• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Wokół Magicznych Dzielnic Ministerstwo Magii v
« Wstecz 1 2 3 Dalej »
[Czerwiec 1972] Chyba nie rzucisz we mnie tymi babeczkami? | Theon & Lycoris

[Czerwiec 1972] Chyba nie rzucisz we mnie tymi babeczkami? | Theon & Lycoris
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Brązowowłosy i niebieskooki mężczyzna, wyróżniający się z tłumu przede wszystkim za sprawą swojego wzrostu. Niewielka domieszka krwi olbrzymów sprawiła, że osiągnął nieco ponad 2 metry wzrostu. Łatwo z niego czytać, w przypadku Theona emocje praktycznie zawsze są wypisane na twarzy. Nie stara się z nimi kryć. Często można go spotkać z papierosem w ręku bądź wyczuć specyficzny zapach, niekiedy lekko dominujący nad pozostałymi.

Theon Travers
#1
13.12.2023, 23:11  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.12.2023, 00:52 przez Theon Travers.)  

Czerwiec 1972
Theon & Lycoris


12 czerwca 1972

Spotkanie z Lycoris odkładał świadomie. Wydarzenia z ostatnich tygodni na tyle skomplikowały jego sytuacje, że miał cholerny mętlik w głowie. Nie wiedział w jaki sposób to wszystko poukładać. Uporządkować. Miał problem z określeniem tego, od czego dokładnie należało zacząć. W jaki sposób to zrobić. Z tego też względu zdecydował się na najprostsze, możliwe wyjście.

Było nim ukrywanie się.

O ile do pracy wrócił dość szybko, tak do swojej codziennej rutyny już niekoniecznie. Przez dłuższy czas był jakby przyklejony do biurka. Jeśli nie było takiej potrzeby, nie wychylał nawet nosa na korytarz. A co było w tym wszystkim najgorsze? Ano to, że cierpliwie musiał wysłuchiwać trajkotania jednej ze swoich współpracownic o tym, jak cudowna była jej wnuczka. Jakimś dziwnym trafem kobieta uznała, że byłby dla niej idealnym kandydatem; że by do siebie pasowali.

Theon nawet przez krótką chwilę jej optymizmu nie podzielał.

Poza tym ostatnim czego potrzebował były kolejne komplikacje na tle uczuciowym.

Na odwagę i odwiedziny w prosektorium, zdecydował się w około dwa tygodnie po tym, jak wrócił do pracy. Przekonany został przez brata, uznał że dalsze zwlekanie z tym nie ma sensu; że tylko jeszcze bardziej mu zaszkodzi. Z czterema jagodowymi babeczkami zmierzał w stronę dobrze znanych sobie drzwi. Nieśpiesznie. Niepewnie? Rozważając zapewne to czy nadal może wziąć nogi za pas.

Wycofać się.

Weź się w garść, idioto...

Wolną ręką sięgnął w kierunku klamki. NIe pukał. Po prostu nacisnął ją, otworzył drzwi. Wszedł do środka tak samo, jak to robił wielokrotnie w przeszłości. Tak jakby wchodził właśnie do pomieszczenia, w którym sam pracował.

- Hej, przyniosłem coś słodkiego... -  nie bardzo wiedział w jaki sposób zacząć. Niestety w jego ręce nie trafił w ostatnim czasie poradnik mówiący o tym, jak wytłumaczyć się z 20 dniowego snu oraz poprzedzającego go pocałunku z inną kobietą. Ani nic podobnego. Musiał więc improwizować. I może nawet szło by mu z taką improwizacją całkiem nieźle, gdyby nie to, że w tym konkretnym przypadku... zdawało mu się naprawdę zależeć. Rzecz wręcz niespotykana.

Warta odnotowania w podręcznikach do historii.

Call me the Villain
You should see me in a crown
Your silence is my favorite sound
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wiecznie znudzona i zblazowana mimika okrywa płaszczem wyraziste kości policzkowe, pełne usta i oczy tak głęboko piwne, jakby sama piana morska wyrzucona na brzeg w nich mieszkała. Koścista aparycja jest podkreślona wielokroć przez wysoki wzrost, sięgający wybitnym stu siedemdziesięciu sześciu centymetrom. Zdecydowanie bardziej kanciasta, aniżeli kobieca - porusza się, jak i nosi, po męsku. Nosi za sobą ciężką woń piżmowych perfum, głos ma zupełnie niemelodyjny, niski i ochrypły.

Lycoris Black
#2
14.12.2023, 17:52  ✶  

Rozgorzał w niej ogrom, gargantuiczne wręcz sterty niezapisanych wspomnień, które zakończyły się powrotem do własnej skorupy; pasywne treści, w których zmiękła wydatnie i stała się tym, kim nigdy nie chciała być; posiadanie złamanego serca nie leżało w jej uwerturze, bo z zasady, nie zakochiwała się. Nie tętniła nigdy afekcją względem nikogo, zamknięta jak ta twierdza otoczona gęsto fosą – nieprzebrnięta i zamknięta we własnej alkowie niedostępności i odrzucania każdego, kto zechciał przykleić się do niej bliżej – nie wzdychała nad swoim losem, lubiła sobie nawet wmawiać, że przykro jej nie było – prawda była zgoła inna, a gdzieś pomiędzy jednym trupem a drugim, myślała o nim gorączkowo; tak jakby odpracowanie tego całego uczucia w myślach mogłoby uwolnić z jego oków; do tej pory, nadaremnie.

