• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 16 Dalej »
[Litha 1971] When the light burns out || Ambroise & Cornelius

[Litha 1971] When the light burns out || Ambroise & Cornelius
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#1
02.02.2025, 05:04  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.02.2025, 05:05 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Litha. Najkrótsza noc roku. Noc przesilenia letniego. Noc początku lata. Noc świętowania zwycięstwa światła nad ciemnością.

Litha. Najkrótsza noc roku - czemu więc wydawała się taka długa? Noc przesilenia letniego - czemu więc niosła ze sobą zupełny brak siły? Noc świętowania zwycięstwa światła nad ciemnością - a co, jeśli nigdy tak nie było?

Byli głupcami. Naiwnymi dziećmi wierzącymi w to, co próbowali wciskać im kapłani. W bujdy, którymi karmiono ich w imię tradycji. W imię nieistniejących wartości utraconych wraz z ciężkim woalem wojny ogarniającym świat dookoła nich.

Gdzie było tu miejsce na zwycięstwo światła nad ciemnością? Gdzie było wątłe światło nadziei? Gdzie kończyła się granica wszechogarniającego mroku przerażającego się w przejmującą pustkę a potem w milczącą obojętność?

Litha. Noc samotności. Noc zaprzepaszczonych szans. Noc ciążących wspomnień. Noc zatracenia.

Litha. Najkrótsza noc roku. Noc przesilenia letniego. Noc początku lata. Noc świętowania zwycięstwa światła nad ciemnością.

Litha. Najkrótsza noc roku - być może tkwiła w tym pewna prawda, bo przecież wkrótce miała się skończyć. Noc przesilenia letniego - może jednak niosła ze sobą pewien rodzaj ostatecznego wymiaru siły. Noc początku lata - wiecznego ciepłego lata. Noc świętowania zwycięstwa światła nad ciemnością - w końcu nie miał już emanować tym wszystkim na ludzi, na których mu zależało. Światło zwyciężyło. Kolejna świeca zgasła w gwałtownym podmuchu ciepłego wiatru.

Ja niżej podpisany...
...
...w chwili sporządzania tego dokumentu, jestem wolny od jakichkolwiek przymusów czy nacisków a moje myśli są jasne i niezmienne...
...
...w pierwszej kolejności, moją wolą jest, aby...
...
...Geraldine Artemis Yaxley pozostawiam...
...
...Cornelius Abelard Lestrange...
...
...Fabian Ignatius Lestrange winien...
...
...
...Roselyn Adelaide Greengrass...
...
...Eleonora Figg...
...
...Thomas Nicholas Figg
...
...Mabel Figg...
...
...z pełnym przekonaniem pragnę, aby moje ostatnie życzenia zostały spełnione zgodnie z moimi intencjami...
...
...w obecności świadków, którzy potwierdzają moją wolę oraz stan mojej świadomości w chwili jego spisania.


Był późny czerwcowy wieczór w Londynie. Ulica Pokątna, zazwyczaj tętniąca życiem, teraz niemalże opustoszała. W magicznej części miasta danowała niemal całkowita cisza. Nie było w tym nic dziwnego. W końcu obchodzili kolejne święto. Dzień sabatu - Litha była czasem uciechy. Momentem palenia ognisk, plecenia wianków, świętowania.
Młodzi ludzie, uśmiechnięci i pełni nadziei, uciekali w głąb lasu, by pod pretekstem szukania legendarnego kwiatu paproci spełniać swoje marzenia o miłości. Zatracali się w sobie nawzajem. Między cichymi szelestami gniecionych jasnych sukienek a stłumionymi oddechami. Pomiędzy porozumiewawczymi spojrzeniami i wzrokiem kierowanym w odległe części głuszy. Między tym wszystkim, co stanowiło niemalże drugą, mniej oficjalną istotę tego dnia.
Lekko przykurzone zasłonki przy drzwiach balkonowych powiewały delikatnie w rytm podmuchów wiatru, odsłaniając widok na opustoszałą ulicę. Nie był tu od tak dawna, że wszystko zdążyło pokryć się szarawą warstwą, jednak w powietrzu, zamiast zaduchu i stęchlizny unosił się zapach świeżych ziół i kwiatów. Ciepły wiatr niósł ze sobą dźwięki zabaw i śmiechu, które wypełniały duszne, letnie powietrze.
Wiele razy spędzał tu noce, studiując kolejne książki. Wpierw te mające dać mu odpowiedzieć na istnienie jakiejś trudnej do określenia siły... ...opętania?... ...klątwy?... ...czegoś, co bez wątpienia miało miejsce i wpływ na wydarzenia w tamtym lesie. W rozpadającej się ruinie. We dworze pamiętającym dawne, lepsze czasy.
Teraz też pamiętał swoje własne. Swoje lepsze momenty, szczęśliwe chwile, jednak od wielu tygodni bezustannie przeplatające się z tymi znacznie cięższymi momentami. Z trudniejszymi do zaakceptowania wspomnieniami. Ze śladami dawnych decyzji.
Pamiętał własne początki. Te, które sięgały dużo głębiej niż do ścian tego mieszkania. Chwile spędzane z kuzynami. Momenty, które sprawiły, że w późniejszym okresie, gdy zaczęło robić się trudniej i niebezpieczniej, tak łatwo było mu ponownie sięgnąć po grymuary i podręczniki, oddając się obsesji na punkcie magii, która miała mu pomóc. Temu wszystkiemu, co miało być gwarantem bezpieczeństwa...
...ale teraz, w tym momencie, jedyną magią, której pragnął, było zapomnienie. Miał wrażenie, że znalazł się w pułapce a mrok, który go otaczał, zdawał się być jedynym towarzyszem w tej długiej, samotnej nocy. Cisza w pomieszczeniu była głęboka, przerywana jedynie odgłosami końca oficjalnej części radosnych zabaw dobiegających z ulicy. Zamiany głębokiej głuszy na prywatne mieszkania, aby tam kontynuować świętowanie sabatu.
Niejednokrotnie słyszał jak ktoś gwiżdże. Jak inna osoba odpowiada chichotem, jednak miał wrażenie, jakby te dźwięki były dla niego nieosiągalnym snem. Czymś dobiegającym zza grubej zasłony, zza tafli wody. Okrzyki młodych ludzi, ich radość, ich życie, wydawały się teraz tak odległe, jak gdyby pochodziły zupełnie z innego świata. Świata, do którego on już nie należał.
W rytmie ich śmiechu dostrzegał echa własnych wspomnień. Wspólnych spacerów, obietnic, które nigdy nie miały szansy się spełnić. W tej ciszy, przerywanej jedynie odgłosami z ulicy, czuł się jak w pułapce, otoczony przez ściany zbudowane z najgłębszych lęków i niespełnionych pragnień.
Zasłonki w jego oknie falowały w rytm podmuchów ciepłego wiatru, przynosząc ze sobą echa przeszłości, lecz nie teraźniejszości, nie przyszłości. Tych już nie widział. Nie sądził, by był w stanie kiedykolwiek ponownie je dostrzec. Może w tych ostatnich chwilach? Tuż przed końcem? Może wtedy? To nie byłoby takie złe. Dostrzec to wszystko, czego pragnął, spełniające się po raz ostatni. Iluzję osiągnięcia marzeń w ostatecznym pożegnaniu ze światem, w którym nigdy nie miało szans na to, by się ziścić.
Świece z pszczelego wosku, które oświetlały pomieszczenie, powoli się dopalały. Ich wosk kapał na podłogę, przerywając rozrysowane na niej linie. Kartki leżące na podłodze tańczyły w podmuchach wiatru, zatrzymując się na stosach książek i ponownie podrywając się do lotu. Ciężkie, twarde okładki nosiły tytuły niewidoczne w słabnącej poświacie świeczek, jednak Ambroise nie potrzebował na nie spoglądać, by wiedzieć, czym były - niektóre z nich z pozoru niewinne, inne jednak skrywały sekrety, które nie powinny były ujrzeć światła dziennego. Grymuary, podręczniki do zaklęć a także nieliczne tomy, które mogłyby wywołać dreszcze u niejednego czarodzieja. Mężczyzna nie zwracał na nie uwagi. Jego myśli były gdzie indziej.
Z dołu dobiegały wesołe okrzyki. Kolejny raz usłyszał jak ktoś gwiżdże a w odpowiedzi na ten dźwięk pada salwa perlistego chichotu. Otworzył oczy, spoglądając na zasłony, które nadal tańczyły na wietrze. Każdy ich ruch, każdy dźwięk docierający do niego z ulicy przypominał mu o wolności, o tym, co najlepsze w życiu o radości, o miłości, o marzeniach. A jednak te same rzeczy były teraz jego przekleństwem.
Przypomniał sobie jak obiecał, jak przysięgał przed samym sobą, że nigdy nie pozwoli, by miłość go zraniła. Jakże był wtedy głupi... ...ale w końcu nie miał kontroli nad tym, co miało się wydarzyć, czyż nie? Teraz już to wiedział. Podjął ryzyko. Mógł przewidzieć, że to, co miało być najpiękniejszym uczuciem skończy się w ten sposób - w pustce, w której teraz tkwił. W ulatującej wieczności ustępującej miejsca pustce, która wciągała go coraz głębiej w stronę nieuchronnego zapomnienia.
Przestał zadawać sobie pytanie, czy to wszystko miało sens. Czy jego życie, pełne bólu i rozczarowań, mogło być inne. Odpowiedzi nie było. W tej chwili, w której siedział na podłodze czuł się jak widz w swoim własnym życiu, patrząc na to, co już minęło i na to, co nigdy nie miało się wydarzyć. Obojętność przynosiła ulgę. Dystans, z którym spoglądał na ten moment był niemal kojący.
Uśmiechając się, pozwolił sobie na chwilę ulgi. Wiedział, że jutra nie będzie. Wiedział, że nie będzie już musiał znosić bólu. Właśnie to było mu potrzebne. Błoga ciemność, która miała go otulić jak miękki koc. W jej ramionach miał odnaleźć odkupienie.
Lekko nadtłuczona karafka w jego dłoni kryła w sobie obietnicę spokoju. Migocząca w blasku świec zawartość była nie tylko napojem, lecz także kluczem do dotychczas jedynie połotwartych drzwi. Do wyjścia z tego świata, do postawienia kroku za Zasłonę. Tym razem świadomego, będącego jego własną nieprzymuszoną decyzją. Jego wyborem.
Wiedział, że dawki, które przygotował, zamienią ból w nicość. To mu wystarczyło. Ciepło zaczynało go otaczać, myśli stawały się coraz bardziej mgliste. W oblanym półmrokiem pokoju wszystko zaczynało się rozmywać. Wesołe okrzyki z ulicy wydawały się być coraz bardziej odległe, jakby ktoś zamykał go w bańce, odcinając Ambroisa od reszty świata.
Jednak ten stan nie niósł już ze sobą goryczy. Nie miał gorzkiego posmaku, nie... ...przeciwnie - przynosił ulgę. Smakował tak słodko jak słodkie były jagody w wywarze, jak słodkie były te wszystkie drobne dodatki. Naprawdę przyjemne. Rozlewające się na języku i otulające gardło niczym prawdziwa ambrozja. Ironiczne, czyż nie?
Znał się na ziołach, na truciznach. Wiedział, jakie dawki zapewnią mu spokojne odejście. Jego myśli krążyły wokół tego momentu, niczego więcej. Chwili, w której przestanie odczuwać ból, w której zapomni o wszystkim, co go dręczyło. O miłości, która była tylko iluzją. O nadziei, która zgasła zanim miała szansę zaistnieć. O każdym świcie, który był dla niego wyłącznie kolejnym powodem do smutku.
Z początku nie zamierzał tu zostawać. Planował opuścić wynajmowane mieszkanie, nie chcąc przysparzać bliskim kłopotów, nie chcąc zrzucać na nich ciężaru i wstydu. Odpowiedzialności. Skandalu. Przygotował niemal wszystko w taki sposób, aby po prostu stąd zniknąć, pozostawiając po sobie wyłącznie najpotrzebniejsze dokumenty. Te wszystkie papiery, jednak nie list. Musieli mu to wybaczyć. Nigdy nie był dobry w słowa. Nawet w obliczu nadchodzącej śmierci.
A jednak uległ pokusie. Dał się sobie rozproszyć, ostatni raz sięgając po ten niewielki gwóźdź do trumny. Ironicznie błyszczący w dogasającym świetle świec. Zawiesił się w czasie i przestrzeni, minuty mijały, jednak on wciąż trwał, zapatrzony w pierścionek, który w jego dłoni stawał się coraz cięższy. Niewielkie kółeczko. Kamyk. Śmieszna sprawa, że to właśnie on był tym, co przeciążyło szalę na jedną stronę. Z pozoru nie powinien.
Z zamyśleniem spojrzał na swoją rękę a potem na świecę, która zaczynała się dopalać. Na wosk, który kąpał na podłogę, dopiero teraz dostrzegając, że okrąg, który wyznaczył, przerywany był przez zastygające krople. Ale to już nie miało znaczenia. Nie miało być już żadnych transów, żadnych rytuałów, niczego Świece powoli dogasały, ciepłe światło, które wcześniej je otaczało, stawało się coraz bardziej stonowane. W pomieszczeniu powoli zapadał zmrok. Cienie kładły się na ścianach, sunęły po podłodze.

Litha. Noc świętowania zwycięstwa światła nad ciemnością.

Czas w pomieszczeniu zdawał się zatrzymywać. Każda sekunda była wiecznością. Pociągnął kolejny łyk z karafki, unosząc ją wcześniej w niemym toaście. Wychylając ciecz niemalże do dwóch trzecich zawartości szkła. Profilaktycznie, bowiem wystarczyłoby pięćdziesiąt mililitrów mniej. Więcej też jednak nie miało zaszkodzić. Przynajmniej nie przy tak precyzyjnym trzymaniu się dawek. Zbyt dużo z pewnością byłoby bowiem w stanie zmusić organizm do odruchów wymiotnych, do pozbycia się trucizny a to mogłoby go skrzywdzić, lecz nie zabić.
W końcu pozwolił sobie na odchylenie głowy w tył i odstawienie naczynia na podłogę. Zamknął oczy po raz ostatni. Nie zamierzał ponownie ich otwierać. Z opuszczonymi, lekko drżącymi powiekami wyobraził sobie jak to będzie. Jak to będzie, gdy opuści ten świat i wreszcie poczuje spokój. Nie będzie już bólu, nie będzie już cierpienia. Tylko błoga cisza i ciemność, w której mógłby znaleźć ukojenie.
Czuł jak eliksir powoli zaczyna działać. Jego ciało stawało się coraz cięższe a myśli coraz bardziej rozmyte. Ostatnie okrzyki radości z ulicy wydawały się odległe, jakby dochodziły już zza Zasłony. W jego umyśle zaczęły pojawiać się obrazy. Wspomnienia, które chciał zabrać ze sobą. Twarz ukochanej, uśmiech, który kiedyś rozświetlał mu dni, chwile, które wydawały się wiecznością a teraz były jedynie gasnącym blaskiem w ciemności.
Czuł jak jego serce zaczyna bić coraz wolniej. Przejmująco spokojnie. Nastał moment, w którym zrozumiał, że nie ma już odwrotu. Otworzył oczy. Jednak nie mógł tego nie zrobić - spojrzał na pierścionek a w jego umyśle powoli zagościł ten ostateczny rodzaj pogodzenia z rzeczywistością. Jeśli uronił teraz jakieś łzy, były to wyłącznie łzy odkupienia. Ulgi, która prowadziła go ku ciemności. To była składana sobie obietnica, że wkrótce wszystko się skończy. Dokładnie tak jak się zaczęło. Samotnie, ale bez lęku.
Zakręciło mu się w głowie. Obraz przed oczami zaczął coraz bardziej przygasać, zamazując się tak bardzo, że w końcu musiał ponownie opuścić powieki. Wiedział, że to jeszcze chwila, nawet jeśli już teraz poczuł, że wkrótce zniknie w tej ciemności, w której już nic go nie będzie bolało...
...a więc z zamkniętymi oczami czekał na moment, w którym w końcu się osunie, w którym całkowicie zniknie z tego świata.
Nie musiał długo o tym myśleć. Nie musiał się na tym skupiać. Po prostu to czuł. Poczuł jak jego serce się zatrzymuje. Ostatnie tchnienie ulgi, a potem tylko ciemność.
W ostatniej chwili, zanim eliksir w pełni zadziałał, usłyszał jeszcze jeden głośny okrzyk radości z zewnątrz. To był dźwięk, który w jednej chwili przypomniał mu, że życie toczy się dalej, że są inni, którzy czują radość, miłość, nadzieję. Ale dla niego to już nie miało znaczenia. Jego czas dobiegł końca, a on był gotów na to, by przekroczyć Zasłonę...
...przepraszam, ma moitié, do usranej śmierci... ...tak było najlepiej... ...mam nadzieję, że kiedyś zrozumiesz...
...to była jego ostatnia myśl, gdy opadł w błogą nieważkość, pozostawiając za sobą świat pełen zwycięstwa światła nad ciemnością, który go już nie dotyczył.

Postać opuszcza sesję


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Bloody brilliant
Soft idiot, a sappy motherfucker, a sentimental bastard if you will
wiek
33
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Wysoki, bo 192 centymetry wzrostu, postawny, dobrze zbudowany mężczyzna. Czarnowłosy. Niebieskooki. Ma częściową heterochromię w lewym oku - plamę brązu u góry tęczówki. Na jego twarzy można dostrzec kilka blizn. Jedna z nich biegnie wzdłuż lewego policzka, lekko zniekształcając jego rysy, co nadaje mu surowy wygląd, mimo to drobne zmarszczki w kącikach oczu zdradzają, że często się uśmiecha lub śmieje. Inna blizna, mniejsza, znajduje się na czole. Ma liczne pieprzyki na całym ciele. Elegancko ubrany. Zadbany. Bardzo dobrze się prezentuje.

Cornelius Lestrange
#2
03.02.2025, 17:39  ✶  

Litha, nawet w sabat, nie wszyscy świętowali. Corio przetarł oczy, próbując skupić się na pracy. Na biurku leżały akta kolejnych zgonów, to był niepokojący trend, który z miesiąca na miesiąc przybierał na sile. W ciągu ostatnich kilku tygodni liczba ofiar rosnąca w zastraszającym tempie, każde kolejne ciało, które trafiało do jego biura, niosło ze sobą historię, a każda historia była bolesnym przypomnieniem o tym, co zaczęło dziać się pod koniec zeszłego roku. Kiedy zbliżył się do kolejnej sterty, na której leżały dokumenty dotyczące ostatniego zgonu, poczuł, jak ciepło w jego sercu znika. W czasie, gdy jego myśli krążyły wokół narastającej ilości spraw, w jego umyśle pojawiło się przerażające przesłanie. Wiedział, że Voldemortem i jego Śmierciożercy dopiero zaczęli, jeszcze nie powiedzieli ostatniego słowa. To nie był koniec, to był dopiero początek.

W końcu zamknął za sobą drzwi biura koronera, to był bardzo długi wieczór, w jego umyśle wciąż krążyły obrazy straszliwych scen, które na zawsze miały mu towarzyszyć. Zmęczenie po długim dniu pracy, w którym musiał zająć się kolejną sprawą związaną z ofiarą magicznej wojny, ciążyło mu na barkach. Praca koronera była dla niego ucieczką, ale także przekleństwem. To nie tak, że lubił otaczać się zmarłymi, ale w pewnym sensie to dawało mu poczucie kontroli. Wiedział, że może pomóc, nawet w obliczu okrucieństw, jakie niosła ze sobą śmierć. Zajmował się sprawami, które w normalnych okolicznościach byłyby przytłaczające, ale teraz, z myślami ciągle krążącymi wokół Amandy, wydawały mu się wręcz konieczne, żeby mógł przestać myśleć o własnej krzywdzie. Ciemność, która od miesięcy okrywała świat, nie miała zamiaru ustępować. Lestrange wziął głęboki oddech, próbując pozbyć się nagromadzonych emocji, zanim wrócił do domu, gdzie czekał na niego mały Fabian. Powrócił do pracy po długim przymusowym urlopie, który był dla niego bardziej męką, niż odpoczynkiem, ale tego dnia był już zmęczony. Chciał wrócić do domu.

Z zamyślenia wyrwał go dźwięk otwierających się drzwi w końcu korytarza, prowadzących do wyjścia z piętra. Do pomieszczenia wszedł jego kolega, Edgar, również pracownik departamentu. Wyraz jego twarzy był poważny, a oczy pełne smutku.

- Cornelius, dobrze, że cię złapałem, wszyscy inni są zajęci albo już wyszli. - Zaczął, gdy stanął naprzeciwko niego. - Musisz zobaczyć to miejsce. To, co się stało, jest… Tragiczne.

Lestrange skinął głową, wiedząc, że nie ma sensu pytać o szczegóły. Wiedział, że to, co zastanie na miejscu, będzie przerażające. Zapiął płaszcz i podążył za Edgarem, czując, że jego wieczór, nie tyle jeszcze się nie skończył, co dopiero się zaczynał. Dotarli na miejsce zdarzenia, które znajdowało się zaledwie kilkanaście minut drogi od biura. Dom był zniszczony, a wokół panował chaos. Wszędzie leżały fragmenty mebli, a w powietrzu unosił się zapach dymu i swąd nekromacji. Cornelius poczuł, jak jego żołądek się skręcił. Na podłodze leżało ciało, zaraz obok drugie, kawałek dalej trzecie. Mężczyzna zbliżył się ostrożnie, starając się spojrzeć na to, co stało się z ofiarą. Był to mugolak, którego Cornelius znał z widzenia, ale nie znał jego imienia. Ciało było zmasakrowane, a wokół niego leżały resztki obiadowego serwisu i sabatowej kolacji, najwidoczniej zmarli świętowali w domu.

Cornelius spojrzał za wybite okno, noc była ciemna, ale w oddali dostrzegł błysk światła. Zielonkawy, niemal jak klątwa. Zdał sobie sprawę, że nastał czas, aby zmierzyć się z rzeczywistością, wziął głęboki oddech i przekartkował akta, które musiał uzupełnić, będąc jeszcze na miejscu zbrodni. Ciała, które widział, były często zmasakrowane, te nie stanowiły wyjątku, śmierciożercy nie znali litości. Właściwie nie było to dla niego nowe, ale teraz, po stracie Amandy, każda ofiara miała twarz, miała historię, miała bliskich. Był świadomy, że to, co go czeka w następnych miesiącach, będzie jeszcze gorsze, teraz zapowiadał się długi wieczór.


•••

Litha, którą wszyscy świętowali jako triumf światła nad ciemnością, dla niego była kolejnym przypomnieniem o mrocznych cieniach, które wkradły się do jego życia. Noc równonocy, czas, w którym świętowano światło, miłość i radość, w jego przypadku zamienił się w mrok i ból. Odkąd stracił Amandę, każda chwila była dla niego ciężarem, wspomnienia ich wspólnego życia dręczyły go, nawiedzały go niczym duchy przeszłości. Czuł, jak gorycz i ból wciąż go przygniatały, szczególnie po widoku zastanym w zniszczonym domu, śmierci całej rodziny, w tym małego dziecka, jeszcze w powijakach, wobec takiego widoku, nocne niebo, pełne gwiazd, nie przynosiło mu ukojenia.

Tej nocy, w momencie, gdy wracał do domu z wezwania, czuł, że coś było nie tak. Instynkt podpowiadał mu, że czekało go coś gorszego niż zwykła bezsenna noc. Od końca marca, gdy stracił swoją żonę, Amanda, jego świat zmienił się w koszmar, bezsenne noce były codziennością i nie miały ustać. Zaledwie kilka miesięcy minęło od tragicznej śmierci jego żony, Amandy. Była amnezjatorem dla Ministerstwa Magii, osobą, która miała proste zadanie, nie była brygadzistką, nie pracowała dla ekip szybkiego reagowania, a jednak sama stała się ofiarą. Czystej krwi czarodziejka, która powinna być bezpieczna, zginęła w akcji, w miejscu, które według wszelkich zapewnień miało być chronione. Cornelius nie potrafił zrozumieć, jak to się mogło stać. Nie mógł znieść myśli, że jego ukochana, jego partnerka, odeszła w brutalny sposób, zostawiając go samego z rocznym synem, Fabianem. Z każdą mijającą chwilą jego ból tylko narastał, a ciemność, która zapanowała w jego życiu, zdawała się nie mieć końca. Każde wspomnienie o żonie było dla Corio, jak ostry sztylet, który wbijał się w jego serce, przypominając mu, że nigdy nie będzie mógł jej już zobaczyć. Postanowił wybrać okrężną drogę, żeby ochłonąć, zanim miał znaleźć się w domu.


•••

Teraz, gdy wracał do domu z nagłego wezwania do wyjątkowo paskudnej sprawy, w jego umyśle kłębiły się sprzeczne uczucia. Zbliżał się do kamienicy, w której mieszkał jego przyjaciel, i zauważył blade światło świec przez okno. W ciągu ostatnich tygodni, Corio stronił od ludzi, tym bardziej, że jego najbliżsi przyjaciele, którzy powinni go wspierać, zawiedli go w najciemniejszych chwilach. Chociaż udało mu się nawiązać kontakt z matką chrzestną Fabiana, to wciąż czuł się osamotniony, nie mógł zapomnieć o ostatniej kłótni z ojcem chrzestnym syna, który nagle zniknął, zostawiając go z poczuciem zdrady. Gdy Ambroise powrócił, wyglądał na zdewastowanego i zdystansowanego, więc ich szybko spotkanie przerodziło się w spięcie, podczas którego ze strony Lestrange'a padły bardzo nieprzyjemne słowa. Cornelius nie potrafił zrozumieć, dlaczego przyjaciel chciał się spotkać, skoro miał znowu wyjeżdżać. Dlatego, mimo że w teorii zgodził się na wizytę Roise'a u Fabiana, w celu pożegnania się Greengrassa z malcem, w jego sercu wciąż tlił się gniew. Ich ostatnia rozmowa, pełna oskarżeń i emocji, wciąż była świeża w jego pamięci. Jednak dzisiaj, wracając do domu po jednym z najgorszych wezwań, jakie miał w ostatnim czasie, gdy dostrzegł blade światło świec w oknie mieszkania swojego przyjaciela, który od pewnego czasu był dla niego źródłem bólu i frustracji, z jakiegoś powodu, poczuł, że nadszedł czas na zgodę. Może to była magia tej nocy? Może czuł, że nie może tak po prostu odwrócić się plecami do przyjaciela, który, mimo wszystko, wciąż był mu bliski? Niezależnie od przyczyny, coś w nim drgnęło, gdy zauważył jasność w oknach w mieszkaniu przyjaciela, i postanowił wyciągnąć rękę na zgodę, zanim Roise miał znowu wyjechać.

Zatrzymując się na schodach do budynku, zawahał się z ręką na klamce, przez chwilę z niepewnością spoglądał na drzwi na klatkę schodową, które wydały mu się nagle tak odległe. Ich relacja z przyjacielem, była napięta, pełna nieporozumień, które narastały przez ostatnie miesiące. Czy to był dobry pomysł, nachodzić Roise'a tak późno w nocy, zwłaszcza takiej, sabatowej, w dodatku trudnej? Z jednej strony Cornelius pragnął zgody, z drugiej czuł gniew, złość i żal, które, w jego samoświadomej ocenie, uniemożliwiały mu uczciwe spojrzenie na sprawę. Ich przyjaźń, niegdyś silna i trwała, została wystawiona na próbę przez konflikty, które zdominowały ich życie. Jego najlepszy przyjaciel był dla niego jak brat, ale po tym, co się stało, po jego zniknięciu, po powrocie i po komunikacie o kolejnych planach wyjazdowych, którego Lestrange nie potrafił zrozumieć, ich relacja stała się napięta jak nigdy dotąd. Miał wątpliwości odnośnie impulsu spotkania z przyjacielem. Chciał zakończyć milczenie, które zapanowało między nimi po ostatniej kłótni, ale nie wiedział, czy na pewno tego wieczoru, to mógł być zły pomysł. Odwrócił się na pięcie, ale nie mógł odejść, coś pchało go do działania, coś w sercu Corneliusa zadrżało, a przeczucie, które go nawiedzało, nie dawało mu spokoju. Wszedł po schodach do kamienicy. Pukając do drzwi przyjaciela, na ostatnim piętrze, Cornelius chciał dać mu szansę. Może to była szansa jakieś pojednanie, może to był właśnie ten moment, który mógłby sprawić, że ich relacja znów stałaby się normalna.


•••

Pukając do drzwi, Corio nie usłyszał odpowiedzi, odpowiedziała mu cisza, a on nie zamierzał być natrętny, Ambroise mógł nie chcieć z nim rozmawiać, spać, być z jakąś kobietą, i mimo, że Lestrange nie sądził, by tak było, wtedy tym bardziej nie chciał stawać w obliczu świadomości, że jego kumpel wymienił jego przyjaciółkę na inny model. Zmęczony i pełen wątpliwości, zamierzał odejść, gdy nagle coś zatrzymało go w miejscu, instynkt podpowiadał mu, że coś było nie tak. Zapukał ponownie, bardziej intensywnie, najwyżej miał stanąć przed gniewnym obliczem Roise'a, co przynajmniej byłoby odmianą po tamtym dystansie, jaki na plaży bił od Greengrassa. Gdy nikt w dalszym ciągu nie odpowiedział, Cornelius zmarszczył brwi, znowu to przeczucie, instynkt kazał mu się zatrzymać. Pociągnął nosem, swąd palonego papieru dotarł do jego nozdrzy, a serce zabiło mu szybciej. Po raz kolejny zapukał, tym razem mocniej, a gdy odpowiedzi wciąż nie było, chwycił za klamkę. Drzwi nie ustąpiły. Brak reakcji ze strony przyjaciela przeszył go zimnym dreszczem. Zdecydował, że nie mógł dłużej czekać, zdecydował się na działanie.

Przeklinając pod nosem, cofnął się, a następnie z impetem wbił się w drzwi, nie wyciągając różdżki, zamiast tego w pełni polegając na swojej fizycznej sile. Cofnął się do krawędzi schodów i z bara, bokiem, wbił się w drzwi, łamiąc je na zawiasach. Stare drzwi ustąpiły z głośnym hukiem, a Cornelius wpadł do środka. Ból przeszył jego ramię, przekleństwo, które stłumił pod nosem, wydało mu się niewystarczające.


•••

Wpadł do środka, jego umysł działał na najwyższych obrotach. Wnętrze było mroczne, a jedynym źródłem światła były migoczące płomienie dogasających świec, które walczyły z mrokiem. Cornelius dostrzegł źródło swądu dymu, przewróconą świecę, a jego oczy natychmiast skupiły się na rozrzuconych kartkach, które leżały na podłodze. Szybko ocenił sytuację. W pomieszczeniu panował chaos, książki leżały porozrzucane na podłodze, a jedna ze świec, której wosk rozlał się po ziemi, została przewrócona, leżała na klepkach podłogowych, wokół niej płonęły kartki papieru. Widok, który go powitał, był koszmarny, ale jeszcze nie zdał sobie sprawy z najgorszego, z widoku, który miał go prześladować przez kolejne lata. Adrenalina krążyła w jego żyłach, gdy rzucił się deptać zalążki języków płomieni, gasząc pożar zanim się rozpętał. Dopiero wtedy, w mgnieniu oka, wyciągnął różdżkę i machnął nią, rozświetlając pomieszczenie. Jego serce zamarło... Był przyzwyczajony do widoku śmierci, ale to, co zobaczył teraz, wstrząsnęło nim do głębi.


•••

Cornelius nie miał czasu na zastanawianie się. Pomieszczenie było pogrążone w chaosie. Wszędzie leżały porozrzucane książki, a wśród nich - jego przyjaciel. Zimno w pomieszczeniu zdawało się przenikać go na wskroś, sprawiając, że jego dłonie drżały. Musiał działać szybko.


•••

- Nie... nie, nie, nie... Co ty, do jasnej cholery, zrobiłeś?!

•••

- Ty zjebie, chory skurwysynu, myślałeś, że to rozwiąże wszystkie twoje problemy? Że to jest jakiekolwiek rozwiązanie?! Przecież mieliśmy razem przejść przez to wszystko! Nie mogę cię stracić, nie teraz! Kurwa, przecież jesteś moim bratem! Nie mogłeś po prostu przyjść i powiedzieć, że potrzebujesz pomocy?!

•••

- Nie, nie możesz mnie zostawić! Nie teraz, nie tak!

•••

- Nie… nie, nie, nie! Co ty, do kurwy nędzy, co do kurwy?!

•••

Czasu było mało, musiał działać. W przeszłości był uzdrowicielem, specjalistą od zatruć, ale teraz nie miał przy sobie nic, co mogłoby mu pomóc. Machając różdżką, próbował przywołać eliksiry, które mogłyby uratować jego przyjaciela, ale z każdą chwilą jego nadzieje malały. Szafki były prawie puste, a w pomieszczeniu panował przerażający chłód.


•••

- Nie zostawiaj mnie, kurwa, nie rób mi tego! Nie mogę przeżyć jeszcze jednej straty! Musisz walczyć, do cholery!

•••

- Proszę, Ambroise, obudź się, cholera! Nie możesz tak po prostu odejść!

•••

- Ty debilu! Myślałeś, że to rozwiąże twoje problemy? Że tak po prostu odejdziesz, a ja znowu będę musiał patrzeć, jak ktoś, kogo kocham, umiera?! Nie! Nie pozwolę na to!

•••

- Ja pierdolę, zawsze musisz być dramatyczny?! Nie mogę cię stracić, kurwa! Nie teraz, nie w ten sposób! To nie jest sposób na ucieczkę!

•••

Machając różdżką, wymieniał wszystkie znane mu substancje, które mogłyby pomóc, ale nic nie działało. Szafki były prawie puste. Coś w nim się załamało, gdy zdał sobie sprawę, że wokół nie było nic, co mogłoby pomóc.


•••

- Obudź się, kurwa! Nie pozwolę ci umrzeć! Nie teraz! Nie zostawię cię! Jesteś moim bratem, do cholery! Jak możesz być tak samolubny?! Nie możesz tak skończyć, rozumiesz?! Nie zamierzam cię zostawić! Nie teraz! Nie w ten sposób!

•••

Zaklęcia, wyrzucał z siebie kolejne formuły, starając się przywrócić życie, które gasło w jego przyjacielu, ale każda próba była daremna. Każde zaklęcie, które rzucił, wydawało się, że tylko pogłębiało chłód w pomieszczeniu. Roise... Leżał tam, praktycznie martwy, otoczony przez ciemność, która miała w sobie coś przerażającego, był nieprzytomny, a jego skóra była tak blada, że niemal prześwitywała, usta miały niezdrowy odcień. Brak reakcji, brak oddechu, brak pulsu. Panika ogarnęła Corneliusa. To nie mogło się dziać. Nie mógł stracić jeszcze jednego bliskiego.


- Nie możesz mnie zostawić, błagam… Nie teraz… Nie tak…

•••

- Proszę... obudź się... Nie zostawiaj mnie, błagam... Nie znowu...

•••

Noc równonocy, czas świętowania światła dla Corneliusa stała się nocą, w której ciemność znowu wygrała.


•••

- Nie zamierzam cię stracić, rozumiesz, zjebie? Nie pozwolę, żeby twoja idiotyczna decyzja, twoje szaleństwo, kosztowało cię życie!

•••

Jego ręce trzęsły się jak w delirium, gdy próbował go obudzić, serce Corneliusa biło jak oszalałe. Czuł, jak gniew przeplatał się z bezsilnością, co potęgowało jego szaleństwo. Dygotał, nie zdając sobie sprawy, że łzy spływały mu po policzkach. Nie mógł uwierzyć, że znowu przeżywał coś tak okropnego. Amanda... Stracił Amandę... Nie mógł jej uratować, nie było go przy niej, gdy umierała. Teraz znowu stał w obliczu śmierci, ale tym razem tu był, był tu, kurwa, był, nie zamierzał się poddać. Nie mógł. Nie mógł stracić jeszcze jednej osoby, nie mógł znieść tego bólu. W jego umyśle przeszły obrazy śmierci żony, jej zimnej dłoni na stole w kostnicy. Teraz to samo działo się z Ambroise’em, a on nie zamierzał na to pozwolić.


•••

- Nie umrzesz, rozumiesz?! Nie możesz mnie zostawić! Jesteś moim bratem, kurwa, nie możesz mnie tak zostawić!

•••

Pamięć o żonie, której nie potrafił uratować, wróciła z pełną mocą. Uderzył pięścią w podłogę, chciał, żeby ból fizyczny na chwilę zagłuszył emocjonalny chaos, który go pochłaniał. Ignorował łzy, które niepostrzeżenie popłynęły po jego policzkach. Nie było go przy niej, gdy umierała, nie mógł jej uratować. Nienawidził się za to, a teraz klęczał nad Ambroisem, bezradny i przerażony. W przypływie bezsilnej furii, zaczął działać. Był tutaj, pojawił się, nie zamierzał odpuścić. Teraz mógł spróbować, mógł ocalić to, co jeszcze było możliwe do ocalenia. Nie wiedział, co robił, nie do końca, jego myśli błądziły, a w umyśle krążyła nieodparta chęć, by oddać Ambroise’owi wszystko, co miał, wszelką energię, którą jeszcze posiadał. Słyszał głosy w swojej głowie, które mówiły, że to szaleństwo, że to nie zadziała, ale był gotów na wszystko. Wziął głęboki oddech, starał się skupić, skoncentrować. Wyciągnął różdżkę, w akcie ostatecznej desperacji, celując nią w siebie.


•••

W tym momencie nie obchodziły go zasady, nie obchodziły go konsekwencje. Jego umysł był w chaosie, a wszystkie myśli krążyły wokół jednego, formuły. Zamknął oczy, koncentrując się na magii, która pulsowała w jego wnętrzu. Czuł, jak energia przepływała przez niego, wypełniając go ciepłem. Wziął głęboki oddech, a następnie, z determinacją, skierował różdżkę w stronę nieprzytomnego ciała. Wrażenie ciepła zamieniło się w paraliżujący chłód...


•••

Wszystko wydawało się trwać wieczność, czas się zatrzymał, a on czuł, jak jego życie zaczyna znikać, gdy energia przepływała do przyjaciela. Z każdą sekundą czuł, jak jego siły słabną, a serce zaczyna bić coraz wolniej. Zaczynał tracić nadzieję, gdy nagle dostrzegł, że przyjaciel drgnął. Cornelius z trudem otworzył oczy, patrząc, jak w ciele Roise'a zaczyna płynąć życie.


•••

Wiedział, że nie mógł wezwać medyków. Ambroise był uzdrowicielem, a jego życie mogłoby zostać zniszczone w jednej chwili, gdyby ktoś odkrył, co się stało. Dlatego musiał wziąć sprawy w swoje ręce, zaryzykować wszystko dla przyjaciela. Nie, nie dla przyjaciela. Ambroise był jego bratem, a bracia zawsze walczyli razem.


•••

W końcu, z wysiłkiem, zdołał podnieść Ambroise'a, z trudem, nie myśląc o tym, jak bardzo był zmęczony, i jak bliski wyczerpania. Każdy krok był walką, ale nie mógł myśleć o zmęczeniu, o bólu mięśni. Liczyły się tylko te chwile, które miały zaważyć na przyszłości ich obu. Miał tylko jedną myśl: nie zamierzał pozwolić, by jeszcze jedna bliska osoba umarła na jego warcie.


•••

- Wiem, że jest, kurwa, ciężko, ale żyj, kurwa, żyj. Nie mogę cię stracić. To tylko nasza sprawa, zjebie. Ty i ja. Zrobimy to razem, przetrwamy, obiecuję.

•••

Litha jeszcze trwała, światło, choć słabe, wciąż walczyło z ciemnością... Kolejne godziny miały zaważyć o wygranej.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (2083), Cornelius Lestrange (2812)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa