27.03.2024, 15:54 ✶
Ton Morpheusa momentalnie uziemnił zdenerwowanego dyplomatę. Podszedł do niego z brzmiącym westchnieniem, tak aby mógł się spodziewać ciężaru zgaszonego papierosa na jednym z makowych liści.
– Wiem. Właśnie wiem, że nie chcesz rozmawiać – przyznał miękko, z czułością, z posmakiem bezsilności kogoś, kto może tylko patrzeć jak ten, którego się kocha, dąży do samo destrukcji. Ciche mlaśnięcie oznajmiło, że srebrnousty z pary chciałby jeszcze coś dodać, sformułować ciche zapewnienie, lecz te słowa nie były potrzebne. Oboje wiedzieli, jak jest, i co znaczy jeśli jeden z nich nie chce skorzystać z możliwości wypowiedzenia czegokolwiek w zaufaniu. I nie chodziło o tu i teraz, o wymuszone szepty w szpitalnym anturażu. Ale od czasu, gdy stało się to co się stało widzieli się nie raz.
Przygryzł wargę, gest, na który publicznie nie pozwalał sobie nigdy, ale teraz był na przeciwległym biegunie, nie dbając o prasę, o osąd innych, który mógł się pojawić w związku z tym jak rzucił wszystko, by pognać do innego mężczyzny, on, wdowiec, który już dawno wyszedł z żałoby i powinien ułożyć sobie z kimś życie. Cóż, nie jemu było tłumaczyć innym, że życie w samotności też mogło mieć jakiś smak.
– Ale na Dionizje założysz jej bardotkę, dobrze? Obrażę się śmiertelnie jeśli tego nie zrobisz. – podjął ton, przyjemne rozproszenie, odejście od zmartwień przypieczętowane ciężarem dłoni na ramieniu rannego głupca.
– Twój gość, jeśli tylko poprawia Ci humor, jest też mile widziany. Dam znać Lisie, żeby załatwiła większą naziemną karocę. Sygnet oddasz na miejscu. – dodał, po czym równie nagle jak się pojawił, choć zdecydowanie mniej widowiskowo, opuścił izolatkę, pozostawiając Morpheusa z własnymi myślami otoczonymi papierosowym dymem.
– Wiem. Właśnie wiem, że nie chcesz rozmawiać – przyznał miękko, z czułością, z posmakiem bezsilności kogoś, kto może tylko patrzeć jak ten, którego się kocha, dąży do samo destrukcji. Ciche mlaśnięcie oznajmiło, że srebrnousty z pary chciałby jeszcze coś dodać, sformułować ciche zapewnienie, lecz te słowa nie były potrzebne. Oboje wiedzieli, jak jest, i co znaczy jeśli jeden z nich nie chce skorzystać z możliwości wypowiedzenia czegokolwiek w zaufaniu. I nie chodziło o tu i teraz, o wymuszone szepty w szpitalnym anturażu. Ale od czasu, gdy stało się to co się stało widzieli się nie raz.
Przygryzł wargę, gest, na który publicznie nie pozwalał sobie nigdy, ale teraz był na przeciwległym biegunie, nie dbając o prasę, o osąd innych, który mógł się pojawić w związku z tym jak rzucił wszystko, by pognać do innego mężczyzny, on, wdowiec, który już dawno wyszedł z żałoby i powinien ułożyć sobie z kimś życie. Cóż, nie jemu było tłumaczyć innym, że życie w samotności też mogło mieć jakiś smak.
– Ale na Dionizje założysz jej bardotkę, dobrze? Obrażę się śmiertelnie jeśli tego nie zrobisz. – podjął ton, przyjemne rozproszenie, odejście od zmartwień przypieczętowane ciężarem dłoni na ramieniu rannego głupca.
– Twój gość, jeśli tylko poprawia Ci humor, jest też mile widziany. Dam znać Lisie, żeby załatwiła większą naziemną karocę. Sygnet oddasz na miejscu. – dodał, po czym równie nagle jak się pojawił, choć zdecydowanie mniej widowiskowo, opuścił izolatkę, pozostawiając Morpheusa z własnymi myślami otoczonymi papierosowym dymem.
Koniec sesji