• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
« Wstecz 1 … 4 5 6 7 8 9 Dalej »
[1.08.1972] Blue Boy | Laurent & Kayden

[1.08.1972] Blue Boy | Laurent & Kayden
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#21
09.02.2024, 23:07  ✶  

Najpiękniejsza twarz, jaką widział w swoim życiu, usta przeznaczone do pocałunków i szeptania rzeczy słodkich ja miód z mlekiem, potrafiły wypuszczać z siebie dawki jadu. To nic. Nic dziwnego. Widział to w jego ostrych oczach już pierwszego dnia, kiedy go zobaczył - kiedy tańczysz z ostrzem musisz być gotów na to, że cię zrani. "Nieumyślnie". Zwykł wybaczać wszystko wszystkim, bo każdy zasługiwał na drugą szansę. Na trzecią. Na... ile szans można dać człowiekowi? Był zmęczony tym dawaniem. Chciał coś dla siebie, a najlepiej - wszystko. To był ten czas, w którym należało przestać dorzucać do studni swojego życia kolejne grosze nieszczęść. Kayden, jego książę z bajki... Nadal mógł nim być, prawda? To tylko nieporozumienie. Jakieś zwykłe nieporozumienie... nieporozumienia nie powinny się tak kończyć. Czemu otaczał się ludźmi tak ostrymi, że to aż bolało? Tak jak przed chwilą potrzebował dotyku, tak teraz... chciał powiedzieć, że go nie potrzebował wcale, odsunąć się poza zasięg tych rąk, ale to była nieprawda.

Na tej najpiękniejszej twarzy nie powinno być zmarszczek. Pomiędzy nimi nie powinno być złości. Ale jak mówić o wielkiej miłości, jeśli to wszystko było takie krótkie, takie chwilowe, takie... niepewne. Wystarczyło zamieszanie z listami, żeby niemal wszystko popsuć. Czy Kayden miał do tego siłę? Złościł się teraz, nie wiedział, co powiedzieć i jak powiedzieć. Nie winił go za to. Nawet nie oczekiwał, że teraz zaczną się równie urocze śpiewki, co wcześniej. Sam mu powiedział, że musi się zastanowić wcześniej, dlatego milczy. Czasem lepiej było powiedzieć nic, niż powiedzieć za dużo. Wziął sobie naukę Florence do serca.

- Wila... - Powtórzył za nim, ale uśmiech nie zawitał na twarzy. Gdyby był wiłą... czy wiły również były tak rozdarte? Chyba nie. Wtopiły się w społeczeństwo, nie żyły na pograniczy dwóch różnych światów. - Nigdy bym cię nie zignorował. Nikogo bym nie zignorował. - Byłby głupcem sądząc, że takie wątpliwości się w Kaydenie nie pojawiły, przecież on sam się załamał, dał się ponieść czarnowidzeniu, które rzucało mu przed oczy wizję, że chłopak się znudził nim, że... może tamta jego narzeczona? Była narzeczona. Znalazł sobie nową panienkę we Francji. - Rozumiem te wątpliwości, w końcu... w końcu nie znamy się wcale tak długo. - Miał zmęczony głos, dłonią przetarł równie zmęczone oczy. To zapinanie guzików... potrzeba zajęcia dłoni. Prosty gest, ale miał w sobie coś wstydliwie intymnego. A wstyd nie był czymś, co często go dotyczyło. Teraz troszkę się wstydził swojego załamania, swojej zwichniętej głowy. Powiedział też kilka słów za dużo, których nie chciał mówić. Poprawił kołnierzyk, mnąc chusteczkę w kieszeni i z powrotem usiadł na miejscu, podpierając ciężko głowę dłonią. Bo ta głowa była ciężka. - Nie mogę cię winić. Sam sądziłem, że to już koniec... - Nawet gdyby mógł, to Laurent miał w zwyczaju obwiniać siebie samego, co już powiedział, co pokazał. Choć miał żal do niego, że to zrobił, to większy do siebie, że w ogóle zaufał, że miłość może istnieć. A chyba... chyba jednak mogła. Mogła? Odebrał szklankę, spoglądając na bursztynowy trunek. Nie powinien tego pić. Nie powinien, ale pociągnął łyk. Rzucony tutaj czar był obustronny, bo Laurent dla Kaydena stracił serce.

- Uch... - Przesunął palcami po skroni, przymykając na moment oczy. - Przepraszam cię, Kaydenie. Nie chciałem robić takiej... sceny. - Chyba to słowo było do tego odpowiednie. A kwestia listów? Była co najmniej tajemnicza, ale skoro listy nie wróciły ani do jednego, ani do drugiego to znaczyło, że ktoś je przejął. Rzecz, której nie należało ignorować, bo tak - reputacja! Choć nie można było powiedzieć, żeby Laurent był przejęty. Było mu to wszystko jedno. Wiedział jednak, że Kaydenowi niekoniecznie musi być.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Gentleman
✦Oh, these violent delights...✦
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Kayden jest wysoki i szczupły, z lekkim zarysem mięśni i wyraźną linią szczęki. Czarne jak noc włosy ma rozwichrzone przez wiatr, zadziornie opadające na czoło. Oczy barwy gwiazd, srebrne i przenikliwe. Cera blada, niesamowicie ciężko ją opalić. Ubiera się elegancko, zwykle w biel i czerń, czasem kroplę czerwieni. W chłodne dni na barki narzuca czarny płaszcz. Woń cynamonu i wiśni jest zawsze obecna, dryfując wokół niego w zmysłowym tańcu.

Kayden Delacour
#22
10.02.2024, 00:36  ✶  

Ile czasu potrzeba, żeby poznać człowieka w pełni? A ile, by pokochać? Niektórzy uczą się przez całe życie, a wciąż są zaskoczeni. Nie da się od razu wszystkiego dostrzec. Szczególnie kiedy rozmarzony wzrok wygładza wszystkie ostre krawędzie, nie dostrzegając, jak łatwo mogą rozciąć delikatną skórę. Czas odkrywa je kawałeczek po kawałeczku, żebyś zadecydował, czy są aż tak ostre, czy tylko tak wyglądają. Bo zakochanie jest złudne, a miłość skomplikowana. Tyle że Kayden wcale tu o wielkiej miłości nie myśli, ani tej szekspirowskiej... Gdyby wyznał komuś, jak jest przez niego postrzegana, jego słowa można by przełknąć wraz z łykiem whisky i wzruszyć ramionami. To miało być niepoważne. Chwilowe, choć chwila ta powracała, przyjemna i rozgrzewająca, a jednak nie pokrywała się wcale z tym, o co podejrzewał go wcześniej blondyn i o co podejrzewał sam siebie na samym początku tej pokręconej znajomości. Gdyby chciał go zaciągnąć do łóżka, już dawno by do tego dążył. A więc...? A więc sam nie rozumiał, co nim kierowało, skoro ani chęć kochania, ani głód... nie miał pojęcia, jakie słowo mógłby podpiąć pod przedłużającą się listę przemyśleń, której miał już dość. Był zmęczony rozmyślaniem nad tym, co zrobić i co powiedzieć, żeby było dobrze. A już szczególnie tym, co go do Laurenta tak naprawdę ciągnęło.

Jednak to nie zmęczenie wygrało ostateczną walkę. - Mogłem się domyślić. - Powiedział cicho. Mógł, bo przecież Laurent już kilka razy pokazał mu, że był osobą o dobrym sercu. Ale nawet ludzie o dobrym sercu mają swoje kaprysy... - Ale zawsze istniał ten cień prawdopodobieństwa, że jednak tak. - ...a może właśnie patrzył przez brudny pryzmat siebie samego? Niesłusznie. Zauroczenie pryskało, kiedy na wierzch wychodziły prawdziwe kolory, a on doskonale o tym wiedział. Kayden westchnął, siadając obok niego ze szklanką w dłoniach i pochylając się lekko do przodu. - Oczywiście, że możesz. To moja wina, bo niesłusznie założyłem coś, co nawet nie powinienem zakładać. Zapewne, gdybym cię po prostu zapytał, otrzymałbym odpowiedź, niezależnie jaka by nie była... Wybacz, widocznie... nie radzę sobie z uczuciami, których nie rozumiem. - Mówił to wszystko spokojnie, jakby czytał właśnie z kartki scenariusz, który wydrukował mu się naprędce w głowie i wcisnął w usta ze słowami "Masz, czytaj bucu!" - Szczególnie jeśli chodzi o ciebie... - Kayden nie był typem osoby, która obwinia się tak, jak robił to Laurent. Widział, że zrobił błąd... i chciał go naprawić. Bardzo chciał. Bardziej, niż byłby w stanie to przyznać. - I nie wiem, o jakiej scenie mówisz. - Powiedział, biorąc łyka alkoholu. Nie było to powiedziane z ignorancją, czy też tak, jakby chciał wymazać to z pamięci. Ton miał łagodny, proponując swego rodzaju ugodę. Miał wyraźnie w głowie Laurenta ze łzami w oczach i jego słowa dobrze zapamiętane, tak jak niemalże każde, które do niego powiedział, czy napisał. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Stało się, co się stać miało... pytanie, co teraz?

Kayden zwrócił swoje szare oczy w stronę blondyna, chcąc poruszyć inną kwestię, która uczepiła się go ze słowami "na później", zamknięta, jak puszka pandory, którą nie chciał teraz otwierać, a jednocześnie musiał... bo się martwił. I zdecydowanie miał dość rozmyślania nad tym, co może, a czego nie powinien powiedzieć. - Co się stało? - Zapytał miękko, jakby puściły mu wszystkie hamulce konstruowane przez dumę, takt czy też etykietę. - Mówiłeś, że potrzebowałeś pomocy... Co się stało, Laurencie?



[Obrazek: qEyGuHF.gif]

✧ The bear loved the deer, it was obvious.
It ripped the deer's throat out, and then licked the dying deer
with the most passionate affection ✧
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#23
10.02.2024, 12:34  ✶  

Właśnie, co prowadziło Kaydenem? Widział już, że to typ bawidamka, Kayden nawet nie próbował tego udawać. Typ faceta, który szuka jednonocnych przygód. Bierze, czego chce i nie ma już niczego na drugi dzień. Tymczasem tutaj działy się czary. Laurent nie chciał od niego wcale wiele więcej przy pierwszym czy drugim spotkaniu niż tylko go zakosztować, pozwolić się otulić jego ramionom. Ale potem było spotkanie trzecie, czwarte, wspólna podróż. Jego czułość i nabożna cześć, z jaką go dotykał, a wcale nie sięgał po więcej. Teraz zamiast rozpiąć jego guziki do końca i dać upust frustracji i zamienić ją w lepszy smak po prostu je zapiął. Zapiął je. Te guziki jego koszuli. To nie mieściło się w jego normach znajomości tego typu, uciekało wszystkiemu, czego doświadczył. Możesz mieć każdego zamieniało się w możesz mieć każdego, a Kaydena? I wcale nie chciał, żeby to się kończyło. Z jakiegoś powodu nie chciał przenieść tej znajomości do łóżka, tak jakby ten akt miał wszystko zakończyć - każdy ten słodki i piękny dzień między nimi. Z drugiej strony wolałby taki finał niż to, co się stało tutaj. Zauroczenie, zakochanie, łatwo było zakończyć. Zgasić. Był płomieniem świecy, który należało chronić od wiatru, bo zaślepiał całkowicie spojrzenie na wady drugiej strony.

- Cień zawsze istnieje. Szczególnie, kiedy nosi się go we własnej głowie. - Zasłaniał widoki na coś wspaniałego, na pewne prawdy, które przez to nam umykały. Na wiarę w drugą osobę i na rzeczy pozornie oczywiste. Wyślizgnęli się sobie z palców przez pocztę. Przez głupią pocztę. Jeśli to nie było żałosne, żenujące, to Laurent nie wiedział, co było. Ale ta głupia poczta wystarczyła. Zbudowała w nich taki niepokój i poczucie porzucenia, że wygenerowała tylko żal i złość. Odczuwał niesmak tym wydarzeniem i faktem, że nie chciał teraz prowadzić takiej poważnej rozmowy z tym człowiekiem, który jeszcze do wczorajszego dnia był oznaczony jako ten, który spełnił największy strach jego życia - porzucił go. Wśród tych wszystkich rzeczy, które się działy i rzeczy, które zrobił, on się rozpłynął. Tymczasem on po prostu pracował i przeżywał swój własny koszmar. Pewnie nie mógł się skupić czasem. Pewnie zastanawiał się, co się dzieje. Coś takiego nie powinno mieć miejsca, ale miało. Mogli machnąć ręką, powiedzieć, stało się, odpuścić. Tymczasem siedział tutaj ze szklanką whiskey, której nawet nie powinien pić, szczególnie przy ostatnio przyjmowanych lekach.

Uczucia, których nie rozumiał... Laurent zapatrzył się na niego. Tyle proszenia o wybaczenie, tyle niepewności, napięcia i złości innego rodzaju niż ta, którą sobą prezentował jeszcze przed paroma chwilami nie pasowało do niego. Tak pomyślał - że to do niego nie pasowało. Tylko co on wiedział, co właściwie pasowało do tego człowieka? Jakie niby mógł mieć o tym pojęcie? Chyba tylko takie, że Kayden zdawał się nieugięty jak stal jego oczu. Dumny, z poczuciem własnej godności. Męska duma była czymś, co w żadnym wypadku nie powinno być naruszane, bo niszczyła tych mężczyzn. Sprawiało to, że zaczynali się gubić, a Laurent nie chciał, żeby Kayden się gubił. Przy czym na zagubionego nie brzmiał, wręcz przeciwnie. Brzmiał jakby miał wyuczoną na pamięć historyjkę na takie okazje, wyuczony schemat postępowania. Mówisz tak każdej? Po paru spotkaniach, po jednym spieprzonym, kiedy chciał wrócić do tego, jak było.

- W porządku. - Odetchnął. - Emocje są świeże, nie roztrząsajmy tego. - Dajmy emocjom opaść i może dotrzemy do jakichś lepszych wniosków. I przede wszystkim łatwiej będzie przełknąć szklankę goryczy, żeby znowu odnaleźć słodycz. Bo jeszcze za wcześnie było na powiedzenie "wybaczone, zapomniane". Uśmiechnął się mimo to lekko pod nosem na słowa, że nie wie, o jakiej scenie mówił. Słodkie. Bo bardzo nie chciał, żeby ta scena zaistniała. To było jedyne, czego mógł się w tym wszystkim wstydzić. Niekoniecznie zaś spodziewał się przejścia do innego tematu. Takiego nagłego przeskoczenia, które przez moment pozostawiło go w ciszy próby zrozumienia, o co pyta. Ale zrozumiał szybko. Szczególnie po tym jego spojrzeniu, po tonie, który był tym, za jakim tęsknił.

- Ach, to... - Nie dało się nie wyczuć lekkiej niechęci w jego głosie, lekki uśmiech zmienił się w bardziej krzywy. Nie chciał o tym mówić. Poprawił się w fotelu i nabrał głębiej powietrza w płuca, powoli je wypuszczając. Od czego miałby zacząć? Od początku? Od wszystkiego? Końca? Tylko części? Złapał za perłę, którą był kolczyk w jego uchu - ale tylko jeden. Nie było drugiego do pary. - Śmierciożercy próbowali zaatakować New Forest. Nic się nie stało, na miejscu był auror. - Nieformalnie, ale była aurorka. A to nawet nie była wisienka na torcie w tym wszystkim.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Gentleman
✦Oh, these violent delights...✦
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Kayden jest wysoki i szczupły, z lekkim zarysem mięśni i wyraźną linią szczęki. Czarne jak noc włosy ma rozwichrzone przez wiatr, zadziornie opadające na czoło. Oczy barwy gwiazd, srebrne i przenikliwe. Cera blada, niesamowicie ciężko ją opalić. Ubiera się elegancko, zwykle w biel i czerń, czasem kroplę czerwieni. W chłodne dni na barki narzuca czarny płaszcz. Woń cynamonu i wiśni jest zawsze obecna, dryfując wokół niego w zmysłowym tańcu.

Kayden Delacour
#24
18.02.2024, 04:45  ✶  

Cienie lubią wkradać się tam, gdzie światło nie dociera i psocić, podsyłając niechciane myśli. Czerpią z tego rozkosz, bo, ah... a nóż wydarzy się najgorsze. Na takie scenariusze trzeba być przygotowanym, a schemat postępowania w tym wypadku tworzył się naprędce. Tyle że życie ma własne cienie i odblaski światła, których przewidzieć się nie da. Tak, jak ta... kłótnia? To była kłótnia? Zwykłe nieporozumienie. Jakiś zgrzyt pomiędzy nimi, bo nadepnięto właśnie na cień, który padał z ich obu. Ich lęki były podobne, ale te lęki to nie dementorzy, którzy wysysają szczęście, ani też nie bogginy, które można zamienić w śmiech. Dlaczego? Bo jak dotąd nie zmaterializowały się jeszcze i nie przybrały postaci groźnego przeciwnika. To cień, a cień łatwo można rozproszyć. W teorii... To tylko durne listy. Nic więcej. Listy, które ruszyły jakieś głęboko zakorzenione coś. Strach przed schrzanieniem tego, co dopiero kwitło. Przewodnienie, zasuszenie — błąd ogrodnika.

Nie zmieniało to jednak faktu, że sprzeczka była niepotrzebna, a Kayden nie lubił truć sobie myśli rzeczami niepotrzebnymi. Gdyby było inaczej, marnowałby właśnie ręce nad pustymi płótnami matki, albo gubił się w słowie pisanym. Tylko prawdziwi artyści zamieniają cierpienie w prawdziwą sztukę, a że artystą nie był, sztukę wolał zostawić komuś, kto się na tym znał. - To głupie. - Wymsknęło mu się ciche podsumowanie, kiedy przecierał skronie i mógłby się nawet zaśmiać, ale nie było mu jakoś do śmiechu. Uniósł brwi ze zrezygnowaną miną. - Masz rację... nie ma po co tego teraz roztrząsać. Chociaż szkoda, że listy jednak nie docierały... - Kącik ust mu zadrżał, kiedy wbił lekko nieobecny wzrok w podłogę. - Wysłałem ci zdjęcie z wyścigów abraksanów w Tuluzie... - Westchnął cicho, bo łutem szczęścia akurat załapał się na jakieś finały, o których tak naprawdę nie miał zielonego pojęcia, a na które poszedł właściwie głównie ze względu na Laurenta. Żeby mieć o czym pisać w liście... który zaginął. Kurwa, przypadkiem.

Puszki pandory się nie otwiera w całości, kiedy we wnętrzu coś buzuje. Wiedział od razu, że sprawa, którą poruszył, była delikatna. Paradoksalnie po tym zdawkowym tonie, który już zresztą wcześniej słyszał u blondyna. Taki rzucony od niechcenia, jakby był nieistotny, choć waga słów była jak kowadło na plecy. Kayden zamrugał, jakby to, co zostało właśnie powiedziane, dotarło z lekkim opóźnieniem. Aha, no tak, śmierciożercy... Pewnie, co tam, dzień jak codzień. - Śmierciożercy. - Powtórzył szeptem, jakby zapisywał fakty na kartce papieru, tak naprawdę będąc myślami daleko. Zimno mu się zrobiło. - W New Forest. - Zmarszczył brwi, przegryzając lekko wargę. Dostrzegł grymas na twarzy mężczyzny i tak naprawdę walczył teraz z sobą, by nie drążyć tematu głębiej. We wnętrzu targała nim frustracja. Denerwowało go to... Denerwowało go to, że był nieobecny. Znowu. Dlaczego tak trudno było mu podjąć właściwe decyzje? Nabrał cicho powietrza w usta, chcąc zapytać, ale rozmyślił się. Potem poruszył wargami, ale odwrócił wzrok i je przegryzł ponownie. W rezultacie wyglądał jak złota rybka, która nie wie, co ma powiedzieć, nie mogąc tak naprawdę powiedzieć niczego. - Jesteś... jesteś cały? - Zapytał tylko, jakby z ust rybki jednak poleciały te bąbelki powietrza, które polecieć musiały.



[Obrazek: qEyGuHF.gif]

✧ The bear loved the deer, it was obvious.
It ripped the deer's throat out, and then licked the dying deer
with the most passionate affection ✧
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#25
20.02.2024, 11:08  ✶  

Był taki słodki. Taki piękny. Tak słodko teraz umykał oczami, czy delikatnie dobierał słowa i starał się przyjąć na siebie winę za swoje własne przewinienia. Więc dlaczego tak jak zawsze nie potrafił uśmiechnąć się anielsko, otworzyć rąk i powiedzieć, że przecież nic się nie stało? Uśmiechnąć słodko i zapomnieć o wszystkim? Nie mógł tak dłużej. Nie był w stanie tak funkcjonować. Trzymał na dłoni ciężkie, ociekające krwią serce, które biło bardzo mocno, tylko nie rozumiał jego rytmu i nie rozumiał, co tu się dzieje. Nie wierzył w to. Chciał to serce ścisnąć. Chciał je ściskać, żeby krwawiło trochę bardziej - właśnie dla niego. Przed nim. Żeby dołożyć mu cierpienia, ha! Na pewno było go za mało w przeciągu tego miesiąca, prawda? W tej ciszy, w zaginionych słowach, które przecież były takie cenne i powinny im w słodkości i rozkoszy ubarwiać życie codzienne i życie wieczne. Żeby wierzyć w prawdę i ją akceptować, musiałby jeszcze zaakceptować, że Kayden mówił o zauroczeniu, które wcale nie było zajęte tym, że chciał od niego tych odpiętych guzików. Że chciał je zapiąć i chciał... czego on chciał? Palce Laurenta powędrowały do koszuli, przesunął nimi po kołnierzu przez odczuwalny dyskomfort i zsunął nimi do pierwszego guzika, na którym przysięgałby, że nadal czuł odcisk opuszków Kaydena. Tak, kwiat między nimi dopiero kwitł. Stanęli teraz naprzeciw siebie, ten storczyk między nimi. Zasuszony, podgniły, obkopany przez nornice, które naruszyły jego korzenie. Nadal widoczna była zieleń, storczyk wypuścił nowy listek pod wpływem odpowiednich słów. To za mało. Nikt nie chciał liści od storczyka. Każdy chciał jego kwiaty.

- ... byłeś na wyścigach? - W jego głosie pobrzmiał nowy ton - tak chciałabym napisać. Ale on nie był nowy. Był starym, znajomym zaciekawieniem, które przebiło się przez ciężar chwili. Nowy dla tego momentu, ale stary - bo znajomy - dla samego Kaydena. Tak i w oczach pojawił się łagodniejszy blask. Poszedł na wyścigi. Czy jego... - Nie widziałem cię nigdy wcześniej na wyścigach w Anglii. - Powiedział to z pewnością, że ma to sens. Miało. Laurent najeździł się po każdych istotnych wyścigach, w końcu to był biznes jego rodziny i niektóre organizował razem z jej członkami. Ostatnio w ogóle wycofał się z tej branży, w pełni oddał się działalności New Forest. Pytał o to, bo skoro tam był, to... myślałeś o mnie? Czy to wysłane w jednym liście amavi nie było tylko czarem jak alohomora, które miało otworzyć drzwiczki, ale było bezosobowe i niczemu nie służyło? Bardzo chciał w to wierzyć. Tak samo jak bardzo chciał, żeby Kayden nie trzymał teraz dystansu fizycznego między nimi. Ale trzymał. Trzymał i tka się wahał, tak gryzł te swoje piękne wargi, które on sam chciał pogryźć i podotykać. Obracał głowę, kiedy sam chciał złapać jego szczękę i skierować ją tylko na siebie. Chciał podrapać jego plecy, chciał pozwolić zostawić na swoim ciele ślad wędrówki jego ust i palców, chciał... chciał, żeby ta rozmowa skończyła się słodko i uroczo. Chciał uzdrowienia. Chciał, żeby ta rozmowa sprowadziła go do parkietu. Zniszczyła.

Opuścił spojrzenie na trzymaną szklankę. Jego twarz odbijała się tam niewyraźnym cieniem. Czy był cały. Siedział tutaj, w jednym kawałku... ale chyba nie tego dotyczyło pytanie. Nie tego, czy ma teraz sztuczną nogę, czy może musieli mu wyciąć żebro, albo coś równie absurdalnego.

- Kayden... - Nie odpowiedział mu na to pytanie od razu. Chciał, ale jakoś głupie "tak" było... głupie. Banalne. To wypowiedziane imię też było jak zaklęcie. Zabrzmiało smutniej i ciężej, niżby chciał. Trochę się spiął, trochę mocniej zacisnął palce na szklance. Trochę emocji zdradził rumieniec na bladych policzkach. - Ja się naprawdę zakochałem.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Gentleman
✦Oh, these violent delights...✦
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Kayden jest wysoki i szczupły, z lekkim zarysem mięśni i wyraźną linią szczęki. Czarne jak noc włosy ma rozwichrzone przez wiatr, zadziornie opadające na czoło. Oczy barwy gwiazd, srebrne i przenikliwe. Cera blada, niesamowicie ciężko ją opalić. Ubiera się elegancko, zwykle w biel i czerń, czasem kroplę czerwieni. W chłodne dni na barki narzuca czarny płaszcz. Woń cynamonu i wiśni jest zawsze obecna, dryfując wokół niego w zmysłowym tańcu.

Kayden Delacour
#26
25.02.2024, 03:27  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.02.2024, 03:32 przez Kayden Delacour.)  

Motyle w brzuchu, słodki niepokój, spojrzenia i ciche tchnienia, wysyłane jak te listy, które nigdy nie dotarły na miejsce. Takie było zakochanie, taką miał w głowie ideę zauroczenia. Marzenia były bezczelne, gdy podsyłały nam pragnienia i wizje, bo tworzyły fałszywą rzeczywistość. Podoba ci się aktor, który gra rolę w przestawieniu, a gdy nie recytuje bezbłędnie swojej kwestii, nagle staje się człowiekiem. Dlatego może wzbraniał się przed nazwaniem tej relacji, tych uczuć i tego, o czym myślał, patrząc w morski błękit. Za wszelką cenę starał się widzieć człowieka, a nie bajkę... tylko nie było to wcale łatwe, kiedy patrzyłeś w te łagodne oczy, ani gdy słuchałeś jego anielskiego głosu. I nawet to krwawiące serce wydawało mu się piękne, aż zapragnął go dotknąć i ubarwić bladą skórę szkarłatem. Takie właśnie było zakochanie. A przecież wcale nie chciał, żeby cierpiał, ani Laurent, ani on sam. Dlatego słowa dobierał uważnie, dlatego stąpał jak po szkle... bo wiedział, że storczyk powinien kwitnąć, a nie gnić w wazonie.

Spokojnie dopił resztę whisky i odstawił szklankę na stolik. - Cóż... nie miałem powodu, żeby chodzić na wyścigi. - Powiedział to szczerze. Nigdy jakoś nie miał ani czasu, ani okazji, by się nimi zainteresować. Łatwiej się też rozmawiało o teatrze, sztuce, muzyce, czy też literaturze, bo otwierały znacznie więcej drzwi. Szukał tu jednak jakiegoś łącza, jakiegoś źródła, z którego czerpał Laurent, a które mógł poznać on sam, obejrzeć, wybadać... może pokochać. Tak więc... tak, Laurencie, veni, vidi i amavi po raz kolejny.

Usłyszał swoje imię jak zaklęcie i uniósł spojrzenie na twarz mężczyzny, którą zdobił uroczy rumieniec. Tyle tylko, że zaklęcie nie zadziałało jak amortencja. W perfekcyjnym świecie uśmiechnąłby się i dotknął jego twarzy, żeby musnąć wierzchem dłoni tego różanego ciepła. W perfekcyjnym świecie cieszyłby się z wyznania i odbił słowa jak lustro. Daleko mu jednak było do perfekcji, a Kayden, zamiast chłonąć to zakochanie jak spragniona wody roślina, zaczął panikować, choć twarz niczego nie zdradzała. Może jedynie zaskoczenie tym, że słowa te padły akurat teraz. Chciał zapytać... czy zakochał się w nim, czy w samej jego idei, ale bał się wytrącić Laurenta z bajki. Bo to była bajka... do tego momentu, kiedy te listy rozbiły piękny obraz, dni wydawały się barwne i zaczarowane. Dlatego też nie rozumiał, dlaczego blondyn mu to wyznał. Akurat teraz, kiedy jeszcze przed chwilą myślał, że oboje przegryzają coś gorzkiego i nie wiedzą, jak to przełknąć.

Przymknął lekko rozchylone usta i odwrócił wzrok. Nerwowo skakał oczami po stoliku kawowym, wcale go nie widząc. - To raczej nie jest odpowiedź na moje pytanie... - Powiedział cicho i w końcu uśmiechnął się lekko, po czym wrócił spojrzeniem na Laurenta. Srebro było łagodne, uśmiech niepewny. Wyglądał tak, jakby toczył właśnie walkę z własnymi myślami. Kwiaty były najpiękniejsze, kiedy kwitły w spokoju, i nie były zrywane, traktowane jak ozdoba, jak coś na chwilę. Chowały się na zimę, przykryte pierzyną śniegu, rosły na wiosnę i pięły się w stronę słońca latem, by jesienią mogły zasypiać powoli w opadłych liściach. Kwitły i wdzięczyły się każdego roku. Dlatego też brunet wcale nie chciał niszczyć tego, co między nimi było. Nie dążył też do ostatniego aktu, który zapewne wszystko by przedwcześnie zakończył i zaciągnął czerwoną kurtynę. Nie takiego zakochania pragnął. Powoli sięgnął w stronę szklanki Laurenta, by odłożyć ją na stolik, bez słów, które teraz wydawały mu się zbędne. Po chwili też ujął jego bladą dłoń i przechylił lekko głowę, by ją ucałować. Najpierw drobne palce, potem kostki, a na koniec wierzch dłoni... jakby delikatnie torował sobie drogę, żeby bez przeszkód spojrzeć w ten przejrzysty błękit. - W takim razie jest nas chyba dwoje... - Wyszeptał, zastanawiając się, jak bardzo wilk może kochać owcę, zanim go nie przeklną od diabłów.



[Obrazek: qEyGuHF.gif]

✧ The bear loved the deer, it was obvious.
It ripped the deer's throat out, and then licked the dying deer
with the most passionate affection ✧
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#27
25.02.2024, 16:13  ✶  

Aach... jaki słodki. Czy ten człowiek, który wydawał ci się metalem zdolnym do przybrania kształtu ostrza w każdej chwili mógł być tak płynny? Czy metal mógł przypominać miód, w jakim Kayden próbował go kąpać? Nawet nie próbował - on to po prostu robił. Zmieniając swoje położenie z punktu niebiańskich gwiazd aż do bolesnej rzeczywistości, o jaką nie chcieli uderzać. Oto jednak są - tu, na ziemi, bez skrzydeł. Jak człowiek z człowiekiem. Tak, właśnie tak obdzierano drugą osobę z magii. Szybko, bezlitośnie, z cięciem chirurga posiadającego w swojej dłoni żyletkę. Czy te cięcia były potrzebne - nie wiem. Laurent za to był przekonany, że nie było dobra bez zła, czerni bez bieli. Nie było też radości bez cierpienia. Jeśli jednak nie miał szczęśliwego początku, nie sądził, żeby miał szansę na szczęśliwy koniec to chociaż chciał dostać szczęśliwy środek. Bez względu na to, jakie wydarzenia go otaczały, jacy ludzie poza samym Kaydenem, to chwile z nim były jak taplanie się w wannie, w której woda była wyciśniętym z gwiazd syropem. Lekka, nie mogła się w niej pomarszczyć skóra. I z tym miodem. Nieprzesadnie słodkim. Miał taki sen, takie wyobrażenie - siebie w ramionach kogoś, kto skrzywdził wielu ludzi. Jego skrzywdził również. W tym sennym wyobrażeniu nie było jednak bólu (niepożądanego). Teraz wyobrażał sobie Kaydena w mlecznej kąpieli z płatkami róż. Dobrze, że nie miał problemu z naczynkami krwionośnymi, bo chyba zacząłby krwawić z nosa. Ten człowiek robił coś z ciałem, coś z psychiką... nie dziwił się, że mógł mieć pewnie każdą i ta każda chciała się wcisnąć mu do łóżka. Bo posiąść go chociaż na kilka godzin to jak wygrać z Bogiem w pokera. Łut szczęścia, dawka dopaminy i ekstazy wbita strzykawką do krwi. Nie wierzył więc, że on sam mógł wygrać coś więcej niż jedną partyjkę. A jednak Kayden był. I tak (nie)śmiesznie szukał wybaczenia... to wszystko do siebie nie pasowało. On do niego przecież nie pasował, tak? Chciał pasować. Chciał znów nie wątpić, nie myśleć o niczym, tylko o tych motylkach w brzuchu, które nigdy nie były tak intensywne jak przy nim. Ten człowiek poszedł na wyścigi, bo teraz miał powód. To prawda - do galerii sztuki, na wernisaże, do teatru chodzi się po to, żeby móc wymieniać z kimś doświadczenia i opinie, z kim poza tym nie miałbyś o czym mówić. Nie musisz tego nawet bardzo lubić... nie o to chodziło. Za dużo w tym świecie było rzeczy na pokaz. Kayden nie poszedł na wyścigi na pokaz.

Ta oddalająca się odpowiedź bardzo mocno wepchnęłaby go w fotel, gdyby nie wzrost wiary, wzrost trzepotu uwielbienia jeszcze jedno zdanie temu. Tak, Laurent nie odpowiedział na jego pytanie. A odpowiedź Kaydena była... najgorszą z możliwych odpowiedzi, jakie można udzielić. Dlatego sam nigdy nie tworzył takich sytuacji - mówił wprost. Nie kocham cię. Mimo tego, co teraz rozrywało ich i oddalało od siebie nie potrafił tego powiedzieć Kaydenowi. Potrafił powiedzieć za to, że naprawdę się zakochał. W formie przeszłej, albo teraźniejszej? Celowo nie nadał temu konkretnego czasu. Bo zakochał się. Tak bardzo zauroczył, że machał nogami w łóżku i działał jak pod wpływem eliksiru wzmagającego siły, pobudzającego pod każdym względem. Biegał w skowronkach i chciał, żeby każdy posłuchał, że się zakochał! Chciał opowiadać każdemu o... piękniej, ciemnowłosej niewieście ze stalowymi oczami. O tym, jaka jest fantastyczna i jak mąci mu w głowie. I trajkotać o tym, że, mój Boże, zaplanował już dla nich całą przyszłość i on to widział to tak, siak i śmak. Tylko dzieci z tego nie będzie. O tym nie wspominał. Oddalała się Kaydena odpowiedź... i zaraz przybliżyła tak intensywnie, że Laurent wstrzymał dech w piersi. Otworzył szeroko oczy. Puścił palce zaciśnięte na szklance o tyle, żeby się z nich nie wyślizgnęła i jego twarz podążyła za dotykiem, a wzrok napotkał tę pościel ze srebrzystego splotu, która była jego oczami. Jak bardzo mu się to podobało... jak bardzo kochał to, że groźby wilka zamieniał się przed nim w słodkiego szczeniaczka. I wcale nie przestawał być przez to wilkiem, niczego mu nie ubywało. Stawał się taki... swój. Oswojony.

Serce uderzyło mu w klatce piersiowej tak mocno, że wymusiło wręcz nabranie powietrza.

Jedna ręka Laurenta zacisnęła się mocno na nadgarstku Kaydena. Bardzo mocno. Druga ułożyła się na jego drugim ramieniu tak delikatnie, jakby bał się go uszkodzić. Z jednej strony chciał mu powiedzieć, żeby w końcu wziął go jakby zawsze należał do niego, a druga strona chciała szeptać, żeby oplatał go tym anielskim puchem, jaki na niego sprowadzał i nie pozwalał temu na zmianę. Sławne dwa wilki, które trzeba karmić, co? Laurent zawsze był niewolnikiem swojego własnego ciała i swoich rządz.

- Och... uf... - Cichutkie dźwięki przesmyknęły się między jego ustami w próbach uformowania jakiegoś zdania. Nie bardzo mu to wychodziło. - Chyba... chyba... - Próbował dalej... ale w końcu się poddał. Zarzucił te ręce na jego szyję i przyciągnął się do niego, kradnąc jego usta i oddech dla siebie.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Kayden Delacour (5999), Laurent Prewett (7691)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa