii na skomplikowane tematy. Może następnym razem powinni się tu zamknąć z całą skrzynką wina, to przepisaliby na nowo obecne statuty, regulaminy, a może nawet i konstytucję. O ile czarodzieje mieli konstytucję. Erik zmarszczył brwi.

— To prawda. Aczkolwiek, w przeszłości mugole mogli być bardziej świadomi naszej obecności w świecie. Ich obecna niewiedza musiała się jakoś odbić na ich stylu życia. Kiedy byliśmy bardziej widoczni, inspirowali się aktami magii. — Wzruszył lekko ramionami, pozwalając sobie na chwilę milczenia, aby zebrać myśli. — Dopóki byli świadomi naszych wpływów, pewnie próbowali je naśladować. Kiedy się ukryliśmy i zaczęliśmy izolować, ich ścieżka postępu nagle poszła w innym kierunku. — Westchnął cicho, wpatrując się w stolik. — Może to z tego powodu mamy ten konflikt. Mugole podążają teraz własną ścieżką, biegnącą względnie równolegle do naszej. Co tak naprawdę wiemy o tym, jak się rozwinęli?

Na jego twarz wdarła się zbolała mina, gdy Elliott dotknął tematu charłaków. Był to jeden z niewielu tematów, na które Erik wolał się nie wypowiadać. Pomimo tego, że widział na własną rękę, jak pełni pasji byli ci ludzie i jak bardzo chcieli być częścią magicznej społeczności, tak odnosił wrażenie, że akurat w tej kwestii brak mu perspektywy. Punkt widzenia innego czarodzieja niezbyt mógł mu w tym momencie pomóc. Potrzebowałby długiej rozmowy z charłakiem, a najlepiej kilkoma i to różnego pochodzenia.

— Wyważona opinia. Chyba jedyna słuszna. Pamiętasz te marsze charłaków? Nie wiem, co właściwie możemy zrobić, aby faktycznie żyło im się lepiej. Wpuszczenie ich do naszego świata nie przynosi zagrożenia, ale poniekąd dalej ich stygmatyzuje. Zawsze byliby obywatelami drugiej kategorii. — skomentował bezwiednie, zahaczając spojrzeniem o oczy Elliotta. — Bo powiedz, co osoba pozbawiona magicznych zdolności mogłaby robić w Ministerstwie? Połowa departamentów z miejsca odpada jako miejsce zatrudnienia, bo musisz korzystać z czarów na co dzień. Ewentualnie mogliby się przydać jako łącznicy z naszymi odpowiednikami w świecie mugoli, a i to byłoby kontrowersyjne, bo trzeba by było wtajemniczyć kolejne osoby. — Westchnął przeciągle. — Z drugiej strony, całkowite ich wykluczenie wydaje się radykalne i zbyt ostateczne. Jak zamknięcie drzwi przed nosem całej masie ludzi, chociaż zdążyli już zajrzeć do środka i nawet wiedzą, gdzie co leży. Kompletna strata i zniszczenie relacji na linii czarodzieje – charłaki.

Longbottom powiódł wzrokiem po palcach przyjaciela, który majstrował przy guzikach swojej kamizelki. Nieświadomie przygryzł dolną wargę, nawet nie tyle patrząc, ile wgapiając się w blondyna z przekrzywioną w bok głową.

— Aha. Bardzo zainteresowany — odparł nieprzytomnie, nawet nie rejestrując, na co się zgodził. Ta chwila nieuwagi momentalnie sprawiła, że uciekł wzrokeim w bok i wyprostował się na fotelu. Elliott wykonał jakiś ruch na szachownicy. Tego był pewien, tyle że... Nie był w stanie określić, co właściwie zrobił. Czy zbił mu jakiegoś piona? Przesunął wieże lub gońca? Podrapał się po głowie. — Uhmm... Dobre posunięcie.

Przesuwał dłoń z jednej figury na drugą, starając się zdecydować, co powinien teraz zrobić, aż w końcu nie mógł już trwać w niepewności i wykonał ruch. Pytanie tylko, czy nie będzie on przypadkiem zgubny.


Uzgodniony rzut na szachy
Rzut PO 1d100 - 23
Akcja nieudana


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
King with no crown
Stars, hide your fires
Let no light see my black and deep desires
wiek
31
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Kanclerz Skarbu
Schludny, młody mężczyzna ze starannie ułożonymi blond włosami. Nie grzeszy wzrostem, będąc wysokim na 178 centymetrów, acz chodzi na tyle wyprostowany i z uniesioną głową, że może wydawać się górować nad rozmówcą. Pomaga mu w tym spojrzenie chłodnych, niebieskich oczu, na tyle skutych lodem, że nie sposób się przez niego przebić, aby dostrzec kryjącą się za nimi duszę. Zazwyczaj używa perfum z cedrowymi nutami przeplatającymi się z drzewem sandałowym. Dobiera ubrania starannie, zwłaszcza kolorystycznie. Nie ubiera się krzykliwie, acz odpowiednio do okazji; zawsze z idealnie wyprasowanym materiałem koszuli, dobrze dopiętą kamizelką. Charyzmą przyciąga do siebie innych, acz waży słowa w naturalnie ostrożnej manierze. Nie brak mu w głosie donośnych tonów, na marne można oczekiwać, że otworzy usta, aby krzyczeć, nawet te cicho wypowiedziane przez niego słowa potrafią być dobitniejsze niż cudzy krzyk. Stawia na niską intonację, uważając, że jest przyjemniejsza dla ucha i bardzo dobrze podkreśla angielski, wręcz krzyczący w swojej pretensjonalności o jego uprzywilejowanym urodzeniu, akcent.

Elliott Malfoy
#9
11.08.2023, 22:35  ✶  
Fakt, że bezmyślnie i bezpośrednio nie odpowiedział, gdzie jest, a raczej gdzie uważa, że powinno być jego miejsce, mógł zawdzięczać odruchowi popijania wina. Zanim zdążył wypuścić z ust kolejne słowa, jego podniebienia dotknęły przerobione na alkohol winogrona. Dzięki połykaniu i unoszącej się od tego grdyce miał wystarczająco czasu, aby przemyśleć swoją decyzję. Jedynie spojrzenie pozostawił zawieszone na stojącym w pomieszczeniu łóżku, ale równie dobrze mogło to wyglądać, jakby z powodu upojenia alkoholowego i zmęczenia odpłynął myślami w inne, mniej namacalne rewiry wszechświata (bo w istocie, tak też w sumie było, chociaż o tych mniej namacalnych można polemizować).
– Rozumiem, co masz na myśli – odparł zaskakująco trzeźwo i rozważnie jak na swój stan. Przesunął dłonią po szyjce kieliszka, czując jak bardzo rozgrzane jest jego ciało w porównaniu do nawet tak nikłej ilości chłodu, jaka pozostała na przedmiocie. Odetchnął, czując rumieńce na policzkach wywołane zmęczeniem i upojeniem jednocześnie. Ściągnął już kamizelkę, koszuli nie mogł... To znaczy, nie wypadało.
– Ale nawet jeżeli my... ty, jeżeli ty dowiesz się jak mugole się rozwinęli, zrozumiesz jakoś ich świat, to jaką to daje gwarancje, że reszta naszego świata też da im szansę? Wątpię, aby sporo osób zdecydowało się na taki krok, to wymagałoby zdjęcia wygodnych butów i przejścia na boso po chodniku, w stresie, że nadepnie się na zbitą butelkę. – Zmarszczył brwi, bo pomyślał o swoim ojcu, znowu. O tym, że nazwałby cokolwiek, o czym mówi Erik 'mrzonkami' i 'niepraktycznym podejściem'.
Potrzebował o wiele więcej silnej woli, aby nie skupiać się tylko i wyłącznie na zabarwionych winem wargach Longbottoma, a tym co do niego faktycznie mówił. Zwłaszcza, że temat należał do tych, którego nie poruszyliby na trzeźwo na tym etapie znajomości. Przynajmniej tak się Elliottowi wydawało.
– Niestety pamiętam. Oglądałem nawet jeden z balkonu mieszkania na Pokątnej, to było naprawdę ładne mieszkanie. Eden chciała je kupić, ale stało na drodze parę... problemów, więc poszliśmy tam razem. Przez całą tą zawieruchę okna zostały wybite, a balkon przysmalony. Niewiele to ma do całej dyskusji, wybacz. – Machnął dłonią, jakby chcąc odgonić niechciane wspomnienie, którego opowiadanie miał zamiar kontynuować. 
– Odpowiadając na twoje pytanie, to moja praca mogłaby być wykonywana bez użycia magii. W zasadzie to właśnie tak jest, używam zaklęć jedynie z przyzwyczajenia i, bo są częścią mojej rutyny. Pióro samopiszące, przywoływanie do siebie dokumentów, przenoszenie się w odpowiednie miejsca, w odpowiednim czasie, ale jakby tak o tym pomyśleć, to przecież dałoby się każdą z tych czynności wykonywać bez machnięcia różdżką. To samo można powiedzieć o znacznej części Wizengamotu, a na pewno o tej prawniczo-sądowniczej. Rolą Sędziów jest interpretowanie prawa, a nie wymachiwanie różdżką. Domyślam się, że charłak, wychowany  w pełni magicznej rodzinie miałby przewagę w wiedzy i doświadczeniu chociażby nad czarodziejem pochodzenia mugolskiego, zwłaszcza jeżeli chodzi o prawo i zwyczaje. Problemem pozostaje teoria, w której to chęć... – uciekł spojrzeniem w bok, jakby w ogóle nie chciał o tym wspominać, ale ostatecznie się zmusił – przedłużenia linii, w której są charłacy bądź osoby pochodzenia mugolskiego osłabia dziedziczone umiejetności magiczne, bądź w ogóle doprowadza do ich zaniku. Należałoby najpierw przeprowadzić badania, które całkowicie by te teorie wykluczyły, a i wtedy ostracyzm wobec charłaków opadałby stopniowo, latami. To nie jest przegrana sprawa, choć definitywnie trudna i kontrowersyjna, jeżeli mówi się o niej na głos w kręgu ludzi ze skrajnie innymi poglądami. - Starał się nie stawać po żadnej ze stron przedstawionej przez siebie dywagacji, a jedynie wypowiedzieć argumenty za i przeciw. Przez zamglony alkoholem umysł, nie był pewien na ile mu to wyszło. Fakt, że ten Erika był równie zaćmiony, odrobinę pokrzepiał ochotę do kontynuowania.
Zmianę w tonie głosu swojego rozmówcy odnotował dopiero po chwili. Przestał się skupiać na szachownicy, a spojrzał na twarz Longbottoma, jakby szukając w niej odpowiedzi na niezadane pytanie. Przygryziona warga i skupione spojrzenie sugerowałoby skupienie, być może na ich towarzyskiej partii szachowej, tylko, że spojrzenie Erika wcale nie było zawieszone na figurach, a na samym Elliocie. Przełknął ślinę, jednocześnie starając się stłumić ekscytację, nie pozwalając sobie na faktyczne rozmarzenie.
Sam nie wrócił przez dłuższą chwilę do szachownicy, a skupiał się na twarzy drugiego mężczyzny. Bardzo mocno ze sobą walcząc, aby nie przesunąć wzrokiem po dobrze zbudowanych ramionach, po tym jak opinała się na nich koszula...
– Ah tak? – dopytał o to 'dobre posunięcie' niepasujaco rozmarzonym tonem, jednocześnie poddając się i wodząc wzrokiem po klatce piersiowej.
– Miejmy nadzieję, że kolejne powali cię na kolana – 'albo mnie' dodał w myślach, gdy mruknął pod nosem, ledwo wracając skupieniem do partii szachów i trochę od niechcenia zbijając jednego z pionków. Nie był pewien czy wpadnie przez to w większe tarapaty, czy też powiedzie go to ku zwycięstwu - obydwie opcje wydawały się dziwnie kuszące.

Uzgodniony rzut na szachy
Rzut PO 1d100 - 97
Sukces!


“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#10
05.09.2023, 23:13  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.02.2024, 17:41 przez Erik Longbottom.)  

— Wszyscy nie mogą być szczęśliwi przy tak szeroko zakrojonych zmianach. Któraś grupa społeczna będzie musiała schować dumę do kieszeni — mruknął, dalej popijając wino. Westchnął cicho, pozwalając, aby przyjemne ciepło trunku rozpłynęło się po jego ciele. Czy za bardzo popuścił wodze wyobraźni? Czy był zbyt kontrowersyjny? Była na to szansa, jednak trudno było o bardziej kameralne miejsce na wygłoszenie podobnych przemyśleń na głos. Bądź co bądź, był w swojej własnej sypialni. Swoim sanktuarium. — To samo tyczy się praktycznie każdej dziedziny życia. Jeśli społeczeństwo ma ewoluować, a nie stać w miejscu w imię obrony dotychczasowych tradycji, to trzeba je zaciągnąć na metę, nawet jeśli niektórzy będą przy tym wierzgać i płakać.

Uśmiechnął się niewesoło pod nosem. Każda poważna zmiana niosła za sobą kontrowersje i ryzyko, że nie wszyscy zaakceptują, to, że dotychczasowy stan rzeczy ulega przekształceniu. Czy kiedy przed wiekami magia transmutacyjna weszła do codziennego użytku, czarodzieje i czarownice bali się korzystać z wyczarowanych dóbr, twierdząc, że są nienaturalne i na pewno nie tak dobre, jak oryginalne lub stworzone samodzielnie? Niektórzy pewnie z zachwytem powitali te unowocześnienia, podczas gdy inni trzymali się z dala. A gdzie magia z dziedziny transmutacji była teraz? No właśnie. Świat ruszył do przodu, a obawy dotyczące dawnych uprzedzeń pozostały co najwyżej w podręcznikach do historii.

— Cóż, ja nie mam tego komfortu — przyznał, krzywiąc się lekko. — Chociaż może to kwestia tego, że brygadziści i aurorzy są wręcz... zanurzeni w magii. Tak naprawdę zwykłe zlecenia związane z „ludzkimi” problemami to dosyć mały odsetek. Klątwy, opętania, łamanie ustawy o tajności, magiczne stworzenia, przestępcy... No i czarnoksiężnicy! — Wyrzucił ręce w powietrze w dramatycznym geście. — Nie da się przeżyć dyżuru w biurze bez jakiejś magicznej sprawy. Tam by sobie raczej zbyt dobrze nie poradzili.

Za dużo aktywnego wykorzystania magii. To tak jakby wprowadzić dziecko do arsenału z bronią, ale jeszcze przedstawić mu całą listę zasad i dokumentów, które widzi po raz pierwszy, a których kompletnie nie rozumie. Wprowadzenie do tego świata, chociażby jednego charłaka byłoby nie lada wysiłkiem. I nawet tak zmotywowani ludzie, jak Longbottomowie mogliby nie podołać temu zadaniu.

— Wydaje mi się, że całkowity zanik umiejętności w danym rodzie byłby dosyć mało prawdopodobny. Dlatego mamy w społeczności czarodziejów i czarownice mugolskiego pochodzenia, czyż nie? — Uniósł brew, jakby czekając na potwierdzenie ze strony blondyna. — Może nastąpić kilku-pokoleniowa przerwa, ale magia zawsze znajdzie drogę. Przynajmniej tak mi się wydaje.

Badania, badania, badania... Co one by właściwie dały? Czy byłyby bezstronne? W tak kluczowych kwestiach ciężko by było o zaufanie. Każdy mógł być jakoś uprzedzony. I każdy z potencjalnych badaczy momentalnie znalazłby się pod ogniem pytań i oskarżeń ze strony mediów, a może nawet i polityków. Erik wątpił, czy nawet Bagshotowie, tak znani ze swojego dorobku byliby w stanie odeprzeć podobne zarzuty. Skrzywił się na samą myśl o takim scenariuszy. To miał być przyjemny wieczór, a jak zwykle niewinna rozmowa przeradzała się w omawianie kwestii wielkich i wielowarstwowych. I to chyba to tak lubił w Elliocie.

— Klękam jedynie podczas modłów na sabatach — mruknął niezrażony, wbijając rozgorączkowane spojrzenie w szachownicę. Z tego wszystkiego nie wiedział już, na czym stoi. Czym się ruszyć? Czy w ogóle była szansa na to, aby wyjść z tego starcia obronną ręką? Uniósł wzrok na Malfoya. — Sprawiasz, że zaczynam się denerwować. Chociaż to równie dobrze może być wino. Albo stres po tym, jak moja własna siostra wystawiła mnie na sprzedaż.

Odsunął się od szachownicy, zapewniając sobie chwilę tak cennego czasu, co by przemyśleć kolejny ruch. Zamiast jednak poświęcić całą swą uwagę tej kwestii, ponownie zajął się osobą blondyna. Przekrzywił lekko głowę w bok. Wpatrując się w niego z nadzieją.

— Ty byś mi czegoś takiego nie zrobił. Bez wcześniejszego wyrażenia zgody z mojej strony i tak dalej, prawda? — Nachylił się nad stolikiem. — Ja bym ci czegoś takiego nie zrobił.

Dłoń Erika zatrzymała się nad jedną z pomniejszych figur, przesuwając ją powoli na kluczowe miejsce. Pytanie tylko, czy miał to byś ostateczny zwiastun jego porażki na tym miniaturowym polu bitwy, czy też zapowiedź finalnego zwycięstwa?


Uzgodniony rzut na szachy
Rzut PO 1d100 - 89
Sukces!

W pewnym momencie przestali mierzyć spędzony razem czas za pomocą minut. Zamiast tego pozwolili, aby to kolejne tury gry wyznaczyły tempo tego wieczora. Muzyka dochodząca z parteru stopniowo stawała się coraz cichsza, a goście żegnali się z gospodarzami. Rodzice Erika lub jego siostra najpewniej czynili honory. Impreza musiała się okazać sporym sukcesem, jednak na ten moment Erik skupiał się przede wszystkim na Elliocie, nie potrafiąc na dobrą sprawę skierować swych myśli na żaden inny temat.

Wypity alkohol i zmęczenie przyjęciem dawało się we znaki nawet im; zadecydowanie o kolejnych ruchach figur zajmowało im coraz dłużej. W przypływie geniuszu Longbottom zaproponował, aby przenieśli się z szachownicą na łóżko. Fotele stawały się coraz bardziej niewygodne, a komfort koców i poduszek być może pozwoli im na wykrzesanie z siebie resztek sił i dokończenie rozgrywki! Och, jak złudne to były nadzieje.

Wystarczyło parę minut, a oboje kompletnie odpłynęli, pozostawiając grę nieroztrzygniętą. Przed nastaniem poranka Erik tylko raz wyrwał się z objęć boga snów; był to moment, w którym Brenna niespodziewanie wleciała do jego pokoju, jednak szczegóły ich szybkiej wymiany zdań rozmyły się pośród wspomnień Longbottoma. Gdyby nie to, że z rana to właśnie Brenna pomogła mu zamówić transport dla Elliota do Londynu, być może uznałby nawet, że jej niespodziewane odwiedziny były jedynie snem...

Kto był bliżej wygranej? (1 - Erik, 2 - Elliott)

Rzut 1d2 - 1

Koniec sesji


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Elliott Malfoy (4964), Erik Longbottom (4444)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa