Mieszkanie Nicholasa
Ten cały ślub to było jakieś nieporozumienie. Jedno wielkie nieporozumienie. To był absurd na tak wielu płaszczyznach, że nawet nie wiedział od czego zacząć. Nie wiedział nawet czy w ogóle chce komentować to, co zaszło na tej pożal się Merlinie imprezie. Tak, Rodolphus nie był zadowolony z przebiegu ceremonii. Chociaż nie, wróć: do samej ceremonii nic nie miał. Została przeprowadzona poprawnie i mógłby powiedzieć, że była nawet bardzo przyzwoita. W jego języku oznaczało to, że nawet mu się podobało, skoro nie miał się do czego przyczepić. Lecz później... Ach!
Gdyby nie te cholerne kapibary, bójki i jąkający się Perseus, który wyglądał jakby Vespera trzymała go pod obcasem, to pewnie nawet by nie pisnął słowem na temat tego wesela. Ale dodatkowo jakiś idiota musiał wylać na niego i jego kuzynkę rosół, co prawie poskutkowało przemianą w kurę. KURĘ. Ja pierdolę. Lestrange prychnął, wciąż czując na sobie odór rosołu. Prymitywna, obrzydliwie tłusta zupa - miał wrażenie, że na sam zapach mu się cofało. Ciekawe, czy to się utrzyma dłużej niż do pierwszego prysznica. Bo to, że niechęć zostanie, to było pewne, nawet się nie łudził, że kiedykolwiek jeszcze weźmie łyżkę tego świństwa do ust. Rodolphus cicho przekręcił klucz w zamku, nie wiedząc czy współlokator śpi. Nie było jeszcze aż tak późno, a on sam uprzedził Nicholasa, że będzie późno, ale kto wie: może Travers postanowił zasnąć wcześniej?
To nie tak, że był roztrzęsiony, ale ewidentnie coś mu leżało na wątrobie. Zamknął drzwi, starając się być tak cicho, jak mógł, a potem od razu udał się do łazienki. Modlił się w duchu do wszelkich bóstw, by ten wstrętny zapach dało się zmyć, ale najwyraźniej bogowie postanowili z niego zakpić, bo ilekroć by się nie mydlił i nie szorował, tak nadal miał wrażenie, że całe jego ciało wali jak weselna zupa. W łazience był przez to znacznie dłużej niż zwykle, a szumowi płynącej wody towarzyszyły ciche westchnięcia, spośród których wyłaniały się słowa "ja pierdolę" oraz "zabiję tego gnoja". Żył więc, nie zasłabł pod prysznicem, ale najwyraźniej nic nie poszło po jego myśli.
Gdy w końcu wyłonił się z łazienki, miał jeszcze mokre włosy. Piżamę narzucił niedbale na siebie, a wyraz twarzy miał tak zmordowany, jakby przebiegł co najmniej dwa maratony. Udał się prosto do łóżka, walnął się do niego bezczelnie i bez ostrzeżenia, twarz ukrywając w poduszce. Miał ochotę krzyczeć, żeby tylko dać upust swoim emocjom, ale wiedział, że powinien nad sobą panować. Powinien... Lestrange obrócił się na bok i zwinął niemalże w kłębek, przysuwając się w milczeniu do Nicholasa. Zdarzyło mu się to po raz pierwszy - nigdy nie był w tak bezbronnej, zależnej od kogokolwiek pozycji. Nie mówił nic, nie składał wyjaśnień. Po prostu chłonął ciepło jego ciała, zamykając oczy i próbując wyrzucić wszelkie wspomnienia ze swojej pamięci.