24.07.2024, 21:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.07.2024, 21:53 przez Baldwin Malfoy.)
Ulice Nokturnu widziały przedziwne, często irracjonalne i niewytłumaczalne historie. Jedna z nich miała najwyraźniej przydarzyć się pannie Mulciber. Pomimo wczesnych godzin przedpołudniowych, Nokturn był skryty w cieniu. Zupełnie jakby po skręceniu w prowadzącą nań uliczkę wszelkie życie zamierało. Światło i dźwięk zderzały się z niewidzialną barierą starych kamienic. Nawet pomimo upalnego sierpniowego dnia uliczka cuchnęła wilgocią, mdłą zgnilizną i Matka sama wie czym jeszcze.
Baldwin sterczał przy schodkach prowadzących prosto na Pokątną, jak tania dziwka, której trochę pomyliły się godziny, bo poza nim na ulicy nie było nikogo. Palił leniwie papierosa, próbując sobie odpowiedzieć na jedno zajebiście ważne pytanie.
Jak do tego doszło, że zamiast odsypiać miał się spotkać z jakąś pannicą. Sonia? Sasha? Samantha?
Spojrzał na zegarek, który bezlitośnie wskazywał na wpół do dziesiątej.
Toż to prawie świt! Jak można było ustalać spotkanie o tak chorej godzinie? Bez serc bez ducha, to szkieletów ludy jak mawiał pewien mądry poeta.
Malfoy wyglądał jakby się dopiero co zerwał z łóżka (fakt, trochę za późno przypomniał sobie o spotkaniu, w które go wkręcił kumpel). Miał narzuconą na siebie pierwszą lepszą szatę do ziemi w stalowym kolorze, pod którą wciąż miał jeszcze spodnie od piżamy i top, w którym sypiał. W dodatku ostatnie guziczki przy kołnierzu były rozpięte, a rąbek brudny od kurzu i wilgoci ulicy. Zresztą Baldwin nawet się nie uczesał, a słodko śpiąca w tej niemal białej czuprynie szczurzyca nadawała mu jeszcze bardziej groteskowego charakteru. Chociaż Rozalinda mogła się wyspać.
Wszystko zaczęło się parę godzin wcześniej. Akurat wyszedł zapalić w trakcie imprezy i jeden ze znajomych go dopadł. Wtedy z niewyraźnej paplaniny zrozumiał tylko urywki.
Słuchaj stary… Bo jutro… cock (?)... dziewczyna… suterenę … zgódź się… prowizji?
Prowizja? Prowizja brzmiała jak darmowe galeony do przytulenia. Ostatni raz się na coś zgadzał po pijaku.
Teraz, gdy względnie wytrzeźwiał, pamięć zaczęła uzupełniać luki.
Słuchaj stary sprawa jest. Bo jutro muszę pilnie jechać do Cork, a dziewczyna ma przyjść zobaczyć suterenę w moim lokalu. Chce ją wynająć. Weź jej pokaż to miejsce. Zgódź się, a odstąpię ci trochę w prowizji.
No i się zgodził, bo mózgo podpowiedział mu, że to wszystko będzie problemem “jutrzejszego Baldwina”. Miał racje, tylko Jutrzejszy Baldwin był Dzisiejszym Baldwinem i miał przejebane, bo nawet nie raczył zapytać jak laska ma wyglądać i na co jej ta stara rudera w jednej podłej kamienicy. Wiedział tylko, że miał się z nią spotkać przy schodkach o wpół do dziesiątej.
Spojrzał znów na zegarek.
9: 31. Może ktoś tą dziewczynę już porwał? Mógłby wrócić do domu i… Ziewnął na samą myśl o miękkiej poduszce. Przeciągnął się. Dobra. Da jej jeszcze kilka minut.
Baldwin sterczał przy schodkach prowadzących prosto na Pokątną, jak tania dziwka, której trochę pomyliły się godziny, bo poza nim na ulicy nie było nikogo. Palił leniwie papierosa, próbując sobie odpowiedzieć na jedno zajebiście ważne pytanie.
Jak do tego doszło, że zamiast odsypiać miał się spotkać z jakąś pannicą. Sonia? Sasha? Samantha?
Spojrzał na zegarek, który bezlitośnie wskazywał na wpół do dziesiątej.
Toż to prawie świt! Jak można było ustalać spotkanie o tak chorej godzinie? Bez serc bez ducha, to szkieletów ludy jak mawiał pewien mądry poeta.
Malfoy wyglądał jakby się dopiero co zerwał z łóżka (fakt, trochę za późno przypomniał sobie o spotkaniu, w które go wkręcił kumpel). Miał narzuconą na siebie pierwszą lepszą szatę do ziemi w stalowym kolorze, pod którą wciąż miał jeszcze spodnie od piżamy i top, w którym sypiał. W dodatku ostatnie guziczki przy kołnierzu były rozpięte, a rąbek brudny od kurzu i wilgoci ulicy. Zresztą Baldwin nawet się nie uczesał, a słodko śpiąca w tej niemal białej czuprynie szczurzyca nadawała mu jeszcze bardziej groteskowego charakteru. Chociaż Rozalinda mogła się wyspać.
Wszystko zaczęło się parę godzin wcześniej. Akurat wyszedł zapalić w trakcie imprezy i jeden ze znajomych go dopadł. Wtedy z niewyraźnej paplaniny zrozumiał tylko urywki.
Słuchaj stary… Bo jutro… cock (?)... dziewczyna… suterenę … zgódź się… prowizji?
Prowizja? Prowizja brzmiała jak darmowe galeony do przytulenia. Ostatni raz się na coś zgadzał po pijaku.
Teraz, gdy względnie wytrzeźwiał, pamięć zaczęła uzupełniać luki.
Słuchaj stary sprawa jest. Bo jutro muszę pilnie jechać do Cork, a dziewczyna ma przyjść zobaczyć suterenę w moim lokalu. Chce ją wynająć. Weź jej pokaż to miejsce. Zgódź się, a odstąpię ci trochę w prowizji.
No i się zgodził, bo mózgo podpowiedział mu, że to wszystko będzie problemem “jutrzejszego Baldwina”. Miał racje, tylko Jutrzejszy Baldwin był Dzisiejszym Baldwinem i miał przejebane, bo nawet nie raczył zapytać jak laska ma wyglądać i na co jej ta stara rudera w jednej podłej kamienicy. Wiedział tylko, że miał się z nią spotkać przy schodkach o wpół do dziesiątej.
Spojrzał znów na zegarek.
9: 31. Może ktoś tą dziewczynę już porwał? Mógłby wrócić do domu i… Ziewnął na samą myśl o miękkiej poduszce. Przeciągnął się. Dobra. Da jej jeszcze kilka minut.