26.01.2025, 21:36 ✶
25.08.1972, noc
Nokturn przypominał brudne kuchenne okno pełne tłustych odcisków palców. Znajomy widok — ciasny i duszny, z zadymionym niebem, na którym brakowało gwiazd. Został tylko księżyc, cienki sierp jak dziewczęce żebro. Zakręciło mu się w głowie, gdy powietrze przez chwilę stało się ciężkie i przylepiło się do podniebienia. Bez pytania wyciągnął Baldwina z pubu i teraz prowadził go wzdłuż jednego z ciemnych, wąskich przejść w stronę powykrzywianej sylwetki znajomej kamienicy. Powiedział mu chyba, że już się znudził, wtedy, gdy znalazł go przy barze i złapał za kark tak mocno, że poczuł, jak rodzinny sygnet zostawia podłużne wgniecenie na palcu. Miał brzydki zwyczaj szukać go, gdy potrzebował rozrywki.
Chodź, znudziłem się już.
Zawsze się nudził — szybko i z infantylną wręcz irytacją. Żył w nim wciąż ten sam, kuriozalny rodzaj głodu, cierpka pustka, jak gdyby ktoś wyżarł dziurę w jego ciele, zaraz pod sercem. Cokolwiek w nim zostało — ciemne i bezzębne — stale chciało brać, stale chciało pożerać, chociaż żadna ilość wina ani cudzych dłoni nie była wystarczająca, by zmyć pragnienie z języka. Kiedy był dzieckiem, matka opowiadała mu bajkę o magu, którego wiedźma zamieniła w zwierzę tak dzikie i okrutne, że jego córki musiały podcinać gardła myśliwym, by go nakarmić. Kiedy w lesie zabrakło mężczyzn, z miłości wyrwały sobie z piersi serca. Cain nauczył się więc odnajdywać ten rodzaj poświęcenia w każdym ciemnym kącie Londynu. Nawet tego wieczora wypatrywał palców, które gotowe były wyrywać ze swoich piersi serca tylko po to, by na chwilę go nakarmić. Poruszał się przy tym w tłumie jak cichy drapieżnik, szukając smutnych, kobiecych profili i ufnych oczu. Przykładał wnętrza cudzych dłoni do ust i składał obietnice, które zapominał kilka sekund później, ale nawet wtedy wciąż był znużony. Ostatni kieliszek wina był zbyt kwaśny, poplamił rozpięty kołnierz jego koszuli jak kilka kropel krwi, a do niego doszło, że w istocie znów się znudził. Znów był głodny. Dlatego odszukał przy barze znajomy odcień jasnych włosów, dlatego powiedział mu, że musi coś mu pokazać, odruchowo sięgając dłonią do kieszeni, do chłodnego kształtu klucza. Gdyby Madame D’Mora wiedziała, co zamierza zrobić, potraktowałaby go prawdopodobnie jak każdego ze swoich złodziei — wyciągnęłaby mu oczy z czaszki i zastąpiła je pestkami śliwek.
Zatrzymał się przed budynkiem, przekrzywionym jak poustawiane jedna na drugiej karty do gry, pod szyldem w kształcie medalionu. Za drzwiami ciemne wnętrze Desdemony było duszne od kadzideł, które latami tuszowały obrzydliwie słodki smród wydobywający się czasem spod desek drewnianej podłogi. Śmierć, czarna magia i kilka źle zakonserwowanych ludzkich resztek. Z braku innych, lepszych możliwości — zapach domu.
— Wiedźma zrobi ze mnie jedną ze swoich ukochanych taksydermii, jeśli się zorientuje — odezwał się ściszonym głosem, niemal bezwiednie spoglądając na sześć zwierzęcych kształtów ustawionych na parapecie. Wszystkie jej poprzednie koty, wszystkie z oczami z pestek i koralików. — Wypycha je pokrzywą.
Zamek ukrytych za ladą drzwi odpuścił z metalicznym szczękiem, otwierając się na mrok rozwarty jak bezzębna szczęka. Nic poza czernią wpełzającą ku nim po wąskiej linii schodów. Nie zszedł jednak, zamiast tego sięgnął ku jednej z półek i chwycił leżący na niej srebrny nóż do kopert. Czuł pod palcami upiornie znajome rzeźbienia na rękojeści.
Uśmiechnął się z typową sobie miękkością, ze słodkim rozbawieniem widocznym nawet w ponurym półmroku, i lekkim ruchem, zupełnie jakby chciał strzepać pył z jego ubrania, przystawił ostrą końcówkę do jego mostka. Młody Malfoy pachniał chyba terpentyną albo pozostałościami teatru. Lakierowanym drewnem i farbą akrylową.
— Za tobą.
Rzut Z 1d100 - 38
Slaby sukces...
Slaby sukces...