Miała w sobie krew Parkinsonów – historyków, nauczycieli… Nic dziwnego, że miała w sobie jakiś taki dryg do tego, by uczyć innych. Cierpliwie znosić to, że druga osoba gówno się zna i gada kompletne farmazony. Może i mogła uczyć innych, może nadawała się do tego, żeby małe dzieci pokierować, pokazywać im litery, cyfry, jak się pisze, czyta… Na pewno nie robiłaby tego w taki sposób jak uczyła ją matka – też z Parkinsonów. To, by nie nachlapać na pergamin pamiętała do dzisiaj, i jej notatki zawsze były schludne. Nie skomentowała jednak sposobu w jaki to Stanley prowadził ten swój zeszyt. Po prostu chciała, by poprawnie sobie wszystko zapisał i zminimalizował szansę na popełnienie błędów, które były nieuchronne, jeśli czegoś dopiero się uczyło. Nie miało znaczenia jaki był powód tego, że źle sobie coś zapisał. Rozkojarzenie, pomyłka, nagle myśli mu gdzieś umknęły – co za różnica! Źle zapisał, to był fakt niezaprzeczalny. To jednak, że Borgin się starał, widziała jak na dłoni. Jego zaangażowanie, to jaki był zajarany… W pewnym sensie przypominał jej Sauriela, kiedy na coś się uparł. Poklepała jeszcze Stanleya po ramieniu, całkowicie po koleżeńsku i pozwoliła samcom robić to co do nich należało: czyli rozkopać, nieprzesadnie głęboko, i pajacować przy tym. Ona zaś dopiła ten kieliszek, który zostawiła w połowie opróżniony i po prostu zajęła się polewaniem – do swojej szklaneczki i do pustych szklaneczek Sauriela i Stanleya. Przyglądała im się z odległości, jak wykłócają się o to że Borgin beznadziejnie świeci i nawiedziła ją taka głupia myśl… Sauriel Stanley – czyli SS. SS Ogór. Jak statek. Ta wizja tak ją zdziwiła, że musiała to zapić… A potem uzupełnić to, co wypiła, żeby było gotowe, kiedy i oni przyjdą się napić. Bo jakoś wątpiła że nie uda im się przesadzić te ogórki z donic w ziemie – widziała już, że we dwoje pracują jak całkiem dobrze naoliwiona maszyna.
Widząc, ze jednak im jeszcze trochę zejdzie, zlitowała się i po prostu zaniosła im szklaneczki, by sobie wypili w połowie pracy.
– Im szybciej się uwiniecie, tym szybciej wypijecie resztę – rzuciła do nich na odchodne, zmierzając z pustymi szklaneczkami do stołu.
I stamtąd obserwowała resztę sceny rodzajowej, chwilę to trwało, ale przecież miała czas.
– Więc to jednak randka? – zapytała Sauriela, całkiem rozbawiona tym stwierdzeniem, ale właściwie… to mogła być i randka, chociaż wiadomości jakie dostała były mgliste. Rookwood ewidentnie miał dzisiaj dobry humor. I dobrze. – To co, panowie. Zdrówko? – rzuciła, prezentując im przygotowany już dla nich i rozlany trunek.
A to miał być dopiero początek.