• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[04/05.09.1972] światło nad horyzontem || Ambroise & Geraldine

[04/05.09.1972] światło nad horyzontem || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#31
17.02.2025, 02:37  ✶  
Gdyby zdawał sobie sprawę z tego, w jaki dokładnie sposób jego dziewczyna podchodziła do bądź co bądź nieco drażliwych kwestii, pewnie mógłby się nawet uśmiechnąć. Trochę przekornie. Raczej wymownie, ale nie bez tego czarnohumorowego rozbawienia. W istocie była wyjątkowa. Ze wszech miar i pod każdym względem. Znacznie bardziej niż mógłby kiedykolwiek myśleć.
Niechybnie by go przy tym zaskoczyła (dokładnie tak jak mu obiecywała, prawda?), jednak nie doszli do tego momentu. W dalszym ciągu pozostawali w tej dziwnej sferze niedopowiedzeń i półsłówek zamiast porozmawiać ze sobą wprost. Całkowicie unikając przy tym specjalnej poetyckości i rzucając twardymi faktami. Te zdecydowanie ułatwiłyby im życie.
Ale przecież nigdy nie wybierali łatwych opcji, czyż nie? Szczególnie podświadomie. Zwłaszcza poplątani w swoich zachowaniach, oczekiwaniach, nakazach, zakazach, przymusach (mimo, że nic nie musieli), pragnieniach i powinnościach.
- Jesteśmy normalni - kiwnął głową, tym razem respektując tę normalność.
To bez wątpienia było zdrowe trzymanie się standardów tego, co było właściwe a co należało do szaleństwa. Nigdy nie chciałby dopuścić do sytuacji, w której musiałby zrobić coś tak absurdalnego w imię nie swoich idei.
- Czarna magia to tylko jedno z wielu rozwiązań. Czasami pierwsze, czasami ostatnie - skwitował cicho, usiłując nie zastanawiać się zbyt głęboko nad tym, o czym teraz tak po prostu ze sobą rozmawiali.
W końcu jeszcze kilka dni wcześniej nie pomyślałby o tym, że wspomni swojej dziewczynie o jakichkolwiek aspektach związanych z wykorzystywaniem przez niego niekonwencjonalnych metod i posługiwania się powszechnie pogardzaną magią. Tymczasem nie tylko teraz, właśnie w tej chwili dyskutowali na temat skuteczności mrocznych czarów w zestawieniu z wbijaniem sztyletów. Nie, nie. Zdecydowanie nie stawiali tu żadnej granicy. Przesunęli ją, gdy uczył Geraldine patronusa. A także wtedy, gdy zaczęli żartować z ilości czarnoksiężników w domu.
Zachowywali się...
...osobliwie. Nawet jak na nich. I zdecydowanie nie zamierzali przestać.
Kolejny raz wystawił czubek języka, trącając ją nim w kolano, żeby wyraźnie dać Geraldine do zrozumienia, co robił. W końcu nie od razu podjął decyzję o tym, aby przewrócić się na plecy. Jeszcze chwilę delektował się tą specyficzną ciemnością, ciepłem i zapachem skóry jego dziewczyny. Jakże inaczej miał więc przekazać jej swój wyraz dezaprobaty dla tych słów? Nie inaczej niż w ten niezmiernie dojrzały sposób.
Tak, przedstawiciele elitarnego towarzystwa Munga z pewnością byliby niezmiernie zachwyceni tym, w jaki sposób zachowywał się ich czołowy (echem, sranie w banie, inaczej już dawno by go awansowali a nie tylko mu kadzili gorzej niż kapłani na sabatach) uzdrowiciel. Zarówno nie tak dawno pośród gęstej trawy w ogródku jak i teraz w tej chwili czy w wielu innych momentach, które mogłyby spędzić im sen z powiek. Tudzież sprawić, że co poniektóre jednostki zeszłyby na zawał (może wtedy nareszcie miałby szansę?) albo pokryły się trwałym soczystym pąsem. Mógłby chcieć to kiedyś zobaczyć.
- Całe szczęście nie mamy takich skłonności - odparł zupełnie tak, jak gdyby rozmawiali o czymś niezmiernie niedorzecznym.
Czymś na kształt nieustannego żarcia się nawet o najmniejsze głupoty a nie wręcz przeciwnie: o zbytnią zgodność i ugodowość. To było całkiem śmieszne. Na swój sposób pokraczne, ale w gruncie rzeczy do nich pasowało. Nie należeli do najbardziej uległych ludzi. Nie mieli najłatwiejszych charakterów. Zdecydowanie nie zagłaskiwali się na śmierć, ale był moment, gdy byli naprawdę szczęśliwi.
Nawet więcej niż moment. Wiele lat. Tak dużo, że w tamtym czasie wydawało mu się, że tak będzie już zawsze, na zawsze, do usranej śmierci. Życie uwielbiało weryfikować pragnienia. Nie mogli mydlić sobie oczu, że mieli mieć jeszcze jedną szansę. Przeżyli swój rozdział. Historia się zakończyła.
