• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Bliskie Okolice Londynu v
« Wstecz 1 2 3 Dalej »
[04.06.1972] Stanie Zoi

[04.06.1972] Stanie Zoi
entropy
What if I fall into the abyss?
What if I swing only just to miss?
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Egzorcystka, medium, wróżbitka
Jest w niej pewna nerwowość, którą widać tak samo w gestach jak i odległym spojrzeniu zielonych oczu, pod którymi rozsiane zostały konstelacje piegów. Blond włosy ma zawsze ścięte przed ramiona. Jej drobną, niewielką (160cm) sylwetkę otacza zwykle ciężki zapach kadzideł, który wydaje się wżerać w każdy skrawek jej ciała i noszonych przez nią materiałów, ale kiedy komuś dane jest znaleźć się dostatecznie blisko, spod spodu przebija się pewna o wiele lżejsza nuta, przywodząca na myśl letnią noc, podczas której z łatwością można policzyć na niebie wszystkie gwiazdy.

Ambrosia McKinnon
#1
28.03.2024, 03:10  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.03.2024, 03:49 przez Ambrosia McKinnon.)  
Chyba się zgubiła.

A przynajmniej takie zaczęła odnosić wrażenie, kiedy już chyba trzeci raz wydało jej się, że to drzewo po prawej stronie ścieżki wygląda dziwnie znajomo. Jego rozłożyste gałęzie zdawały się przypominać jakąś postać skręconą w figurze serpentinacie, rozpaczliwie próbującą się wyrwać z objęć wykrzywionego, guzowatego pnia. Zaczynała w tym wszystkim szczerze żałować, że nie zainwestowała w jakiegoś przewodnika, albo nie dopytała o jakieś wskazówki, jak dostać się do wskazanego miejsca, bo aktualnie zaczynała faktycznie rozważać powrót do domu.

Postanowiła sobie jednak dać szansę. Ostatnią i chyba tylko dlatego, że dzień był całkiem przyjemny, nawet pomiędzy drzewami, gdzie rozłożyste korony ograniczały dopływ ciepłych, ożywczych promieni słonecznych. Miała też szczerą nadzieję, że kiedy dotrze do miejsca docelowego (o ile w ogóle, biorąc pod uwagę okoliczności) to nie spotka się z dość wymownym powitaniem. Klient w liście dość jasno wyrażał się, że sprawa jest dość nagląca, albo raczej uciążliwa dla wszystkich domowników posiadłości, w której zagnieździł się złośliwy duch.

Kiedy otrzymywała takie oficjalne zlecenia, czuła pewnego rodzaju rozczarowanie, że nie mogła komuś zwyczajnie powiedzieć, żeby spalił te całą chałupę i przeprowadził się gdzieś indziej. Nie wypadało. Z resztą, już parę razy sprawdziła, jak ludzie reagują na tego typu dobre rady i zauważyła, że niezbyt były one celne, nawet jeśli często padały w zwyczajnych żartach. Coś wtedy gasło w ludzkich oczach. Ale jak to spalić? Padało niepewnie, z pewnym ociąganiem, kiedy rozmówca próbował wybadać czy ona sama nie posiada niezbędnej do funkcjonowania klepki, czy to on czegoś nie rozumie.

Ścieżka skręciła. Znowu, a McKinnon podążyła wzdłuż niej, trochę pewna tego, że popełnia kolejny raz ten sam błąd, nawet jeśli nie pamiętała czy ostatnim razem skierowała się w prawo czy w lewo. Teraz jednak nie miało to większego znaczenia, bo nie potrzebowała nawet zegarka żeby dojść do wniosku, że zwyczajnie była spóźniona. Trudno - nie pierwszy, nie ostatni raz, bo co jej niby zrobią? Wystawia niepochlebną recenzję? Dobre sobie.

Ścieżka straciła na wyrazistości, sugerując rzadziej uczęszczaną trasę, prowadząc także do wyraźniejszego prześwitu między drzewami, gdzie promienie słońca wydarły sobie nieco więcej miejsca między gęstymi koronami. A kiedy zielonkawe spojrzenie oczu McKinnon przestało brodzić po gęstwinie po lewej stronie, przenosząc się w kierunku w którym szła, trafiło na skrytą między pniami sylwetkę.

W pierwszej chwili zatrzymała się w pół kroku, marszcząc brwi i lekko przekrzywiając głowę, lustrując uważnie znajdującą się przed nią figurę. Przez moment była absolutnie pewna, że udało jej się jakimś cudem napotkać na tym bezdrożu osobę z krwi i kości, ale im dłużej się przyglądała, tym większą miała pewność, że chyba nie była to prawda. Bo przecież dziewczyna tkwiła w bezruchu. W pewnym sensie dość strasznym zawieszeniu, bo cała jej sylwetka zdawała się zatrzymana w pół kroku, jakby ktoś odmówił jej prawa do ucieczki.

Bo kiedy Ambrosia zbliżyła się do niej i spojrzała na jej twarz, do takiego właśnie wniosku doszła - że kobieta musiała chyba przed czymś uciekać, bo wyraz jej twarzy jasno sugerował, jak przerażona musiała być. W jakiś sposób ta skamieniała sylwetka zasiała w McKinnon niepokój, jakby ogólny nastrój rzeźby, kontrastujący z idyllicznym, spokojnym krajobrazem, był zaraźliwy. Jakby sama blondynka powinna zastanowić się właśnie nad tym, żeby się stąd ewakuować. Ale szybkie, może nieco nerwowe spojrzenie, nie dało jej ku temu żadnych powodów.

Dlatego właśnie w następnej kolejności sięgnęła po różdżkę. Bo im dłużej patrzyła na zastygłą dziewczynę, tym większe miała wrażenie, że nie była to taka zwyczajna rzeźba. Może i Ambrosia nie była koneserką sztuki, a przynajmniej nie rzeźb, ale parę w życiu widziała - na tyle by ta przed nią wcale taką nie była, albo wręcz przeciwnie - zaliczała się jako istne arcydzieło i jej miejsce powinno być w muzeum, a nie na miękkim mchu pośrodku lasu. I im dłużej nad tym myślała, tym bardziej skłaniała się do opcji machnięcia różdżką i to właśnie zrobiła, z namysłem kształtując magię tak, by pomogła jej przełamać ewentualne zaklęcie ciążące na statule.

Rzut Z 1d100 - 86
Sukces!


Magia zaiskrzyła, a Zoia nabrała powietrza w płuca, kiedy tylko ciążąca na niej klątwa osłabła. Przerażenie w jej oczach nie opadło nawet na chwilę, a dziewczyna rzuciła się przed siebie w panicznym biegu, potrącając swoją wybawicielkę tak, że ta wylądowała na miękkim listowiu, niby to trącona, ale w gruncie rzeczy zwyczajnie nie spodziewając się takiego obrotu spraw. Krzyczała też. Na Matkę, jak ona okropnie krzyczała, kiedy tak zrobiła parę kroków, by wreszcie znowu ugrzęznąć w miejscu, a dookoła znowu zapadła martwa cisza.

Rosie zajęło chwilę, zanim pozbierała się z miejsca i podeszła na nowo do posągu, przyglądając się Zoi z uwagą. Czuła, że jej zaklęcie zostało rzucone poprawnie; na tyle, by nie próbowała znowu odczarować dziewczyny, bo doszła do wniosku, że sytuacja może się tylko powtórzyć. Dlatego usiadła na ściółce i wyciągnęła swoją talię tarota, przez moment z zastanowieniem tasując karty, między nie wplatając swoje intencje i tłumacząc im zaistniałą sytuację.

Czy można jej pomóc?

Rzut Tarot 1d78 - 42
Dziewiątka Pucharów


Rosie przygryzła wargę, widząc jak w jej dłoni pojawia się Dziewiątka Pucharów, a znajdujący się na niej mężczyzna patrzy na nią do góry nogami. Ale mimo zmartwienia, na jej twarzy pojawiło się także niezadowolenie, jakby gorszej odpowiedzi nie mogła otrzymać. Wiem, pomyślała z przekąsem, w głowie rozwodząc się nad tym, że świadoma jest iż takie przedsięwzięcie może zająć dużo czasu. Tyle, że ona nie zamierzała inwestować w to swojego własnego.

Czy niebezpieczeństwo, które na nią czyhało już minęło?

Rzut Tarot 1d78 - 7
Arcykapłan


Pociągnęła kolejną kartę, unosząc brwi na Arcykapłana. Szkoda, że nie Arcykapłanka, fuknęła w myślach jakby oburzona, spoglądając to na kartę, to na znajdującą się przed nią i przerażoną dziewczynę. Cokolwiek nad nią wisiało, było uparte, ale Rosie nie potrzebowała karty, żeby się tego domyślić i teraz dochodziła powoli do wniosku, że talia nie miała dzisiaj ochoty rozmawiać o sprawach tak głębokich, a zwyczajnie sobie z niej drwiła. Bo co, postanowiła się spóźnić na spotkanie czy o co właściwie teraz jej chodziło? Gniewne spojrzenie spoglądało na plik kart, nie jakby to był zwykły przedmiot, a jakaś osoba, która właśnie coś w jej oczach przeskrobała.

Ostatnia szansa, rzuciła w myślach, jakby ostrzegając talię przed swoimi zamiarami i granicami własnej cierpliwości.

Czy kiedyś jeszcze będzie szczęśliwa?

Rzut Tarot 1d78 - 29
Czwórka Mieczy


Zadała swoje głupiutkie pytanie, sprowadzając się do poziomu, na którym chyba chciała prowadzić z nią rozmowę jej talia. To nie tak, że jakkolwiek interesowało ją, czy dziewczyna zostanie odczarowana i czy faktycznie zazna jeszcze szczęścia, a nie skamieniałego przerażenia, ale o cóż lepszego mogła teraz próbować uzyskać odpowiedź? Czwórka Mieczy przez moment siedziała w jej palcach, odrobinę może ciążąc, zanim Rosie nie wzruszyła ramionami z obojętnością nad losem przeklętej kobiety. Szkoda, skonstatowała, obracając w głowie myśl, że dobrze że to ona nie skończyła w takiej sytuacji.
Poruszyła też znowu kartami, tasując je by odświeżyć własne intencje i odsunąć się myślami od Zoi, nawet jeśli ta wisiała nad nią właśnie, zamieszona w niebycie i rzucając cień na jej twarz. W końcu jednak pociągnęła ostatnią kartę, teraz już całkiem dla siebie.

Rzut Tarot 1d78 - 8
Kochankowie


A potem poczuła, jak serce jej ciąży, a żołądek związuje się w supeł. W palcach trzymała Kochanków, splecionych w słodkim objęciu i odcinających się estetyką na tle większości jej talii. Karta, która pozostawała niezmiennie ważne w jej talii od tych wielu, wielu lat, od kiedy jeszcze w Hogwarcie zamieniła ją miejscami w talii swojej i Alexandra. Czasem paliła ją w palce - dokładnie tak jak teraz, z nieprzyjemnym poczuciem okropnej straty, ale też i słodką obietnicą tego, że póki nie dostała od niego swojej własnej, nie wszystko było stracone.
Patrzyła na nią tylko przez chwilę, pośpiesznie wkładając ją do talii, którą następnie schowała, dziękując za oporną współpracę. Spojrzała jeszcze na zastygłą w panice dziewczynę, przez dłuższą chwilę kontemplując to, co właściwie mogła w zaistniałej sytuacji zrobić - bo prawdę powiedziawszy, ta wydawała się jej bez wyjścia. Nie była klątwołamaczką, ale miała wrażenie, że ciążąca na niej klątwa była z sortu tych wybitnych. Takich, którymi kierowały silne emocje, które niezwykle ciężko było przełamać i się ich pozbyć. A to znaczyło, że kobieta być może już na zawsze była zmuszona do tkwienia w tym skrawku lasu, ewentualnie trochę dalej, jeśli ktoś znowu ją znajdzie i spróbuje odczarować.
I przez pewien moment, siedząc tak przed nią i spoglądając w górę, na jej oblepioną ciepłym światłem słonecznych promieni sylwetkę, Ambrosia faktycznie jej współczuła. I zastanawiała się, czy w tym stanie tkwi w jakimś zawieszeniu, czy może targa nią niekończąca się panika i przerażenie. Nie życzyła jej tego drugiego, ale nie miała jak upewnić się, jaką odpowiedź uzyskałaby na swoje wątpliwości, bo kiedy jeszcze jakiś czas temu machnęła różdżką i odczarowała na moment dziewczynę, ta w krzyku wypluwała z siebie niezrozumiałe słowa, których McKinnon nie była w stanie zrozumieć, nie ważne ile razy nie powtarzała ich w głowie.

W końcu jednak podniosła się z miejsca, otrzepując ubranie ze ściółki, która fragmentami przywarła do materiału założonej przez nią sukienki. Jedyne co faktycznie mogła zrobić, to powiedzieć o tym znalezisku ojcu. Może on, jako niewymowny, zainteresowałby się tym zjawiskiem, a może znalazłby w Departamencie Tajemnic kogoś, kto uznałby to za ciekawą zagadkę. Ale tym mogła zająć się dopiero, kiedy przyjdzie jej wrócić do domu, bo na razie postanowiła wrócić na ścieżkę, która doprowadziła ją do tego miejsca. Może wróci nią nieco i wybierze inny zakręt, a ten doprowadzi ją do upragnionego celu. W końcu nie siedziała przed tym posągiem aż tak długo i może to spóźnienie zostanie jej wybaczone.

Koniec sesji


she was a gentle
sort of horror
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambrosia McKinnon (1530)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa