04.09.2024, 10:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.09.2024, 11:00 przez Florence Bulstrode.)
– Jestem kobietą pełną niespodzianek.
Tak jak on mówił z pewnym przekąsem, tak jej ton był teraz zimny niczym arktyczne powietrze.
Zaiste, Florence bardzo starannie omijała wszelkie błotniste kałuże, do Kniei Godryka weszła tylko dlatego, że po Beltane ludzie potrzebowali tam pomocy uzdrowiciela, podczas deszczu zawsze używała parasolki, a kurz nie zdążał nawet pojawić się w jej sypialni, bo codziennie rzucała zaklęcia, które miały temu zapobiec. Ciekawości miała w sobie mnóstwo, ale była to ciekawość ukierunkowana na klątwy, i to te, które dręczyły jej pacjentów – nie była skora do przebijania się przez dżunglę, by zdobyć jakiś przeklęty posążek. Raczej wolała analizować i porównywać krew osób obciążonych likantropią z ludzką oraz wilczą, w zaciszu własnego laboratorium.
Ambroise zapewne miał w sobie znacznie więcej tej żyłki do przygód, skoro włóczył się to po Kniei, to po Nokturnie. I chociaż o tym drugim nie wiedziała, to jednak gdy wróciła, zmierzyła najpierw podejrzliwym spojrzeniem jego, a potem ławkę – jakby sprawdzała, czy jednak nie spróbował wyrwać tych roślin pod jej nieobecność gołymi palcami, bo dlaczego by nie… Botanicy zdaniem Florence bywali odrobinę szaleni.
– Masz zamiar potem osobiście szorować tę ławkę? – spytała widząc, że odesłał stażystę, ale nie próbowała powstrzymywać chłopaka. Uznała, że po prostu wezwie później woźnego, jeśli już upewnią się, że rośliny nie będą robić więcej problemów. Chwilę potem jednak wyraz jej twarzy stał się jakby bardziej ponury. – Kilka tygodni temu porządkowałam jeden z magazynów z Fernah Slughorn. Wszystko było poprzestawiane, trudno było ustalić, czego brakuje, a czego nie. Większość eliksirów, których nie było we właściwych miejscach, a powinny być obecne według rejestrów, udało się nam znaleźć, ale kilka zaginęło. Pytanie więc, czy te braki wynikają z bałaganu i nieodnotowywania zaopatrzenia, czy że ktoś przywłaszcza sobie mikstury – powiedziała, bardzo rzeczowym tonem. Nie odważyła się na razie szafować oskarżeniami, bo to byłby bardzo poważny zarzut, ale od tamtego wieczoru regularnie zaglądała do rejestrów i zerkała na półki. – Odkąd osobiście sprawdzam ten magazyn raz w tygodniu, w nim niczego nie brakuje.
Co mogło znaczyć wszystko albo nic. Stażyści po tamtym dniu, gdy dosłownie dostała szału i przy okazji urządziła im dyktando, bo odkryła, że w opisach składników eliksirów są błędy, mogli być staranniejsi. Albo uzdrowiciele staranniej zapisywali, co zużywają, kiedy Florence raz czy dwa spytała, ile fiolek eliksiru odkażającego zużyli, bo czegoś brakuje w magazynie. Albo… albo ktoś, kto zabierał kolorowe buteleczki, uznał, że zabieranie ich z tego magazynu będzie nazbyt ryzykowne, skoro ktoś tak uparcie na nim czuwa.
Ale były inne magazyny. Florence miała pracę i swoje życie, czuwała więc tylko nad tym, z którego sama pobierała zapasy.
Ujęła pojemnik, jedną ręką jednak, w drugą chwytając różdżkę, i obserwowała Greengrassa, kiedy zabrał się za usuwanie roślin z ławki. Przez chwilę wydawało się, że wszystko przebiegnie tak jak trzeba, a potem...
...rośliny zamiast trafić do pojemnika rzuciły się do ucieczki.
Florence wypuściła pojemnik z dłoni, wycelowała różdżką, już nie martwiąc się, czy powinni używać magii czy nie i cisnęła zaklęcie translokacyjne, chcąc pochwycić w jego moc umykające... coś i wrzucić z powrotem do pojemnika.
Trawa uniosła się i pomknęła przez korytarz, by wpaść na dno pojemnika, a Florence zatrzasnęła go kopniakiem. Wpatrywała się przez chwilę najpierw w tej pojemnik, potem w ławkę, wyraźnie zagniewana. Nie, nie na Greengrassa. Na całą sytuację i te bezczelne rośliny.
- Podejście mechaniczne i eliksir najwyraźniej nie działają - oświadczyła suchym tonem. - Chyba skuteczniej będzie jednak zerwać je zaklęciami i translokować do pojemnika. A pojemnik przekazać waszemu wydziałowi, to dalszych badań.
A jeszcze wciąż czekały te bezczelne, duszące pnącza, w jej gabinecie...
Tak jak on mówił z pewnym przekąsem, tak jej ton był teraz zimny niczym arktyczne powietrze.
Zaiste, Florence bardzo starannie omijała wszelkie błotniste kałuże, do Kniei Godryka weszła tylko dlatego, że po Beltane ludzie potrzebowali tam pomocy uzdrowiciela, podczas deszczu zawsze używała parasolki, a kurz nie zdążał nawet pojawić się w jej sypialni, bo codziennie rzucała zaklęcia, które miały temu zapobiec. Ciekawości miała w sobie mnóstwo, ale była to ciekawość ukierunkowana na klątwy, i to te, które dręczyły jej pacjentów – nie była skora do przebijania się przez dżunglę, by zdobyć jakiś przeklęty posążek. Raczej wolała analizować i porównywać krew osób obciążonych likantropią z ludzką oraz wilczą, w zaciszu własnego laboratorium.
Ambroise zapewne miał w sobie znacznie więcej tej żyłki do przygód, skoro włóczył się to po Kniei, to po Nokturnie. I chociaż o tym drugim nie wiedziała, to jednak gdy wróciła, zmierzyła najpierw podejrzliwym spojrzeniem jego, a potem ławkę – jakby sprawdzała, czy jednak nie spróbował wyrwać tych roślin pod jej nieobecność gołymi palcami, bo dlaczego by nie… Botanicy zdaniem Florence bywali odrobinę szaleni.
– Masz zamiar potem osobiście szorować tę ławkę? – spytała widząc, że odesłał stażystę, ale nie próbowała powstrzymywać chłopaka. Uznała, że po prostu wezwie później woźnego, jeśli już upewnią się, że rośliny nie będą robić więcej problemów. Chwilę potem jednak wyraz jej twarzy stał się jakby bardziej ponury. – Kilka tygodni temu porządkowałam jeden z magazynów z Fernah Slughorn. Wszystko było poprzestawiane, trudno było ustalić, czego brakuje, a czego nie. Większość eliksirów, których nie było we właściwych miejscach, a powinny być obecne według rejestrów, udało się nam znaleźć, ale kilka zaginęło. Pytanie więc, czy te braki wynikają z bałaganu i nieodnotowywania zaopatrzenia, czy że ktoś przywłaszcza sobie mikstury – powiedziała, bardzo rzeczowym tonem. Nie odważyła się na razie szafować oskarżeniami, bo to byłby bardzo poważny zarzut, ale od tamtego wieczoru regularnie zaglądała do rejestrów i zerkała na półki. – Odkąd osobiście sprawdzam ten magazyn raz w tygodniu, w nim niczego nie brakuje.
Co mogło znaczyć wszystko albo nic. Stażyści po tamtym dniu, gdy dosłownie dostała szału i przy okazji urządziła im dyktando, bo odkryła, że w opisach składników eliksirów są błędy, mogli być staranniejsi. Albo uzdrowiciele staranniej zapisywali, co zużywają, kiedy Florence raz czy dwa spytała, ile fiolek eliksiru odkażającego zużyli, bo czegoś brakuje w magazynie. Albo… albo ktoś, kto zabierał kolorowe buteleczki, uznał, że zabieranie ich z tego magazynu będzie nazbyt ryzykowne, skoro ktoś tak uparcie na nim czuwa.
Ale były inne magazyny. Florence miała pracę i swoje życie, czuwała więc tylko nad tym, z którego sama pobierała zapasy.
Ujęła pojemnik, jedną ręką jednak, w drugą chwytając różdżkę, i obserwowała Greengrassa, kiedy zabrał się za usuwanie roślin z ławki. Przez chwilę wydawało się, że wszystko przebiegnie tak jak trzeba, a potem...
...rośliny zamiast trafić do pojemnika rzuciły się do ucieczki.
Florence wypuściła pojemnik z dłoni, wycelowała różdżką, już nie martwiąc się, czy powinni używać magii czy nie i cisnęła zaklęcie translokacyjne, chcąc pochwycić w jego moc umykające... coś i wrzucić z powrotem do pojemnika.
Rzut O 1d100 - 35
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut O 1d100 - 59
Sukces!
Sukces!
Trawa uniosła się i pomknęła przez korytarz, by wpaść na dno pojemnika, a Florence zatrzasnęła go kopniakiem. Wpatrywała się przez chwilę najpierw w tej pojemnik, potem w ławkę, wyraźnie zagniewana. Nie, nie na Greengrassa. Na całą sytuację i te bezczelne rośliny.
- Podejście mechaniczne i eliksir najwyraźniej nie działają - oświadczyła suchym tonem. - Chyba skuteczniej będzie jednak zerwać je zaklęciami i translokować do pojemnika. A pojemnik przekazać waszemu wydziałowi, to dalszych badań.
A jeszcze wciąż czekały te bezczelne, duszące pnącza, w jej gabinecie...