Tylko czemu były takie chwile, gdy mogło się zdawać, że dopisywali kolejne strony? Stawiali drobne literki na marginesach dawno pożółkłych kartek. Odniesienia do przeszłości. Plany na przyszłość. Niewielkie, ledwo widoczne adnotacje.
- Trochę? - Nie ukrywał tego podchwytliwego, trochę niedowierzającego tonu głosu, którym powtórzył po niej to konkretne stwierdzenie
Tak, czepiał się słówek, ale czyż nie o to poniekąd chodziło Rinie, gdy mówiła, że jej tego brakuje? Byli niemożliwi między innymi pod tym kątem. Szukając zaczepki, choć zazwyczaj nie po to, by faktycznie coś sobie nawzajem wyrzucić. Jasne, to też wręcz doskonale potrafili robić, ale znajdowali ten złoty środek.
Tak właściwie w dalszym ciągu wydawało mu się, że w pewnym sensie potrafili być jedną z najbardziej stabilnych, najszczęśliwszych znanych mu par. Nie ciskali w siebie wyzwiskami, nie było między nimi przemocy fizycznej, być może czasami, no, może częściej niż czasami występowały między nimi spięcia, ale żadne z nich nigdy nie czerpało satysfakcji z tamtych sytuacji. Tego był pewien.
Kochali się. Nadal darzyli się uczuciami. I to było w tym wszystkim najbardziej tragiczne.
Czym innym było zatem to, że nie mogli trwać obok siebie nawzajem, ale jednocześnie nie potrafili także dać sobie odejść? Wystarczyło kilka chwil, aby znów zaczęli ku sobie lgnąć. Jeszcze raz orbitowali wokół siebie, nie potrafiąc odpuścić, choć przecież mówili, że powinni to zrobić.
Klątwą. To było przekleństwem. Nie mogła wmówić mu nic innego. A jednak jednocześnie nie potrafił też tak zwyczajnie lekką ręką podejść do tego, co im oferowała. Nie zrobili tego przez tyle lat. Z jakiegoś powodu nigdy wcześniej tego nie rozważali. Teraz też nie był ku temu skory. Czy mogła mu się dziwić?
Tym bardziej, że przecież chodziło o nikogo innego jak Florence Bulstrode. Być może to była przyjaciółka Riny. Dla Ambroisa była jednak kimś niemalże obcym. Przynajmniej na gruncie prywatnym, bo zawodowo naprawdę dobrze się ze sobą dogadywali. Trudno mu było kiwnąć głową na coś, co niechybnie miało wszystko pokomplikować.
- Właśnie to jest dla mnie - zaczął, urywając w poszukiwaniu właściwego słowa, którego nie odnalazł - to jest nie dla mnie - poprawił się w końcu, przymykając oczy i biorąc głęboki wdech, bo próbowała złapać go na te ładne słówka i błysk w tęczówkach, którym nieczęsto był w stanie odmówić i doskonale to wiedziała. - Nie chcę, żebyś brała to na siebie, skoro to nasza wspólna sprawa. Wiesz, że ci ufam... ...z tym, że nasze relacje wyglądają zupełnie inaczej. Ty jesteś jej przyjaciółką. Ja nie mam możliwości... ...ani zamiaru... ...uciec od konieczności zawodowej współpracy. Możesz sobie wyobrażać bądź też nie... ...zresztą nie wiem i nie chcę wiedzieć, czy i jak wyglądały wasze rozmowy... ...ale te półtora roku było dostatecznie dziwne, Rina, nie widzi mi się gmatwanie tego jeszcze bardziej - zwłaszcza, że sytuacja pomiędzy nimi była dostatecznie skomplikowana.
Nie musieli rozszerzać tego na wszystkich swoich przyjaciół i znajomych. Wystarczyło, że zrobili to w przypadku Corneliusa. Niekoniecznie uważał za dobre posunięcie mieszanie w to także Florence. Tym bardziej, że może nijak nie wytknął Geraldine jawnego braku planu, ale zdecydowanie zauważył, że go nie miała. Chciała improwizować. Zazwyczaj też szedł na żywioł, ale w takim wypadku?
No, mógł wierzyć w wiele spraw i rzeczywiście ufać dziewczynie tak jak to powiedział, ale w tym wypadku naprawdę nie był przekonany. Nawet jeśli w istocie wiedział, że miała się postarać. Możliwe, że nawet rzeczywiście i przy tym nie rzucając słów na wiatr i już zaczynając dziamdziać. Flo z pewnością by to doceniła. Mhm. Na pewno jak i on uwielbiała gadatliwych pacjentów.
Prychnął pod nosem. A to był dopiero początek ich coraz bardziej kreatywnych dyskusji.
- Wiesz jak to jest - stwierdził prosto, nie wahając się ani przez chwilę tylko od razu posyłając jej szeroki firmowy uśmiech.
Susząc białe zęby, wykrzywiając wargi, ale nie będąc w stanie zaangażować w to oczu. Te pozostały raczej pozbawione blasku, niemalże matowe. Nie do końca potrafiły błyszczeć w taki sposób, aby jego wyraz twarzy naprawdę świadczył o tym, co chciał nim przekazać. Kąciki oczu Ambroisa nie zmrużyły się, nie pojawiła się przy nich siateczka pierwszych wyraźniejszych zmarszczek mimicznych. Nie. Nie drgnęły. Pozostały bierne, podczas gdy jego spojrzenie skupiło się na dziewczynie a z ust popłynęły pozornie rozluźnione słowa.
- Zawsze mówiłem, że jestem wyjątkowy. A specjalne jednostki zasługują na specjalne traktowanie - w wypowiedzi Greengrassa bez wątpienia nie brakowało lekkości, nawet się nie zająknął, toteż ktokolwiek inny być może mógłby ulec wrażeniu, że rzeczywiście był po prostu tak cholernie pewny siebie.
Ktoś, ktokolwiek inny, ale nie Yaxleyówna. Nie miał nawet cienia wątpliwości, że jej tym nie zwiódł. Zresztą przecież nawet nie próbował jej oszukać. Ich rozmowa naprawdę popłynęła na inne tory. Rzeczywiście przestali się kłócić. Odzyskali pewną całkiem naturalną błogość. Było mu naprawdę dobrze, gdy leżał tak z głową na kolanach dziewczyny.
Zwłaszcza wtedy, kiedy sunęła swoimi smukłymi palcami po jego policzku albo wsuwała mu je we włosy. Zawsze lubił dotyk tego typu. Nasuwał mu skojarzenie ze znacznie prostszymi czasami, choć pierwotnie pojawił się przecież jeszcze wcześniej. Wtedy, kiedy wcale nie było między nimi prosto.
Wtedy też się miotali, ale zupełnie z innego powodu. Także nie byli w stanie zweryfikować swoich pragnień. Ostrożnie sięgali po kontakt fizyczny tylko po to, żeby zaraz spróbować zbagatelizować te wszystkie coraz bardziej jawne gesty. Wyszli z tego. Jakimś cudem udało im się przełamać tamte sztucznie narzucane granice.
Tyle tylko, że teraz wróciły w zupełnie innej formie. Nie z tamtych pobudek, nie po to, aby stanowić osłonę przed ryzykiem, jakie niosło ujawnienie swoich uczuć i zostanie odrzuconym. Teraz nie mogli popsuć swojej przyjaźni. Ani przez chwilę nie kwestionował tego, że ona także nadal miała między nimi swoje miejsce.
W ich wypadku nie dało się rozgraniczyć przyjaźni i miłości. Szły w parze. Nie można było powiedzieć nic innego. Nie bez powodu tak szybko zyskali miano swoich najlepszych przyjaciół, choć żadne z nich bez wątpienia nie miało skłonności do szastania tytułami tego typu. Nawet teraz zresztą zachowywali się w ten sposób.
Leżał z głową na jej kolanach jak wtedy w ogrodzie. Jak jej przyjaciel. Prowadząc rozmowę na tematy nie pasujące do nikogo innego jak tylko do ukochanego. Kochanek było niewłaściwym określeniem. Nie wybrałby go w tej chwili, nawet jeśli zazwyczaj nie miał z tym problemu.
- Poczekaj - na ułamek sekundy wbił spojrzenie w sufit nad głową dziewczyny bardzo intensywnie starając się przetworzyć sens jej wypowiedzi, choć nie szło mu to raczej zbyt gładko.
Niemalże tak samo jak wtedy, kiedy przerzucali się tym ostatnim zdaniem w kwestii tego, co mogli a czego nie mogli sobie nakazać. Poplątała go nieco tymi zawiłymi, złożonymi zdaniami. Potrzebował chwili, aby je przemyśleć, marszcząc przy tym brwi.
- Przede wszystkim wiem, że jesteś w stanie dużo znieść - zaczął, dając jej do zrozumienia, że czasami nawet więcej niż musiała, przynajmniej jak na jego zmrużone oko. - Po drugie nie chcę być twoim problemem. Po trzecie, gdyby to zależało ode mnie, nie chciałbym też nim nie być. A po czwarte - tak, chyba po czwarte, choć nie był już tego taki pewien, ale dalej w to brnął. - Po piąte nie zamierzam dopuszczać do tego, by być problemem kogoś innego - zakończył zdecydowanie i zgodnie z prawdą.
Bowiem w tym kontekście, w którym rozmawiali o byciu czyimś problemem bez wątpienia nie zamierzał nim być dla nikogo innego. Tylko dla niej. We wszystkich innych? O, tam zdecydowanie był nim dla wielu ludzi, ale nie o to teraz chodziło. Tego akurat był pewien.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#32
17.02.2025, 20:19  ✶  

Nie da się ukryć, że Yaxleyówna miała wyjątkowe podejście do pewnych spraw. Wynikało ono na pewno z tego z jakiej rodziny pochodziła, jakie wartości faktycznie były dla niej istotne. Nie sądziła, żeby było wiele osób, które miały takie otwarte podejście jeśli chodzi o korzystanie z przemocy, ale nigdy nie mówiła, że jest inaczej. Wiedziała, że dzięki temu będą mogli sobie zapewnić bezpieczeństwo, nie chciałaby być z kimś kto byłby słaby i nie potrafiłby podjąć odpowiedniej decyzji, szczególnie później, gdyby miała założyć z nim prawdziwą rodzinę, w której miałyby się znaleźć dzieci. Musiała mieć pewność, że osoba z którą postanowi to zrobić nie będzie słaba, tylko równa jej, a może nawet bardziej doświadczona. Razem, działając ramię w ramię faktycznie mogliby zapewnić bezpieczeństwo ewentualnemu potomstwu, a to było najważniejsze.

No, kolejnym argumentem było to, że lubiła mieć świadomość, że jej facet potrafi odpowiednio radzić sobie z problemami, brać ewentualne możliwości w swoje ręce, nie odrzucało jej to wcale, wręcz przeciwnie, uważała to za całkiem urocze. Chętnie popatrzyłaby, jak Roise radzi sobie ze swoimi przeciwnikami. Szczególnie, gdy później w domu traktował ją jak najbardziej wyjątkową kobietę na świecie, to było niesamowite.

- Tak, całkiem normalni, najnormalniejsi z normalnych... - Tak, jasne, kto jak kto, ale oni, cóż, pod tym względem chyba mogli uznawać się za całkiem normalnych, przynajmniej zdaniem Yaxleyówny.

- To prawda, jest wiele różnych metod dzięki którym można osiągnąć jeden i ten sam cel, to też jest fajne. - Zawsze pozostawały jakieś możliwości, jeśli jeden sposób nie działał, to mogli sięgnąć po inny. Dobrze było, że je znali, kto wie bowiem, kiedy będzie mogło się im to przydać. Nie potrzebowała Ambroisa do tego, aby nauczyć się korzystać z czarnej magii, samo jej to przyszło, zresztą miał szansę zauważyć w jaskini demona to, że nieco zmieniła sposób w jaki walczyła. Poprosiła go jedynie o lekką pomoc z nekromancją, tutaj nigdy nie miała szansy zbytnio zgłębić tematu, ale chyba załapała już dzięki niemu te podstawy, które mogły się jej przydać do walki z widmami. Nie potrzebowała niczego więcej, nekromancja akurat nie była dziedziną, która szczególnie ją interesowała, nie bawiło jej mieszanie między życiem, a śmiercią.

Faktycznie ostatnio nieco zmienili swoje podejście do tematu, jakoś tak łatwiej było im wspominać o czarnej magii, czarnoksiężnikach, udzielił jej nawet tego skromnego isntruktażu związanego z wyczarowywaniem patronusów, może jeszcze nie wszystko było stracone, a może po prostu przygotowywał ją do tego, aby sama mogła ruszyć w ten niebezpieczny świat, jakoś sobie radzić, gdy nie będzie go obok, bo to też już ustalili kiedyś miał zniknąć z jej życia. Przychodziło im to całkiem lekko, kiedy tak sobie niezobowiązująco o tym rozmawiali. Poczuła na kolanie jego język, przygryzła dolną wargę, kiedy to zauważyła, ale w żaden sposób nie skomentowała jego poczynań. Lgnęli do siebie, czy im się to podobało, czy nie, potrzebowali swojej bliskości.

- Tak, to dla nas na plus, potrafisz sobie wyobrazić, jak to jest mieszkać z kimś, kto się na wszystko zgadza? - Ona nie umiała. To musiała być istna męczarnia, mieć świadomość, że nikt nie podważy Twojego zdania, że zawsze będzie ugodowo, że nigdy nie będziesz miał możliwości pokłócić się o byle pierdołę, a później dzięki temu odpowiednio pogodzić. Nie chodziło przecież tylko o niesnaski, ale też o to, w jaki sposób później próbowali się przepraszać.

- Tak, trochę. - Zmarszczyła nos, i nie zmieniła swojej odpowiedzi, aby nie dać mu tej satysfakcji, znowu ją podpuszczał, tak jak miał w zwyczaju, nie była przecież jednak tak bardzo uległa, że wspomniałaby mu teraz, jak to bardzo tęskni za tym wszystkim. Zresztą, czy właściwie musiała to mówić, przecież wiedział, na pewno zdawał sobie sprawę, że wiele by dała, aby wrócili do tego, co mieli kiedyś. Już mu o tym wspominała, wielokrotnie w ciągu tych kilku dni.

Tutaj mieli kolejne spięcie, bo ona nie do końca wierzyła, że mogli oberwać taką silną klątwą. To musiało być coś więcej, właśnie dlatego chciała to zweryfikować, bo mogli rzucać w siebie argumentami wyciągniętymi znikąd, a jednak dużo prościej było po prostu pójść do specjalisty, który faktycznie miał w tym jakieś doświadczenie i mógł spowodować, że w końcu przestaną o tym dyskutować, tylko zaakceptują swoją rzeczywistość. Nie bez powodu więc nalegała na wizytę u swojej przyjaciółki.

- Nie będziesz musiał jej unikać, nie będzie niezręcznie, to Florence, wiem, że nie znasz jej z tej strony, ale zaufaj mi. - Naprawdę rozumiała, że w jego przypadku nie było to tak oczywiste, jednak Bulstrode wydawała się być dla Yaxleyówny najlepszym wyborem, nie raz korzystała z jej pomocy w różnych sprawach, nie chciała tego robić z kimś innym. Jeśli już podzieliłaby się z kimkolwiek ich sprawą, to była to właśnie Florence, miała nadzieję, że Roise faktycznie się na to zgodzi, bo jeśli nie to będą sobie ciągle gdybać.

- Czy moglibyśmy się skupić na tym co jest teraz, a nie na tym półtora roku, które jakoś udało nam się przetrwać? - Tak, ten czas rozłąki nie był dla nich łatwy, nie chciała do tego wracać, zdecydowanie zależało jej na tym, aby skupić się na teraźniejszości, chciała im jakoś ułatwić to wszystko, nawet jeśli nie wiedziała, czym właściwie było to mityczne to.

To nie tak, że chciała się dzielić tym, co się między nimi działo, albo nie działo z wszystkimi znajomymi, czy przyjaciółmi. Jeśli chodzi o Florence, to zamierzała po prostu skorzystać z jej umiejętności, być bardziej pacjentem, niż przyjaciółką, przynajmniej w tym wypadku. Nie miała pojęcia, jak mogłaby mu to inaczej wytłumaczyć, wydawał się być przekonany o tym, że to naprawdę był wyjątkowo głupi pomysł.

- Obiecuję Ci, że to niczego nie zmieni poza tym, że uzyskamy informacje, nie namiesza Ci w Mungu, nie namiesza Ci w tych twoich innych sprawach. - Po raz kolejny próbowała mu powiedzieć, że to będzie tylko formalność, nikt nie będzie ich oceniał, a może dowiedzą się czegoś nowego.

- To ciekawe, naprawdę ciekawe, nie wiem, czy jestem w stanie sprawić, żebyś poczuł się, aż tak wyjątkowo. - W końcu była tylko sobą, nikim specjalnym, czyż nie? Mogła mu tylko zazdrościć tej jego wyjątkowości i pewności siebie, ta jasne, przez to, że tyle czasu z nim spędziła zaczęła trochę zachowywać się jak on, uczyła się w końcu od najlepszych.

Palce Yaxleyówny nie przestały błądzić po jego ciele, tym razem przesunęła je nieco niżej, na obojczyk, aby dotknąć mężczyzny w miejscu, w któym się zagłębiał, nachyliła się przy tym nieco, aby ułatwić sobie dostęp do dalszej eksploracji jego ciała, jej włosy zapewne zaczęły go łaskotać po szyi, miała nadzieję, że jej to wybaczy.

- Nigdzie się nie spieszę. - Rzuciła jeszcze cicho, uśmiechnęła się przy tym delikatnie, ale skoro nakazywał jej poczekać, to nie wyciągała jeszcze żadnych pochopnych wniosków, czekała na dalsze wyjaśnienia, bo najwyraźniej miał jej coś do powiedzenia.

- Cieszy mnie to, że zdajesz sobie z tego sprawę. - Dobrze było usłyszeć akurat te słowa, które padły z jego ust, miał świadomość, że nie tak łatwo było jej się pozbyć, że potrafiła przetrwać wiele, dostosowywać się i odnajdywać w każdych sytuacjach, to się nie zmieniło, wręcz przeciwnie wydawało jej się, że przez ten czas, kiedy nie było jej obok niego stała się jeszcze bardziej wytrwała.

Starała się rozłożyć to, co powiedział na czynniki pierwsze, dużo słów dzisiaj między nimi padało, nie chciała go opatrznie zrozumieć, dlatego dawała sobie czas, żeby faktycznie móc wszystko przetrawić.

- Rozumiem, czyli nie będziesz problemem nikogo innego, chciałbyś być moim, ale nie możesz, ale i tak już trochę jesteś. To się robi coraz bardziej pogmatwane. - Nie, żeby cokolwiek jej się wyjaśniło, ale właściwie to nie potrzebowała w tej chwili żadnych wyjaśnień. Siedzili w tym salonie, pod osłoną ciemności, dyskutowali na zupełnie błahe tematy, przynajmniej z pozoru, jakby nic się między nie zmieniło. Nadal czuła, że jest jej najlepszym przyjacielem, z kim innym bowiem mogłaby aż tak abstrakcyjnie dyskutować? To też było poniekąd wyjątkowe, i mógł sobie uważać, że to była klątwa, ale nie w jej oczach.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#33
18.02.2025, 05:02  ✶  
Nie można było ze stuprocentową pewnością powiedzieć, że gdyby Ambroise zdawał sobie sprawę z bardzo konkretnego, specyficznego i raczej niestandardowego (całkiem ironicznie pozytywnie) podejścia jego dziewczyny do kwestii bycia w związku z kimś kto raczej luźno interpretował pojęcie skrupułów, ich życie nie potoczyłoby się w ten sposób. Tak naprawdę zapewne w dalszym ciągu wykazywałby obiekcje wobec mieszania jej w swoje interesy i trwałby przy postanowieniu rozgraniczania przestrzeni domowej od tej okołozawodowej. Miał raczej ugruntowane poglądy na ten temat.
Szczególnie ostrożnie myśląc niegdyś o tym, aby stworzyć wspólnie dom z prawdziwego zdarzenia. Nie to, aby nie mieli go razem przez wiele lat. Cenił to wszystko, co udało im się wtedy osiągnąć. Chodziło raczej o dom w tym bardziej tradycyjnym ujęciu. Rodzinę z dziećmi, psy na podwórku, sowy na poddaszu. Nie myślał wtedy, że mógłby kiedykolwiek wziąć kota (a tym bardziej nie różowego), ale teraz Lilia pewnie znalazłaby miejsce w tej wizji.
Gdyby tylko było to możliwe. A przecież wielokrotnie poruszali już temat tego, że jakakolwiek wspólna przyszłość po prostu dla nich nie istniała. Nie było w niej przestrzeni na ich dwoje razem, co dopiero mówić o całej reszcie tej idyllicznej otoczki. Nie. Nawet, gdyby cholernie starali się przywrócić wszystko, co utracili, nie mieliby szansy tego udźwignąć.
Staraliby się. Nawet nie znając myśli Riny, Roise podświadomie wiedział, że oboje naprawdę mocno by próbowali. Daliby z siebie jak najwięcej. Prawdopodobnie do cna wysysając się przy tym z siły czy energii, dając z siebie resztki wszystkiego, co jeszcze mieli. Możliwe, że przez pewien czas by to działało, ale potem?
Nie było dla nich przyszłości. Nie było nadziei. Nie wierzył w to, by jeszcze kiedykolwiek mogli tak po prostu usiąść na kocu na swoim wrzosowisku, patrząc na niebo zachodzące burzowymi chmurami i bardzo powoli otwierając usta. Po to, aby tym razem nie nazwać się sentymentalnymi tylko rzeczywiście powiedzieć to, co leży im na sercu. Wyrazić najskrytsze pragnienia.
Postarać się o tą szczególną oprawę. O wszystkie detale. To było poza ich zasięgiem, udowadniając im, że wbrew temu co mówili, wcale nie byli normalni. Nie wszędzie tam, gdzie najbardziej tego potrzebowali. Mimo to nieznacznie się uśmiechnął, kiwając głową. Ta rozmowa zrobiła się zbyt absurdalna, by tego nie uczynił.
- Wyjątkowo fajne - odruchowo kląsnął językiem o podniebienie.
Nie, nadal nie wierzył w to, w jaki sposób prowadzili tę rozmowę i przez jakie tematy tak płynnie przechodzili.
- Tak właściwie to mój mokry sen - nie zastanawiał się ani sekundy zanim to chlapnął, nawet jeśli w rzeczywistości było zupełnie inaczej i Geraldine raczej to wiedziała. - Miła, grzeczna, posłuszna, kulturalna, wyrozumiała, cicha panienka czystej krwi o klasycznej, niewyzywającej urodzie i nieskalanym statusie społecznym? Zgadzająca się ze mną we wszystkim? Wyborna wizja, wyśmienita - jeśli wcześniej nie wyłapała jego ironii to w tym momencie nie było możliwości, aby tego nie zrobiła.
Nie, gdy skorzystał z jej ulubionego określenia. Tego, którego zdecydowanie sobie nie szczędził, gdy chodziło o wyrażenie tysiąca słów. Wszystkich co do jednego negatywnych. Jego wyśmienicie prawdopodobnie nigdy nie było całkowicie wyśmienite. Prawdę mówiąc bardzo mgliście pamiętał jakiejkolwiek momenty, w których nie używał go w ramach wyrażenia dezaprobaty. Tak już miał.
- Grabisz tym sobie, panienko Yaxley, oj, grabisz - mruknął po prostu, nawet nie łudząc się, że nie miał zaraz usłyszeć tego jakże typowego pytania o to, czy groził, czy obiecywał.
Odpowiedź również standardowo brzmiałaby coś jak domyśl się z bardzo wyraźną sugestią, że zdecydowanie chodziło o jedno i drugie. W końcu w ich przypadku nie trudno było jednocześnie spełniać zarówno groźbę, jak i obietnicę. Z doświadczenia wiedzieli, że niekiedy granice między tymi pojęciami dosyć mocno i kreatywnie się zacierały.
W ten dobry sposób. Nie tak jak teraz, gdy nieustannie niszczyli je niezgodą i niemożnością dojścia do porozumienia nawet w pozornie najprostszych kwestiach.
- Nie zamierzam unikać Florence. Kiedykolwiek - powtórzył, dodatkowo uściślając wcześniej wypowiedziane słowa. - Zresztą nie wątpię, że już zdaje sobie sprawę z tego - tak, spodziewał się pytania tego czego?, zdając sobie przy tym sprawę z niemożności odpowiedzi.
Nie miał żadnych właściwych określeń na to, co działo się między nimi przez ostatnie tygodnie. Wcześniej zdecydowanie łatwiej było mu to wszystko nazwać. Odkąd wyjaśnili sobie najbardziej naglące kwestie, ich status nie pozostawiał nawet najmniejszych wątpliwości. A później wszystko spektakularnie się spierdoliło.
Mimo to wiedział jedno: Bulstrode miała oczy. Te oczy towarzyszyły im w Snowdonii. Najpierw z wioski podczas korzystania z dwukierunkowych lusterek, w które on się nie mieszał. Później jednak stając z nimi twarzą w twarz. W momencie, w którym już trzymali się za ręce, splatając palce i będąc tuż obok siebie. Bardzo blisko, praktycznie przez cały czas dotykając się ramionami.
Z tej jednej kwestii na pewno zdawała sobie sprawę. Nie musiała jednak poznawać całej istoty problemu. Znać każdego prywatnego szczegółu. Być kolejnym świadkiem i uczestnikiem procesu rozdrapywania nawet najdrobniejszych ran i posypywania ich solą, żeby bardziej piekły. Cudem nie taką pochodzącą z wylanych łez.
A niestety, jeśli jeszcze czegoś był boleśnie pewien to właśnie tego, że dałoby się z nich pozyskać jej naprawdę dużo. Tak. Mógł być niereformowalny w swoim podejściu do kwestii moralności czy skrupułów, ale nie był taki, gdy chodziło o Geraldine.
Zdawał sobie sprawę z tego, co jej zrobił. Z zasłużenia na większość ostrych słów. Ze zrobienia wszystkiego, czego nigdy nie powinien robić. Zniszczenia, siania destrukcji, rozpierdolenia jedynej rzeczy, na której kiedykolwiek bezsprzecznie mu zależało.
Nie można było za to przeprosić. Odpokutowanie także nie wchodziło w grę. Cios został zadany. Dało się to dostrzec w kolejnych pęknięciach, gdy znów zaczynali się ze sobą kłócić. Granica została przekroczona tam, gdzie powinna pozostać nienaruszalna.
Nawet teraz z trudem zagryzł wargi, zaciskając zęby, żeby nie zareagować zbyt ostro na to, co padło z ust dziewczyny. A cholernie trudno było mu przejść do porządku dziennego z tym jak bardzo wymowne było to, co mu teraz powiedziała. Tak właściwie to niemalże zarzuciła.
- Mhm - odmruknął przez mocno zaciśnięte wargi, które w tym momencie stworzyły naprawdę wąską linię o niemal niedostrzegalnej czerwieni.
Zirytowała go tym, że wywróciła kota do góry ogonem i dała mu do zrozumienia, że zupełnie niepotrzebnie żył przeszłością. Podczas, gdy oboje to robili. Nawet właśnie w tej chwili trwali w czymś wyjętym rodem z dawnych lat. Jak mieli nie wracać do ostatnich półtora roku, gdy właśnie one miały na nich tak znaczny wpływ?
Pomimo to zamilkł, bo zdawał sobie sprawę, że kłótnia nic by im teraz nie przyniosła.
- Już w tym momencie następuje klasyczny zgrzyt - stwierdził mimo to, choć starał się nadać swoim słowom lżejsze brzmienie; raczej miękko upominające aniżeli strofujące. - To, co między nami jest też zalicza się do moich spraw - może nie do końca związanych z działalnością zawodową, ale tu też można było to poddawać w wątpliwość.
W końcu, gdyby nie tamta chęć stworzenia stabilnego domu i rodziny, pewnie dawno temu porzuciłby działalność w Mungu. Przeszedłby na własny rachunek. Otworzyłby całkowicie prywatną praktykę bez konieczności podlegania komukolwiek poza związkami zawodowymi, których członkiem najpewniej by się stał.
Tak samo wyglądała sprawa z jego czarnorynkową działalnością. Prawdopodobnie nie odpuściłby jej tak bardzo jak to zrobił przez tamte wszystkie lata ani nie rzuciłby się w nią na powrót niemalże na główkę, gdy rozstał się z Geraldine. Jego sytuacja byłaby stabilna. Tak, pewnie chujowa, ale zdecydowanie stabilna.
Mimo to nie żałował ani jednej wspólnej chwili. Mógł wmawiać sobie inaczej. Mówić, że lepiej byłoby, gdyby nigdy się nie wydarzyły, ale w rzeczywistości to były najszczęśliwsze momenty jego życia. Nawet jeśli obecnie był w tej pozycji, w której się teraz znajdował. Nie w upragnionym miejscu.
- Jesteś niereformowalna - parsknął tylko pod nosem, nie powstrzymując wprost ostentacyjnego wywrócenia oczami.
Kto inny jak nie ona? Kto inny mógłby sprawić, że czuł się iście po królewsku? Znów odbierała sobie należyte zasługi. Zawsze to robiła.
- Nie dajesz mi o tym zapomnieć - odmruknął, przegryzając dolną wargę, ciągnąc za nią zębami i ani na moment nie przestając wbijać spojrzenia w twarz dziewczyny.
Wręcz swidrował wzrokiem jej oczy, które nawet w tym świetle wydawały się wręcz niesamowicie, nienaturalne niebieskie. Jego własne tęczówki stały się przy tym nieco ciemniejsze. Być może ze względu na rozszerzone źrenice, być może tak po prostu z konkretnego powodu.
Starał się nie uciekać myślami. Nie odpłynąć pod wpływem chwili. Nie ulec dotykowi i narastającemu wrażeniu ciepła, jakie pojawiło się w jego piersi, gdy Rina mocniej się nad nim pochyliła a czubki jej palców naznaczyły ścieżkę ku obojczykowi.
Bezwiednie przygryzał wargę, starając się nie uśmiechnąć nawet wtedy, kiedy długie włosy dziewczyny zaczęły łaskotać jego skórę. Rozmawiali o poważnych rzeczach. O istotnych sprawach. Nie powinien pozwalać sobie na bycie aż tak rozproszonym.
- No tak - odparł, mimo to samemu nie wiedząc, odnośnie czego.
Wszystkiego, co mu teraz powiedziała? Całego tego podsumowania? Każdego faktu, który stwierdziła? Również tego, że to wszystko rzeczywiście było wprost absurdalnie pogmatwane i skomplikowane, i nie wydawało mu się, aby mogli tak po prostu cokolwiek naprostować?
Tak, być może gdzieś tam w głębi duszy wiedział, że najprościej byłoby usiąść i spróbować poruszyć te wszystkie tematy bez ulegania niepotrzebnym emocjom. Tyle tylko, że jednocześnie w głębi duszy wiedział też, iż w ich przypadku było to raczej niemożliwe. Zbyt intensywnie na siebie działali. Za szybko poddawali się atmosferze. Czy to tej nerwowej, czy wręcz przeciwnie: dobrej, choć w dalszym ciągu podszytej melancholią.
No właśnie...
...miał temu nie ulegać, prawda?
Więc czemu wziął głęboki wdech, wypuszczając powietrze w jeszcze głębszym wydechu? Zamykając oczy, przyciskając policzek do przedramienia Geraldine dotykającej jego skóry i (w dalszym ciągu nie wierząc w to, co zamierza powiedzieć) bardzo powoli kiwając głową.
- Dobrze, skoro tego chcesz to - tak, mieli to zrobić, tą jedną rzecz mógł jej obiecać, jeśli naprawdę tak bardzo tego potrzebowała.
Tyle mógł zrobić, choć w dalszym ciągu nie miało to odkupić żadnych z jego win ani nie prowadzić ich do niczego, co mogłoby zmienić ścieżki przeznaczenia, które dawno się rozeszły.

Koniec sesji


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (18877), Geraldine Greengrass-Yaxley (14025)


Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa