Zabrał i drugą teczkę, na chwilę przetrzymując wzrok na oczach Nicholasa. Jakby próbował z nich coś wyczytać. Najwyraźniej jednak nic w nich nie zobaczył, co skwitował krótkim skinięciem głowy. Opuścił biuro, w myślach smakując jego nazwisko. Yaxley... Oprócz oczywistości mówiło mu coś więcej, ale jeszcze nie potrafił złapać nitek. Najwyraźniej to nie był czas na to. Nicholas miał rację, teraz musiał skupić się na dokumentacji.
Całe południe minęło mu szybciej, niż chciał. Mimo iż się spieszył, to nie był niedokładny. Z mozolną więc opieszałością kopiował kolejne strony, dodając na skopiowane magicznie notatki swoje komentarze. Oryginałów nie dotykał dłużej, niż to było konieczne. Dzisiejszy dzień i tak miał w całości poświęcić na porządkowanie dokumentacji, a przynajmniej tak zapowiedział. Czas naglił, lecz jego powolne, niezwykle dokładne ruchy mogły doprowadzić co bardziej narwane osoby do białej gorączki. On jednak wolał skupić się na zadaniu, by nie popełnić błędu. Praktycznie nie wychodził z gabinetu - przerwę sobie darował. Musiał zdążyć na czas - przetrzymywanie dokumentów tutaj było niebezpieczne. Wystarczyłby jeden wścibski współpracownik, by fama rozniosła się po całym Departamencie. Tutaj jednak figura Lestrange nie robiła na nikim większego wrażenia. Wszyscy byli małomówni, zajęci swoimi sprawami. Każdy badał swój własny obszar i rzadko kiedy się odzywał. Dlatego nazywano ich Niewymownymi. Nie podobała mu się ta nazwa, ale trzeba było przyznać, że była adekwatna. Nie mów, nie angażuj się... Jego rozmyślania przerwał krzyk, dochodzący zza zamkniętych drzwi.
Lestrange leniwie przeniósł wzrok za czarne drzwi. Krzyk ucichł, ale miał wrażenie, że słyszy syk, jakby dymu. Wolałby, by nie doszło do kolejnego incydentu z Niewymownym, bo niedługo Departament Tajemnic będzie szukał kandydatów na więcej stanowisk, niż Brygada Uderzeniowa. Jego koledzy byli nieostrożni. Niektórymi gardził, do niektórych nie czuł nic. Wszyscy jednak najwyraźniej nie zdawali sobie sprawy z tego, jak ważną pracę wykonywali. Jakby przychodzili tu codziennie, by bawić się ludzkim organem. To było żałosne na tak wielu poziomach, że mało brakowało, a Rodolphus popełniłby błąd przy kopiowaniu. Na wszelki wypadek zapisał swoimi słowami ostatnią stronę, a potem starannie zebrał kartki i włożył je do teczki. Dołączył rysunek anatomiczny z kilkoma notatkami i ponownie tego dnia udał się do Nicholasa.
Tym razem bez słowa wszedł do gabinetu, wzrokiem od razu szukając biurka, przy którym rozmawiali. Bez słowa przesunął w jego stronę teczkę i puknął paznokciem w okładkę.
- Może wam się przyda spostrzeżenie - powiedział cicho, pomny tego, że ściany mają uszy wszędzie. Gdyby Nicholas otworzył teczkę, na pierwszym miejscu dostrzegłby małą kartkę z niezwykle dokładnym rysunkiem mózgu, jakby Rodolphus nie robił dzisiaj nic innego, tylko rysował. Z boku były zaznaczone kolejne płaty i fałdy. Obok zaś równym pismem widniało życie mózgu po śmierci ciała jest możliwe. - Na więcej będzie trzeba czekać do opublikowanie pracy. Potraktuj to jako wstęp do nowej metodologii oględzin martwych ciał.
Skinął mu głową. Wiedział o tym jako pierwszy. Przysługa za przysługę. Tak naprawdę to, co napisał, było mniej-więcej znane już od XVIII wieku, jednak zwykle "życie" mózgu to było zaledwie kilkanaście, w porywach do kilkudziesięciu sekund. Coś jednak w twarzy Rodolphusa mówiło Nicholasowi, że to nie o to chodzi młodemu Niewymownemu. Ale bez porządnych badań nie chciał zdradzać więcej, niż to konieczne.