• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 9 Dalej »
[29.06.1972] Wonderland

[29.06.1972] Wonderland
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#1
29.09.2024, 12:38  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.11.2024, 06:42 przez Baba Jaga.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Rodolphus Lestrange - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Odkryj wiadomość pozafabularną
Zadanie miesiąca równości 5

29 czerwca 1972

Nie można było powiedzieć, że ostatnio często bywał w miejscach publicznych. Co prawda bywał w nich częściej niż w poprzednich miesiącach, lecz czy ta częstotliwość miała jakikolwiek wpływ na jego życie? Nie, raczej nie. Dzisiejszego dnia również postanowił wyjść z domu - głównie dlatego, że potrzebował przewietrzyć głowę, zastanowić się nad pewnymi rzeczami i po prostu kupić kawę, bo czuł, że brak snu zaczynał mu poważnie doskwierać. Co prawda mógł zrobić kawę w domu lub w pracy, ale problem był taki, że nie smakowała tak, jak ta robiona przez profesjonalistów. Nie miał zielonego pojęcia czy to była kwestia samych ziaren kawy (bo przecież miał świadomość tego, że istniały różne ziarna, zbierane w różnych częściach świata, inaczej palone), czy może sposobu parzenia - nie wnikał w to. Fakt był jednak nie zaprzeczalny: kupna kawa smakowała znacznie lepiej, niż ta robiona w domu. Dodatkowo podczas kupowania tego napoju można było poprosić, żeby był mocniejszy niż zwykle. Samemu ciężej było nad tym panować, jeżeli nie miało się odpowiedniej wiedzy i umiejętności. Rodolphus nie miał wiedzy ani umiejętności, jeśli chodzi o kawę, więc z chęcią kupował coś w jednej z kawiarni na Pokątnej. Nie przejmował się tym, że zapewne przepłaca - pieniądze nie stanowiły dla niego żadnego problemu. Co więcej: nie musiał korzystać do tej pory z rodzinnego skarbca, bo miał na tyle duże oszczędności ze swojej pensji, że wychodzenie i kupowanie rzeczy na mieście nie było w żaden sposób obciążające dla jego budżetu. Nie przepadał tak w ogóle za kawą, ale czasem musiał ją pić, żeby się pobudzić. I chociaż nienawidził tego smaku oraz zapachu... Tak kupny napar był łatwiejszy do przełknięcia.

Kawiarnia, którą sobie upodobał, nie była specjalnie wykwintna. Ot, zwykłe miejsce, w którym można było rano kupić kawę i coś do zjedzenia na wynos, ale gdyby ktoś chciał, to w środku znajdowało się sporo stolików, przy których można było usiąść. Lestrange dzisiaj się nie spieszył, ale i tak zamierzał zamówić na wynos. Pech jednak chciał, że kolejka była spora. Nie powodowało to jednak u niego irytacji - złożył zamówienie, kładąc nacisk na to, by kawa była bardzo mocna, bez zbędnych dodatków typu cukier czy mleko, a potem po prostu usiadł przy stoliku. Mógł nadrobić lekturę Proroka, skoro i tak miał czekać. Nienawidził marnowania czasu, dlatego gdy tylko miał okazję, czytał. Musiał być na bieżąco ze wszystkim, co działo się w Magicznym Londynie: głównie dlatego, że uważał, że wiedza to potęga. Nic nie mogło się z nią równać, żadna magiczna siła czy nawet najpotężniejsza różdżka.

Leniwie przewracał strony Proroka, ignorując fruwające w powietrzu tace z zamówieniami. W kawiarni panował tłok, część osób chciała zjeść tu śniadanie, a część - podobnie jak on sam - czekała na zamówienie. Było na tyle wcześnie, że nie musiał zerkać na zegarek. Zaparzenie kawy, nawet jeżeli jego zamówienie było gdzieś na końcu, nie powinno zająć więcej niż kwadrans. Zdąży przeanalizować jedną kolumnę gazety, a potem dokończy to wieczorem lub w przerwie w pracy. I pewnie można by zakończyć na tym tę historię, lecz życie nigdy nie było proste, prawda? A przynajmniej nie w jego przypadku.
- Przepraszam... - Lestrange drgnął. Nie zarejestrował momentu pojawienia się kobiety, która zdawała się wyrosnąć przed nim jak chwast. Uniósł powoli spojrzenie i natychmiast pożałował, że w jakikolwiek sposób zareagował. Nieznajoma nie wyglądała na żebraczkę, lecz jej szata oraz kapelusz, który miała na głowie, pozostawiały wiele do życzenia. Nie chodziło o to, że były brudne, bo nie były, lecz były wyraźnie połatane, a na dodatek miały pełno niepraktycznych ozdobników, które irytowały jego zmysł estetyczny. Tasiemki, sznureczki, nawet jakaś zawieszka, która sterczała z kapelusza. Dodatkowo te krzykliwe kolory... Czemu nie zauważył jej wcześniej?
- Tak? - zapytał bezbarwnym głosem, składając gazetę. Gdzie to jego zamówienie? Czy minął już kwadrans? Taca z kawą w kubku na wynos powinna już dawno do niego dotrzeć, może mieli jakieś opóźnienie? Albo zapomnieli. Będzie musiał im przypomnieć.
- Wygląda pan na kogoś, kto mógłby odpowiedzieć mi na kilka pytań - kobieta obdarzyła go uśmiechem, na który Rodolphus nie odpowiedział. Akwizytorka? Albo gorzej: dziennikarka. Nienawidził dziennikarzy.
- Obawiam się, że nie. Spieszę się - to było kłamstwo, bo wcale się nie spieszył, co było widać. I było to tak oczywiste, że kobieta - nie pytając o pozwolenie - przysiadła się do stolika. Lestrange westchnął.
- Zajmę panu tylko chwilę. Wygląda pan na kogoś, kto ma wysoki status majątkowy - powiedziała, mrużąc oczy. Czyżby jednak żebraczka?
- Tak - odpowiedział krótko, składając dłonie na blacie stolika. Wwiercał w nią zniecierpliwione spojrzenie, jakby ponaglał ją do tego, by zadała mu w końcu te cholerne pytania. Dlaczego jej nie przegonił? Cóż... Zapewne źle by to wyglądało, prawda?
- Wspaniale. Zapewne wie pan, co się ostatnio dzieje w Anglii, prawda? - kobieta nachyliła się konspiracyjnie, zniżając ton swojego głosu do szeptu. Brew Rodolphusa uniosła się nieznacznie.
- Zależy o co pani pyta - nie silił się na uprzejmość, lecz jednocześnie nie starał się nadać swojej mowie ciała uprzejmości. Był do porzygu neutralny i tylko błyski w stalowych oczach świadczyły o tym, że nie podoba mu się kierunek tej rozmowy. Nieznajoma jednak zdawała się być niewrażliwa na te spojrzenia.
- Więc na pewno wie pan, że nie każdy jest równy w świetle prawa, prawda? - uśmiechnęła się nieco smutno. Rodolphus zamrugał. O czym ona pierdoliła?
- Nie do końca. W świetle litery prawa każdy z nas jest równy, Ministerstwo Magii dba o to na czele z Sądem oraz Brygadą Uderzeniową - kolejne kłamstwo. Wcale tak nie uważał, lecz nie podejrzewał by rozmówczyni była godną osobą do tego, by poznawać jego prawdziwe opinie na ten temat.
- Właśnie nie! Światem rządzą pieniądze. Pan wygląda, jakby miał ich dużo. Czy nie uważa pan, że bogaci mogą więcej? Myśli pan, że to kiedykolwiek się zmieni?
- Nie, nie uważam tak. W świetle prawa każdy jest równy, proszę pani, bez względu na status majątkowy.
- A poglądy? I czystość krwi? - kobieta zmrużyła oczy i uśmiechnęła się chytrze, jakby właśnie odkrywała przed nim jakąś tajemnicę.
- Również. Pragnę przypomnieć, że Ministerstwo nie dyskryminuje nikogo...
- Ależ to bzdura! Założę się, że gdyby teraz ktoś oskarżył mnie lub pana, o przestępstwo, to z pewnością pan - chociażby ze względu na ubiór - miałby większe szanse na to, by wyjść z tego obronną ręką - kobieta podniosła głos. Rodolphus westchnął. Za chwilę nie tylko go oskarżą o przestępstwo, ale i będą mieli rację, bo zamorduje tę babę gołymi rękami.
- Nie wie pani, jakie pochodzenie mam - odpowiedział szorstko, wstając. Kobieta również wstała.
- Proszę sobie darować, wygląda pan identycznie jak Louvain, gdy był młodszy - nieznajoma prychnęła, a kropelki śliny rozbryzgnęły się wokół niej. Na szczęście żadna z nich nie dosięgnęła Rodolphusa.
- Myślę, że na tym możemy skończyć tę rozmowę - powiedział ostro, idąc do lady. Gdzie ta jego cholerna kawa?

Oczywiście że kobieta miała rację. Zarówno w kwestii pieniędzy, jak i pochodzenia. Ministerstwo mogło uważać inaczej jako instytucja, lecz jego pracownicy posiadali swoje uprzedzenia. Jeżeli by postawić przed sądem mugolaka i czystokrwistego dziedzica, który był bogaty, to nie trzeba by nawet uciekać się do łapówek, żeby wiedzieć, kto wygra to starcie. Kobieta jednak zdawała się nie odpuszczać.
- Uciekanie od rozmowy to przyznanie mi racji - powiedziała, ruszając za nim.
- Nie uciekam. Kończę tę bezsensowną rozmowę, bo jak mówiłem: spieszę się.
- Nie spieszył się pan, gdy czytał gazetę.
- Czekałem na zamówienie, ale jestem już spóźniony - to, że zaczynała go irytować, to było mało powiedziane. Zaczynał być naprawdę zły - ten dzień zaczął się dobrze, a ona go zepsuła. Czy w ogóle się od niego odwali, czy będzie musiał użyć siły?

Kelnerka spojrzała na niego przepraszająco i podała mu kubek z kawą.
- Powinniście lepiej sprawdzać, kto przychodzi do tego miejsca - swoje słowa skierował do pracownicy kawiarni, zaciskając szczupłe palce na kubku. Zamówienie już opłacił więc mógł po prostu wyjść. Z tym, że kobieta nie zamierzała mu tak łatwo odpuścić, bo wyszła za nim na ulicę.
- Pan nazywa się Lestrange, prawda? Nie może pan więc wiedzieć, jak to jest być kimś innym. Kimś bez koneksji rodzinnych i pleców w postaci bogatego ojca o ugruntowanych poglądach - jej ton przeszedł w falset. Czy ona mu się zaraz tu rozpłacze?
- Pierwszy i ostatni raz proszę: proszę mnie zostawić, spieszę się - teraz w jego głosie przebrzmiewała złość. Miał ochotę wylać jej tę gorącą kawę prosto na twarz.
- Czyli mam rację! Nigdy nie będzie tak, że osoba spoza wielkich szanownych rodów i bez majątku będzie traktowana tak samo, jak wy!
- To pani słowa - Lestrange zacisnął usta w wąską kreskę. Szedł wciąż do wyjścia z ulicy Pokątnej. Miał zamiar się przejść i złapać promienie słońca oraz świeże powietrze, ale jeśli tak dalej pójdzie... Kobieta wyprzedziła go i zagrodziła mu drogę.
- Proszę tylko przyznać mi rację!
- Nie odpowiadam za pani urojenia. Ta rozmowa jest skończona - Rodolphus wyciągnął różdżkę. Na ten ruch kobieta cofnęła się tak gwałtownie, aż jej kapelusz się przekrzywił. Lestrange jednak nie planował jej atakować: nie w biały dzień. Rzucił jej ostrzegawcze spojrzenie, ale nie rzucił zaklęcia w jej kierunku. Po prostu teleportował się z trzaskiem do Ministerstwa, upewniając się wcześniej, że ta nie rzuci się na niego w ostatniej chwili. Co za baba! Cały dzień będzie miał teraz do dupy. I owszem, miała rację, ale on absolutnie nie miał zamiaru prowadzić tego typu rozmów z rana, przed kawą, z obcą babą, która powinna znaleźć się w Mungu i leczyć na głowę. Czuł, że to nie będzie dobry dzień - jej słowa odbijały mu się jeszcze przez kilka godzin w pamięci. Do czego to doszło, żeby zaczepiać o takie bzdury ludzi w biały dzień, w kawiarni.

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Rodolphus Lestrange (1614)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa