• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn Klinika magicznych chorób i urazów v
1 2 Dalej »
[08.07.72] Zielona ręka

[08.07.72] Zielona ręka
Dama z Lumos
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Kasztanowe włosy zwykle ma ciasno spięte, odsłaniając bladą, trochę piegowatą twarz. Oczy ma jasne, o uważnym spojrzeniu. Około metr sześćdziesiąt dziewięć wzrostu.

Florence Bulstrode
#21
04.09.2024, 10:55  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.09.2024, 11:00 przez Florence Bulstrode.)  
– Jestem kobietą pełną niespodzianek.
Tak jak on mówił z pewnym przekąsem, tak jej ton był teraz zimny niczym arktyczne powietrze.
Zaiste, Florence bardzo starannie omijała wszelkie błotniste kałuże, do Kniei Godryka weszła tylko dlatego, że po Beltane ludzie potrzebowali tam pomocy uzdrowiciela, podczas deszczu zawsze używała parasolki, a kurz nie zdążał nawet pojawić się w jej sypialni, bo codziennie rzucała zaklęcia, które miały temu zapobiec. Ciekawości miała w sobie mnóstwo, ale była to ciekawość ukierunkowana na klątwy, i to te, które dręczyły jej pacjentów – nie była skora do przebijania się przez dżunglę, by zdobyć jakiś przeklęty posążek. Raczej wolała analizować i porównywać krew osób obciążonych likantropią z ludzką oraz wilczą, w zaciszu własnego laboratorium.
Ambroise zapewne miał w sobie znacznie więcej tej żyłki do przygód, skoro włóczył się to po Kniei, to po Nokturnie. I chociaż o tym drugim nie wiedziała, to jednak gdy wróciła, zmierzyła najpierw podejrzliwym spojrzeniem jego, a potem ławkę – jakby sprawdzała, czy jednak nie spróbował wyrwać tych roślin pod jej nieobecność gołymi palcami, bo dlaczego by nie… Botanicy zdaniem Florence bywali odrobinę szaleni.
– Masz zamiar potem osobiście szorować tę ławkę? – spytała widząc, że odesłał stażystę, ale nie próbowała powstrzymywać chłopaka. Uznała, że po prostu wezwie później woźnego, jeśli już upewnią się, że rośliny nie będą robić więcej problemów. Chwilę potem jednak wyraz jej twarzy stał się jakby bardziej ponury. – Kilka tygodni temu porządkowałam jeden z magazynów z Fernah Slughorn. Wszystko było poprzestawiane, trudno było ustalić, czego brakuje, a czego nie. Większość eliksirów, których nie było we właściwych miejscach, a powinny być obecne według rejestrów, udało się nam znaleźć, ale kilka zaginęło. Pytanie więc, czy te braki wynikają z bałaganu i nieodnotowywania zaopatrzenia, czy że ktoś przywłaszcza sobie mikstury – powiedziała, bardzo rzeczowym tonem. Nie odważyła się na razie szafować oskarżeniami, bo to byłby bardzo poważny zarzut, ale od tamtego wieczoru regularnie zaglądała do rejestrów i zerkała na półki. – Odkąd osobiście sprawdzam ten magazyn raz w tygodniu, w nim niczego nie brakuje.
Co mogło znaczyć wszystko albo nic. Stażyści po tamtym dniu, gdy dosłownie dostała szału i przy okazji urządziła im dyktando, bo odkryła, że w opisach składników eliksirów są błędy, mogli być staranniejsi. Albo uzdrowiciele staranniej zapisywali, co zużywają, kiedy Florence raz czy dwa spytała, ile fiolek eliksiru odkażającego zużyli, bo czegoś brakuje w magazynie. Albo… albo ktoś, kto zabierał kolorowe buteleczki, uznał, że zabieranie ich z tego magazynu będzie nazbyt ryzykowne, skoro ktoś tak uparcie na nim czuwa.
Ale były inne magazyny. Florence miała pracę i swoje życie, czuwała więc tylko nad tym, z którego sama pobierała zapasy.
Ujęła pojemnik, jedną ręką jednak, w drugą chwytając różdżkę, i obserwowała Greengrassa, kiedy zabrał się za usuwanie roślin z ławki. Przez chwilę wydawało się, że wszystko przebiegnie tak jak trzeba, a potem...
...rośliny zamiast trafić do pojemnika rzuciły się do ucieczki.
Florence wypuściła pojemnik z dłoni, wycelowała różdżką, już nie martwiąc się, czy powinni używać magii czy nie i cisnęła zaklęcie translokacyjne, chcąc pochwycić w jego moc umykające... coś i wrzucić z powrotem do pojemnika.

Rzut O 1d100 - 35
Akcja nieudana

Rzut O 1d100 - 59
Sukces!


Trawa uniosła się i pomknęła przez korytarz, by wpaść na dno pojemnika, a Florence zatrzasnęła go kopniakiem. Wpatrywała się przez chwilę najpierw w tej pojemnik, potem w ławkę, wyraźnie zagniewana. Nie, nie na Greengrassa. Na całą sytuację i te bezczelne rośliny.
- Podejście mechaniczne i eliksir najwyraźniej nie działają - oświadczyła suchym tonem. - Chyba skuteczniej będzie jednak zerwać je zaklęciami i translokować do pojemnika. A pojemnik przekazać waszemu wydziałowi, to dalszych badań.
A jeszcze wciąż czekały te bezczelne, duszące pnącza, w jej gabinecie...
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#22
06.09.2024, 14:00  ✶  
Sam nie wiedział czy chciał się dowiedzieć, jakie niespodzianki Florence miała w zanadrzu. To, że w szpitalu była względnie przewidywalna nie oznaczało, że poza kliniką mogła być dokładnie taka sama. Mimo ziania arktycznym chłodem, nie mógł wykluczyć, że w niekontrolowanych warunkach była zupełnie innym człowiekiem. Oczywiście, trudno mu było wyobrazić sobie Bulstrode jako ognistą, gwałtowną i emocjonalną czarownicę, ale nie wykluczał, że mógł się interesująco pomylić. Nie mieli okazji spędzić ze sobą zbyt wiele czasu poza Mungiem. Byli wyłącz zawodowymi kompanami i żadne z nich nie paliło się (co w kontekście możliwej żarliwości Flo brzmiało zabawnie), żeby to zmienić.
Lubił ją. Wbrew temu, co robił i mówił, gdy wyrażali inne opinie. Naprawdę szanował jej podejście do pracy, ale nie tylko to. Względnie dobrze wymieniało mu się z nią spostrzeżenia. Nawet, jeśli czasem irytował się na te proste rzeczy, które zwykli robić zupełnie inaczej. Wytykał jej, że robiła coś na opak, że była sztywna i nudna w przekonaniach, że mogłaby się otworzyć na zmiany. Jednocześnie sam również nie był wielkim zwolennikiem robienia rzeczy w zgodzie z czyimś zasadami a nie ze swoją intuicją. To dlatego miewali zgrzytające, często trudne do wyjaśnienia spiny, ale na koniec dnia Ambroise gładko przechodził z tym do porządku. Zgadzał się z nią nie zgadzać i nawet niespecjalnie usiłował wytykać kobiecie, że się myliła. Po paru razach to odpuścił. Wychodził ze szpitala i odsuwał sprzeczkę w zapomnienie a rano zachowywał się tak, jakby nigdy nie wynikła. Wracał do tematu nieczęsto, ale w bardzo trafnych momentach, gdy uważał, że mógł jej wytknąć zamierzchłe poróżnienia.
Tak się żyło w tym miejscu. Na swój uroczo kąśliwy sposób to była niepisana rutyna, norma. Gdyby postanowili wynieść znajomość poza mury szpitala, dynamika musiałaby się nawiązać na nowo. Nie przeczyłby, że czułby się bardzo dziwnie, gdyby uzdrowicielka nagle wyciągnęła z rękawa całkowicie nową osobowość. W żadnym razie nie był gotowy na to, żeby zobaczyć Florence Niespodziankę. Ta myśl była równie interesująca, co niepokojąca. Nie wiedział, czy mógłby wrócić do szpitalnej dynamiki, gdyby koleżanka okazała się kompletnym imprezowym zwierzęciem lub kimś takim.
Może dlatego nigdy nie pomyślał, żeby zaproponować jej wspólne wyjście? Regularnie chodził na nie z kolegami ze szpitala, ale nigdy nie było na nich Flo w tym samym czasie, co Ambroisa. Jeśli ona też z kimś wychodziła, musiały to być dwa różne wyjścia. Jak dwa różne światy, mimo że najpewniej wychowali się w podobnych klimatach.
Nawet podejście do stażystów mieli różne. Greengrass bez wahania odesłał tamtego gościa (całkiem zapomniał jego imię) naturalnie uznając, że byłby tylko ciężarem. Traktował młodych uzdrowicieli równie ostro, co siebie, ale często przy tym nie pokładał w nich zbyt dużej wiary. Nie chciał mieć obok kogoś, za kogo reakcje musiałby odpowiadać. Zwłaszcza, jeśli obracali się wokół niezbadanych, najpewniej niebezpiecznych roślin. Wolał ponownie zawołać stażystę, gdy ten będzie potrzebny. Sądził, że inaczej tylko by przeszkadzał, więc słysząc uwagę Flo, Ambroise tylko niedbale machnął ręka.
- Oczywiście, że nie mam zamiaru - burknął w dalszym ciągu w zamyśleniu. - Natomiast jeszcze bardziej nie chce mi się zdrapywać go ze ściany, jeśli coś pójdzie nie tak - może przesadzał.
Nie mieli aż tylu śmiertelnych wypadków w budynku. Przez ostatnie lata trochę poprawili standardy bezpieczeństwa personelu i gości w Mungu (wydawało się, że odwrotnie proporcjonalnie do obniżania ich przez szkołę w Hogwarcie). Natomiast to był jeden z tych przypadków, w które angażowało się dodatkowe ręce tylko wtedy, gdy były bardzo potrzebne. Poza tym niewiele Ambroisa interesowało, kto posprząta bałagan, gdy ten będzie już tylko brudem i resztkami martwych roślin.
- Cieszy mnie, że jednoosobowa straż sąsiedzka działa - stwierdził, wysłuchując uprzednio rozwinięcia tematu znikających eliksirów.
O dziwo, nie był sarkastyczny. Liczyło się to, że kontrolę przyniosły efekt. Mało go obchodziło, że Florence dokładała sobie pracy, skoro najwidoczniej nie miała z tym problemu.
- Prawdopodobnie warto będzie zastosować to we wszystkich miejscach, w których trzymamy jakieś eliksiry - dodał, bo nie dość, że tym razem ewidentnie szanował jej dedykację, to był skłonny uczestniczyć w kontroli zapasów, aby jak najszybciej ukrócić złodziejskie procedery.
Oczywiście jeśli o nie chodziło a nie na przykład o stażystów tłukących fiolki i bojących się to zgłosić. Patrząc na to jak bardzo byli nieskłonni do brania odpowiedzialności za swoje czyny (nie wszyscy, ale niestety większość) to było równie prawdopodobne, co wynoszenie przez kogoś eliksirów. Jeśli Florence jeszcze tego nie zrobiła (a najprawdopodobniej zrobiła) wypadało przyjrzeć się kategoriom znikających substancji i temu, czy był w tym jakiś większy sens. Odnotował w pamięci, żeby o tym pomyśleć, ale wolał skupiać się na jednej rzeczy na raz. Gdyby chciał się rozpraszać, mieli jeszcze sprawę z żabami.
Szybko przekonał się, że słusznie kierował całą uwagę na to, co teraz robili. Pozornie nieszkodliwa, nawet ładna ławka szybko pokazała zęby w obliczu niebezpieczeństwa. Oczywiście, nie dosłownie. Dosłownie pokazała całą masę malutkich korzonko-nóżek, którymi poruszała szokująco szybko.
Widząc, że Florence rusza do działania, nie zawahał się ani chwili, żeby jak najszybciej odsunąć rękę od ławki. Nawet w grubych rękawicach, nie chciał trzymać palców w dziurze. I słusznie, bo ta w moment sama się załatała. Wydając złowieszcze dźwięki skrzypiących, pocieranych źdźbeł trawy, uzupełniła wycięte pole. No dobrze, zaczynało robić personalnie.
- To było bez eliksiru - poprawił Florence, rzucając spojrzenie w stronę jej i pojemnika, po czym zacisnął wargi. - Eliksir dopiero przed nami i jeśli chcesz się upewnić, to tak, nadal zamierzam go wypróbować, więc lepiej się odsuń - chciał wiedzieć, czy wykorzystali wszystkie inne alternatywy zanim przejdą do zaklęć. Liczył na to, że eliksir ich w tym wspomoże. Jedyne wątpliwości żywił wobec tego, że mogło go być stanowczo za mało. Po tym, co przed chwilą widzieli, nie zamierzał się patyczkować.
Nie patrząc na to, czy Florence postanowiła go posłuchać (była dorosłą kobietą), sięgnął po eliksir i gwałtownie z rozmachem wylał całą zawartość buteleczki na ławkę. Starał się rozlać go na jak największej połaci, żeby rośliny musiały zareagować w jednoczesnym momencie i nie mogły zacząć się regenerować.
Jednocześnie sam szybko odsunął się do tyłu, niemal wywracając się w półprzysiadzie na pośladki.
Trawa zadymiła, zaczęła gwałtownie się ruszać a powietrze przerwał dźwięk, który można było uznać za jednoczesny krzyk setek maleńkich listków. Był piskliwy, zawodzący, niewątpliwie przerażający.
Dama z Lumos
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Kasztanowe włosy zwykle ma ciasno spięte, odsłaniając bladą, trochę piegowatą twarz. Oczy ma jasne, o uważnym spojrzeniu. Około metr sześćdziesiąt dziewięć wzrostu.

Florence Bulstrode
#23
06.09.2024, 18:30  ✶  
W gruncie rzeczy słowa Florence były bardziej ironią niż czymkolwiek innym. Nie uważała, że jest pełna niespodzianek - i prawdopodobnie nie była. Jak każdy człowiek, różnie zachowywała się w różnych okolicznościach, ale bodaj najbardziej zaskakujące w niej zdaniem niektórych mogłoby pewnie się okazać, że miała serce: że bez wahania wyciągała ramiona do kuzynostwa potrzebującego pocieszenia, że umiała wiele wybaczyć tym, których kochała. Pod innymi względami była przewidywalna, i nigdy nie miała tego za wadę, raczej dumna że swojego uporządkowania i rozsądku, chętnie twierdzącą, że to inni mają go za mało. Rzadko kryła to, co myślała, i tylko profesjonalizm powstrzymywał ją czasem od wyrażania niektórych opinii na głos. Nie była imprezowa: chadzała na przyjęcia i nie wzbudzało to w niej niechęci, odwiedzała sabaty, bo była to część tradycji, mogła przyjść na tańce, bo poprosił o to przyjaciel, ale nigdy nie miała ani odnaleźć się w świecie klubów i spelun, ani stać się duszą towarzystwa.
Ona i Ambroise byli trochę z innych światów, po prawdzie jednak pod zwykłymi dla niej ironią i chłodnymi komentarzami kryła się pewna sympatią, jaką zwykle miała wobec tych pracowników, którzy byli kompetentni. Pomimo tego, że nie popierała niektórych jego metod, a jego spiskowe teorie były niegodne nawet przewrócenia oczyma, to jednak w swojej pracy kompetentny z pewnością był i nie zachowywał się ani jak idiota, ani jak zupełny gbur. Zresztą bycie gburem mogła wybaczyć, niekompetencję i zupełny brak rozumu już nie.
- Czy jeśli uważasz, że grozi nam... zdrapywanie kogoś ze ściany to nie jest moment na powiadomienie ordynatora i interwencję wydziału Ministerstwa od magicznych katastrof? - spytała, dalej opanowanym, niemal uprzejmym tonem. Nie była pewna, czy Greengrass wyolbrzymiał, bo chciał bronić swojej decyzji, czy też faktycznie oceniał sytuację jako aż tak niebezpieczną.
Wprawdzie wcześniej Florence, także po tym, co, co mówił, zakładała, że nie jest aż tak groźnie, ale kiedy chwilę później fragmenty trawy postanowiły uciekać przez korytarz, zaczęła się obawiać, że może jednak jest. Wszak czekał jeszcze jej gabinet, gdzie roślinność rosła gęściej i przejawiała bardziej mordercze intencje... a ona nie miała problemów z udawaniem się do specjalistów, gdy coś nie leżało ewidentnie w zakresie jej obowiązków i możliwości.
- Ani ja, ani nawet my dwoje, nie upilnujemy wszystkich materiałów, na wszystkich piętrach. Należałoby raczej sprawdzić, gdzie jeszcze występują rozbieżności... I cóż. Być może pozwolić sobie na małą prowokację - powiedziała, bardzo cicho. Nie miała jeszcze pomysłu, jaka miałaby to być prowokacja, ale jak już ustalili, jeden problem na raz. W tej chwili były to rośliny, później będą to żaby, a potem może myśleć o kradzieżach/chaosie zaopatrzenia (niepotrzebne skreślić).
Cofnęła się posłusznie. Była uparta, ale nie aż tak, by odmawiać wykonywania poleceń tylko po to, by udowadniać, że nie musi słuchać. Różdżkę znów trzymała w ręku, gotowa w razie czego otoczyć ławkę barierą, by rośliny nie rozbiegły się po oddziale. Jakaś pielęgniarka minęła ich, obojętna na rozgrywającą się scenę - nie takie rzeczy tu widziała. Młody uzdrowiciel zrobił w tył zwrot i ruszył w przeciwnym kierunku.
Florence obserwowała wymierające rośliny z niemal naukową ciekawością. Zastanawiała się nie tylko nad efektami tej nietypowej klątwy i skutecznością eliksiru - ale też jak poszłoby, gdyby po prostu pozbyć się tych roślin, wyrywając je zaklęciami bez jego użycia. Skoro jednak był skuteczny...
- Ile zużyłeś go na ławkę? - spytała rzeczowo, bo od tego zależało, czy mają go dość, aby próbować w gabinecie, czy raczej go plombują i wzywają kawalerię. A potem, kiedy upewniła się, że zawodzenie umilkło i nic już nie ruszą się na ławce, spróbowała drobnego zaklęcia, wyrywając dosłownie odrobinę uschniętych roślin.
Tym razem nic się nie stało: polewitowały do pojemnika, nieruchome.
- Klątwa jak nic do zgłoszenia Departamentowi - podsumowała uzdrowicielka, a z jej ust wyrwało się westchnienie. Wiedziała, że czeka ją trochę papierkowej pracy...
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#24
06.09.2024, 20:06  ✶  
- Wiesz, że nie możemy tego wykluczyć - westchnął ciężko, wzruszając ramionami. - Może to stażysta, ale niegłupi. Przyniósł niemal to, co trzeba - niemal, ponieważ nie była to ilość eliksiru, jaka w pełni satysfakcjonowała Ambroisa, nie omieszkał tego zaznaczyć - a rozumienie poleceń i trafne ich wykonywanie to zdolności zanikające pośród młodzieży, więc warto dać mu szansę ukończenia stażu. Poza tym każdy zasługuje na normalne życie, nawet stażyści - ktoś mógłby zarzucić mu, że był wyjątkowo łagodny tego dnia. Niemalże łaskawy dla osób, o których zazwyczaj wypowiadał się, jakby były gorszym rodzajem czarodzieja.
Oczywiście, przez ten cały czas mówił to wszystko w formie sadystycznych żartów, z jakimi sam się spotkał po dołączeniu do Munga. Miał wrażenie, że w każdym pokoleniu wykładowców musiał być ktoś taki. Ktoś, kto otwarcie nie gnębił młodego narybku uzdrowicieli, ale lubił udawać, że było inaczej. Mało kto z zewnątrz uznałby, że Greengrass był całkiem profesjonalny, informatywny i nawet względnie miły wobec stażystów. Na pierwszy rzut oka i po pierwszym przesłuchaniu się jego wypowiedziom można było stwierdzić, że był ich postrachem. Tymczasem naprawdę zależało mu na ich bezpieczeństwu i obraniu właściwej ścieżki kariery. A jeśli już kogoś odsiewał, to tylko dla jego własnego dobra i po głębszej rozmowie na temat, dlaczego.
- Nie sądzę, żeby to było teraz konieczne, ale chcę podjąć wszelkie możliwe środki bezpieczeństwa - dodał po chwili już poważniej, spoglądając na Florence.
Żywił nadzieję, że to wystarczyło, aby zapewnić ją, że tak, może trochę z tym przesadzał, ale nie chciał mieć na głowie nikogo, kogo pomocy nie ufał.
Florence była logiczna. Potrafiła zareagować szybko i z zimną krwią. Miała zdolność do wydawania trafnych osadów i w żadnym razie nie obawiał się, że mogłaby zrobić coś głupiego. Paradoksalnie, czasami ufał jej w tym bardziej niż samemu sobie. Jeśli ktoś miał być tu dostatecznym wsparciem, to właśnie ona. Nie potrzebował większej grupy osób, które mogłyby się rozproszyć, gdyby coś poszło nie tak. Teraz to była tylko ławka, ale gdzieś z tyłu głowy musiał pamiętać, że była tylko przedsmakiem tego, co czekało w gabinecie. Na domiar złego nie mieli zbyt wiele eliksiru. To też było coś, o czym musiał pamiętać.
- Wielka inwentaryzacja. Znakomicie - mruknął bez humoru. Szczególnie, jeśli chcieli później dokonać prowokacji, większość tej inwentaryzacji musiała obejmować jak najmniejszą grupę. Już wyobrażał sobie, jak to miało wyglądać.
Jednakowoż było to konieczne, aby zredukować ilość sytuacji takich jak ta, w której się znaleźli. Eliksir herbicydowy był nad wyraz skuteczny. Rośliny nie miały szans, ale zużył na nie stanowczo zbyt dużo eliksiru jak na to, co było w zapasie. Mimo tej świadomości wolał nie ryzykować, a upiorne jęki roślin utwierdziły go w tym przekonaniu. To nie było ani trochę naturalne. Nawet jak na efekt klątwy.
- Skwierczały jak potępione dusze - zauważył wyraźnie zbity z tropu. Jeśli był zaniepokojony (a był) nie dawał tego po sobie poznać.
Jedynie ledwo zauważalne drganie powieki nad szeroko otwartym okiem mogło świadczyć o jego stanie spokoju. Ten został zaburzony. Ambroise momentalnie przypomniał sobie o Dolinie Godryka, o Kniei i wszystkich możliwych paskudztwach, jakie zaburzyły ich spokój. To tutaj śmierdziało czymś poważniejszym niż by sądził z początku.
- Jedną drugą tego, co tu mieliśmy - odpowiedział powoli, myślami będąc daleko w innym miejscu. W nich znowu wrócił do tematu ginących eliksirów i tego, że choć powinni mieć jeszcze trzy buteleczki, mieli tylko jedną.
Za mało, żeby być skutecznym. Eliksir działał. Przyglądając się poczynaniom Florence, mógł śmiało powiedzieć, że był na dodatek najlepszą opcją, bo mogli go rozpylić na pnącza i przelewitować martwe rośliny. Nie musieli się do nich zbliżać, kiedy były aktywne. Problem w tym, że rzut oka na gabinet wystarczał, żeby dojść do wniosku, że mieli go za mało. Uwarzenie nie było trudne, ale najlepsze efekty przynosiło odczekanie kilku dni. Nie mieli tyle czasu.
Na usta cisnęło mu się coś w rodzaju:
- Czy tamten stażysta to nie był mugolak?
Jednakże to byłoby wracanie do punktu wyjścia a Ambroise nie lubił wracać do punktów wyjścia.
Westchnął ciężko.
- Możesz zacząć kogoś wzywać. Jak dobrze trafią, może nawet zobaczą je żywe - nie wiedział czy to miało pomóc w czymkolwiek, ale i tak rozważał zostawienie kawałka pnącza przy życiu do badania w zamkniętych warunkach. Dla dobra nauki.
- Tymczasem ja powlokę się sprawdzić, czy młody miał rację i nikt nie przestawił dwóch zaginionych butelek - zaproponował. Możliwe, że jakimś cudem nadal tam były a bez dwóch zdań potrzebowali wszystkiego, co mogli rozlać z odległości. - Za piętnaście minut tu?
Dama z Lumos
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Kasztanowe włosy zwykle ma ciasno spięte, odsłaniając bladą, trochę piegowatą twarz. Oczy ma jasne, o uważnym spojrzeniu. Około metr sześćdziesiąt dziewięć wzrostu.

Florence Bulstrode
#25
07.09.2024, 00:45  ✶  
– Wolę selekcjonować tych mniej inteligentnych stażystów raczej poprzez egzaminy i udział w sekcjach niż przydzielanie morderczych zadań tym głupszym. Ale jeśli coś jest potencjalnie zbyt niebezpieczne dla nich, a są… inne sposoby, zapewne jest zbyt niebezpieczne i dla nas.
Większość stażystów nie cierpiała Florence. Była wymagająca i bywała złośliwa. Umiała zrobić nagłe dyktando z nazw składników eliksirów jako wejściówkę na zajęcia z podstaw klątwołamania. Na prośbę o punkty dodatkowe za ładny uśmiech sugerować, że skoro komuś takich potrzeba, lepiej ten uśmiech wykorzysta w castingu na modela Rosierów niż na sali wykładowej. Rzadko miała dla nich dobre słowo i surowo wytykała wszystkie błędy. Ale jednocześnie rzadko traktowała ich jak idiotów: i naprawdę zupełnie jej nie obchodziło, z jakich pochodzą rodzin, jaki jest status ich krwi i ile mają pieniędzy. Mieli opanować potrzebne zaklęcia, nazwy eliksirów i postępowanie właściwe przy różnych przypadkach obrażeń magicznych. Nie było tu jednak miejsca na zmiłowanie – ich niedociągnięcia mogły narazić czyjeś zdrowie albo nawet życie.
Skinęła jednak głową, kiedy Ambroise uznał, że jednak ryzyko nie jest aż wielkie, ostatecznie nie upierając się przy ściąganiu dodatkowej pomocy, póki nie spróbuje – może postanowiła zaufać jego profesjonalnemu osądowi jako nie tylko uzdrowiciela, ale też do pewnego stopnia magobotanika.
A jeśli szło o wielką inwentaryzację… nie chodziło tylko o sytuacje takie jak ta, choć to było kluczowe: że ktoś nie zgłosi zapotrzebowania, bo według informacji eliksiry są, a potem okaże się, że ich jednak nie ma, w kluczowej sytuacji. Nie chodziło też o zamiłowanie Florence do porządku ani nawet o to, że ktoś – albo kilka osób – zaniedbywał tutaj swoje obowiązki. Chodziło to, że ktoś mógł okradać szpital. Okradając szpital, okradał pacjentów. A także swoich kolegów z pracy, bo przecież musiał to być któryś z pracowników. Takie zbrodnie, bo inaczej nie dało się tego nazwać, w oczach Florence należało karać z całą surowością.

Po kolei przerzucała resztki roślin od pojemnika, ale to małe zwycięstwo okazało się niezbyt satysfakcjonujące, gdy Ambroise powiedział, że wymagało całej zawartości jednej z zaledwie dwóch fiolek. Florence spochmurniała wyraźnie: szczerze wątpiła, aby mieli dość eliksiru na pozbycie się pnączy z jej gabinetu.
– W takim razie pójdę do kierownika oddziału i zobaczymy, co uda się zrobić – zgodziła się, zerkając na zegarek, bo oczywiście, skoro umawiali się tutaj za kwadrans, zamierzała wrócić za piętnaście minut, ani minuty później. Jeżeli kierownik nie zechciałby z nią rozmawiać, mogła spróbować u kilku innych osób. Florence potrafiła mieć siłę przebicia taranu, jeżeli na czymś naprawdę jej zależało.
Odeszła więc szybkim krokiem, w stronę gabinetu kierownika – do którego wpakowała się moment później dość bezceremonialnie, by przedstawić naturę problemu. Cóż, chyba niezbyt go zaskoczyła – wszak takie rzeczy zdarzały się w Mungu. I równo kwadrans później pojawiła się z powrotem pod drzwiami swojego nieszczęsnego gabinetu, z komunikatem, że Brygadę Uderzeniową powiadomiono, mają przybyć, by dowiedzieć się więcej o morderczej potencjalnie klątwie i być może pomóc w pozbyciu się potencjalnie morderczych pędów…
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#26
08.09.2024, 12:38  ✶  
W gruncie rzeczy zgadzał się z Florence, choć czasami zarzekał się, że mogliby dać selekcji naturalnej pole do popisu. Lubił od czasu do czasu dać ujście narzekaniom na nieudolność młodych i na to, że niepilnowani najpewniej zrobiliby sobie jakąś krzywdę. Jedni mniej spektakularną, inni bardziej. Mieli paru takich międzyoddziałowych gagatków, którzy konkurowali o tytuł najbardziej nieudolnego przyszłego uzdrowiciela. Ambroise mógłby wymienić paru z marszu, wzdychając ciężko za każdym razem, gdy o nich pomyślał. Mimo to nie chciał ich krzywdy. Nie chodziło już nawet o tonę papierkowej roboty. Mieliby kontrolę z Ministerstwa, dochodzenie na dużą skalę, popisowe nagłówki w gazetach, próby tuszowania całej sytuacji w obawie o (jeszcze teraz poprawiającą się) renomę Munga. Musieliby wypłacać odszkodowania, na które nie było stać szpitala. Zmierzyć się z rodzinami w żałobie. I tak dalej, i tak dalej. A to wszystko tylko dlatego, że ktoś nie myślał zbyt jasno.
Niezbyt światłych delikwentów należało odsiewać w inny sposób, aby na własnych nogach szli robić bałagan gdzieś indziej. Co najgorsze, raz na jakiś czas słyszał o czarodziejach, którzy po wyrzuceniu ze stażu otwierali własną prywatną praktykę na granicy legalności. Nie nabywali wszystkich uzdrowicielskich uprawnień, ale działali w niekontrolowanej szarej strefie. Byli wytwórcami eliksirów lub aptekarzami, którzy nie kończyli działalności na sprzedaży substancji tylko oferowali dalsze etapy leczenia. To było naprawdę przerażające, ale niewiele dało się poradzić. Na nieszczęście, bo później jego oddział miał wyjątkowo dużo pracy nad zatrutymi przypadkami a ewentualny zgon pacjentów był przypisywany Mungowi. To oni nie pomogli, nie tamten otruł. Ministerstwo z pewnego powodu coraz bardziej niechętnie brało się za takie mało spektakularne sprawy. Przychodziło do rzemieślnika-uzdrowiciela z kontrolą, która była do przewidzenia, a następnie wychodziła po serii mało ambitnych pytań. Dochodzenie zamknięte.
Wiedząc ile krzywdy to mogło narobić, pozwolenie selekcji naturalnej na działanie przestawało być takie głupie. Jasne. Ambroise nikomu nie życzył bardzo źle. Natomiast walka o życie przypadków skrzywdzonych przez ludzi, którzy powinni ich leczyć była znacznie trudniejsza fizycznie i mentalnie. Wyrzucenie stażystów ze stażu (choć nieczęste) powinno wiązać się z końcem ich praktyki medycznej. Jeśli tamci nie byli skłonni tego zaakceptować, może powinni skorzystać z okazji, przenieść Florence gdzieś indziej, zachować pnącza w nienaruszonym stanie i rzucać odrzutki na pożarcie zaklątwionym hybrydom roślin. Tak tylko luźno proponował, ale nie wypowiadał tego na głos.
- W przeciwieństwie do nich, my myślimy i monitorujemy bieżącą sytuację - powiedział zamiast tego. - Odpuścimy, jeśli zrobi się zbyt niebezpiecznie i poczekamy na wsparcie z Ministerstwa. Choć mam nadzieję, że nie będziemy zmuszeni - wolał unikać dodatkowej papierkowej roboty.
Na ich nieszczęście szybko okazało się, że to nie było możliwe. Nie mieli obejść się bez udziału przedstawicieli prawa. Sytuacja była zbyt poważna i za mocno ziała ingerencją bardzo ciemnej strony magii. Klątwy na ogół nie były zbyt łagodne i zahaczały o mroczniejsze dziedziny czarów, ale zachowania roślin i dźwięki wydawane przez nie, gdy zdychały świadczyły o jednym. Musieli podjąć wszelkie środki ostrożności i skontaktować się z odpowiednimi służbami. Ambroise ochoczo pozostawił to Florence, samemu udając się do składziku w poszukiwaniu zaginionych substancji do dalszej walki z pnączami. Miał na to piętnaście minut, które sam sobie dał i nie zamierzał się spóźnić.
Znalazł tylko jedną dodatkową fiolkę. Częściowo pustą i zakurzoną, a więc niemalże bezużyteczną. Wzdychając ciężko, pogodził się z powrotem do pierwotnego planu. Zanim wrócił na piętro, zaczepił jakiegoś mugolaka z bojowym zadaniem, wysyłając go w świat w poszukiwaniu zastępczych środków, które przy odrobinie szczęścia mogli wzmocnić posiadanymi eliksirami. Następnie wrócił na miejsce spotkania, wymieniając spostrzeżenia z Bulstrode i czekając na przybycie wezwanych przez nich ludzi. Wpadli do szpitala niemal w tym samym czasie. Teraz należało zaangażować wszystkie siły, aby skutecznie pozbyć się efektów klątwy.
Tak, zrobili to z pomocą wsparcia i dziwnych, nietypowych, ale efektywnych magiczno-mugolskich eksperymentów (tym razem był jeszcze bardziej uparty), ale cała sprawa wcale się nie skończyła. Ona nawet się dobrze nie rozkręciła.

koniec wątku

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (9623), Florence Bulstrode (6934)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa