• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 9 10 11 12 13 … 16 Dalej »
[22 listopada 1970] Nights in white satin | Laurent & Victoria

[22 listopada 1970] Nights in white satin | Laurent & Victoria
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#11
24.08.2023, 20:50  ✶  

To prawda, której nie mówił głośno nawet we własnych myślach - że obawiał się tego zewu. Straszne jest co, niepoznane i niepewne. Że twoje fascynacje i wyobrażenia mogą legnąć w gruzach, że, ach, co tu dużo mówić - że się zawiedzie. Czy to było najstraszniejsze? Nadal nie. Strach przed nieznanym było tym, co blokowało człowieka. Laurent miał swoje nadzieje i emocje ulokowane wśród morskich pian. Westchnienia jak i lęki. Mogło być tam bezpiecznie i cicho, ale mogło być wręcz przeciwnie - strasznie ponuro i samotnie. Nie wiedząc, co tam zastanie bał się rzeczywiście, ze nie wróci. To, co tak z uśmiechem odpychał, kiedy czasem wspominali o tym bliscy. Selkie już tak miały, ale ponoć tylko do czwartego pokolenia. Potem krew stawała się zbyt słaba. Było wiele ciekawostek w tym, tak jak i każda z rodzin miała swoją indywidualną magię. Nikt inny nie potrafił skłonić pegazów do mówienia, tylko Prewettowie. Nikt inny nie potrafił wejść w płomienie i się nimi bawić, jak robili to Parkinsonowie. Kobieta o pięknych, brązowych oczach dobrze myślała, że to nie tylko strach. Tkwiła w tym ból i tęsknota, choć to było bardzo dziwne, bo przecież jak można tęsknić za czymś, czego się nie znało? Na twarzy Laurenta pojawiło się zdziwienie, które szybko przerodziło się w zainteresowanie. Tak, to by było wygodne - móc się od tego odciąć. Tak jak i od wielu innych rzeczy, bo Laurent chłonął bodźce jak gąbka chłonęła wodę. Słuchać tylko wtedy, kiedy chcesz słuchać. Czy to było to?

- Ciekawe spostrzeżenie. - Na temat tego, czy to w ogóle było możliwe, rzecz jasna. Wymagałoby to badań, samodzielnego szkolenia się, a oklumencja była ciężką sztuką. - Niestety na to pytanie już nie potrafię odpowiedzieć. - Nieszablonowe myślenie, ot co. Nie wątpił, że ma do czynienia z osobą inteligentną, ale inteligencja nie oznaczała jeszcze bycia pomysłowym. - Jestem za to zaintrygowany i pozytywnie zaskoczony. - Tą właśnie pomysłowością, która przywołała uśmiech na jego twarz. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak teraz z kopyta ruszał mózg Victorii i że pracowała nim na wysokich obrotach, tak mocno skupiając się na wszystkich kwestiach. Drugi człowiek, poznawany, potrafił być prawdziwym skarbem. Jeśli tylko chciało się ten skarb wydobyć. - Zawsze jesteś taka ciekawa świata? - Nie zadał tego pytania tonem, jakby miał do niej teraz żal, zresztą już wyjaśnił, że jej pytania mu nie przeszkadzają, a wręcz przeciwnie - są miłe. Bo chociaż trochę brzmiało, jakby ktoś się tobą interesował. Albo przynajmniej byciem nie do końca człowiekiem, bo takie przypadki niestety też były. Nie ciekawość osobą, a ciekawość kuriozum. - Bingo. - Odstawił filiżankę z kawą i pokazał palcem na Victorię, kiedy wypowiedziała słowo klucz "Londyn". - Dokładnie tam umykam. - Chociaż niekoniecznie zawsze był to Londyn bezpośrednio, czasami po prostu umykał do kogoś, kto zajmował skutecznie jego czas...

- Atreus Bulstrode. - Cała ta wielka, wariacka rodzina była z nim bardzo blisko. Uwielbiał ich. Byli mu bliżsi niż... cóż, bliżsi niż Prewett. Nie licząc kochanej siostry. - Przypadek? Niee... - Przekrzywił głowę, spoglądając na nią z uśmiechem i jednoczśnie pytaniem w oczach, czekając na tę część opowieści. No bo właśnie - trafić PRZYPADKIEM na aurora? To brzmiało w zasadzie nie głupio, tylko fenomenalnie. Niebanalnie. - No proszę! Mam okazję jeść śniadanie z naturalnym talentem! Nie ukrywam, że robi to na mnie bardzo duże wrażenie. - Zaimponowała mu kolejny raz w przeciągu w zasadzie chwili. Aż błysnęły jego oczy. - Czyli miłość do adrenaliny jest również motorem do działania. Odważyłbym się teraz postawić twierdzenie, że w takim razie szukasz intensywnych doznań, które przełamią twoją wykalkulowaną codzienność. - To było, jego zdaniem, naprawdę już dość mocne stwierdzenie, bo wwiercało się głębiej w człowieka, a nie muskało jego powierzchowność. - Wizengamot brzmi obrzydliwie nudno w zestawieniu z tym, co może zaoferować ścieżka aurora. - Przynajmniej dla kogoś, kto poszukuje jakichś większych doznań, a nie tylko chce lustrować sprawy na papierkach.

Och tak, na pewno rozumiała i na pewno, po jej upewnianiu się i pytaniach nie brał ją za osobę wścibską i nie dbającą o komfort drugiej osoby, wręcz przeciwnie. Dlatego tylko się uśmiechnął na jej zapewnienie.




○ • ○
his voice could calm the oceans.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#12
24.08.2023, 21:39  ✶  

Zadziwiające, prawda? Że ktoś tak obcy był w stanie pojąć w mig co się dzieje. I zrozumieć drugą osobę nie tylko z wypowiadanych słów, ale przede wszystkim z tego, czego nie mówił. Tak naprawdę, to dla Victorii znaczenie drugorzędne miało to, że Laurent ma krew selkie. Nie był dla niej żadną ciekawostką ani kuriozum. Ot – tak się po prostu zdarzyło. Mogła go teraz o pewne rzeczy podpytać, ale gdyby nie to, że temat wyszedł, pytałaby go pewnie o inne. Takie już było prawo rozmowy, która sobie płynęła od tematu do tematu.

- Czyli nie jesteś oklumentą… – czy to był mały test? Może… Tak naprawdę to nie, wyszło to przypadkiem, że teraz odpowiedziała w ten sposób, wyraźnie go zaczepiając. Bo zaczepka to była – oparła głowę na dłoni i lekko ją przekrzywiła, pozwalając, by ciemne włosy przesypały się przez ramię, kiedy tak przyglądała mu się w zamyśleniu. I z błyskiem w oczach. - Zawsze. To mnie napędza. Uwielbiam wiedzieć i uwielbiam poznawać – to był motor jej działania. Motywacja do wszystkiego – ciekawość, co przyniesie kolejny dzień. Ciekawość, co przyniesie interesująca rozmowa. Wiedza, która była prawdziwym skarbem tego świata. Nie pieniądze. Wiedza. Ta była nieskończona. Książki były tylko jednym ze źródeł jej pozyskania – dlatego tak je kochała, ale jednym, a nie jedynym. - No chyba, że akurat mnie temat nie interesuje, ale takich jest naprawdę mało. Lubię wiedzieć i poznawać. Mówiłam ci już, chcę wiedzieć co myślisz – wtedy brzmiało to trochę jak żądanie, kiedy mówiła mu to wieczorem. Bo naprawdę chciała wiedzieć. Czy brzmiało to jakby trochę ją interesował? Na pewno. Bo teraz interesował ją bardzo, a nie tylko trochę. I powiedziała mu to zanim dowiedziała się, że jego matka była syreną. To powinno go choć trochę naprowadzić na wniosek, że to nie to dziedzictwo było prawdziwym powodem, dla którego tyle pytała i tyle myślała. - W końcu jakiś punkt dla mnie – tak naprawdę to nie była przecież żadna konkurencja… Ale skoro już stanęli na tym, że on chciał zbierać punkty, to może i ona powinna? Jej wnioski wydawały jej się całkowicie logiczne i naturalne – najwyraźniej ta noc nie sprawiła, że jej umysł się stępił.

- Ach, Atreus. I Orion. Nie wiedziałam, że jesteście spokrewnieni – byli w ogóle do siebie niepodobni, nie tylko z wyglądu. Charakterologicznie byli kompletnie inni… ale znowu Victoria tak naprawdę prawie nie znała Laurenta i takoż samo Atreusa i Oriona.

Pokiwała głową na jego niedowierzające „nieeee”. Otóż – tak, panie Prewett, to najprawdziwsza prawda. Życie lubiło pisać najlepsze scenariusze i tym samym Victoria zupełnie przypadkiem od czterech lat pracowała w Departamencie Przestrzegania Prawa, a od dwóch była stażystką w Biurze Aurorów.

- Wygląda na to, że mam szereg umiejętności, których właśnie tam potrzebują – roześmiała się. Potrafiła sama warzyć eliksiry, świetnie radziła sobie z różnymi zaklęciami, po przeszkoleniu w Pogotowiu potrafiła czyścić pamięć, a na domiar wszystkiego – umiała rozproszyć zaklęcia, a jej umysł był nieprzebytą twierdzą. - W pewnym sensie można tak powiedzieć. Ale tak między mną a tobą… Po prostu interesuje mnie zbyt wiele rzeczy, a życie jest zbyt krótkie, żeby poświęcić je na tylko jeden zawód. Pewnie trudno w to uwierzyć, ale w Hogwarcie miałam problem zadecydować co chciałabym robić w przyszłości. Może jak mi się znudzi uganianie za czarnoksiężnikami, to faktycznie pójdę męczyć akty i kazusy w sądzie. Albo, kto wie, zacznę sadzić magiczną marchew – nie zamykała się na żadną z opcji, bo doskonale wiedziała, że jak ją coś zajara, to długo będzie doskonalić umiejętności i męczyć temat. - Brzmi nudnawo, ale też brzmi znacznie bezpieczniej. I brzmi jak ustalony rytm dnia, a nie pobudka w środku nocy, albo dyżur do rana – nie chciała, by brzmiało to przesadnie mocno, bo się tym nazbyt nie przejmowała. Takie po prostu były realia. - A ty? Opowiedz mi teraz coś o sobie. Czym się teraz zajmujesz? – bo nie wierzyła, że całymi dniami leżał i tylko zbijał bąki. Był na to… Zbyt poukładany. Coś tam się jej pewnie obiło o uszy… ale do wczoraj Prewett nie był osobą, której poświęcałaby czas na myśli.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#13
24.08.2023, 22:55  ✶  

Czasem to całkowicie obca osoba najlepiej potrafiła zrozumieć, co dzieje się z twoim życiem. Umysł Victorii nie był zajęty wszystkimi latami rozwoju i perypetiami, nie byli emocjonalnie zaangażowani. Miała zupełnie inny punkt widzenia niż bliscy, którymi się otaczał. Jedyny obraz był ten z Hogwartu - kiedy oboje byli dzieciakami. Niektórzy przez ten kąt spoglądali również i na czasy obecne. Bo skoro wtedy było tak to teraz nie może być inaczej, cuda się nie działy! Czasem działy. Największy cud w tym wypadku nazywał się "dojrzałością". Dzieci miały pstro w głowach i zupełnie dziwne systemy wartości. Okres buntu i hormonów rozgrzewał krew w żyłach i sprawiał, że robiło się rzeczy dziwne i nieodpowiedzialne. Ta odpowiedzialność była spychana na innych - dorosłych. Były takie dzieci, które wykazywały się dojrzałością ponad swój wiek. To tacy dostawali oznaki Prefektów, Victoria mogła się nią popisać. Choć bycie Prefektem wymagało jednak czegoś odrobinę więcej niż to. Mogli na siebie więc spojrzeć trzeźwym, świeżym okiem. Kiedy obie strony były otwarte i chciały uczestniczyć w rozmowie to puzzle łatwo było układać. Cisza słów niewypowiadanych była czasem nad wyraz głośna. Dzwoniła w uszach.

- Nie, nie... - Skąd ten pomysł? - Sprawiam takie wrażenie? - Takie rzeczy raczej nie biorą się znikąd, ale może to było po prostu zwykłe stwierdzenie faktu, które chciała powiedzieć sobie na głos po tym, co jej odpowiedział. Oklumencja była bardzo subtelną umiejętnością, raczej ciężko było ją "zauważyć", dopóki nie próbowałeś zrobić papki z czyjegoś mózgu, albo ktoś ci o niej nie powiedział. Nigdy nie był to krąg jego zainteresowań. Był bardzo sfokusowany na innych rzeczach. Skinął głową, kiedy powiedziała, że lubi poznawać, że lubi wiedzieć - była jedną z tych osób, które z poszukiwania wiedzy tworzyły przygodę. Tak malowała się powoli jej postać ze wszystkich pozbieranych okruszków. - Pamiętam. Staram się spełnić to żądanie. - Zaśmiał się cicho. Fakt, łatwo było tutaj dodać dwa do dwóch, dlatego humor Laurenta nie opuszczał. Ten dobry, znaczy się, jakby ktokolwiek miał wątpliwości. Dobrze mu się z nią rozmawiało, a kiedy ktoś wykazywał takie zainteresowanie i był tak sympatyczny, jak Victoria, to i Laurent był otwarty. - Och nie, teraz mam konkurencję. - Rozbawiło go bardzo, jak podłapała te punkciki i było to jak najbardziej pozytywnie odebrane. Nie, żadna konkurencja per se to nie była, tak i zawodnik drugi nie był przeciwnikiem. Było to w pewien sposób infantylne, ale zupełnie niegroźne, a dopóki było w formie wspólnego żartu, to teraz brzmiało jak ten żart, który potrafi ciągnąć się przez miesiące jako sławny "inside joke".

- Hahaha, brak podobieństw z żadnej strony, nie da się ukryć. - Laurent był taką piątą wodą po kisielu z każdej strony swojej rodziny przez prosty powód: w pełni wdał się w rodzicielkę. - Wdałem się w matkę nie tylko z wyglądu. - Gdyby nie jej zdjęcia to by w ogóle już jej nie pamiętał - ku własnemu nieszczęściu. Lecz zdjęcia były. Ciężko było mu powiedzieć tylko, czy to takie dobre, że był aż tak do niej podobny, bo było to solą w oku chociażby jego macochy. Nie miał też ciała bożyszcza, jak wysportowani członkowie drużyn quiditcha. - Sięgając do wspomnień z Hogwartu posiadanie kuzyna takiego jak Ateus ma wiele profitów. - Taaak, Hogwart. To był dziwny czas, ale wcale nie taki gorzki, nie zawsze. Wyniósł z niego również wiele dobrych wspomnień i dużo znajomości. Natomiast niekoniecznie chciałby tam wrócić. Za dobrze mu było z tym, co osiągnął.

- Mm, nie, właściwie to jest mi w to bardzo łatwo uwierzyć. - Złożył palce dłoni. - Kiedy ktoś jest tak ciekawy świata, to naturalnie chce również wiele zbadać i poznać. Ciężko się wtedy, będąc dzieckiem, umiejscowić w jednym miejscu. Przecież brzmi to niemal jak kara - konieczność wybrania jednego miejsca na wieki wieków. Amen. - Rozłożył dłonie na zakończenie swojego małego wywodu na temat tego, co o tym sądzi. - Pewnie drażniło to twoich rodziców, że nie potrafisz się zdecydować? - A może miała właśnie bardzo wyrozumiałą rodzinę? Wydawałoby się: wyrozumiali rodzice czystej krwi? Cóż, jego siostra była perełką ich ojca i pozwalał jej na... bardzo wiele. Z matką się ścierała, ale koniec końców Pandora robiła prawie wszystko, co chciała. - Owszem. Czyli chyba nie jak coś dla ciebie. - Innymi słowy mówiąc, biorąc pod uwagę co do tej pory wybierała. To tak pół żartem, bo dla niektórych akurat stabilność funkcjonowania była bardzo ważna. Sam nie był pewien, czy by wytrzymał takie nieregularne dyżury - z czysto fizycznych przyczyn. Nie miał zabójczo dobrego zdrowia. - Wolałbym ci pokazać, niż opowiedzieć. - Uśmiechnął się z wyraźnym zadowoleniem. - Mam nadzieję, że będzie ku temu okazja. - Zrobił ruch dłońmi pokazujący w minimalistyczny sposób to, co wokół nich. - Zajmuję się głównie hodowlą abraksanów i dbam o rezerwat, w którym zresztą jesteśmy. New Forest. - Było trochę tematów dookoła tego, w które wkładał ręce dla czystego zarobku, ale to było stałe źródło jego utrzymania i temu poświęcał głównie swój czas. - Choć pewnie w papierach wpisałbym obok hodowli abraksanów hodowlę jurczaków. - Lekko machnął dłonią. - Niewiele osób decyduje się na te bestie i bardzo dobrze. Części osób nawet odmawiam. Ludzie są nieodpowiedzialni i o ile kocham zwierzęta i magiczne stworzenia, to ich bezpieczeństwo stoi na pierwszej linii. Nawet jeśli trzeba ich chronić przed sobą samym.


królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#14
24.08.2023, 23:44  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.08.2023, 23:58 przez Victoria Lestrange.)  

- Nie sprawiasz. Stwierdziłam tylko fakt – uśmiechnęła się do niego, na końcu języka mając pytanie, czy ona sprawia takie wrażenie, bo wszak oklumentą była. Ale mieli jeszcze czas na zdradzanie sobie takich sekretów i sekrecików. Powiedziała to na głos, bo tak miała. W ten sposób też, poniekąd, układała sobie w głowie pewne fakty i informacje. - Póki co sobie bardzo gładko radzisz – i tak to się właśnie kręciło. To był bardzo spokojny poranek, kawa i bułki przecinane były wydawałoby się, że zwykłą rozmową i kolejną dawką flirtu. Victoria czuła te iskry – bardzo przyjemne uczucie. - Konkurencję… - mogło to zabrzmieć tak, jakby się trochę obruszyła, ale w istocie była tylko rozbawiona. - Jaką ja jestem konkurencją. Mam cały jeden punkt na twoich… Pięć. Albo sześć – nie liczyła. On też nie. Ale bardzo wyraźnie było widać, że żaden z niej strzelec, ani żadna konkurencja. To on wygrywał w tych zawodach na punkty, w których właściwie nie wchodzili sobie w drogę. Ale tak – to był materiał na powtarzający się pomiędzy nimi, ciągnący na kolejne spotkania żart zrozumiały tylko dla nich… o ile do kolejnych spotkań w ogóle dojdzie.

- A z czego jeszcze? Z charakteru? Zainteresowań? – zachęciła go bardzo delikatnie i niezobowiązująco. Był bystry, gdyby nie był, to Tiara Przydziału w życiu nie umieściła go w Slytherinie. A przynajmniej wiedziała to kiedyś i widziała to teraz. - Nie pakował cię w kłopoty? – uniosła wyżej jedną brew. Bo Atreus… Miał do tego ciągoty, przez to jaki był narwany.

Wypowiedział na głos jej myśli, więc uśmiechnęła się do niego. Właściwie to niemalże ciągle się uśmiechała. Dobrze jej było w jego towarzystwie – przedziwna rzecz. Ale tak właśnie było jak mówił – piętnastoletnim smarkom kazano wybierać karierę jaką obiorą dopiero za dwa-trzy lata. A ileż potrafiło się zmienić… Profesor Slughorn, opiekun domu, był dla niej bardzo wyrozumiały, biorąc pod uwagę, że pod koniec piątego roku nie dała żadnej jasnej odpowiedzi co do tego, jaki zawód ją interesuje i po prostu pozwolił jej wziąć większość przedmiotów na stopniu zaawansowanym. Czekał na jej decyzję tak długo jak tylko mógł – bo była zdolna i ambitna. Chyba tylko dlatego jej się upiekło. Ale ten wybór był jak kara, bo każdy widział ją w czymś innym, każdy w domu chciał czegoś innego i nikt nie był zadowolony, że Victoria widziała się w czymś innym.

- O, drażniło, oczywiście. Matka robiła mi regularne awantury jak wracałam na wakacje – dobrze, ze wyjców nie posyłała. - Ojciec, oczywiście, chciał, żebym ruszyła karierę uzdrowiciela i pracowała w Mungu jak większość rodziny. Matka wyobrażała sobie, że będę razem z nią pracować w Departamencie Skarbu, albo może w Departamence Tajemnic, to przecież takie prestiżowe – wywróciła oczami. - Babcia już szykowała dla mnie stołek przy eliksirach i zatruciach w szpitalu, druga strona rodziny miała nadzieję na jakąś spokojną karierę i żeby był ktoś, kto mógłby przejąć opiekę nad biblioteką, znajomi myśleli o sędzi, to już ci mówiłam… - oczekiwań było mnóstwo i żadnym nie sprostała. - Więc zostałam amnezjatorem – parsknęla. A potem brygadzistką w mundurze, teraz zaś przerzuciła się na przepisową czerń w pracy. Ot i… była. W domu nie było nikogo wyrozumiałego. Nie była niczyim oczkiem w głowie i choć robiła co chciała, to tylko dlatego, że umiała kryć swoje zamiary i myśli. - Zdziwiłby się. Nie jestem przesadnie ruchliwa. Nie ma mnie wszędzie pełno – Victoria… miała czas. Nigdzie jej się nie spieszyło. Umiała usiedzieć na dupie w jednym miejscu, a przede wszystkim nie działała pochopnie. No i nie skakała od biurka do biurka i od sprawy do sprawy jak niektórzy w biurze. A co zabawne – bardziej wysportowani byli chyba właśnie brygadziści i aurorzy, a nie zawodnicy Quidditcha, którzy głównie siedzieli na miotle i jedyne co musieli robić, to wyciągnąć rękę. Przecież nawet nie biegali. - Wiesz, Laurent… - zaczęła miękko. - Mężczyźni dzielą się na tych, którzy potrafią wykorzystać okazję i na tych co potrafią okazję stworzyć – byli też tacy, którzy robili jedno i drugie, oraz tacy, którzy nie robili nic, ale nie o to w tym chodziło. Spojrzała na niego wymownie, bo to była sugestia. Sugestia, która mówiła, że było miło i wcale nie musiało się skończyć, bo ona jest otwarta na różne propozycje… i to teraz zależało tylko od niego. Furtkę miał otwartą. - Abraksany mnie nie dziwią – przyznała po chwili z namysłem. - Ale jarczuki już tak – ale to nie było negatywne zdziwienie. Zwierzęta były wspaniałe. Natura była wspaniała! Wszak to ona rodziła te piękne rośliny, które sobie Victoria tak ukochała. Nie dało się ukryć – coś tam się na magicznych bestiach znała. Nie była żadnym ekspertem rzecz jasna, ale nie była też ignorantem. - To ciężka praca. Zaskakujesz mnie – i to pozytywnie. New Forest… Więc to tutaj byli. Do tej pory się nad tym wiele nie zastanawiała. Ale rezerwat? Ach, musiała przyznać, że pozory naprawdę myliły. I że w takich wypadkach naprawdę lubiła się nie mieć racji. - Dlaczego akurat jarczuki?

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#15
25.08.2023, 12:32  ✶  

Jakie wrażenie może sprawiać oklumenta? A jakie legilimenta? Jeśli byłoby to typowane cechami charakteru, to tak, Victoria "wyglądałaby na oklumentkę", bo przecież była taka spokojna, ułożona, spoglądała trzeźwo na świat. Chyba Laurent mógłby zostać legilimentą ze swoją przenikliwością i urokiem. Tymczasem ludzie tacy jak Victoria niekoniecznie władali oklumencją, a Laurent nie był żadnym legilimentą i nawet nie planował nim zostawać. Kłamstwem byłoby powiedzenie, że nigdy nie przeszło mu przez głowę uczenie się czegoś takiego, bo przecież jednak rzeczy zakazane były kuszące. Po głowie Laurenta natomiast przesuwało się bardzo dużo różnych, dziwnych myśli i niekoniecznie wszystkie były tymi, którymi dzielić się należało. Głównie dlatego, że sam nie wiedział i nie rozumiał, skąd się wyrodziły i czemu powstały.

- Chyba będę musiał już pozostać przy tych pięciu, żeby potem zawsze było dodawane "albo sześć". - Zaśmiał się. Już mu to wpadło w ucho, brzmiało tak... irracjonalnie! Ale zabawnie przy tej irracjonalności. O ile to był temat zabawny, lekki i niezobowiązujący, tak wypływanie na głęboką wodę w kierunku kobiety, która dawno odeszła z tego świata było już bardziej poruszające. Na tyle, że kiedy Victoria o to zapytała, nie pojawiła się odpowiedź od razu.

- Wybacz, nie chcę bardziej poruszać tego tematu. - Nie chciał poruszać swojego wnętrza i sięgać do tego poczucia braku, którego nic nie było w stanie wypełnić. I do wspomnień, które potrafiły całkowicie zburzyć każdą chwilę. - Lubisz muzykę? Słyszałaś kiedyś śpiew selkie? - Bo to również po niej odziedziczył. Oczywiście talent i głos to jedno, ciężka praca nad nim to drugie, a śpiewanie sprawiało mu ogromną przyjemność. Kiedyś myślał o tym, że nawet mógłby śpiewać na scenie, by zachwycać wszystkich, ale jego droga potoczyła się zupełnie inaczej. Nie żałował, bo zdecydowanie bardziej odpowiadał mu ten spokój, niż jeżdżenie po wielkich salonach, by tam zdzierać swoje gardło. - Czasami. - W końcu Atreus miał temperament i tego nie trzeba było wskazywać palcem. - Więcej razy mnie z nich wyciągał. - Z perspektywy czasu Laurent uważał, że był całkowicie głupiutkim dzieckiem, które chciało rzeczy niemożliwych i starało się je na siłę wepchnąć w rzeczywistość. A tak się nie dało. Ludzi nie dało się zmusić do zmiany swojej perspektywy, a tym bardziej nie dało się na nich wymusić uczuć. Pieklenie się o to i kąsane wcale nie pomagało ani jemu, ani innym. Tylko pogarszało sprawę. - Znacie się bardziej, czy tylko na "dzień dobry"? - Bo ze szkoły to raczej wątpliwe, żeby się znali, bo Atreus był rok niżej w Hogwarcie niż nawet Laurent, ale może akurat się jakoś zaznajomili ze sobą? Świat czystej krwi był światem bardzo małym.

- Musiało ci być ciężko. - Z taką presją, jaką nakładała na nią matka. Jak sobie z tym radziła? Czy kłótnie były u nich codziennością? Czy może jednak uparcie stawiała na swoim? Na swoim postawiła na pewno na końcu, bo w końcu wybrała ścieżkę kariery, która żadnemu z rodziców nie była, koniec końców, na rękę. Oczekiwali od niej czegoś innego, a ona miała na tyle silny charakter, żeby nie wyjść naprzeciwko tym oczekiwaniom. Laurent był inny. Zrobił wszystko, żeby spełnić oczekiwania rodziców, kiedy jego siostra wolała jednak robić inne rzeczy niż usiąść na dupie i zajmować się rodzinnym interesem abraksanów. Ale koniec końców i on zrozumiał, że to go nie uszczęśliwi - siedzenie w rodzinnej posiadłości i zajmowanie się tym miejscem pod modłę ojca i macochy. I w końcu też odważył się na ten ruch. Człowiek musiał szukać własnej drogi do szczęścia. Inaczej kończył nieszczęśliwy na całe życie. - To godne pochwały, że trzymałaś się swoich przekonań i pragnień, nie ulegałaś presji rodziny. - Dla niego przynajmniej było czymś godnym podziwu. Niektórzy powiedzieliby inaczej, bo w końcu chodzenie na bakier z rodziną bywało bardzo niebezpieczne.

- Haha... mężczyźni są też łatwymi w manipulacji istotami, wystarczy ich odpowiednio naprowadzić i wydaje im się, że sami okazję stworzyli. Większości nawet trzeba w tym pomagać. - Laurent nie przepadał za tworzeniem okazji. Wolał być tą drugą stroną, która z okazji może skorzystać. Nauczył się jednak, że ludzie byli różni w obsłudze, a tacy, którzy potrafili dojrzeć animozję pragnień i gestów od samego sedna było po prostu niewiele. Dlatego przystosowywał się do tego, co było mu rzucane. - Lecz tak, Victorio. Moja nadzieja opiera się na tym, czy ty okazję zaakceptujesz i złapiesz za ogon. - Uśmiechnął się filuternie, dodając tę aksamitną nutę do swojego głosu. - Jarczuki są wynikiem przypadku. Wyhodowałem pierwszego jarczuka na potrzeby prywatne, a potem od słowa do słowa się potoczyło, że jestem w stanie je wyhodować i wytresować. - Bo jednak nie było w Anglii wielu takich hodowców. I dobrze. Nie tylko zarobek dzięki temu był większy, ale i ryzyko że taki pies wpadnie w niepowołane ręce. - Lubię trudne stworzenia, które wymagają pracy. A najbardziej w jarczukach lubię miny ludzi, którzy patrzą na mnie, a potem na te ogary wyciągnięte w piekieł. - Laurent uśmiechnął się niemal niewinnie, ale jednocześnie ze szczerym rozbawieniem. - Potrzebowałem jarczuka do obrony - swojej jak i posesji. Zdecydowanie nie jestem typem wojownika.




○ • ○
his voice could calm the oceans.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#16
25.08.2023, 19:49  ✶  

Chyba każdy tak miał, że niektóre myśli brały się znikąd i nie były czymś, co pochodziło ani z głębi serca, ani z przekonań, ani z chęci, ani… z niczego. Po prostu się pojawiały, zbłąkane, nic nadzwyczajnego. Oczywistym było, że nikt się nie chciał dzielić wszystkim co ma w głowie. Taką Victorię przerażało na przykład, że ktokolwiek mógłby czytać jej myśli ot i… nauczyła się oklumencji. To nie była żadną miarą łatwa sztuka – była zaś piekielnie przydatna. Czuła się znacznie, znacznie bezpieczniejsza dzięki temu. Aurowidze nie widzieli jej aury, nie widziano jej emocji, nie czytano z niej jak z otwartej księgi.

- Chyba nie chcesz spocząć na laurach? – zapytała ubawiona, ale jedno było pewne. „pięć albo sześć” już tak z nimi zostanie, tak jak zbieranie wyimaginowanych i nic nie znaczących punktów.

- W porządku – uśmiechnęła się do niego lekko, miło. Oto miała swoją odpowiedź; nie musiał nic dodawać, bo już wiedziała, jak bardzo jest to delikatny i bolesny dla niego temat. I nie było w tym nic złego. Jakoś… Zrobiło jej się go szkoda. Nie czuła się też urażona, powiedziała mu sama, żeby po prostu jej powiedział, gdyby coś było nie tak. Gdyby to nie było tak, że… tak naprawdę to dopiero się poznawali, to pewnie złapałby go za rękę, by w ten sposób dodać mu odrobinę otuchy, ale w tych warunkach, za nic w świecie nie chciała przekraczać tej granicy w ten sposób. Cóż z tego, że dopiero co spędzili ze sobą noc. To, co było w głowie, w emocjach – to było coś innego niż fizyczne zbliżenie. - Lubię – odpowiedziała mu po prostu. Kto nie lubił muzyki? - Chyba nie miałam nigdy okazji – nie chyba, a na pewno. Gdyby miała okazję, to byłaby pewna, a nie rzucała tego niepewnego „chyba”. - Pewnie bym pamiętała – zreflektowała się zresztą. Atreus wyciągający Laurenta z kłopotów? Nie była pewna, czy jest w stanie to sobie wyobrazić. Obu w końcu ze szkoły kojarzyła, z jednego domu, cóż z tego, że oboje byli od niej młodsi. Ale… No jakoś trudno jej było w to uwierzyć, w to co właśnie powiedział. - Nie jesteśmy ze sobą w żadnym wypadku blisko – nie jedynie na „dzień dobry”, czasem udawało się zamienić więcej słów ze sobą, ale w żadnych zażyłych stosunkach nie byli. Victoria większość czasu mimo wszystko spędzała z aurorami, którzy byli już długo stażem w Biurze, bo to oni ją przygotowywali do pracy. Głównie oni. No i tak, były jeszcze bale. Ale umówmy się no, z Atreusem znała się tyle, jak do wczoraj z Laurentem. Dzisiaj to było coś zupełnie innego.

- Trudno w takim wypadku zadowolić wszystkich, skoro każdy chciał czegoś innego. Każdy byłby niezadowolony, cieszyłaby się tylko jedna osoba. Więc przynajmniej wszyscy siedli na mnie po równo – westchnęła i pokręciła głową. Teraz się uśmiechała. Ale wtedy było ciężko., znikąd wsparcia, tylko ciągłe niezadowolenie. I znowu słuchała, zże jest rozczarowaniem – pomimo tego, że skończyła Hogwart z naprawdę wysokimi wynikami, że w zasadzie każde drzwi stały przed nią otworem, że była Prefektem takim, śmakim, że nigdy nie przyniosła wstydu… Poza tym to nieprawda, że wszyscy byli niezadowoleni po równo. Najbardziej niezadowolona była oczywiście jej matka. No bo jak to tak, zadawać się w pracy z mugolami????? Ale gdy i tam była chwalona, a czarodzieje na bankietach wspominali coś, ze to przecież Departament, który wyprodukował największą liczbę Ministrów Magii, to Isabella się uspokoiła i tryskała dumą z idealnej córki. To był jeden wielki fałsz. - Chciałam choć ten raz zrobić coś dla siebie – wyznała i odwróciła wzrok, rozglądając się odrobinę po pomieszczeniu. To z kolei dla niej był nieco drażliwy temat… na dzisiaj niekoniecznie pożądany, choć pewnie kiedyś w przyszłości był jak najbardziej do przegadania.

- Ach tak – mruknęła i Laurent na nowo miał jej pełną uwagę. Wydawała się być ubawiona jego słowami. Tym, że mężczyźni są łatwi do manipulowania… Cóż, tak. Nie bez powodu mówi się, że mężczyzna to głowa rodziny, ale kobieta jest szyją, która tą głową kręci. Czy Laurent był taki skory do poddawania się manipulacjom? Cóż, wczorajszego wieczora zdaje się, ze wpłynęli na siebie i zmanipulowali się jednakowo mocno wzajemnie, ale Victoria ogólnie nie chciała w ten sposób na niego wpływać, manipulacją. Nie miała mu temu żadnego celu. Zapatrzyła się na Laurenta. - Może… - powiedziała, zostawiając pomiędzy nimi nutę niepewności, tajemniczości. Patrzyła mu teraz głęboko w oczy, choć dzieliła ich odległość stolika. No, może trochę mniejsza. - Dobrze, więc pozwól, ze stworzę okazję i po prostu się ciebie zapytam wprost, czy chciałbyś to kiedyś powtórzyć? – nie bawiąc się już w żadną ciuciubabkę, skoro tak bardzo uważał, że niektórym mężczyznom wręcz trzeba pomóc okazję stworzyć. Nie wiedziała jeszcze jaki jest Laurent, więc… ot. Wzięła sprawę we własne ręce.

- Musi to być doprawdy groteskowy widok – już to sobie wyobrażała; Laurent z tym swoim niewinnym wyglądem i jarczuki przy boku. Niejeden by się wystraszył, biorąc też poprawkę na możliwości tych ogarów. - No proszę. Widzisz, czyli twoją karierą zawodową również rządzi przypadek – zauważenie tego faktu ją dość rozbawiło. Bo.. przed chwilą sam niedowierzał, że jak to można zostać aurorem z przypadku. Ano można. A jak można zostać hodowcą jarczuków z przypadku…? Przecież w obu wypadkach musiało się kierować rozmysłem. - Trudno o lepsze zabezpieczenie. W zasadzie to powinnam pogratulować zmyślności – i nawet odrobinę się skłoniła, chcąc mu tym pokazać, że zasłużył sobie na jej szacunek. Nie musiał być wojownikiem. I dobrze, że nie każdy nim był.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#17
25.08.2023, 21:08  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.08.2023, 21:08 przez Laurent Prewett.)  

Ach, słowo klucz! Laury. Co prawda pociągnięte w żarcie, ale nadal reagował na pewne, nazwijmy to, hasła, które w jego uszach brzmiały odrobinę inaczej tylko dlatego, że prócz ich znaczenia wpisanego w zdanie miało jeszcze jakieś prywatne. W końcu laury były bardzo bliskie znaczenia imienia samego Laurenta. To samo drzewo, czyż nie? Albo przynajmniej - ta sama rodzina drzew, z których powstawały wieńce laurowe. To tylko taki mały podryg, który się w nim pojawił. Lubił swoje imię, było ładne i nawet uważał, że trochę mu pasuje. Nagroda dla tych, którzy zwyciężyli. Co innego z tym, że był to symbol chwały, triumfu sam w sobie - to już mu nie pasowało zupełnie. Swoją drogą było coś zabawnego spotka Wiktorię przed sobą, kiedy spoglądało się na znaczenie tych imion. Było coś całkowicie rozbrajającego w niektórych symbolikach, kiedy człowiek się nad nimi zastanowił i dopisał sobie potem, jakiego psikusa potrafił płatać Los złączając dwie jednostki.

- W żadnym wypadku. Mogę po prostu intencjonalnie pomylić się w liczeniu. - Victoria pozwalała widzieć z siebie dokładnie tyle, ile chciała, żeby ludzie widzieli. Gdyby poznał ją w innych okolicznościach i jednak nie zaprosił jej do tańca, którym był ten flirt, gdyby spotkali się twarzą w twarz w Ministerstwie Magii to czar może wcale nie zostałby rzucony, a wzajemna chęć na zapełnienie swojego czasu w ogóle by się nie pojawiła. Takie było prawdopodobne wyjście jednego z wielu punktów w wielkim planie Mojr. Jednak byli już tutaj, ewidentnie dobrze się docierając, wpasowują w siebie gładko na każdym kroku, gdzie każdy szanował granicę każdego i jednocześnie każdy był ciekaw. Nie na tyle, by komuś krzywdę tą ciekawością zrobić. To było zdrowe i tak powinno być w każdej relacji.

- Och zapewniam, że byś pamiętała. - Są takie rzeczy, których się nie zapomina, a w głosie Laurenta nie pozostawała żadna wątpliwość. Marynarze zwodzeni syrenim śpiewem nie były takim mitem, ale to raczej uderzało w poczet niezrozumienia tematu mugoli. Poza tym w świecie czarodziei słowa "syrena" było dość rozległym wątkiem, które wspólny miał jeden element - żyli w wodzie i na pewno miało to jakiś ogon. Spojrzał na Victorię, która już nie jadła - albo zrobiła sobie przerwę, albo się najadła... - Smakowało? - Upewnił się. Migotkowi serce by pękło, gdyby było inaczej! Ale co podniebienie to upodobanie. Jedni lubili bardziej słono, inni mniej, jeszcze inni tłusto... nie dogodzisz zawsze wszystkim. A Laurent to w ogóle najchętniej jadł same warzywa, owoce i nabiały, ewentualnie pieczywo. Tyle. Innymi słowy, jak na anglika - jadał bardzo lekko. Aczkolwiek Migotek dobrze wiedział, jak przygotowywać śniadania gościom, żeby było zróżnicowane, a nie dopasowane do jego widzi mi się. Rzadko śpiewał... komuś. Albo raczej - niewielu osobom po prostu śpiewał. Zazwyczaj tylko bliskim, albo właśnie takim jak Victoria - które przedstawiły się jako wyjątkowe osobistości. Takie, które zasługiwały na coś więcej, na coś specjalnego. Chciał się upewnić, że zabierając na tę króciutką podróż Victorię, kobieta nie skończy upuszczając filiżankę kawy na siebie.

- Come seek us where our voices sound,
We cannot sing above the ground,
An hour long you'll have to look,
To recover what we took;

Your time's half gone so tarry not
Lest what you seek stays here to rot.

Zabrzmiał jego anielski głos. Być może to słyszeli ludzie wstępując do Nieba? O ile istniało cokolwiek poza pustym i zimnym Limbo. Victoria mogła poczuć na swoim policzku wręcz morską bryzę, mogła wręcz musnąć palcem mieniący się barwami tęczy syreni ogon, obserwując, jak te zgrabnie płynęły ku łodzi unoszącej się na spokojnych falach i jak wyciągały swoje dłonie ku pochylającym się marynarzom. A na dnie lśniły dawno poszukiwane złota, porośnięte, zaśniedziałe. Podniszczone. Całość trwała tylko moment, bo przecież ten fragment piosenki nie był wcale długi, ale z całą pewnością można było teraz powiedzieć:  nie, tego się nie zapomina. To był zupełnie inny poziom głosu, jaki wydobywał się z ludzkich krtani i inna magia, która zabierała tym głosem do spojrzenia na obrazy, jakie chciały wymalować. Laurentowi podobało się, jak Victoria prezentowała swoją ciekawość, jak była w niej otwarta i jak jednocześnie się do niego odnosiła. Nie widział więc niczego złego, żeby pozwolić jej tego doświadczyć. Wpatrywał się w nią, chcąc zobaczyć jej reakcję i ciekaw, czy będzie bardziej kontrolowana, czy może jednak żywa.

- Czyli wszystkim po równo? - Zaśmiał się. Tak, rzeczywiście, coś w tym było. Zawsze ktoś kończył niezadowolony, a zadowolić wszystkich też się nie dało. Więc lepiej, żeby potem już nikt nie wytykał palcem i nie mówił "temu to dogodziłaś, a mi to nie!". Jak w przedszkolu.

- Z przyjemnością. - Odparł z zadowoleniem malującym się na twarzy i tak - to rozbawienie w zasadzie nie gasło, ten dobry nastrój, ta odrobina iskier w oczach, podobnych do psotliwych gwiazd na niebie. Nie, to nie była żadna manipulacja między nimi tamtej nocy. W końcu to on wyszedł przede wszystkim wyszedł do niej z tym flirtem, a potem potoczyło się już naturalnie. Bo to był flirt i sztuka uwodzenia, które działały różnie w zależności, kto z kim, a czasem nawet i dlaczego, ale oni się w tym odnaleźli od razu, naturalnie i bez problemu. Choć to, że Victoria tak wprost teraz ujęła to spotkanie było cieplutkie, to i było lekkim zdziwieniem. Mimo tego, że rozumiał, czemu to zrobiła. Właściwie to mógł sugerować, że woli, żeby to ona podjęła decyzję. Posłałby jej na pewno wiadomość w odpowiednim czasie. Co jednak mu pochlebiało to fakt, że Victoria rzeczywiście chciała jeszcze. Na tyle, by nie zostawić tutaj miejsca na "może kiedyś". Tak, była konkretną kobietą, więc powinien był się tego spodziewać. Ale poza tym faktycznie - wolał oddawać komuś lejce prowadzenia, niż samemu prowadzić. Nawet jeśli potrafił się bez problemu dopasować i przede wszystkim lubił sprawiać przyjemność ludziom. Kobiety były pod tym względem szczególnie wdzięczne.

- Tak... rzeczywiście, jeśli tak na to spojrzeć... więc punkt dla panny. - Piąty. Albo szósty. - Dziękuję. Tak jak i dziękuję za wspólną noc i urocze śniadanie. - Laurent odprowadził Victorię do miejsca, gdzie bezpiecznie mogła się teleportować siecią fiuu gdzie tylko zechciała, choć zaproponował również, że może poprosić woźnicę, by odwiózł ją abraksanami... co z oczywistych powodów nie było mile widziane przez Lestrange. Tak czy siak mieli przed sobą obietnicę następnych spotkań.

Koniec sesji



○ • ○
his voice could calm the oceans.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Laurent Prewett (7088), Victoria Lestrange (5925)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa