• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn Klinika magicznych chorób i urazów v
1 2 Dalej »
[07.09.1972 - późny wieczór] (un)announced visit| Geraldine & Ambroise

[07.09.1972 - późny wieczór] (un)announced visit| Geraldine & Ambroise
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#31
22.02.2025, 22:31  ✶  

- To cios poniżej pasa. - Nie sądziła, żeby w jej przypadku próbował sięgać po takie metody, jednak kto wie, czego tak właściwie mogła się spodziewać. Faktycznie do odhaczenia została jej tylko Lecznica Dusz, ale zdecydowanie nie wybierała się do tego miejsca, musieliby ja wsadzić tam siłą, nie sądziła, że spacyfikowanie jej byłoby zresztą takie proste. Znała różne, skuteczne metody ucieczki. Na pewno by je zastosowała w takim przypadku. Raczej nie chciała odwiedzać tamtego miejsca, bo mogło się to wiązać z biletem w jedną stronę. Nie chciałaby tego sprawdzać.

Nie wydawało jej się jednak, że byłby skłonny zastosować wobec niej te metody, raczej się z nią droczył, co miało sens, bo rozmowa mimo dosyć trudnego początku aktualnie była całkiem przyjemna. Nie spodziewała się tego, że będą w stanie ze sobą rozmawiać w ten sposób. Jak widać jednak nadal potrafili się zaskakiwać, nie powinno jej to jakoś szczególnie dziwić, w końcu od zawsze to między nimi było. Ich rozmowy były bardzo chaotyczne, nigdy do końca nie dało się przewidzieć w jaki sposób będą przebiegać, tak to już bywa w przypadku dwóch, bardzo silnych charakterów.

- W zamykanej szafce, jasne zarejestrowałam. - Byłaby skłonna chyba nawet jej poszukać, chociaż nie dzisiaj, dzisiaj chyba nie potrzebowała alkoholu do szczęścia. Całkiem przyjemnie się czuła bez niego. Nigdy jednak nie wiadomo, co zdarzy się w przyszłości. Oczywiście, że zakładała, że jakąś przyszłość będą mieć, to też się nie zmieniło i on i ona rozważali co może przynieść jutro, chociaż nie powinni tego robić. Nie powinni myśleć o sobie w swoich życiach, ale jakoś nie do końca im się to udawało.

- Prywatna praktyka może być dla Ciebie wyjątkowo ciekawym rozwiązaniem. - Nie sądziła, żeby faktycznie to rozważał, w końcu ciągle wspominał o swoim awansie w Mungu, jednak jej zdaniem to nie był wcale taki zły pomysł. Marnował się tutaj, zwłaszcza, że przez lata widziała ile pracy wkładał w to, aby w końcu sięgnąć po interesujące go stanowisko, a nadal się to nie wydarzyło. Powinien pomyśleć o jakiejś zdanie, nie, żeby się na tym szczególnie znała, bo przecież nie miała pojęcia jak dokładnie to wszystko działało u medyków, ale na swój własny, logiczny sposób próbowała sobie to jakoś wytłumaczyć. Nie wydawało jej się, aby szybko miała się zmienić jego pozycja, było tutaj trochę jak w Ministrestwie Magii bez odpowiednich kontaktów nie dało się spełniać swoich marzeń, po co więc się marnować?

- Możesz do mnie wracać nawet, jeśli nie otworzysz prywatnej praktyki. - Wolała o tym wspomnieć, chociaż wydawało jej się, że miał tego świadomość. Ostatnio ich drogi krzyżowały się bardzo często, nie sądziła, aby szybko to się zmieniło. Mieli jeszcze kilka wspólnych spraw do dokończenia, co na pewno spowoduje, że znowu będą widywali się częściej. Nie powinni rozmawiać o wspólnej przyszłości, rzucać takich sugestii, a i tak to robili, wiedziała, że nie było to niczym dobrym, ale z drugiej strony, może dzięki temu zaczęli nieco bardziej oswajać się ze swoją ponowną obecnością.

Zmiana tonu głosu Roisa uświadomiła jej, że zdecydowanie nie założyła odpowiedniego toku myślenia. Sugerował jej coś zupełnie innego, na co wcześniej nie wpadła, a powinna. W końcu czego innego powinna się po nim spodziewać, miał kosmate myśli, jak zawsze, tymczasem ona zupełnie tego nieświadoma angażowała się w przybijanie tych pieczątek.

Nie do końca chyba wiedziała, co robi decydując się na założenie fartuszka. Nie wiedzieć dlaczego założyła, że będzie on biały, biedna Yaxleyówna, nie mogła się spodziewać najgorszego. Biały nie był jeszcze jakimś szczególnie złym kolorem, jasne, nie sięgała po niego zbyt często, ale zdarzało jej się to robić. W najgorszych koszmarach jednak nie założyłaby, że trafi jej się jasnozielony fartuszek, który pod nieodpowiednim światłem mógł się wydawać żółty. Gdyby tylko to wiedziała, to na pewno nie byłaby taka chętna co do tych przebieranek, teraz jednak już nie było odwrotu.

Obserwowała go uważnie, gdy zmierzał w kierunku szafy, najwyraźniej postanowił sięgnąć po swój własny kitel, co w sumie nie było takim złym wyborem. Yaxleyówna odbiegała wzrostem od większości normalnych ludzi, do Roisa było jej zdecydowanie bliżej. Często przecież kradła mu ubrania, nie było więc najmniejszych wątpliwości, że jego fartuch będzie na nią pasował.

Spodziewała się, że raczej jej go wręczy i zaczeka, aż go na siebie narzuci, ale nie tym razem. Sam to zrobił, no może nie do końca, bo po prostu nałożył go na jej ramiona. Mogła obserwować wszystko w szybie, póki co bowiem nie zamierzała się odwracać.

Znajdował się blisko, zdecydowanie zbyt blisko, ale czy faktycznie? Lubiła kiedy nie dzieliła ich praktycznie żadna odległość. Tak, że mogła poczuć na ciele jego ciepło. Poczuła dłonie zaciskające się na jej przedramionach, właściwie nie mogła na to nie zareagować, dreszcz przeszedł jej po ciele, nie mogła się odwrócić, pozostawało jej obserwować go w tej nieszczęsnej szybie. Odchyliła delikatnie głowę, gdy poczuła ciepły oddech na swojej szyi, jej serce przyspieszyło swój rytm. Nie spodziewała się bowiem, tego, co zamierzał. Przyjemnie było poczuć jego usta na jej szyi. - Czyli co, teraz możemy już bezpiecznie stąd wyjść? - Skoro przeprowadził odpowiednie badania i miał pewność, że nie jest z cukru, chyba nic im już nie groziło, prawda? Mogli udać się na ten dach, o którym wspominał.

Nim to jednak zrobili postanowiła odwrócić się twarzą do niego, policzki miała rumiane z racji na to, że zrobiło jej się nieco zbyt gorąco, naprawdę nie potrzebowała do tego wiele. Jej twarz znajdowała się tuż przed jego, trochę zachęcił ją do tego, aby się nie ograniczała, tyle, czy faktycznie wypadało, aby asystentka za bardzo spoufalała się ze swoim mentorem, nachyliła się nad jego twarzą, ale po chwili jednak postanowiła się odsunąć, może faktycznie to nie do końca było odpowiednie zachowanie. Zamiast tego złapała go po prostu za rękę, zdecydowanie nie chciała zgubić się w Mungu. - Prowadź. - Mruknęła cicho, gotowa wyjść z tego gabinetu, potrzebowała chyba odrobiny świeżego potwietrza.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#32
23.02.2025, 05:16  ✶  
Prychnął cicho, posyłając Rinie niezaprzeczalnie kpiące spojrzenie. Nie nieprzyjemne, po prostu pobłażliwe, trochę niedowierzające i bezsprzecznie rozbawione myślą o tym, że usiłowała wytknąć mu nieczyste zagrywki.
- Przecież mnie znasz - odpowiedział wyłącznie, bo to było jasne jak światło latarni ulicznych za oknem.
Nie grał zgodnie z regułami. Często tak, zwłaszcza w oficjalnej pracy, ale jednocześnie... ...no, nie zawsze. Tylko wtedy, kiedy mu one odpowiadały. Gdy pasowały do jego narracji, nie miał z nimi nawet najmniejszego problemu. Gorzej było w przypadku, w którym co prawda je przeczytał czy tam wysłuchał, zaznajomił się z nimi, ale wyłącznie po to, żeby wiedzieć, czego nie zamierza się trzymać.
Lubił znać swoje opcje. I tak, prywatna praktyka zasugerowana mu przez Geraldine (zresztą nie pierwszy raz) była jedną z nich. Tyle tylko, że to nie był tak prosty temat jak mógłby chcieć uważać. Miał tego pełną świadomość. Na ten moment w dalszym ciągu był wierny Mungowi. Wbrew pozorom lubił ten pierdolnik.
- Równie ciekawym, co prawdopodobnie nieosiągalnym. Przynajmniej jeszcze na ten moment - odparł zgodnie z prawdą, nawet nie próbując ukryć najoczywistszej z prawd. - To inwestycja na szerszą skalę niż odbywanie wizyt domowych i praca dla szpitala - wzruszył ramionami, nie kwitując tego w żaden przesadnie ponury czy niezadowolony sposób, raczej bardzo konkretny i realistyczny.
Po prostu na tym etapie życia, na jakim się obecnie znajdował, raczej nie mógł sobie pozwolić na przesadny huraoptymizm. Jasne, pewnie, gdyby trochę płycej o tym pomyślał, więcej działał to byłby w stanie rzucić się na głęboką wodę. W dalszym ciągu pokładał naprawdę dużą wiarę w siebie i we własną wartość. Mimo to, jeśli chodzi o kwestie zawodowe, ostatnimi czasy stał się jeszcze bardziej zachowawczy. Już nie podejmował aż tylu pochopnych decyzji. A przynajmniej lubił tak sobie powtarzać.
- Wiem - uśmiechnął się, jednak tym razem wypadło to zdecydowanie bardziej blado; zamyślił się na nie dłużej niż kilkanaście sekund, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że jednocześnie bezwiednie posmutniały mu oczy.
To był dobry wieczór. Poza raczej chaotycznym początkiem dyżuru, przebojach z kilkoma bardzo ekspansywnymi i ekspresyjnymi pacjentami. Prócz tych pierwszych kilku minut, gdy Geraldine naprawdę zaniepokoiła go swoją wizytą i tamtymi pytaniami o to, czy w dalszym ciągu ją pamięta (nadal nie wiedział, jakżeby miał o niej zapomnieć; nie chciał wiedzieć, nie dopuszczał tej możliwości).
Obecnie atmosfera panująca w pomieszczeniu była zupełnie inna. Dużo bardziej senna, może nawet wręcz błoga, teraz także odrobinę melancholijna. Mimo wszystko, słysząc odpowiedź padającą z ust dziewczyny, Ambroise nie był w stanie nie uświadomić sobie tego, co ponownie padło między ich dwojgiem. Kolejnych słów mających z pozoru całkiem niewinne znaczenie, ale w głębszym rozumieniu mogących wydawać się trudne do przełknięcia.
Reszta? Reszta była starannie pielęgnowanym wspomnieniem. Zalążkiem wspomnienia. Ulotną chwilą, gdy wszystko kolejny raz było właściwe. Na swoim miejscu. Nie odległe, nie na wyciągnięcie dłoni, nie zagmatwane czy podszyte obawą, co stanie się już za kilka chwil, gdy znów przyjdzie im zmierzyć się z brutalną rzeczywistością.
Przesunął dłońmi po przedramionach dziewczyny, otulając ją grubym materiałem jesiennej wersji kitla. Tak, zgadza się, był tego typu człowiekiem. Mimo tego, że w Mungu zazwyczaj panowała dosyć podobna temperatura niezależna od pogody czy pory roku na zewnątrz, noszenie trochę grubszych ubrań służbowych było całkiem uzasadnione, jeśli można było sobie na to pozwolić.
On mógł i zdecydowanie był tego typu snobem, aby korzystać z tego przywileju, nawet jeśli w tej chwili nadal instynktownie przebrał się w swój letni uniform. Taki sam, ale cieńszy. Nie do końca będący w stanie przygotować go na starcie z nadchodzącymi chłodnymi dniami. Z wiatrem i deszczem bijącym z podwórka.
Już dziś zapewne mogło być mu trochę chłodniej niż jeszcze przed dwoma tygodniami, ale nie miał zapasowego mundurka. Nie tu. W Dolinie Godryka, zapewne prany przez skrzatkę. To zaś oznaczało, że zamierzał wyjść tak. Nie planował bowiem kłopotać się zabieraniem ze sobą płaszcza. Nie wychodzili na aż tak długo.
W tym momencie sprawiając wrażenie, jakby mogli nie wychodzić wcale, trwając tak w tej jeszcze jednej naprawdę spokojnej chwili. Obejmował dziewczynę ramionami, przyglądając jej się w odbiciu na szybie i unosząc kąciki ust. Nie powinien tego robić. Ona nie powinna mu na to pozwalać. Kolejny raz mieszali sobie nawzajem w głowie. Znów robili coś sprzecznego z założeniami. Łamali ustalenia, ponownie przekraczając granice między tym, co było a tym, co powinno być.
Czy tego żałował? W tym momencie ani trochę.
- Mhm - wymamrotał zanim odsunął wargi od szyi Geraldine, ostatni raz ogarniając jej skórę ciepłym oddechem.
Nie powiedział nic na ten temat, ale przynajmniej miała w tej chwili dowód na to, że może niemal nazbyt łaknąco całował ją po szyi, jednak z pewnością nie był wampirem. Nie odbijałby się z nią w szybie, czyż nie? Tak, może co nieco rozbawiła go ta myśl. Nawet przy tych wszystkich przejściach z Astarothem. Było w tym coś tak absurdalnego, że aż śmiesznego.
Jednak cały ten nastrój zniknął w przeciągu kilku chwil. W momencie, w którym Rina postanowiła odwrócić się przodem do niego, stając z nim twarzą w twarz. Na tyle blisko, że wystarczyłby jeden ruch, aby zetknęli się nosami. Kilka centymetrów więcej, by mógł złożyć pocałunek nie na jej szyi a na wygiętych wargach, które aż same się o to prosiły. Doskonale wiedział jak smakują.
Już niemalże ponownie zakosztował ich dymnej słodyczy, kiedy...
...odsunęła się od niego. Przestała się ku niemu nachylać, cofnęła podbródek, nie dając mu szansy na kolejne naruszenie dystansu ani samej też nie sięgając po ten prosty gest. Mimo rumianych policzków, mimo błyszczących oczu.
Stłumił westchnięcie. To była naprawdę słaba zagrywka.
Instynktownie przeniósł wzrok na dłoń Riny wsuniętą w jego rękę. Nawet nie spostrzegł, kiedy pozwolił jej spleść ich palce. Wślizgnęła się swoimi (teraz już znacznie cieplejszymi niż jeszcze jakiś czas wcześniej) między jego, na co przystał bez chwili namysłu, trzymając ją za dłoń w taki sposób, jakby to było coś całkowicie naturalnego. Bowiem kiedyś było, czyż nie? Wbrew pozorom i temu całemu wrażeniu, jakby minęły dekady, odkąd byli razem tak po prostu szczęśliwi, to było zaledwie półtora roku. Kropla w morzu wszystkiego, co sądzili, że będą mieć.
Powoli przesunął spojrzeniem po ich złączonych rękach, nie kryjąc subtelnego uśmiechu, jaki dosłownie na ułamek sekundy krótszy niż mrugnięcie okiem zagościł na jego twarzy.
Znowu się uśmiechnął, po czym pozwolił sobie na utratę tego uśmiechu. Na spoważnienie, choć jego ręka powędrowała w górę ku twarzy, w dalszym ciągu trzymając palce Yaxleyówny.
- Nie chodzimy tu w ten sposób - poinformował ją cichym, trochę zachrypniętym głosem, bez jakiegokolwiek innego słowa składając kolejny pocałunek, tym razem na wierzchu dłoni Geraldine...
...którą puścił, otwierając drzwi przed dziewczyną. Tak, panie szły przodem. Później zamierzał przejąć rolę przewodnika, bez chwili zawahania obierając najszybszą i najbardziej prywatną drogę boczną klatką schodową w górę ku kafeterii. Wygrzebując kluczyk z kieszeni, żeby otworzyć zamknięte drzwi, wpuszczając przez nie Rinę i ponownie je za nimi zamykając. Kafeteria była pusta, tak samo jak przejście na dach. Zdecydowanie mogli liczyć na to, że będą tam sami. Było późno w nocy, deszczowo i chłodno. Mało kto decydowałby się na wyjście na zewnątrz przy takiej aurze.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#33
23.02.2025, 16:48  ✶  

Faktycznie powinna się po nim wszystkiego spodziewać. Nie ma się co oszukiwać, Roise nie należał do osób, które jakoś bardzo trzymały się zasad, wręcz przeciwnie raczej je ignorował, lub udawał, że nie istnieją. Nie liczyło się dla niego to w jaki sposób wygra, tylko, że faktycznie sięgnie po swój cel. Tak było od zawsze, to się nie zmieniło. Spodziewała się tego, chociaż jeszcze nigdy nie straszył ją Lecznicą Dusz, jak widać powinna się spodziewać niespodziewanego, czy coś.

Westchnęła więc jedynie lekko, cicho i pokręciła głową, jakby chciała zaprzeczyć. Tak, znała go, wiedziała, że to było dla niego typowe.

- Dlaczego nieosiągalnym? - Tak, zdawała sobie sprawę, że było to dosyć sporym przedsięwzięciem, musiałby się w nie dość mocno zaangażować, znaleźć sobie współpracowników, miejsce, w którym mógłby otworzyć taką działalność, ale dlaczego miałby tego nie zrobić? Niewielu było specjalistów, którzy mogli mu dorównać, mających takie doświadczenie, zresztą miał też swoich stałych klientów. To nie wydawało jej się być wcale takim głupim pomysłem, więc przeciwnie. Tak, pomysł ten wymagał sporo zaangażowania i pracy, ale wydawało jej się, że mógłby mu przynieść więcej satysfakcji niż Mung. Szczególnie, że nadal go nie awansowali i chyba nie miało się to stać zbyt szybko. Po co więc tkwić w takim miejscu bez perspektyw?

- Tak, zdaje sobie z tego sprawę, ale wydaje mi się, że akurat ty bez problemu byś sobie poradził z taką inwestycją, masz przecież sporo znajomości, mógłbyś zaangażować w to więcej osób. - Bo dlaczego by nie. Rządziliby sobą sami, nie musieli się przejmować nikim ponad sobą. Właściwie Yaxleyówna uważała, że to naprawdę był wyjątkowo dobry pomysł. Zapewne nie dało się go zrealizować od ręki, ale przecież Roise nigdzie się nie spieszył.

- To dobrze, że wiesz, wolałabym, żebyś o tym nie zapominał. - Wiedziała, że te rozważania między nimi nie powinny mieć miejsca, obietnice bez pokrycia i cała reszta, ale jakoś lekko przychodziło im rzucanie słów o wspólnych chwilach, które miały nie nadejść. Nie da się ukryć, że było im razem całkiem dobrze, nawet teraz siedząc po prostu w tym gabinecie, przeglądając nudne dokumenty. Nie potrzebowali niczego spektakularnego do robienia, wystarczyło im ich towarzystwo, nic więcej. To mówiło samo za siebie. Mogli sobie zakładać pewne rzeczy, próbować trzymać się od siebie z daleka, ale to chyba nie do końca miało zadziałać.

Nie zdążyła zbyt dokładnie przyjrzeć się temu mundurowi, może to i lepiej, bo dotarło y do niej, jaki paskudny kolor się jej trafił, pewnie wtedy wcale nie pozwoliłaby go na siebie narzucić, w szybie, odbiciu w którym widziała ich sylwetki kolory jej się nieco rozmywały, więc nie do końca była świadoma tego, jak się prezentowała. Zresztą czy faktycznie była, aż tak wybredna. Mieli plan, miała udawać jego asystentkę, w tym stroju pewnie nawet ktoś by jej w to uwierzył, no oczywiście dopóki nie otworzyłaby ust, wtedy na pewno bardzo szybko wszyscy by się zorientowali, że udaje. Dlatego właśnie jeśli się na kogoś natkną nie miała zamiaru się odzywać, wbije wzrok w swoje stopy i będzie zdana na łaskę Roisa. Zresztą jemu też powinno zależeć na tym, aby nikt nie zorientował się, że ją tam przemyca.

Nie powiedziała nic, bo nie zamierzała udawać, że ma coś przeciwko temu, że jego usta znalazły się na jej szyi. Nie miała, wręcz przeciwnie, mógłby ich stamtąd nie odrywać, mogłaby tkwić w takim uścisku przez wieczność. Nie była szczególnie asertywną częścią tej pary, właściwie to niby nie było żadnej pary, ale to też nieszczególnie ją obchodziło. Nie zamierzała go ograniczać, siebie też. Póki pragnęli tej bliskości, póki znajdowali się tuż obok siebie nie miała problemu z tym, aby na to pozwalać. Najchętniej sięgnęłaby jeszcze po więcej, ale na to chyba nie do końca mogli sobie tutaj pozwolić, chociaż może, właściwie, czemu by nie? Nie takie rzeczy robili w swoim życiu.

Mogła go teraz pocałować, nie wydawało jej się, aby ją odrzucił, ale tego nie zrobiła, bo mieli iść zapalić, mieli plany, których nie chciała zakłócać. Może i chciała to zrobić, ale później, nie miała za to problemu z tym, aby w między czasie chwycić jego dłoń, spleść palce z jego palcami, to wydawało jej się właściwie. Kiedyś było dla nich bardzo naturalne, w sumie coraz częściej do tego wracali.

Nie spodziewała się, że wypuści jej dłoń. Musnął ją jeszcze przed tym swoimi ciepłymi wargami, tak jak robił wiele razy wcześniej, a później wypuścił. To było całkiem logicznym zachowaniem, w końcu raczej nie chodził ze swoimi współpracownikami w ten sposób, a przecież miała udawać jego asystentkę, jednak nie ukryła swojego rozczarowania, ust wygiętych w podkówkę nie dało się tak łatwo schować. - Jasne, gorzej będzie jak mnie gdzieś zgubisz po drodze... - Nie zamierzała do tego doprowadzić, bo wolałaby nie zgubić się w Mungu, ale to zawsze mogło się zdarzyć, prawda? Różne rzeczy mogły się jej przytrafić.

Wyszła więc pierwsza, gdy otworzył przed nią drzwi, zatrzymała się jednak niemalże od razu, aby Roise znalazł się przed nią. On był u siebie, ona była tylko jego towarzyszką, nie znała drogi, nie miała pojęcia dokąd powinna iść. Była zdana na jego łaskę i dobrą wolę.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#34
23.02.2025, 22:30  ✶  
Z jakiegoś przedziwnego, nie do końca znanego sobie powodu faktycznie nie miał jeszcze okazji zagrać kartą Lecznicy Dusz. Zresztą może nie było to aż tak dziwne? Nigdy nie sugerował i nie zamierzał sugerować, że jego dziewczyna jest wariatką. Wręcz przeciwnie. Był w stanie kąsać i gryźć każdego, kto próbował szastać tak parszywymi, godnymi pożałowania słowami. Nie zamierzał tolerować podobnych insynuacji, co zresztą miał przecież okazję udowodnić wcale nie tak dawno temu.
Tak, nie przejmował się chamskimi odzywkami rzucanymi w jego stronę. Być może czasami zdarzało się, że ktoś przeginał tak mocno, że wreszcie Greengrassowi pękała żyłka. Nie potrafił być tak niewzruszony jak twierdził, jednakże z uwagi na swoje doświadczenia był w stanie przyjąć na siebie znacznie więcej wyzwisk i złośliwości. Po prostu spływało to po nim jak woda po kaczce.
Sytuacja komplikowała się w chwilach takich jak ta w jaskini w Snowdonii, gdzie znaczna część zniewag, oskarżeń i pochopnie wysranych słów nie padła w jego stronę, tylko w stronę Yaxleyówny. Oczywiście, że się wtedy odpalił. Nie żałował tego nawet przez ułamek sekundy. Być może narobił sobie tym czarnego PRu, jednak w gruncie rzeczy jakoś niespecjalnie przejmował się tym, że byle chłystek w przyciasnych skórzanych spodniach gwarantujących mu ścisk jąder (może dlatego tamten zachowywał się jak pizda; już miał bardzo zgniecione malutkie orzeszki) mógł mu czymkolwiek zaszkodzić.
Bardzo dbał o swoją renomę. Był uprzejmy i respektowany, szanowany i poważany nie tylko stricte w medycznym środowisku. Poza tamtymi wszystkimi latami, gdy trochę igrali sobie wraz z Geraldine z kółka gospodyń wiejskich czystokrwistych pań domu, nie dostarczał gawiedzi zbyt wielu powodów do wyrażania niepochlebnych opinii na jego temat. Wręcz przeciwnie, oficjalnie zachowywał się raczej bez zarzutu.
Swoje najgorsze zachowania ewidentnie pozostawiał dla grona najbliższych mu ludzi, nieprawdaż? W tym momencie poniekąd tego dowodził, choć robił to raczej z przekory. Ironicznie, rozbawiony własnymi sugestiami, wcale nie nastawiony na konfrontację, potyczkę czy ciskanie w Geraldine gorzkimi słowami.
Ich obecne stosunki były naprawdę dobre. Niemalże tak dobre jak niegdyś. Na swój sposób właściwe. Zdecydowanie bardziej naturalne niż przez całe lato. A jednak wciąż miał pewne opory przed tym, aby tak po prostu podzielić się z nią tymi słowami, które pewnie powinny paść z jego ust w temacie prywatnej praktyki.
Mieli być ze sobą zupełnie szczerzy, prawda? Więc potrząsnął głową, nieznacznie unosząc dłoń, aby dać dziewczynie do zrozumienia, że nie chodzi o wysnuwane przez nią teorie. W głównej mierze nie tego się obawiał. Wiedział, że podołałby temu zadaniu. Znalazłby ludzi do współpracy i tak dalej. W dalszym ciągu wierzył we własne talenty i siły.
W końcu po prostu otworzył usta, uciekając wzrokiem na papiery i wzruszając ramionami, jakby to wcale nie było nic nieco zbyt gorzkiego do przełknięcia.
- Nie stać mnie, Geraldine, po prostu na ten moment mnie na to nie stać - i tyle, pozornie naprawdę banalnie prosta sprawa. - Jasne, mogę pójść z tym do rodziny. Ojciec na pewno sypnąłby galeonem. Mogę też złożyć wniosek o pożyczkę z Gringotta. Są różne opcje, ale... ...znasz mnie - kolejny raz wzruszył ramionami, stawiając trochę nazbyt zamaszysty podpis na papierze i nieco zbyt mocno przyciskając do niego czubek pióra.
Tyle w temacie. Naprawdę nie chciał o tym dyskutować ani dłużej tego ciągnąć. W tym momencie na tyle mocno nadwyrężył własny budżet, że potrzebował czasu, aby go odbudować. Przez lata ładował pieniądze naprzemiennie to w dom w Whitby, to w nieswoje mieszkanie przy Horyzontalnej, przy okazji wspierając też przyjaciół i mimo wszystko będąc w stanie odłożyć naprawdę sporo knuta. Na tyle dużo, aby być w stanie dwukrotnie podejść do kupna absurdalnie drogiego pierścionka zaręczynowego.
Tyle tylko, że z zaręczyn wyszło jedno wielkie bagno. Później musiał pożegnać się z jedną i drugą nieruchomością, mimo to w dalszym ciągu płacąc za wszelkie rachunki i podatki dotyczące Piaskownicy. Utrzymując długoterminowy wynajem przy Pokątnej, później decydując się na kupno dużego mieszkania przy Horyzontalnej. Na remont domku w Dolinie Godryka. Niby na rodowym terenie, ale niechętnie korzystał z rodzinnych zasobów finansowych. Wolał być niezależny, żyć na własny rachunek, nie uzależniając się od innych.
W żadnym wypadku nie był biedny. Był zamożny, naprawdę zamożny. Na tyle, aby wieść bardzo dostatnie życie. Tyle tylko, że nie na tyle, by od ręki zacząć otwierać prywatną praktykę. Nie w Londynie a mimo wszystko to było miejsce, z którym nieodmiennie wiązał ścieżkę kariery zawodowej. Mógłby to robić jeszcze gdzieś nad morzem. Kiedyś to też była opcja. Obecnie? Nie.
Brakowało mu tego. Czasów, gdy wszystko było znacznie łatwiejsze. Kiedy gesty takie jak objęcie się ramionami nie wywoływały u nich niczego prócz chęci, by posunąć się dalej, kradnąc sobie więcej niż ten jeden pocałunek, przed którym się powstrzymali. Niegdyś nawet by o tym nie pomyśleli. Nawet, gdyby ona się cofnęła, on ująłby jej podbródek w palce i zamknąłby usta dziewczyny. Teraz tego nie zrobił. Pozwolił, by odsunęli się od siebie, podejmując decyzję o wyjściu na papierosa. Nic więcej.
- Obiecuję cię nie zgubić - zapewnił, uśmiechając się pod nosem. - Jesteś przy mnie bezpieczna. Żaden inny uzdrowiciel cię przy mnie nie zje - dodał na rozluźnienie atmosfery, zamykając za nimi drzwi i kierując swoje kroki we właściwą stronę.
Faktycznie pilnując przy tym tego, aby nie zgubić swojej przeuroczej asystentki. Nie tracąc przy tym zbyt wiele czasu, bo tak czy siak po niecałych pięciu minutach wreszcie stanęli na dachu.
- Hm? - Rzucił całkiem zachęcająco, wyciągając ku Geraldine jego własną papierośnicę, by nie psuć wieczornego klimatu smrodem jej mugolskich fajek.
Tak, tak. Może ostatnio o tym nie mówił, ale nadal ich nie cierpiał. To nie miało ulec zmianie.
Wpatrywał się w rozpościerający się przed nim Londyn. Miasto, które w ciągu dnia tętniło życiem teraz wydawało się być niemal opustoszałe. Uśpione i pogrążone w głębokiej niemal nieprzeniknionej ciszy.
Roise wziął głęboki oddech, czując jak chłodne powietrze przenika do jego płuc a mżawka wdziera mu się nawet za kołnierz. Patrząc na pulsujące światła Londynu, zaciągnął się papierosem, powoli wypuszczając dym w mrok nocy.
Ulice, które w ciągu dnia były pełne ludzi, teraz wydawały się opustoszałe. Jedynie sporadyczne przejeżdżające samochody zakłócały tę niemal nieprzeniknioną ciszę. Towarzyszył im chlupot wody rozbryzgującej się pod kołami. Każda poruszona kałuża odbijała światło latarni, tworząc na ulicach migoczące plamy.
Stojąc tak w milczeniu trudno było nie zwrócić uwagi na pewien paradoks. Oto znajdowali się w mieście, które nigdy nie zasypia, a jednak potrafi być tak ciche, że niemal bezgłośne. Ogarnięte niemal jednostajnym szumem.
Powietrze było chłodne, choć raczej rześkie aniżeli mroźne. Niosło ze sobą odrobinę całkiem przyjemnego orzeźwienia. Woda w dalszym ciągu spływała po krawędziach dachu tworząc małe strumyczki, które znikały w ciemności wraz z charakterystycznym dźwiękiem. Lekki wiatr muskał twarz Roisa przynosząc ze sobą ten bardzo charakterystyczny zapach trochę ziemistej świeżości pozostałej po niedawnym deszczu.
W powietrzu czuć było wilgoć. Podmuchy powietrza niosły ze sobą echa dalekich odgłosów płynących z bardziej rozrywkowych częściach miasta. Tych, które nie spały. W przeciwieństwie do dzielnicy, w której mieścił się szpital.
Nie stali tu na tyle długo, aby móc zwrócić na to uwagę, jednak Ambroise wiedział, że czasami, gdy wiatr wiał silniej, z dachu Munga można było usłyszeć dźwięki muzyki. Utworów, które wypełniały nocne powietrze, poruszając te dziwne struny w duszy.
W latach siedemdziesiątych, kiedy to rock, soul i disco rządziły na brytyjskich ulicach, dźwięki te nieodmiennie przypominały mu o życiu, które tętniło w barach i klubach. W pubach, w których młodzi ludzie tańczyli, śmiali się i lekkim tonem rozmawiali przyszłości.
Mugole nieświadomi tego, co działo się w magicznym świecie, nadal nie byli jeszcze skalani lękiem przed skutkami wojny. Nie wiedzieli, co zawisło także nad ich głowami. Być może co poniektórzy czuli widmo grozy, jednak większość z nich w dalszym ciągu żyła w błogiej niewiedzy. Wszelkie ataki ze strony popleczników Voldemorta klasyfikowane były jako wypadki czy pojedyncze akty przemocy nie wymierzane przez nikogo konkretnego.
Mimo że pojawili się tu razem, Ambroise stał w milczeniu, wpatrując się w rozciągający się przed nim widok. Niebo nad Londynem miało odcień głębokiego atramentu. Ponad pobliskim parkiem unosiła się delikatna srebrzysta mgła nadająca wszystkiemu niemal eteryczny wygląd.
Na płynącej nie tak daleko Tamizie dało się dostrzec jasne migoczące światła kutrów sunących po rzece na falach. Woda lśniła odbijając światło księżyca, który wisiał na niebie jak ogromny złoty galeon.
W oddali, gdzie horyzont łączył się z niebem widoczne były kontury budynków znacznie wyższych niż gmach szpitala. Ich zarysy wyraźnie rysowały się na tle ciemnego nieba, które zdobiły jedynie nieliczne gwiazdy słabo dostrzegalne przez łunę światła bijącą od neonów i latarni ulicznych. Wieżowce w nocy wydawały się jeszcze bardziej majestatyczne.
W pobliżu Munga nie było zbyt wielu takich budowli, jednak jeden z budynków wyraźnie przyciągał wzrok. Stary hotel był oznaczony szyldem, którego neonowe litery migotały próbując przyciągnąć uwagę osób przechodzących obok. Jego fasada była brudna i naruszona zębem czasu. Wydawał się być nieodłącznym świadkiem historii tego miasta, trwającym przez dekady.
Chłód wiatru muskał jego twarz. Zamknął oczy, pozwalając sobie na chwilę refleksji. Niby był tu i teraz, a jednak jednocześnie niemalże bezwiednie przeniósł się do tamtych czasów, kiedy młodość była pełna obietnic, kiedy życie wydawało się prostsze. Chciałby to zrobić. Poczuć tę radość, której brakowało mu ostatnimi czasy. Na chwilę zapomnieć o wszystkich zmartwieniach, które towarzyszyły mu w ostatnich tygodniach. Pozwolić na to, by w jego duszy zagościła nadzieja. Nadzieja na nowe jutro. Ale tak nie było.
Kiedy otworzył oczy i jeszcze raz spojrzał na rozświetlone ulice, nie mógł powstrzymać się od myślenia o swoich własnych marzeniach, które w ostatnich latach zdawały się oddalać coraz bardziej i bardziej. Zamiast zmierzać ku przyszłości, miał wrażenie, że coraz bardziej się cofa.
Na chwilę stracił poczucie czasu. Jego umysł samoistnie powędrował w kierunku wspomnień o przeszłości, o ludziach, którzy odeszli i o tych, którzy pozostali. W pewnym sensie pasowało to do tej chwili, do klimatu Munga. Miejsca, gdzie ludzie przychodzili prosić o pomoc lub żegnać się na zawsze.
Dzisiejszego wieczoru nabierało to zupełnie nowego, innego, bardziej osobistego i na swój sposób bolesnego znaczenia. Czy to właśnie mieli osiągnąć tą wizytą? Prosić o pomoc, o wsparcie w poradzeniu sobie z lękami tylko po to, aby zaraz poczynić kolejne kroki w celu pożegnania? Może nie ostatecznego. Nie dziś, ale w którymś momencie niechybnie już na zawsze?
Powoli przesunął spojrzeniem po fasadzie budynku obok, bardzo lekko kiwając głową. Uśmiechając się, ale bez ulgi, bez radości.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#35
24.02.2025, 00:32  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.02.2025, 00:51 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

Sama Yaxleyówna miewała momenty zawahania, w których zastanawiała się, czy nie powinna była faktycznie zająć się poważniej swoją psychiką. Te myśli odsuwała się od siebie bardzo szybko, ale bywały momenty, w których zauważała, że nie dzieje się z nią najlepiej. Wtedy szła pobiegać, wyładować swoje negatywne emocje, bardzo szybko więc się tego pozbywała. Miała świadomość, że niektórzy mogli brać ją za wariatkę, nawet zdawała sobie sprawę z czego to wynikało. Była dość nerwowa, nieokrzesana i dążyła do swoich celów po trupach. Tego nie mogła negować. Ludzie różnie na to reagowali, bo wiadomo, że nie każdemu mogło się to podobać, ona uważała to jednak jako dobrą cechę - w końcu mało kto był tak zdeterminowany jak ona. Do tego zajmowała się dość kontrowersyjną profesją, która również dokładała jej nie najlepszą opinię. Nie miała z tym problemu, od najmłodszych lat zdawała sobie sprawę z tego, że jej rodzina nieco wyróżnia się na tle innych czystokrwistych, uważała to jednak również za pewnego rodzaju zaletę. Przywykła do nieprzychylnych spojrzeń ludzi, którzy nie byli przyzwyczajeni do tego, aby korzystać z podobnych metod, nie miała innego wyjścia, zresztą wcale nie było jej lekko się do tego przyzwyczaić, szczególnie kiedy była dzieciakiem. Z czasem jednak zaczęła uważać to za swoją przewagę, nie uważała, żeby brakowało jej czegokolwiek, aby dorównać innym, a nawet być nieco ponad nimi. Może mało kto rozumiał jej pobudki, ale czy to było istotne, liczyło się tylko i wyłącznie to, że ci, na których jej zależało mieli świadomość, jakim jest człowiekiem.

Chyba nie do końca takiej odpowiedzi się spodziewała, nie wpadła na to, że tutaj może być pies pogrzebany. Właściwie nie pomyślała o tym, jak bardzo kosztowne mogło być otworzenie takiej własnej działalności. W sumie nigdy nie zastanawiała się nad takimi sprawami, kiedy czegoś chciała sięgała do swojego skarbca i znajdowała galeony, które się w nim dosłownie mnożyły. Yaxleyówna nie wydawała pieniędzy na pierdoły, właściwie zupełnie nie była rozrzutna, jednak gdy na czymś jej naprawdę zależało sięgała po swój majątek. Może nie było tego po niej widać, ale była obrzydliwie bogata, rodzinne gaelony w połączeniu z tym, co sama zarobiła tworzyły naprawdę ogromny kapitał, który właściwie leżał sobie w jej skrytce bankowej. Nie miała na co wydawać takiej okropnej ilości pieniędzy, właściwie to pewnie mogłaby do końca życia nie przyjmować już żadnych zleceń, a nadal byłaby bogata. Pewnie mało kto spoglądając na nią zdawałaby sobie z tego sprawę, bo akurat w jej przypadku na pierwszy rzut oka nie było tego widać. Jasne, sięgała po ubrania tworzone z materiałów najwyższej jakości, jednak nigdy nie była szczególnie schludna, nie miała wielu nieruchomości - tak naprawdę wystarczało jej to piętro w kamienicy przy Alei Horyzontalnej, właściwie dla niej jednej to i tak było zbyt wiele. Nie miała na co wydawać tych pieniędzy, w co ich inwestować. Może przyszedł czas, aby się nad tym zastanowić.

Zdawała sobie sprawę z tego, że Roise w życiu nie przyjąłby od niej złamanego knuta, ale zawsze mogła to ograć nieco inaczej, istnieli przecież mecenasi sztuki, czy ona mogłaby zostać takim mecenasem tyle, że medycznej placówki? Być może, kiedyś. Teraz jednak nie sądziła, aby był to odpowiedni moment na takie propozycje. Nie mieli się przecież spoufalać, gdyby wyszła z taką inicjatywą pewnie by się zirytował, nie chciała tego, nie póki wydawało jej się, że ich aktualna relacja była całkiem dobra. - Tak, znam Cię, do wszystkiego musisz dojść samodzielnie. - To było dla niej jasne, jak słońce. Kiedyś pewnie nie miałaby mniejszego problemu z tym, aby wyjść ze swoją inicjatywą, jednak sporo się zmieniło, nie była już jego człowiekiem, nie w ten właściwy sposób. Niby przebywali ze sobą, niby nadal darzyli się tym samym uczuciem, jednak nie do końca byli ze sobą blisko, aż tak jak kiedyś. Przynajmniej jak na razie, chociaż może to nie miało się już zmienić, przecież mieli się trzymać od siebie z daleka, aktualnie nie do końca im się to udawało, ale kiedyś skończą się te ich wszystkie wspólne sprawy, które mieli do załatwienia. Nie mogła zakładać, że wtedy odsuną się od siebie na dobre, przecież Ambroise tego właśnie chciał, może nie chciał, ale twierdził, że tak właśnie powinna wyglądać ich relacja, a raczej, że wcale nie powinno jej być.

To wszystko było mocno poplątane, sami sobie to robili, mieszali w swoich głowach, prędzej, czy później jednak będą musieli z tym skończyć, nawet jeśli niczego nie musieli. W tym wypadku wydawało jej się, że raczej będą się trzymać tej wersji, on tego chciał, a jak się na coś uparł, to nie było zmiłuj. Niby mogła się z nim mierzyć w swojej determinacji, ale mogło ich to kosztować zbyt wiele kłótni i wylanych żali, jeszcze bardziej by się ze sobą spierali, a zdecydowanie nie znosiła sytuacji, w których nie potrafili się dogadać, bo niszczyli wtedy siebie nawzajem i wszystko wokół.

- Obawiam się, że zjedzenie mnie mogłoby być najmniej drastyczną rzeczą, jaką mógłby ze mną zrobić uzdrowiciel. - Dosyć zabawne było to, że w otoczeniu Yaxleyówny było dosyć sporo medyków, a i tak miała spory uraz do szpitali. Nigdy się jakoś specjalnie nad tym nie zastanawiała, po prostu nie lubiła takich miejsc. Zresztą, rzadko kiedy faktycznie musiała korzystać z takich środków. Miała to szczęście, że jej rodzina od lat nie musiała tutaj bywać. Stać ich było na to, żeby uzdrowiciele pojawiali się w ich własnej posiadłości, zresztą Ambroise przez długi czas był również ich prywatnym lekarzem. Tak było wygodniej, dochodzenie do siebie we własnym łóżku było dużo bardziej wygodne niżeli plątanie się po szpitalu. Przynajmniej nikt nie widział ich wtedy, kiedy faktycznie dostawali po dupie.

Podążała za Roisem bez słowa, w końcu to on był u siebie, wiedział dokąd ja prowadzi, ufała mu, nie sądziła, aby chciał teraz wyprowadzić ją w maliny. Mieli iść tylko dokarmić swój papierosowy głód, nic więcej.

Znaleźli się na dachu, odruchowo sięgnęła do kieszeni, aby znaleźć swoje fajki, jednak zostawiła je w płaszczu, który aktualnie znajdował się w gabinecie Greengrassa, cóż, nie wpadła na to wcześniej, także sięgnęła w stronę jego papierośnicy, aby poczęstować się papierosem. Nie były to może jej ulubione szlugi, ale darowanej fajce nie zagląda się w zęby, czy coś.

Miejsce, w którym się znaleźli było naprawdę urokliwe. Mogli obserwować stąd Londyn w całej okazałości. Noc nie należała do najprzyjemniejszych, było wilgotno i chłodno, jednak nie przeszkadzało to w napawaniu się tym widokiem.

Miasto wydawało się być całkiem spokojne, ludzie zupełnie nie byli świadomi tego wszystkiego, co działo się wokół nich. Może to i lepiej, zresztą mugole rzadko kiedy mieli pojęcie o dramatach czarodziejskiego świata. Tak było lepiej, zbędne informacje niosłyby ze sobą niepotrzebną panikę. Nie miała pojęcia, jak to właściwie było możliwe, że tak dwa różne światy trwały obok siebie przez tyle lat, że to działało. Cóż, czarodzieje starali się, aby ci drudzy o nich nie wiedzieli, mieli nad nimi przewagę ze względu na swoje umiejętności.

Geraldine chętnie usiadłaby teraz na ziemi, jednak tego nie zrobiła z racji na deszcz, który jeszcze chwilę temu nie przestawał przypominać o zbliżającej się jesieni. Nie odzywała się ani słowem, nie chcąc niszczyć tej krótkiej chwili. Nie miała pojęcia, co przyniesie im przyszłość, wiele się ostatnio działo, ale ten widok ją uspokajał. Z tej perspektywy nie było widać żadnego zagrożenia, życie toczyło się zupełnie normalnie, jakby nikt nie miał świadomości, jak szybko może się to zmienić.

Nie miała tendencji do zastanawiania się nad sensem swojego życia, myśleniem o przyszłości, teraz już nie. Może to i lepiej, bo skupiała się na tej krótkiej chwili, która trwała. Byli tutaj razem, chociaż wiedziała, że to niczego nie zmieniało. Nie czuła, aby pojawiła się jakaś nadzieja na to, aby szybko mogło się to zmienić, chłodny wiatr przypominał o tym, że zbliżali się do kolejnego okresu w roku, nie mogła zakładać, co on jej przyniesie. Niby pozbyła się części swoich problemów, ale ostatnio rzeczywistość chciała jej udowodnić, że z każdym dniem szykowała dla niej coś nowego, kolejne zmartwienia, jakby była w stanie udźwignąć jeszcze więcej.

Mogłaby tak trwać tutaj, spoglądać na wszystko z boku, udawać, że jej to nie dotyczy, to była całkiem przyjemna perspektywa, chociaż czy właściwa? Nie do końca, zadecydowała przecież o tym, że nie będzie przechodzić wokół tego obojętnie. Trochę zazdrościła tym niczego nieświadomym mugolom, którzy żyli w swojej bańce, dużo prościej byłoby mieć taką możliwość.

Nie myślała o powodzie przez który pojawiła się w Mungu, próbowała o tym zapomnieć, odsunąć to od siebie. Zdecydowanie łatwiej jej się patrzyło na świat z perspektywy w której była całkiem normalnym, nie zniszczonym przez przeszłość człowiekiem. Nie miała przecież pojęcia, czy jej lęki kiedyś znikną, odejdą, czy już zawsze będzie w pewien sposób popsuta.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (17957), Geraldine Greengrass-Yaxley (14692)


Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa