Stanley Andrew Borgin & Sophie Mulciber
Chyba nikt nie spodziewał się takiego obrotu spraw na widowisku randkowym. No dobra, niektórzy mogli się spodziewać - jak na przykład Rosie i te jej jakieś wróżenie z fusów, kart czy innych kafelek w kuchni. Nie mniej jednak, była to jedyna osoba, która mogła przeczuwać, że "coś jest nie tak". I może gdyby Stanley nie patrzył z politowaniem na te jej działania to mógłby sam to wywróżyć? Cóż, pewnie tak, ale niestety preferował podchodzenie z pewnego rodzaju dozą nieufności do tych wszystkich cygańskich fanaberii.
Teraz miał jednak ważniejsze sprawy, niż rozważanie odnośnie tego czy uczyć się wróżbiarstwa czy też nie, o to jest pytanie...
Udało się uciec, dać nogi z tego całego wydarzenia. Jedną rzecz mógł odhaczyć z listy. Gdyby to był jego jedyny problem w tej chwili, to zapewne wróciłby jak nigdy nic do Głębiny i oczekiwał listu od Roberta, który nie mógł sobie odmówić takiej okazji na to, aby zadbać o poprawne relacje na linii ojciec-syn. I chwała mu za to!
Lista niestety była dużo dłuższa. Chcąc, a może nie chcąc - został opiekunką swojej siostry. Ona o tym nie wiedziała, ale wiedział o tym on. Nie mógł jej od tak zostawić na środku Nokturnu, ponieważ było za dużo do postawienia na szali. Po pierwsze - byli rodziną. Po drugie - jako starszy brat powinien dawać jej jakiś przykład. Broń Merlinie, aby i ona nie zaczęła podrzucać głów do Ministerstwa - lepiej, aby całkowicie popłynęła nurtem alkoholizmu, a raczej jego tworzenia. Po trzecie - miała i tak już wystarczająco zrujnowany dzień, więc może udałoby się to jakoś zrekompensować? No i po czwarte - była zbyt łakomym kąskiem wśród tych wszystkich pojebów, którzy checklisty Genewskie to mieli skompletowane od kilku lat.
Sophie niestety nie była kimś, kto mógłby dać sobie tutaj radę w pojedynkę. Młoda Mulciberówna miała przecież problemy o zwykłe rozlanie herbaty, a jej największy pojedynek w życiu to był ten przy stole wraz z synami Richarda czy pewnie pogadanka z Robertem. Gdyby zaś rozchodziło się o kogoś innego - na przykład Maeve czy Lorraine - bez problemu mógłby je zostawić, wszak to one tutaj nosiły jeansy i drapały pazurami na lewo i prawo. Trochę takie damskie wersje Sauriela, które jednak zamiast pięści wybierały podstęp.
- Kurwa, udało się... - odetchnął z ulgą, rozglądając się po okolicy. Liczył, że żaden Auror nie podłączył się pod ich teleportację, a więc nie będzie, aż tak źle. Na całe szczęście tak się nie stało i byli tutaj we dwójkę, a przynajmniej było tak na pierwszy rzut oka. W końcu nie było wiadomo kto i co się czaiło w którymś z zaułków.
- Jesteś cała? - zapytał, skupiając swoją uwagę na młodej Mulciberównie, której zaraz narzucił na plecy swoją marynarkę. Trzeba było ograniczyć wszelkie ryzyko, które właśnie wzrosło do podwyższonego poziomu, ponieważ o ile samego Stanleya mieliby pewnie w poważaniu, tak młodziutka dziewczyna była prawdziwym kąskiem i smaczkiem, a jej nieskażone lico nie było im pisane.
- Przeczekamy trochę sytuację... Emm... - wskazał gestem otwartej dłoni drzwi do jakiegoś przybytku o dźwięcznej nazwie "Pub". Nazwa ambitna jak i ludzie, którzy pewnie tam przebywali - Tutaj. Nie musisz się bać. Nie zostawię Cię tutaj na pastwę losu, a później wykombinujemy coś, aby bezpiecznie odstawić Cię do domu - zakomunikował, ale już dawno miał pomysł jak to zrobić. Ten ktoś, kto miałby odstawić Sophie do domu, był nie kto inny jak Francis we własnej osobie. Borgin dobrze wiedział gdzie jego serdeczny współpracownik spędzał wolny czas, kiedy miał już dość swojego szefa. Dobrze, że Frantisek wiedział już o tym jak działa jego umowa - w sumie nie działa, bo Stanley czasami wzywał go o najbardziej losowych porach dnia czy nocy. Czasem nawet musiał pisać do przyjaciół Borgina, aby przybyli do Głębiny, bo tamten nie chciał z nikim innym rozmawiać... ale to historia na kiedy indziej.
- Zapraszam - otworzył drzwi, puszczając siostrę przodem. Kiedy tylko weszła do środka, rozejrzał się jeszcze wokół, a następnie sam zniknął w długim korytarzu, który był zwieńczony salą biesiadną, chociaż ciężko było ją taką nazwać. Remont tutaj był obowiązkiem, a sam wystrój tutaj nie istniał - jakieś losowe świeczki, obrazy czy falbany, które tworzyły niespójny nieład. Wyglądało to jak dosłownie losowe rzeczy, które zostały powieszone czy postawione, a najpewniej były nawet kradzione. Nie mniej nie barwa była gawiedź, która się tam znalazła. Kilku czy kilkunastu typów spod ciemnej alejki, którzy siedzieli przy pojedynczych stolikach, a nad nimi górował szynkwas będąc najlepiej oświetlonym miejscem w pomieszczeniu.
Nie był to może najlepszy lokal do którego mógłby ją zabrać, wszak wszyscy wiedzieli, że była to Głębina. Nie mniej jednak, nie mogli tak stać jak dwa pachołki na Nokturnie i musieli się gdzieś podziać, a prędzej czy później, musiał się tutaj zjawić Francis.
- Napijesz się czegoś? Tam jest menu. Wybierz coś sobie, a ja za sekundę przyjdę i też coś wezmę - wskazał dłonią na kartę, która była przykuta metalowym łańcuchem do ściany. Trzeba było przyznać, że był to bardzo ciekawy zabieg.
Stanley, nie czekając ani chwili dłużej odszedł na bok, aby rozmówić się z jednym z dwóch barmanów. Po chwili zaczął pisać krótki liścik, który miał zamiar zapewne zaraz wysłać.
Drugi z mężczyzn zaś przyglądał się całej okolicy. Raz rzucał okiem na młodą Mulciberównę, a raz na całą salę. Czekał na to, aż dostanie jakiś prosty komunikat i będzie mógł wydać trunek.
Nie trzeba było długo czekać na to, aby i rudowłosa dziewczyna znalazła sobie towarzystwo, ponieważ podszedł zaraz do niej nieciekawy typ i zaczął się ślinić niczym jakiś najgorszy zwyrodnialec. Sam Merlin wie o czym sobie teraz myślał, ale na pewno nie było to nic wspaniałomyślnego, a i mierny był z niego kandydat do ewentualnej ożenku. Po prostu miał wobec niej pewne daleko idące plany i wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie to, że nie była tutaj sama.
- Nie radzę nic robić, bo zaraz wylecisz z hukiem z tego lokalu, a później przyjdzie tutaj Czarny Kot i skończy się cwaniakowanie - mogła usłyszeć znajomy głos zza swoich pleców oraz różdżkę, która była wykierowana w przybysza - Liczę do trzech i nie chcę Cię tam widzieć - ostrzegł, wychodząc przed Sophie, zasłaniając ją swoją lewą dłonią tak, aby znalazła się za jego plecami - Raz... Dwa... - przekręcił odrobinę głowę, a na twarzy zagościł mu uśmiech, który zwiastował jedno - nadciągającego cruciatusa.
- Już, już. Przechodziłem tylko - wymamrotał przepitym głosem, a następne odsunął się gdzieś w ciemną dal, pozostawiając rodzeństwo w spokoju.
- Przepraszam, że Cię zostawiłem na chwilę. Mam nadzieję, że się nie przestraszyłaś, ani nic. Obiecuję, że więcej tego nie zrobię - wyjaśnił, chowając różdżkę. Borgin mówił szczerze, ponieważ zdawał sobie sprawę, że nie powinien jej zostawiać, ale musiał napisać szybki list do Francisa. W końcu nie było go może ułamek sekundy, a to, że do Sophie ciągnęli mężczyźni jak ćmy do światła, cóż - powinien pogratulować Robertowi? Szkoda tylko, że byli to ćpuny i bandyci z Nokturnu.
- Weźmy coś do picia i usiądziemy tam - wskazał dłonią stolik, który znajdował się rogu sali i był przysłonięty jakimiś kotarami czy czymś w rodzaju zasiek. Na pewno zapewniał więcej prywatności, niż otwarta sala z jej całym towarzystwem - Dla mnie będzie odrobina rudej z lodem. A dla panienki? - zwrócił się siostry, czekając na jej zamówienie.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972