Była w absolucie bytowania przerażona sama sobą i tym, kim się stała – nigdy nie chciała być miałka i nijaka; zawsze grała w taki sposób, aby doprowadzić do szachu, a jej butna osobowość wycinała przesiekę, gładki pas startowy, który oferował bezmiar możliwości. Powróciła do tego, kim była u zarania – dalekiej od urągliwych uśmiechów, absolutnie wymijającą się z kulturą kobietą, zimną jak posąg marmurowy bardziej niż ognistą tancerką. Pewne rzeczy były nieodwołalne.

Możliwe, że dlatego jej bezsenność rozwinęła poły nad ciemnymi zakamarkami umysłu; laudanum nie pomagało, hazard nie odciągał myśli, a alkohol jedynie czynił w umyśle niespokojnie. Była absolutnie przerażona tym, do jakiej rangi urosło to wszystko – te słowa niewypowiedziane i chwile, które przemknęły masywem chmur nad jej głową. Wory pod oczami zaznaczyły się wydatniej, piwna toń oczu straciła iskry blasku, a sylwetka wychudła jeszcze bardziej.

Nie chciała go widzieć, a jednak dłużące się tygodnie bez jego nieobecności zastanawiały ją; przyjęła za pewnik teorię, jakoby nigdy nie posiadał do niej uczuć ponad krystaliczną przyjaźń; tak, jakby pocałunki ściągane z warg obietnicą nie znaczyły nic.

Drażniło ją to i bolało, chociaż nigdy nie przyznałaby tego o świetle dnia; dopiero gdy kładła się w miękkość kołdry, umysł dążył meandrami, które na co dzień pozostawały dla niej nieodkrytymi arkanami. Nie płakała, a jej mimika była stężała i nijaka – tak, jakby jej to nie obeszło; tak, jakby zaklęcie w tych przeklętych emocji były dla niej nieistotne. Nie mogła jednak zaprzeczyć, iż czynił jej w umyśle niespokojnie, niepokornie i niepoukładanie.

Klamka zwolna ustąpiła, a Lycoris, przekonana, iż jest to Cynthia, uniosła wzrok znad mikroskopu – już miała coś rzec na temat jednego z nieboszczków, gdy zorientowała się, że Flintówna nie jest dwumetrowym mężczyzną.

Nieprzejęta w żaden sposób, wzrok ponownie skupiła na oczku mikroskopu; wyglądała jakby po nocach rozmawiała z samą śmiercią – chuda, w kitlu, z niedbałym kokiem umiejscowionym na głowie, o wydatnych cieniach pod oczami i aurze demonicznej. Początkowo nie mówiła nic, ważąc słowa – ta sytuacja przecież rozgrywała się w jej głowie milionami szklanego szronu, po którym chodzenie sprawiało jedynie niewysłowiony ból. Lycoris miała w sobie coś z masochistki.

– Słyszałam, że blondynki dobrze całują – rzuciła ku niemu, krzywiąc się.

Daleka od kurtuazji, nie chciała przebierać w słowach; wiedziała jednak jedno – nie może na niego spojrzeć. Prawdopodobnie to to tak dalece gorało w jej wnętrzu, jakby nie potrafiła przełknąć bycia w tak bezprecedensowy sposób zdradzoną i zostawioną.

Po raz pierwszy od dawna przypomniała sobie, że Yaxley miał pstro w głowie.

– Weź te babeczki, zanim roztrzaskam ci je na twarzy. Nie żartuję, a ostrzegam w imię dawnej relacji – rzekła, wyraźny nacisk kładąc na przymiot „dawnej”.

Przyglądała się jeszcze przez moment szkiełku, aby po chwili podnieść się, zsunąć okulary na czubek głowy i wbić w niego spojrzenie, które zawierało w sobie niebotyczną silę dojmującego i niebezpiecznego zarazem.

– Nie chcę cię widzieć. Mam ci to przeliterować? Pokazać na wykresie? – sarknęła, krzyżując ręce na piersi.

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Brązowowłosy i niebieskooki mężczyzna, wyróżniający się z tłumu przede wszystkim za sprawą swojego wzrostu. Niewielka domieszka krwi olbrzymów sprawiła, że osiągnął nieco ponad 2 metry wzrostu. Łatwo z niego czytać, w przypadku Theona emocje praktycznie zawsze są wypisane na twarzy. Nie stara się z nimi kryć. Często można go spotkać z papierosem w ręku bądź wyczuć specyficzny zapach, niekiedy lekko dominujący nad pozostałymi.

Theon Travers
#3
26.12.2023, 00:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.12.2023, 00:53 przez Theon Travers.)  

Drobnej blondynki nie przypominał. Pomylić się go z Cynthią niestety nie dało. Mierzący nieco ponad dwa metry, z lekkim zarostem na twarzy, krótkimi włosami w kolorze brązowym, był po prostu Theonem. Tym samym, którego znała od wielu lat, tak od najlepszej jak i od tej gorszej strony, a jednak, pomimo tego... zdecydowała się zaryzykować.

Wiedział, że to wszystko popsuł w sposób iście koncertowy. Zdawał sobie z tego faktu sprawę. Nawet jeśli nie było to celowe, świadome, w jaki sposób miał się jej wytłumaczyć? Zwłaszcza, że nie ograniczało się to przecież do samego tylko pocałunku. Jakby tego było za mało, to jeszcze po tym całym Beltane zapadł się pod ziemie.

Zamiast zająć się sprzątaniem całego tego bałaganu, spał sobie w najlepsze.

A po takim czasie, po ponad miesiącu od tamtych wydarzeń, uporanie się z tym wcale nie było prostsze...

- Nie mogą się równać z brunetkami. - nie do końca wiedział, w jaki sposób zareagować na jej słowa; w jaki sposób powinien z Lycoris rozmawiać. Miała prawo być na niego zła. Miała prawo być wściekła. Czuć się zraniona, zdradzona, oszukana.

Porzucona.

Niepewnie przestąpił z nogi na nogę. Co dalej? Powinien się wycofać? Uciec z tego nieszczęsnego prosektorium? A może wręcz przeciwnie - zaryzykować i podejść do niej? Powiedzieć przepraszam? Spróbować porozmawiać? Zanim zdążył podjąć jakąś decyzję, Lycoris odezwała się ponownie. Zwróciła uwagę na te nieszczęsne babeczki.

Może przyniesienie ich tutaj nie było dobrym pomysłem?

- Ostro. - skomentował. Zamiast wycofać się, odstawił pudełko z babeczkami na najbliższy mebel. Była to pierwsza lepsza szafka. - Chce jakoś to wszystko poukładać. Wytłu...

Oderwała się od mikroskopu. Wreszcie przeniosła spojrzenie na niego - na dłużej niż tylko kilka sekund; niż kilka krótkich chwil. Był w stanie zinterpretować to, co chciała mu przekazać. Nie był głuchy, doskonale słyszał słowa jakie padły z jej ust.

Westchnął tylko, zanim kiwnął głową i wycofał się z pomieszczenia. Dał jej spokój.

Przynajmniej chwilowo.


20 czerwca 1972

Następnego dnia nie spotkali się, ale na jej biurku czekała kawa. Kolejnego dołączył do niej jedną czekoladową żabę, a w czwartek - opakowanie czekoladek z kartką zawierającą napis przepraszam oraz prośbę o rozmowę. W piątek nie odważył się pokazać, ale kolejny kubek kawy stał na swoim miejscu. Na dalsze podchody zabrakło mu chęci we wtorek. Nigdy nie był szczególnie cierpliwy, nie potrafił zbyt długo czekać. Niby jeszcze kilka dni temu chciał, żeby to od niej wyszła chęć spotkania, ale długo w tym postanowieniu nie wytrwał.

Tym razem nie zaryzykował przynoszenia do prosektorium czegokolwiek. Zjawił się na miejscu z pustymi rękoma. Była to standardowa pora, te same godziny, w których jeszcze nie tak dawno temu miał w zwyczaju odwiedzać przyjaciółkę. Czasem przynosił wówczas coś na ząb, jakąś drobną przekąskę lub coś słodkiego. Zależnie od tego na co sam miał ochotę. Teraz wolał się do tej tradycji w swoim zachowaniu nie odwoływać.

Czy był to błąd?

- Widziałem, że Cynthia gdzieś wyszła. - odezwał się, ledwie tylko wszedł do środka. Kręcił się w okolicy już wcześniej, wyczekując odpowiedniego momentu. Musiał z Lycoris porozmawiać w cztery oczy. Nie potrzebowali świadków. Dodatkowej pary uszu i oczu. - Możemy porozmawiać? Proszę?

Nadzieja matką głupich, ale liczył na to, że jeśli nie odpuści, nadal będzie w jakiś sposób obecny w jej życiu, to za jakiś czas będzie skłonna z nim porozmawiać. Może uda im się dojść do porozumienia? Wyjaśnić sprawy? Naprawdę nie chciał do tego wszystkiego doprowadzić. Zranić jej.

Wszystko potoczyło się niestety w taki a nie inny sposób.

Call me the Villain
You should see me in a crown
Your silence is my favorite sound
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wiecznie znudzona i zblazowana mimika okrywa płaszczem wyraziste kości policzkowe, pełne usta i oczy tak głęboko piwne, jakby sama piana morska wyrzucona na brzeg w nich mieszkała. Koścista aparycja jest podkreślona wielokroć przez wysoki wzrost, sięgający wybitnym stu siedemdziesięciu sześciu centymetrom. Zdecydowanie bardziej kanciasta, aniżeli kobieca - porusza się, jak i nosi, po męsku. Nosi za sobą ciężką woń piżmowych perfum, głos ma zupełnie niemelodyjny, niski i ochrypły.

Lycoris Black
#4
07.02.2024, 15:25  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.02.2024, 15:26 przez Lycoris Black.)  

Nie potrafiła z nim rozmawiać, tak jak nie potrafiła ponownie spojrzeć mu w oczy – te wypełnione namacalnym nieomal przejęciem; ten zbity wzrok, którym tchną dzieci, gdy zostaną przyłapane na gorącym uczynku; te słowa, które z jego ust przybierały w jej mniemaniu jedynie bezkresny akwen fałszu. Nie potrafiła zrobić nic, poza zawinięciem się w niewinny kokon zbudowany z pracy i laudanum – opium zawsze stanowiło najdoskonalszą kochankę i sama wpadła w stupor, dlaczego też pomyślała, że na jego miejscu mógł się znaleźć mężczyzna; dlaczego mógł się tam znaleźć Theon: przez większość czasu obecny pod woalką przyjaźni, później przybierając znamiona romansu.

Przecież takich rzeczy się nie robi przyjaciołom.

Gdyby ją kochał; gdyby nawet ją lubił, z pewnością nie wytarłby sobie butów jej oddaniem i zaufaniem. Życie po raz kolejny zaskakiwało ją przewidywalnością i tym, że wróciwszy do rutyny, zapominała zwolna. Nie posiadała nader wielu miłosnych rozterek na kanwie swojego życia, ta jedna jednak doprawiła ją tak solidnie, że zamknęła się w sobie i otoczyła fosą nawet silniej, niż zanim poznała smak jego ust.

A smakował przecież słodko.

Tym bardziej gorzkim rozczarowaniem się okazał. Nie pojmowała, nie mogła zrozumieć i nade wszystko – chciała zapomnieć o tych brutalnych kłamstwach, zawierających jedynie podszycie okruchami szczerości – tak jakby chciał oszukać blask gwiazd, który mościł się wygodnie na nieboskłonie nocą. Tak jakby była dla niego od początku do samego końca niczym; a Lycoris nie płakała, a na pewno nie po mężczyznach – zdradę Traversa skwitowała jedynie ponurym westchnięciem, nim oddała się w arkana pracy.

Bo była pracoholiczką, teraz tym bardziej ekspresywną w swoim zakochaniu w pracy, że uczuć nie musiała dzielić między nią a człowieka. Ludzie okazali się jej zbędni, a jej serce – dotychczas nieznające podrygów – zastygło niczym wosk kapiący na blat, jedynie bladym duchem plamy przypominający, że kiedyś coś było na jego miejscu.

Uniosła spojrzenie rozjuszone sponad mikroskopu.

– Poukładać? – prychnęła zdenerwowana. – Ty masz niepoukładanie w głowie. Jak chcesz układać sprawy między nami? – rzekła jednak doskonale spokojna, pochylając się ponownie nad szkiełkiem.

Gdy tylko jego gęsta obecność zniknęła za drzwiami, pozostawiając ją samą z myślami buńczucznymi, odrzuciła te prędko za ramię wraz z opadającymi na policzek kosmykami włosów.

Skupienie wymagało od niej ogromnych pokładów silnej woli; im bardziej usiłowała go wypędzić ze swojej głowy, on tym silniej wracał, ze zdwojoną warstwą tego wszystkiego co przeżyli razem. Bo Lycoris od robota dzieliło jedynie to, że posiadała wspomnienia i choć nigdy nie była sentymentalna – te teraz ożywały w niej na nowo, sprowadzając smak jego ust na pierwszy plan.


20 czerwca

Każdą kawę, którą zastawała na biurku, sukcesywnie wyrzucała do śmietnika.

A gdy pojawił się w jej drzwiach ponownie, tym razem statyczny i twardy – w końcu przez mnogość wcześniejszych dni nie miał odwagi nachodzić jej personalnie – zastał ją ściągającą lateksowe rękawiczki z dłoni, aby wyrzucić je do odpadów; gdy tylko kątem oka dostrzegła jego sylwetkę, odwróciła się ku niemu, opierając o blat biurka.

Uniosła brwi tak wysoko, że to cud, że nie odleciały.

– O czym chcesz rozmawiać? – westchnęła. – Pomyślmy jakie mamy opcje, tak przez moment. Pierwszym tematem jest Stella Pierdolona Avery, do której z niewiadomych przyczyn poczułeś miętę, jak tylko między nami coś zaszło; i wiesz co, nie obchodzi mnie to, bo skoro rzucasz się na kobiety jak jebany neandertalczyk na mięso, to nigdy nie byłeś warty mojej uwagi, ani przez moment – wysyczała, skracając dystans między nimi o solidne dwa kroki. – Czy może chodzi o drugi temat, czyli kwestię tego, że po tym bajecznym ekscesie nie odzywałeś się do mnie przez miesiąc, nie dając znaku życia. Nikt mnie tak parszywie nie potraktował, nigdy.

– Wyjdź stąd, albo nie ręczę za siebie – skwitowała, obracając się ku niemu tyłem.

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Brązowowłosy i niebieskooki mężczyzna, wyróżniający się z tłumu przede wszystkim za sprawą swojego wzrostu. Niewielka domieszka krwi olbrzymów sprawiła, że osiągnął nieco ponad 2 metry wzrostu. Łatwo z niego czytać, w przypadku Theona emocje praktycznie zawsze są wypisane na twarzy. Nie stara się z nimi kryć. Często można go spotkać z papierosem w ręku bądź wyczuć specyficzny zapach, niekiedy lekko dominujący nad pozostałymi.

Theon Travers
#5
12.02.2024, 14:59  ✶  

Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że to wszystko nie będzie łatwe. Nie okaże się proste. Chociaż nie zamierzał tego zrobić, nie planował, zranił jedną z tych osób, na których zależało mu najbardziej. Miała prawo się na niego złościć, krzyczeć, miała prawo odmawiać rozmowy. Rozumiał to, ale zarazem nie zamierzał się poddawać. Nie chciał, żeby Lycoris zniknęła z jego życia. Nie potrafił sobie wyobrazić, że miałaby być w nim odtąd nieobecną.

Nie przerywał. Pozwolił aby wyrzuciła z siebie wszystko, co miała mu do powiedzenia. Kiedy nakazała mu opuścić pomieszczenie, nie zrobił tego jednak. Dał jej już sporo czasu. Starał się nie nachodzić jej w każdej wolnej chwili, a jedynie zaznaczać swoją obecność. Bardziej subtelnie? O ile możemy mówić o subtelności w kontekście Theona Traversa. Musiał przynajmniej spróbować z nią porozmawiać. Cokolwiek Lycoris wyjaśnić.

- Przepraszam. – trwało to chwilę, nie był w stanie wydusić z siebie odpowiednich słów od razu. A przecież idąc tutaj, do niej, przygotował się. Zaplanował co powie. Jakie kwestie poruszy. Teraz jednak wszystko wydawało się niewłaściwe. Nie na miejscu. Dlatego też zaczął od przeprosin. Tych, które w ostatnim czasie nie padły, a przecież… przecież od tego powinien był zacząć. To właśnie one stanowiły podstawę. – Spierdoliłem i naprawdę Ciebie przepraszam, Ly.

Brzmiał jak nie on. Może i pewny wypowiadanych słów, ale przy tym taki poważny. Oficjalny. Jakby wcale nie byli sobie tak bliscy, jak to jeszcze miało miejsce zaledwie kilka tygodni temu. Nie pasowało to do niego. Nie pasowało do człowieka jakim był. Ale jednak miało miejsce. Było wyczuwalne równie mocno jak ten dystans, który między nimi powstał; którego Travers nie próbował zmniejszać.

- Rozumiem, że nie chcesz ze mną rozmawiać, ale… - ciężko było się wysłowić, ubrać to wszystko w odpowiednie słowa. – zależy mi na Tobie, naprawdę. – nie padło słowo kocham, na to nie był gotowy. Na wiążące się z tym odrzucenie? Było na to zbyt wcześnie, a na dokładkę, ich relacja zeszła z kursu. Wszystko potoczyło się w innym kierunku niż powinno. Czy jeszcze byli w stanie zawrócić, znaleźć się ponownie na właściwej ścieżce? – Nigdy nie interesowała mnie Stella Pierdolona Avery. Nawet przez chwilę. I gdyby nie ta cholerna magia Beltane… - bo w końcu to ona była temu winna, prawda? Magia. Rytuał, który okazał się czymś innym niż zawsze. Miał spędzić czas z kobietą, która była zwykłą znajomą. Nie wiązało się z tym nic więcej. Nie czuł do niej żadnej mięty.

A jednak ją pocałował. Albo może tylko pocałunek oddał? Nie pamiętał tego zbyt wyraźnie. Wiedział natomiast dobrze, co miało miejsce później. Później nie był już w stanie wyrzucić blondynki ze swojej głowy. To ostatnie nadal było problemem. Zmierzał jednak powoli w kierunku tego, żeby pozbyć się tego połączenia. Zerwać tą dziwną więź, która zdawała się go do wiolonczelistki przyciągać. Nawiązał kontakt z odpowiednią osobą. Wykorzystał rodzinne znajomości. Jeszcze chwila, a Avery będzie jedynie wspomnieniem. Przeszłością. I niczym więcej.

- Gdyby nie Beltane, do tego by nie doszło. – dokończył, mając nadzieje, że jednak zareaguje. Zrobi cokolwiek. Lycoris mogła go nawet uderzyć. Zacząć wrzeszczeć. Przyjąłby w tym momencie wszystko, byle tylko nie stała do niego tyłem. I nie ignorowała tego, że się tu znajdywał.
Call me the Villain
You should see me in a crown
Your silence is my favorite sound
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wiecznie znudzona i zblazowana mimika okrywa płaszczem wyraziste kości policzkowe, pełne usta i oczy tak głęboko piwne, jakby sama piana morska wyrzucona na brzeg w nich mieszkała. Koścista aparycja jest podkreślona wielokroć przez wysoki wzrost, sięgający wybitnym stu siedemdziesięciu sześciu centymetrom. Zdecydowanie bardziej kanciasta, aniżeli kobieca - porusza się, jak i nosi, po męsku. Nosi za sobą ciężką woń piżmowych perfum, głos ma zupełnie niemelodyjny, niski i ochrypły.

Lycoris Black
#6
17.02.2024, 16:05  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.02.2024, 16:06 przez Lycoris Black.)  

Coś w niej obumarło bezpowrotnie, zawarło się w jednym westchnięciu, które uleciało spomiędzy jej warg gdy się dowiedziała. Nie musiała przecież ubierać tego w słowa, a łzy jej były obce od zawsze, rzuciła się więc w wir pracy, uznając ją za swoją jedyną stałą w życiu. Trupy nie zadawały pytań; nie reagowały na jej rozbiegane spojrzenie, zionące z piwnej toni tęczówek; nie tłumaczyły i nie wymagały – a ona, nade wszystko, potrzebowała teraz życiowej stałości. Nigdy przecież nie należała do tych panien oddychających marzeniami, szybujących ponad arkanami chmur, szukając schillerowskich marzeń – westchnięcie było więc jedynym, co poświadczyło o tym, iż jest człowiekiem z krwi i kości, a nie obojętnym na masyw własnych uczuć robotem.

Nie chciała o nim myśleć ani teraz, ani nigdy – nie potrafiła jednak skreślić go z kanwy swojego życia – znali się przecież, na miłość boską, od czasów hogwardzkich, gdy doradzała mu w kwestiach sercowych, sama nie mając przecież rychłego doświadczenia w akwenie uczuć wyższych. Jednak chciała być dla niego, chciała widzieć dołeczki w jego policzkach, gdy się uśmiechał, a gdy los zetknął ich orbity ze sobą, była gotowa dać się porwać tym nurtem rzecznym; tą fatamorganą, którą momentalnie stał się w jej oczach.

Nic nie smakowało tak gorzko, jak zdrada; i choć nigdy nie przysięgali sobie monogamicznej treści ich splecionych losów, wzięła to za oczywistość. Wreszcie jej plugawa osobowość odnalazła miejsce przylegania, a ona – nie potrafiąc obchodzić się z kowalnymi emocjami – była taka, jak zawsze.

Była taka, jaką ją pokochał.

Dwie supernowy się zderzyły ze sobą, tworząc masywny wybuch; jej emocji, nieodkrytych dotychczasowo i butnej rzeczywistości, która zamknęła ją na powrót. Przyrzekała sobie w końcu, że już nigdy nie otworzy się ponownie.

– Czy ty mnie kochasz? – spytała w końcu gwałtownie.

Odwróciła się ku niemu i skróciła dystans między nimi o parę kroków. Stała teraz blisko; tak blisko, że mógł czuć ciężką woń jej perfum i świdrujące spojrzenie, umykające spod kruczego welonu rzęs, gdzieś spomiędzy iskier grających w piwnej toni.

Sama przecież nie umiała sklasyfikować uczuć, którymi go oswoiła; którymi splotła ich losy tak, jakby to to było im wieczyście przeznaczone. Czy go kochała?; niewykluczone.

– Pieprzyć Beltane, pieprzyć magię, pieprzyć wszystkie blondynki świata – bądź ze mną szczery choć raz. Czy ty mnie kochasz? – powtórzyła jak mantrę, uginając brwi w niewinnym wyrazie.

Wyglądała jak nie ona; jak jej zgoła łagodniejsza wersja, do której mimika nie przywykła, a jednak rozmiękła gwałtownie; boleśnie bezpośrednia, nie wiedziała, co zawiera się w jej oczekiwaniach; czy chciała, aby ją kochał?; niewykluczone.

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Brązowowłosy i niebieskooki mężczyzna, wyróżniający się z tłumu przede wszystkim za sprawą swojego wzrostu. Niewielka domieszka krwi olbrzymów sprawiła, że osiągnął nieco ponad 2 metry wzrostu. Łatwo z niego czytać, w przypadku Theona emocje praktycznie zawsze są wypisane na twarzy. Nie stara się z nimi kryć. Często można go spotkać z papierosem w ręku bądź wyczuć specyficzny zapach, niekiedy lekko dominujący nad pozostałymi.

Theon Travers
#7
18.02.2024, 18:19  ✶  

Gdyby byli mugolami, porównać można byłoby go do tej sarny, która stała w świetle reflektorów. Niezdolnej do tego, żeby opuścić jezdnie. Uniknąć spotkania ze zbliżającym się właśnie autem. Wpatrującej się w to, co nadciągało. Z przerażeniem, które zapewne powinno być widoczne w oczach. Bo przecież w takich chwilach jesteś świadomy nadciągającego zagrożenia. Swojego niekoniecznie korzystnego położenia. I ta świadomość paraliżuje Ciebie. Ogranicza dostępne opcje. Odbiera kolejne możliwości.

Czy ją kochał?

Była dla niego jedną z najważniejszych osób. Najbliższych. Nie potrafił wyobrazić sobie, że miało jej zabraknąć; że miałaby zniknąć. Stanowiła istotną część jego życia. Integralną? Możliwe. Tylko czy był w stanie odpowiedzieć na to pytanie? Wyrazić to, co na pewnym poziomie świadomości wiedział przecież od zawsze?

- ... - otworzył usta, z których nie padło nic.

Patrzył jak się odwraca. Zbliża krok po kroku. Zmienia. Ponownie zadaje to samo pytanie. Tak trudne, a zarazem... jedno z tych, na które odpowiedź powinna stanowić coś oczywistego. Bo przecież nie bez przyczyny starał się do niej dotrzeć. Przeprosić. Wszystko naprawić. Gdyby mógł zatrzymać czas, teleportowałby się teraz prosto do pokoju brata. Porozmawiał z nim. Spróbował przy wsparciu Nicka poukładać wszystko w swojej głowie. Zyskał by czas potrzebny do tego, aby udzielić odpowiedzi prawidłowej. Poprawnej. Tylko czy taka w tej sytuacji faktycznie istniała?

Czy możliwe było, aby udzielił ją za niego ktoś inny?

- Jesteś dla mnie naprawdę... - zaczął mówić, obserwując ją przy tym uważnie. Starając się odczytać reakcje na słowa, których nie wypowiadał teraz po raz pierwszy. Czy były tym co chciała usłyszeć? Czy były tym, co powinien powiedzieć? Właśnie teraz? W tym konkretnym momencie? Dlaczego to musiało być takie trudne? Skomplikowane? Dlaczego musiała zapytać o to akurat teraz? Przecież musiała wiedzieć, że była mu bliska. Znała go najlepiej. Można nawet zbyt dobrze. Czy była choćby jedna rzecz, o której Lycoris nie miała pojęcia? Taka, której nie byłaby w stanie teraz wywlec na światło dzienne?

Przerwał. Zamknął na moment oczy. Odchylił głowę.

Widział jej reakcje. Czuł narastającą panikę. Narastającą zdecydowanie zbyt szybko. Setki myśli przelatujące zdecydowanie zbyt szybko. Uderzająca nagle świadomość, że to było nie tak. To było nie to. Tylko czy był gotowy na coś innego? Czy mógł powiedzieć coś więcej? Zdecydować się na słowa właściwe? Odpowiednie? Tak ryzykowne. Odsłaniające tak wiele. Nigdy dotąd niewypowiedziane.

Może czekające na nią?

- Kocham Ciebie, Ly. Od zawsze. - chwila szczerości. Takiej absolutnej. Zarazem też najprawdziwsza prawda. Bo choć zupełnie inaczej, to kochał ją przecież jeszcze od lat szkolnych. Stosunkowo wcześnie zdołała się przedostać przez wszelkie bariery, którymi się otaczał. Wywalczyć sobie stałe miejsce w jego życiu. Niezmienne. Stała się integralną częścią, bez której nie potrafił wyobrazić sobie własnej przyszłości. Ona zawsze była wspólna. Nie było w niej miejsca na Ja. Znajdywało się miejsce na My.

Tylko czy którekolwiek z nich było w stanie dostrzec to wcześniej?

Call me the Villain
You should see me in a crown
Your silence is my favorite sound
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wiecznie znudzona i zblazowana mimika okrywa płaszczem wyraziste kości policzkowe, pełne usta i oczy tak głęboko piwne, jakby sama piana morska wyrzucona na brzeg w nich mieszkała. Koścista aparycja jest podkreślona wielokroć przez wysoki wzrost, sięgający wybitnym stu siedemdziesięciu sześciu centymetrom. Zdecydowanie bardziej kanciasta, aniżeli kobieca - porusza się, jak i nosi, po męsku. Nosi za sobą ciężką woń piżmowych perfum, głos ma zupełnie niemelodyjny, niski i ochrypły.

Lycoris Black
#8
28.02.2024, 20:39  ✶  

Gdzieś między migotliwymi gwiazdami, które zwolna pojawiały się na nieboskłonie, zmywając czernią nocy świetlistość południowego słońca nie znała swoich uczuć; były tak odległe, tak dalekie jej dłoniom, że ujmowane w formę mglistej enigmy, niedostępnego akwenu, arkanów podniebnych, które swym świetlistym czołem uderzały wielokroć barwami o ziemię. Wszystko było miałkie, wszystkie były pełne niewysłowionej goryczy i tego przeklętego fatum, które ponownie budziło ją bezsenną. Chciała móc spać, oddać się w wiotkie ramiona Morfeusza, a jednak tłum biegnący przez jej myśli, niszczył wszystko na drodze. Nie było widać nic; nic poza jej wzburzonymi emocjami.

Bo Lycoris przecież nie znała tego rodzaju uczuć; pozostawały zamknięte w szklistej, kryształowej szkatułce nieprzystępności. Nigdy nie pozwalała się poznać; zbliżyć się i móc dotknąć tej miękkiej części jej samej, tej, którą broniła do tej pory, otaczając murem i fosą. Nie potrafiła spać, nie potrafiła jednocześnie budzić się – świat zaginał soczystość barw jedynie gdy sięgała po laudanum.

I stała teraz tak blisko niego, że mógł czuć słodki oddech zmieszany z wonią czarnej kawy. Bez żadnych barier, bez granic, bez tego wszystkiego co ich różniło; bez tego, co ich dzieliło.

Szukała w błękicie jego oczu odpowiedzi; tak, jakby to wzburzone morze zawierające się w jego wejrzeniu mogło odpowiedzieć jej na pytanie; tak, jakby burzliwe niebo znało tajemnicę wszechrzeczy – tę, do której nie mogła dojść sama. Bo przecież dawno znała odpowiedź na zadane pytanie.

Przekrzywiła głowę nieznacznie, a z jej warg uleciało krótkie hm.

– Wyjaśnij mi zatem, jak możesz tak ranić kogoś, kogo kochasz. Nigdy nikogo nie kochałam, aż pojawiłeś się ty – Theon Całuję-Blondynki Travers, dla którego otworzyłam swoje serce. Jesteś parszywym okazem – rzekła twardo, odsuwając się od niego ponownie na dystans.

Usiadła w fotelu z cichym skrzypnięciem. Przywdziała ponownie na nos okulary i pochyliła się nad mikroskopem. Patrzyła przez moment na zlepek komórek, jakby one miały udzielić jej odpowiedzi.

– Przyjdź jutro. Masz szansę – jedną szansę. A tymczasem wyjdź stąd, bo jak cię kopnę, to z głodu zdechniesz, lecąc na księżyc.

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Brązowowłosy i niebieskooki mężczyzna, wyróżniający się z tłumu przede wszystkim za sprawą swojego wzrostu. Niewielka domieszka krwi olbrzymów sprawiła, że osiągnął nieco ponad 2 metry wzrostu. Łatwo z niego czytać, w przypadku Theona emocje praktycznie zawsze są wypisane na twarzy. Nie stara się z nimi kryć. Często można go spotkać z papierosem w ręku bądź wyczuć specyficzny zapach, niekiedy lekko dominujący nad pozostałymi.

Theon Travers
#9
06.03.2024, 06:25  ✶  

Był parszywym okazem. Na Merlina! Nawet nie musiała mu tego w tej chwili mówić. Doskonale zdawał sobie z tego faktu sprawę. Był świadomy, że zjebał po całości. A jakby tego jeszcze było mało... po raz pierwszy w życiu chciał tego rodzaju błąd naprawić. Pierwszy raz zależało mu na kimś tak bardzo, żeby podjąć się działań; żeby przeprosić; żeby starać się o tę cholerną drugą szanse. Tylko czy na coś takiego zasługiwał?

O tym musiała już zdecydować ona sam. Sama Lycoris.

- Będę jutro. - nie tłumaczył się, nie przepraszał ponownie, nie przeciągał tego spotkania, tej rozmowy. Zastosował się do polecenia. Opuścił pomieszczenie. Lot na księżyc nie był w tym momencie czymś, co znajdywało się w jego planach. I raczej nie chciał teraz na siłę wciskać go do kalendarza. Tego kalendarza, który już i tak wypchany był po brzegi.


21 czerwca

Wrócił. Pojawił się tak jak obiecał. Tak jak ona mu kazała. Zamierzał skorzystać z tej szansy. Jednej jedynej. Ostatniej? Nie miało to miejsca z samego rana, choć coś ciągnęło go do tej części Ministerstwa, odkąd tylko znalazł się w budynku. Nie. Odczekał. Pierwsza godzina, druga, trzecia. Wreszcie nadeszła pora na przerwę. I właśnie wtedy ze swojego piętra ruszył na te, gdzie swoje królestwo miała Lycoris. Wcześniej zaopatrzył się w dwie kawy oraz pudełko z brownie. W okolicy ministerstwa była całkiem niezła kawiarenka, oferowali prawdziwe cuda. Postanowił z tego skorzystać.

Ostrożnie otworzył drzwi, starając się niczego nie wypuścić z rąk. Wszedł do środka bez pukania. Była tutaj? Rozejrzał się po pomieszczeniu. Pierwszy dobry znak - nie było Cynthii. Mieli dzięki temu ciut więcej swobody. Pozwolił sobie zrobić kilka kolejnych kroków. Zbliżyć się do jakiegoś stolika, częściowo zajętego przez papiery. Formularze? Położył tam i ciastka, i dwa kubki z wciąż gorącą kawą.

- Jak kazałaś. Rozważałem jeszcze przyniesienie tysiąca róż, ale to mogłoby ściągnąć na nas uwagę. - zamiast przywitać się, po prostu przeszedł do tematu. Przy okazji nawiązując też do tego co kiedyś powiedział. Nie na poważnie, ale przecież padło pod jej adresem. Wtedy w kwietniu. W tej eleganckiej restauracji, do której kompletnie nie pasowali. I pewnym było, że pasować nie będą nigdy. Ot, nie byli takimi ludźmi, nawet jeśli chcieli sprawiać pozory. - Pozostaje więc nadzieja, że zaakceptujesz kawę i brownie.

Dlaczego on zawsze przynosił akurat ciastka? Babeczki? Inne słodkości? Może z tego względu, że sam miał do tego słabość i tylko szukał pretekstu, żeby zakupić kolejne. I jeszcze następne. Jeszcze więcej.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Lycoris Black (1970), Theon Travers (2300)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa