• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn Klinika magicznych chorób i urazów v
1 2 Dalej »
[07/08.09.1972] silverlines || Ambroise & Geraldine

[07/08.09.1972] silverlines || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#21
27.02.2025, 00:46  ✶  
Za późno. Jak zwykle za późno. Mógłby nawet uśmiechnąć się z goryczą na te słowa. Rozumiał. W tym wszystkim wyjątkowo jasno pojmował to, co mu powiedziała. Nie miała już nic więcej do dodania, więc to w istocie powinien być koniec ich rozmowy. A jednak nie potrafił nie zareagować na jej słowa. Kolejny raz go ugodziły. Tym razem niezamierzenie.
Znów się nie rozumieli a on w tym wszystkim nie chciał wychodzić na gorszego człowieka niż w rzeczywistości. Wystarczyło, że był tym kim był. Nie potrzebował być bardziej bezuczuciowy. Nie w oczach kogoś, kogo naprawdę kochał.
- Nie o to - zaczął, marszcząc czoło i mrużąc oczy, spoglądając na Yaxleyównę trochę bezmyślnie, niemalże nie będąc w stanie ukryć zaskoczenia.
Tak, powtórzyła po nim to słowo. Nie zdążył jej go rozwinąć zanim odezwała się ponownie, bo chyba nieświadomie spiął się na dźwięk jej głosu. Na to, w jaki sposób rozpacz wybrzmiała w tonie głosu jedynej osoby, u której tak bardzo nie chciał tego kiedykolwiek słyszeć. Zachowywał się przy tym zupełnie nie tak. Nie w sposób, w który pragnął postępować.
- Nie o to mi chodziło - tym razem dokończył to przeklęte zdanie, wbijając spojrzenie w dziewczynę, jednak już nie tylko poprzez przekrzywienie głowy w jej kierunku.
Tym razem cały się obrócił. Jednym zadziwiająco gładkim ruchem, niemalże ślizgiem na podeszwach butów, o który na tak wilgotnym, obficie zlanym deszczem poszyciu dachu wcale nie było trudno.
Warunki pogodowe od rana nie były korzystne. Przez chwilę wydawało się, że pogoda zaczęła się poprawiać, jednak teraz coraz bardziej się rozpadywało. Zimne podmuchy powietrza były już znacznie bardziej jesienne niż letnie. Ten wieczór, ta noc przypominały jedną z tych późnopaździernikowych. Nie kojarzyły się z początkiem września, tylko z późną, niemalże martwą jesienną aurą.
Pasowały do tego, co się działo, czyż nie? Niemalże idealnie oddawały atmosferę, jaka wkradła się pomiędzy nimi. W nim też coś teraz umierało. Kolejny raz. Nie pierwszy, nie wiedział czy na pewno ostatni. Życie lubiło kopać leżących a on poniekąd właśnie to robił. Poddawał się zamiast walczyć. Dokładnie tak jak zarzucała mu Geraldine.
Wystawiał się tym na kolejne ciosy. Wychodził z pozycji wręcz perfekcyjnej ofiary. Już się o tym przekonał.
Stali tak blisko siebie, praktycznie na wyciągnięcie ręki, jednak tym razem żadne z nich nie spróbowało przełamać dystansu. Byli tak blisko i jednocześnie tak daleko. Kiedy pozwolili sobie to zrobić?
Wcale nie przestał lgnąć do niej nie tylko ciałem, ale także każdym fragmentem duszy. W tym momencie tak bardzo zbolałej i spękanej. Strudzonej nieustanną walką. Wiecznymi próbami postępowania we właściwy sposób. Właściwy dla kogo? Dla niego? Dla niej? Gdyby rzeczywiście tak było to czy staliby tu teraz w ten sposób?
Chciał, naprawdę chciał móc powiedzieć coś zupełnie innego. Ponownie wpuścić Geraldine do swojego życia, zwłaszcza że tak naprawdę nigdy do końca nie wypuścił jej ze swojego uścisku. Mimo uczucia przejmującej pustki, jaka wypełniała (o ironio) teraz jego coraz bardziej wyziębione ramiona, czy kiedykolwiek był moment, gdy całkowicie przestał uwzględniać ją w swoim życiu? W tym, co robił, o czym myślał i jak postępował?
Nawet w tym całym pochopnym zachowaniu. We wszystkich starych schematach przyjmowanych I wykorzystywanych na nowo. W autodestrukcji, w którą podświadomie ponownie zaczął się zapędzać. Tym razem głębiej, bo nie było już niczego, co trzymałoby go przy powierzchni. Żadnej nawet drobnej iskierki światła. Płomyczka w ciemności.
Wpierw w jego życiu rozpętała się burza. Pioruny uderzały coraz bliżej i bliżej aż w końcu wszystko ogarnął pożar. Później wszystko ucichło. Pozostały wyłącznie zgliszcza. Ogień strawił wszystko, deszcz wygasił płomienie. Pozostała wyłącznie ruina, pustynia. Wyjałowiona ziemia, bowiem po tym pożarze nie istniały szanse na odrodzenie. Tu z popiołów nie miało nie miało narodzić się nic prócz uczucia przejmującej pustki.
Deszcz, który w tym momencie zaczął na nowo spadać z nieba też nie był oczyszczający. Nie przynosił wrażenia świeżości i rześkości. Nie dawał nic prócz wrażenia chłodu. Lodowaty wiatr sprawiał, że drobne krople zacinały prosto w plecy Ambroisa, który mimowolnie przesunął się pół kroku do przodu.
Dało to tyle, co nic. Nie był w stanie całkowicie przysłonić dziewczyny przed wiatrem i wilgocią w powietrzu. Nie mógł zamknąć jej w ramionach. Nie posunął się tak daleko, nawet jeśli wszystko w nim wciąż ku niej lgnęło. To nie miało zniknąć. Nieważne, jak bardzo by się starali, co by robili czy mówili.
Ale co im tak właściwie pozostało? W tej czy w innej chwili? Nie mogąc iść w jedną ani w drugą stronę? Miotając się w tych wszystkich uczuciach? Teraz też w słowach, w których nigdy nie byli przecież zbyt dobrzy, ale w tej chwili miał wrażenie, że znowu zaczęli się rozmijać.
Nie o to mu bowiem chodziło, gdy mówił o granicach. Nie zadał Rinie pytania o to, kiedy przyjdzie im się tak naprawdę rozstać, bo to w jego oczach było wyjątkowo jasne. Robili to właśnie teraz w tym momencie. Nie chciał tego, ale sam podświadomie przymusił ją do podjęcia decyzji za nich oboje. To...
...te jej wcześniejsze słowa. Zgodzenie się z nim, pozwolenie mu wziąć na siebie winę. To chyba koniec powinny być dla niego dostatecznym znakiem, że to był najwyższy czas, aby na powrót się odsunąć. Tym razem jednak nie do kolejnej wspólnej sprawy, nie do okoliczności ustalonego spotkania, nie do bycia sojusznikami czy widywania się wyłącznie w większej grupie. Nie. Teraz już na stałe, bowiem tak jak to wcześniej stwierdził: mieli tak wielu zaufanych ludzi, że nie musieli widzieć się już nigdy więcej.
- W tym momencie mam w dupie runy, Rina, mam w dupie widma. Nie pytam o to, kiedy czy jak, bo to powinno być już dzisiaj. Jeśli nie chcemy się znowu zamotać, po prostu zróbmy to dziś. Tej nocy. Nigdy więcej - mówił naprawdę dużo, zwłaszcza jak na siebie, tej nocy z jego ust padło wiele zdecydowanych słów.
I jedno kluczowe pytanie. Jedna jedyna kwestia, której nie powinien wypowiadać.
Nie zrozumiała go wcześniej. Być może to była wskazówka. To był znak. Ostrzeżenie. Przestroga przed tym, by nie próbował ponownie wykrzywiać rzeczywistości, błądzić i zmieniać zdania. Może w tych wszystkich gorzkich i przejmująco trudnych kwestiach, jakie padały z ich ust, ten jeden raz dostał szansę na to, aby nie popełnić błędu.
O ironio. Próbując zawalczyć. Ten jeden jedyny raz łamiąc się na widok jej łez skrzących na wilgotnych policzkach czerwonych od wiatru. Ściekających po znajomych drżących wargach. Błyszczących w przejmująco niebieskich oczach. Nie pytał o moment rozstania. Pytał o granicę między nimi. Pomiędzy tym, co była a czego nie była w stanie zaakceptować. Nie tylko mu wybaczyć. Przyjąć do wiadomości, potrafić z tym żyć, zaakceptować to bez zastanawiania się, co miało im przynieść.
Tyle tylko, że niepotrzebnie to robił. Przecież już ich nie było. To pytanie nie miało sensu. Ta odpowiedź nie padła i nie miała paść a on w tej jednej chwili stracił wszelką chęć, aby próbować wyjaśniać dziewczynie, co tak naprawdę miał przez to na myśli. Oboje dostrzegali tylko to, co chcieli widzieć. Zgodnie z jego własnym parszywym życzeniem przyjęła tamtą narrację. Nie walczył, więc nie miał walczyć.
To było żałosne myślenie niepodobne do czegokolwiek, czego by od siebie chciał. Nigdy nie posądzałby się o tak krzywdząco pasywne zachowania. Zwłaszcza w stosunku do czegoś, do kogoś na kim tak cholernie mocno mu zależało. Kurewsko.
Zawsze wyciągał ręce po to, czego chciał. Nigdy nie miał problemu z tym, aby podążać za impulsami. Za odruchami. Tym, co wydawało mu się najlepsze dla niego, niekoniecznie dla kogoś. Ale tym razem wyjątkowo nie starał się myśleć o sobie. Już od wielu miesięcy działał wbrew wszystkiemu, czego tak naprawdę pragnął. O ironio, również wbrew temu, czego chciała dziewczyna.
W imię wyższych wartości, lepszego dobra a może wręcz przeciwnie - z powodu wewnętrznych lęków, czarnowidztwa, urojonych scenariuszy? To też tak łatwo się ze sobą mieszało. W tym też gubił się już od dawna. Praktycznie od początku magicznej wojny. Od tamtych przerażających chwil w Dolinie Godryka.
Ale co miał zrobić? Stał, spoglądając wprost na dziewczynę. Kręcąc głową, choć nawet tego nie dostrzegał. Moknąc, choć nawet tego nie czuł. Nie o to pytał, ale czy naprawdę chciał znaleźć odpowiedź?
- Pytałem o nas, Rina - zebrał się w sobie, w końcu znów otworzył usta, żeby powiedzieć jej to, co powinna usłyszeć; nie chciał zostawiać wątpliwości, nie chciał, żeby uważała go za takiego człowieka.
Takiego jakiego?
Pizdę i tchórza? Kogoś, kto tak po prostu przyjmuje płaszczenie się przed nim, proszenie go o coś, podczas gdy to on sam był tu największym problemem? Kiedy to on popełniał błąd za błędem, prawdopodobnie robiąc to nawet w tej chwili.
- Pytam, gdzie leży granica tego - co możesz znieść w związku z tym, co może się wydarzyć. Co najprawdopodobniej się wydarzy. Co stanie się codziennością. Co nigdy nie zniknie. Co już zawsze będzie w naszym życiu. O to pytam - ale tego już nie dodał.
Nie byli u siebie. Nie byli w swoim bezpiecznym miejscu. Nie mogli rozmawiać tu tak jak powinni to robić, nawet jeśli dach był całkowicie pusty a deszcz lejący się z nieba zagłuszał ich ciche słowa.
Nie chciał słyszeć ogólników. Tego, że było to wszystko, że ze wszystkim mieli sobie poradzić, bo to byłaby bujda. Tanie kłamstwo. Każdy miał swoje granice. On tego wieczoru miał wrażenie, że przekroczył jej wszystkie. Że być może w tym momencie rozwijał tę myśl, jednak zrobił to za późno. Najbardziej druzgocące słowa już padły. Od tego zazwyczaj nie było ucieczki.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#22
27.02.2025, 16:13  ✶  

- Znowu czegoś nie zrozumiałam... - Mruknęła sama do siebie. Ostatnio chyba zbyt często jej się to zdarzało. Kiedyś potrafili dogadać się bez słów? Teraz, teraz nawet ten nadmiar słów im tego nie ułatwiał. To było przykre. Niby próbowali, to i tak było sporo jak na nich, bo naprawdę próbowali sobie wszystko wyjaśnić, tyle, że to niczego nie dawało, miała wrażenie, że tylko udowadniało im jak bardzo inną wizję świata mają.

Czuła, że najlepiej by było gdyby faktycznie odwróciła się teraz na pięcie i stąd odeszła, tyle, że nie potrafiła uciekać, to nigdy nie było jej sposobem na rozwiązywanie problemów, szczególnie, że chwilo najwyraźniej nie skończyli tej rozmowy. Musiała to przetrwać, chociaż czuła się naprawdę chujowo, poniekąd też trochę upokorzona? Bo jednak spodziewała się tego, że może istniała jakakolwiek szansa na to, że tym razem zmieni zdanie, że kiedy dojdzie do tej faktycznej konfrontacji trudniej będzie mu być takim stanowczym w podejmowanej przez siebie decyzji. Nic z tego, nic nie było w stanie zmienić zdania Roisa. Wystarczyło tylko by powiedział, żeby została, ale tego nie zrobił.

- Jasne, tej nocy, teraz. - Niby wiedziała dlaczego to musiało wydarzyć się od razu, jednak nie zmieniało to faktu, że nie była na to gotowa, ale czy właściwie kiedykolwiek by była? Nie. Na coś takiego nie można było się przygotować. Może lepiej, jeśli wydarzy się to właśnie w ten dość brutalny sposób, zupełnie niespodziewanie. Tak powinno być prościej, skoczyć na głęboką wodę, oby tylko nie zatonęła.

W końcu nie chcieli się znowu zamotać, tyle, że wydawało jej się, iż na to też było za późno, ale co ona mogła wiedzieć. Była zagubiona, wyjątkowo zagubiona i nie radziła sobie z tymi wszystkimi przytłaczającymi ją uczuciami. Tego było zbyt wiele, przynajmniej ostatnio. Obrywała na każdej możliwej płaszczyźnie, dobijała ją teraźniejszość i przeszłość, a przyszłość też nie zapowiadała się tak, jakby mogła przynieść jej coś dobrego. Nawet osoby jak ona, wydawać by się mogło, że dosyć silne miały jakieś swoje granice.

Nie oponowała, chociaż typowe dla niej było zaprzeczanie i narzucanie swojego zdania, próba przepchnięcia własnych opinii. Tym razem nie miała już chyba na to siły, straciła nadzieję. Bierność była jej raczej obca, ale tym razem to ona okazała się być rozwiązaniem. Nie chciała dłużej ranić ani siebie, ani jego. Tak było lepiej. Bez sensu znowu było mieszać sobie w głowach, bo przecież to robili przez cały ten tydzień i do czego ich to doprowadziło.

- Nie ma żadnych nas. - Nie przestawała się wpatrywać w swoje stopy, bo trudno jej było mówić to wszystko i unieść głowę, nie chciała spojrzeć mu w oczy, bo zobaczyłby, że kłamie. Zawsze będą jacyś oni, czy im się to podobało, czy nie, bo ich losy zostały ze sobą splecione, ich dusze były ze sobą połączone, tej więzi nie dało się tak łatwo pozbyć, co też już ustalili.

- Więc skoro nie ma nas, to nie ma problemu, nie ma granic, po prostu musimy przestać dla siebie istnieć. - Jakby to w ogóle było możliwe, w przypadku tego, co ich łączyło. Będzie musiała sobie w inny sposób poradzić z tym lękiem, który się jej pojawił. Właściwie przecież w tym przypadku nawet lepiej by było, gdyby całkowicie o niej zapomniał, musiała się po prostu pogodzić z tym, że mogła nastąpić taka ewentualność. Przestać myśleć o przeszłości, skończyć z rozdrapywaniem ran, jakoś poradzić sobie z tym uczuciem pustki i samotnością.

Jak miała to zrobić? Aktualnie jeszcze tego nie wiedziała, zapewne zatraci się w czymś, po to aby nie pozwolić swoim myślom uciekać zbyt daleko. To było najprostszym rozwiązaniem, może nie takim, jakiego dla siebie pragnęła, ale nie widziała żadnej, innej możliwości.

Zniknie, może nie powinna aktualnie opuszczać Wielkiej Brytanii, ale to chyba będzie dla niej najzdrowsze. Zresztą nieraz już przecież tak robiła, wyjeżdżała stąd na dłużej, kiedy nie do końca radziła sobie z rzeczywistością. Wracała, tak, ale czy aktualnie miałaby w ogóle po co wracać?

- Chyba mamy co do tego zgodność? - Byli wprawieni w szukaniu kompromisów, przez lata całkiem nieźle im się to udawało, wypadałoby, aby na koniec też jakiś osiągnęli.

Nie, żeby sądziła, że udawanie, że to drugie nie istnieje było szczególnie prostym rozwiązaniem, jednak przez te półtora roku, chyba całkiem nieźle im to wychodziło, praktycznie się nie spotykali, omijali się, jeśli już miało dojść do konfrontacji. Jasne, wtedy było łatwiej, bo nie wiedziała, że nadal czuł do niej to samo, co wcześniej, ale czy to właściwie coś zmieniało? Chyba jeszcze na gorsze. Było jej trudniej się z tym pogodzić mając tę świadomość. Znała siebie, wiedziała, że zacznie szukać okazji do tego, aby zbliżyli się ponownie, mogła mówić coś innego, ale wiedziała, że to nie będzie takie proste, jak te słowa, które padały z jej ust. Kiedy znajdował się blisko niej nie miała oporów przed tym, aby przekraczać wszelkie granice, które sobie wyznaczali, więc czy w ogóle stawianie ich miało jakikolwiek sens?

- Czy powinnam się z tobą pożegnać? - Zapytała jeszcze, bo nie do końca była pewna, jak miało to wyglądać? Czy miała się po prostu odwrócić na pięcie i stąd odjeść, coś jeszcze powiedzieć? Nie robiła tego jeszcze nigdy, Ambroise miał w tym większe doświadczenie od niej.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#23
27.02.2025, 20:37  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.02.2025, 20:38 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Nie tak miało wyglądać ich wspólne życie. Nie na to zasługiwali, nie to powinno ich spotkać po tym wszystkim, co się stało. Chciał jej to powiedzieć, ale co by to zmieniło? Co by dało powtórzenie kolejny raz tego, że dostatecznie dużo wycierpieli i że los nie był sprawiedliwy?
Nie mógł zagwarantować Rinie tej przyszłości, której dla niej pragnął. Zwłaszcza, że wciąż nie był tym człowiekiem, którym chciał dla niej być. Nie był i nie miał nim zostać. Ostatnie dni wyłącznie tego dowiodły. Półtora roku temu, gdy odchodził, obiecał sobie, że to koniec. Ale teraz, w tej chwili, w tym deszczu, wszystko wydawało się inne. Nie, nie lepsze. Jeszcze bardziej bolesne. Trudniejsze.
Wciąż pamiętał ten dzień, kiedy po raz pierwszy zdecydował się odejść. Półtora roku temu w swoim mniemaniu postawił kropkę nad i. Odwrócił się od niej, myśląc, że to była najlepsza decyzja, jaką mógł wtedy podjąć. Wydawało mu się, że tak będzie dla niej najlepiej. Czuł, że to on był problemem, że to on i jego własne decyzje zaczęły pchać ich w najgorszym możliwym kierunku. Prędzej czy później to miało zakończyć się tragicznie. Nie zasługiwał na kogoś takiego jak ona. Teraz dostrzegał jak bardzo się...
...nie mylił. Miał wtedy rację. To, że tak ciężko było mu radzić sobie z tą świadomością nie zmieniało tego, że ich tu doprowadził. Może, gdyby był lepszym człowiekiem... ...gdyby bardziej się starał, mimo rozstania... ...gdyby rzeczywiście przeznaczył te wszystkie miesiące na próby naprostowania wszystkiego, co spierdolił... ...gdyby nie był bierny. Może to by coś dało. Może to coś by zmieniło. Ale nie mieli szans się o tym przekonać, prawda? Było za późno. Kolejny raz w jego życiu było za późno.
Patrzył na Rinę, widząc łzy spływające po jej policzkach. Była jedyną osobą, z którą pragnął dzielić swoje życie, jedyną miłością, którą stracił półtora roku temu, miesiącami próbując poradzić sobie z tamtą żałobą. Niespodziewanie ich drogi znów się skrzyżowały, ale tym razem wydawało się, że wszystko zmierzało ku końcowi. W końcu to sobie mówili. Od samego początku końca powtarzali sobie, że wszystko, co robią to tylko to właściwe pożegnanie.
Kłócili się, nie potrafili dojść do porozumienia, ale jednocześnie na nowo rozbudzali w sobie te  wszystkie instynkty, emocje i uczucia. Zasypiali obok siebie, budząc się w swoich ramionach, spędzając ze sobą chwile, które zdawały się być wiecznością. Nie ukrywali przed sobą tego, co czuli, zachowując się coraz bardziej jak ci, którymi byli kiedyś.
Gdyby nie to, że pojawiła się u niego w pracy, pewnie wróciłby do niej rano. Nie chciał przyznać się do tego przed sobą czy przed nią, ale zatrważająco szybko zaczął przyzwyczajać się do obecności Geraldine. Nieświadomie pozwalając sobie na to, z dnia na dzień coraz bardziej zachowywał się jak jej chłopak. Wbrew temu wszystkiemu, co opuszczało jego usta, coraz częściej myślał o nich, o ich wspólnych planach, o sobie u boku Yaxleyówny.
Niepotrzebnie wmieszał się w jej życie, wszedł w nie bez zaproszenia, wbrew jej woli. Nie miał prawa na nowo wpychać się w jej życie, a jednak to zrobił. Wbrew jej początkowej niechęci, wręcz wrogości, wbrew zdrowemu rozsądkowi. Wystarczyło, że wtedy w tamtym barze powiedziała mu, że za nim tęskni. Posłała mu to spojrzenie, opowiedziała zalążek historii o tym, co ją nękało.
Dała mu punkt zaczepienia a on z niego skorzystał. Był idiotą. To on był przyczyną ich cierpienia. Nie potrafił być tym, kogo potrzebowała. Nie myślał o tym jak bardzo się rozpadł, jak wiele kosztowało go to pierwsze pożegnanie. Po prostu wszedł w to wszystko, nie bacząc na konsekwencje. Teraz znowu to sobie robili.
W jego sercu tliła się frustracja, bo wciąż ją kochał, kurewsko ją kochał. W myślach wracał do momentu, kiedy znów pojawiła się w jego życiu i kiedy obiecali sobie, że cokolwiek stanie się z dopplegangerem, ta sprawa będzie jednocześnie ich własnym ostatecznym końcem. Ostatnie wspólne zadanie. Powinien był być twardy, powinien był odejść, ale nie potrafił.
Mógł to przewidzieć. Problem w tym, że wcale nie chciał. Wolał być taki.
Taki jaki?
Ślepy. Ślepy na to, że to od samego początku nie miało skończyć się wraz z zabiciem tamtego bytu. Nie, skoro Rina była dla niego wyjątkowa. Była jedyną, która potrafiła rozbudzić w nim uczucia, jakich nie zaznał nigdy wcześniej ani nigdy później. Nie łudził się, nawet nie chciał ich zaznać z kimkolwiek innym. Z nią zawsze miało być inaczej.
Zaledwie półtora roku temu postanowił odejść a teraz kolejny raz stał przed nią. Patrząc przed siebie. Niepewny jak zakończyć to, co nigdy nie powinno się zaczynać.
Kochał ją. Kurewsko ją kochał. Nie próbował tego ukryć. Byli ze sobą szczerzy, ale teraz w tej chwili wszystko wyglądało inaczej. Powiedział jej, że nie mają wspólnej przyszłości, ale niczego tak nie pragnął jak jej bliskości. Chciał sięgnąć ręką ku niej, zamknąć ją w ramionach.
Stali tak blisko siebie. Widział łzy spływające po policzkach dziewczyny. To go łamało. Starał się nie pokazywać jak bardzo się rozpada i ile kosztuje go to pożegnanie, ale pewnych rzeczy nie dało się do końca ukryć. Nie chciał tego dla nich. Nie takie mieli mieć życie. Wycierpieli wystarczająco dużo.
Każde słowo, które padało z ust Geraldine sprawiało, że czuł się coraz bardziej bezsilny. Nie chciał tego pożegnania, nie tak wyobrażał sobie ich przyszłość. Wszystko, co teraz padało między nimi było niesłuszne. Zdawało się wciągać go coraz głębiej w otchłań beznadziei. Więc czemu nadal na przemian gorzko milczał i jeszcze ciężej mówił?
Jego głos był zdecydowany, ale w środku czuł się coraz bardziej martwy. Zapierał się przy swojej postawie, przy przyjętej narracji, jakby nie istniało miejsce na nic innego. Nie było dla nich wspólnej przyszłości. Koniec historii. Zamknięty rozdział. Powinni pójść każde w swoją stronę zanim wszystko stanie się jeszcze bardziej skomplikowane. Nim ich to całkowicie pogrąży.
W głębi duszy wiedział, że to kłamstwo, bo marzył o tym, by mieć ją przy sobie, by wspólnie budować życie, na które oboje zasługiwali. Ale jak mógł jej to powiedzieć, gdy wiedział, że nie potrafił być tym, kogo potrzebowała?
Patrzył na nią, wiedząc, że nie odpowiedziała mu na pytanie, ale jej słowa były wystarczające. Granica została przekroczona. Było dla nich za późno. Przez ostatni tydzień mieli dać sobie czas na pożegnanie, ale zamiast tego zbudowali coś, co przypominało dom. Teraz fundamenty na nowo runęły. Tak to już jest, gdy buduje się zamki na piasku tuż przy samym brzegu bezkresnego morza beznadziei.
Spoglądając na Yaxleyównę, widząc łzy spływające po jej policzkach, chciał ją objąć, przyciągnąć do siebie, ale czuł się jak w pułapce, którą sam na siebie zastawił. Nie mógł się ruszyć, stał w miejscu, zastygły w deszczu a jego ciało nie chciało go słuchać. Czuł się otumaniony, krew pulsowała mu w uszach, serce waliło jak oszalałe. Stojąc w deszczu, nie mógł oderwać wzroku od znajomej twarzy.
Ona nawet na niego nie patrzyła. On nie wiedział, co powinien zrobić, by to zmienić, jednocześnie nie działając wbrew jej woli. Ich własny mały koniec świata.
Zimny wiatr targał jasnymi włosami jego dziewczyny. Widział jak łzy spływają po jej policzkach, raz po raz sklejając kosmyki smagające twarz Geraldine. Każdy ich ślad ranił go głębiej niż jakikolwiek fizyczny cios. Nie był gotowy na ten moment. Chyba nigdy nie miał być. W końcu nie bez powodu odszedł wtedy bez pożegnania.
Myliła się. Chciał walczyć, mimo że czuł, iż jest już za późno. Zadał jej pytanie o granice, próbując uchwycić się czegokolwiek, co mogłoby dać im szansę, ale odpowiedź, której oczekiwał nigdy nie nadeszła.
Odwrócił wzrok, by nie widzieć bólu na jej twarzy, ale nie potrafił uciec od tego, co się działo. Powinien być twardy, powinien odejść, ale coś w jego wnętrzu trzymało go w miejscu. Chciał cofnąć czas, zmienić swoje decyzje, ale wiedział, że to nie było możliwe. Chciał ją wyciągnąć ku niej rękę, zamknąć Rinę w ramionach, ale zamiast tego stał jak sparaliżowany, nie mogąc zrobić kroku ani w jedną, ani w drugą stronę.
Wiedział, że ich czas minął, że wszystko, co mieli własne znikało w deszczu. Rozmywało się na jego oczach w tej londyńskiej zawierusze i we łzach jedynej osoby, której nigdy nie chciał ranić w tej sposób. W żaden sposób. Zawsze pragnął być dla niej kimś innym, kimś lepszym.
Sam nie potrafił zrozumieć, dlaczego to był problemem. Dlaczego nie potrafił być tym, na kogo zasługiwała. Każdy krok, który podjął w przeszłości w pewnym momencie okazywał się błędem. A przecież naprawdę się starał. Zmienił się przez te wszystkie lata. Złagodniał, spokorniał, przestał wyciągać ręce po to wszystko, czego w gruncie rzeczy wcale nie potrzebował do szczęścia. Chciał wyłącznie jednego.
Tego, czego nie mieli mieć. Wiedział, że zniszczył to, co mieli. Wtedy półtora roku temu, ale nie tylko. Teraz prawdopodobnie jeszcze bardziej. Doszczętnie. W końcu raz za razem zadawał im kolejny cios. Mówił, że nie mają wspólnej przyszłości, ale to były tylko słowa. Nie gesty. Gesty wskazywały na coś zupełnie innego. Miotał się. Czuł, że wszystko dookoła nich zaczęło się sypać i nie było to właściwe, bo przecież razem zawsze jakoś sobie radzili, ale nie potrafił wyciągnąć do niej ręki, nie potrafił powiedzieć, jak bardzo jej potrzebuje.
Jego serce krwawiło, gdy widział łzy spływające po policzkach Geraldine. Chciał móc je zetrzeć, pocieszyć dziewczynę, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, ale wiedział, że to byłoby wyłącznie kolejne kłamstwo.
Nie mógł dać jej tego, czego pragnęła. W najlepszym razie byłby tylko cieniem mężczyzny, którym chciałby być. W dalszym ciągu pamiętał to jak bardzo się starał, by być kimś, na kogo zasługiwała, ale wciąż czuł, że to nie wystarczało. Nie miało wystarczyć.
Od samego początku zdawał sobie sprawę z tego, do czego zmierzali, jednak to właśnie sposób, w jaki odpowiedziała na jego pytanie ostatecznie go pogrążył. Jej milczenie, po którym nadeszły te słowa było wystarczającą odpowiedzią na wszystkie jego pytania. Granice zostały przekroczone, droga powrotna przestała istnieć.
O ironio właśnie teraz. W tej chwili. To, co stało się tej nocy, nie półtora roku temu, nie tydzień temu, nie kilka miesięcy wstecz z początkiem lata, tej nocy, kiedy postanowili zaoferować sobie pełną szczerość... ...właśnie to było ostatnią kroplą, która przelała czarę goryczy. To, co padło między nimi tutaj na tym dachu było niemożliwe do wybaczenia, niemożliwe do zapomnienia.
Odpuściła mu, zgodziła się z jego słowami, ale to wcale nie przyniosło mu ulgi. Czuł, że jego serce pęka, gdy widział jak Rina przyjmuje to, co mówił. Przecież to nie tak miało wyglądać. Powinien być z nią, powinni być szczęśliwi. Nie stać na dachu w deszczu, żegnając się ze wszystkim, co kiedyś miało być zawsze, na zawsze, do usranej śmierci.
Zadał jej pytanie o granice, szukając jakiegokolwiek punktu zaczepienia, ale odpowiedź, której nie usłyszał, była dla niego jasna. Przekroczyli granicę. Zbyt wiele się wydarzyło, by mogli wrócić do tego, co było. Zamiast tego, przyjęła narrację, z którą wcześniej walczyła. Patrzył na nią, ale ona wciąż nie spuszczała wzroku z ziemi. Spoglądał na jego dziewczynę widząc jak Geraldine powoli znika w sobie, jak oddala się od niego, będąc tuż obok.
- Nie. Nie mamy zgodności. Pewnie nigdy nie mielibyśmy jej mieć - odpowiedział cicho, ale wprost, całkowicie bez ogródek.
Nie mieli się o tym przekonać, prawda? Nie było sensu dyskutować na ten temat.
Nie odwracał wzroku od twarzy Riny, nawet jeśli podświadomie obawiał się tego, co mógł dostrzec w jej oczach. Tego, że gdy i ona wreszcie podniesie na niego spojrzenie, on dostrzeże w jej tęczówkach wyłącznie zmęczenie, rezygnację a może nawet coś znacznie gorszego: postępującą obojętność. Żadne z nich nie miało już siły na dalszą walkę.
O ironio, kolejny raz w zupełnie inny sposób. Teraz to ona przyjmowała jego wcześniejszą narrację, podczas gdy on coraz bardziej tonął. Łamał się, ale było na to za późno. Ironia? Teraz to on mówił o nich, podczas gdy Geraldine serwowała mu jego własne słowa. Jak miał z tym walczyć? Gubił się w tym wszystkim. Pomiędzy poczuciem odpowiedzialności i obowiązku a egoizmem, sięganiem po to wszystko, czego tak bardzo pragnął.
- Nie - jedno jedyne słowo, które musiało paść w tej sytuacji.
Nie chciał, żeby robiła coś wbrew sobie. Nie zamierzał ściskać jej na do widzenia. Udawać, że wszystko jest w porządku. To było głupie, naprawdę głupie pytanie.
Odwrócił wzrok, nie mogąc znieść widoku twarzy Geraldine. Nigdy nie sądził, że dojdzie między nimi do czegoś takiego. Na moment zamknął oczy, próbując zignorować deszcz, który wciąż padał. Mimo tych ułomnych starań, mimo tego że postanowił zawalczyć, ona już się poddała.
Była zmęczona. On także. Oboje nosili ciężar swoich błędów. Mieli to robić do końca życia, wiedząc, że nie było już dla nich żadnych kolejnych szans. Ani teraz, ani za pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat, o których mówili wtedy na ganku. Ich wzajemne odpowiedzi tylko pogłębiały przepaść, która ich dzieliła.
Po tej nocy nie mieli być w stanie zbudować żadnych mostów. Przeskoczenie tej odległości nie wchodziło w grę już wcześniej. Teraz upewniali się, że to naprawdę był ich koniec.
- Rina - zaczął miękko, tęsknie, czule, z żalem, ale słowa utknęły mu w gardle.
Nie zrobił tego celowo, ale nawet dla siebie samego zabrzmiał tak, jakby usiłował powiedzieć coś zupełnie innego niż to, co w końcu opuściło jego usta. Zawahał się. W jego głosie pojawiła się ta niezamierzona nuta. Zupełnie tak, jakby naprawdę zamierzał to zrobić. Prosić, błagać o wybaczenie. O jeszcze jedną szansę. O wiarę w to, że jeszcze będzie pięknie. Potrzebował tego jak tlenu.
Przez te wszystkie miesiące, które spędzili osobno, nie przestał jej kochać. To było jasne, nie krył tego przed nią przez tydzień, jaki sobie ofiarowali, ale jeszcze nigdy nie był tak blisko całkowitego pęknięcia. Jedno słowo, potrzebował tylko jednego cichego słowa, jednej sugestii, jednej szansy na to, żeby złapać się nadziei na lepsze jutro. Wspólne jutro.
Zamknął oczy, wstrzymując oddech, jakby w tej chwili mógł zniknąć a potem zmaterializować się na nowo, jakby mógł znów stać się tym człowiekiem, który był przed tym wszystkim. Przecież nie chciał, żeby to było ich zakończenie. Nie w ten sposób. Nie teraz.
Gdy na nowo rozchylił powieki, nic się nie zmieniło. Deszcz nadal łał z nieba a oni wciąż stali na dachu w przejmujących ciemnościach. Siąpiło, nadchodziła jesień przynosząca ze sobą chłód, który przenikał do samej duszy.
- Masz u mnie w gabinecie swój płaszcz - powiedział, nieco zaskoczony, że te słowa w ogóle wyszły z jego ust.
Nie oczekiwał odpowiedzi, ale wewnętrznie pragnął, by chociaż na chwilę spojrzała mu w oczy. Żeby zobaczyła, jak bardzo cierpiał, jak bardzo w dalszym ciągu mu na nich zależało, nawet jeśli wypowiedział te ostatnie słowa, które miały zakończyć ich historię.
Może to była ich ostatnia chwila razem, może rzeczywiście lepiej byłoby, gdyby obawy Riny kiedyś się spełniły, ale w głębi duszy wiedział, że nigdy nie miał zapomnieć o tym wszystkim. Szczególnie nie o tej nocy. Ciężar tego wieczoru miał prześladować go już do samego końca. Zawsze, na zawsze, do usranej śmierci.
Odwrócił wzrok, skupiając się na drzwiach prowadzących w dół na klatkę schodową. Jeśli nie miała już nic do dodania, chyba powinni zejść po jej płaszcz.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#24
27.02.2025, 23:55  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.02.2025, 00:12 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

Podeszła do tego w końcu tak, jak chciał, żeby to zrobiła. Przecież od samego początku jej o tym mówił. Ostrzegał ją, gdy zaczęli się do siebie zbliżać. Wtedy jeszcze to do niej nie docierało, aż tak. Myślała, że znajdzie jakąś lukę, że jak przypomną sobie, jak dobrze było im razem, to może jeszcze wszystko się ułoży. To nie zadziałało. Inaczej przecież nie doprowadziliby do tej rozmowy, nie staliby w tym deszczu godząc się z tym, że to miało być zakończenie ich wspólnej historii. Postanowiła to zaakceptować, wbrew temu, o czym rozmawiała kilka dni temu z Corneliusem. Nie miała siły, aby osaczać Ambroisa, znajdować się zbyt blisko, nie gdy ciągle powtarzał jej, że nie mogą tego robić. Próbowała, ale ile razy miała się powtarzać, ile razy prosić go o to, aby im dał szansę? Ile razy miała to robić. Ona również miała swoje granice i mimo, że obiecała sobie, że tym razem nie pozwoli mu odejść, to jednak docierało do niej, że nie mogła tego zrobić. Nie kiedy ciągle reagował w ten sam sposób, nie miała siły przebicia, zupełnie nie mogła zmienić jego podejścia. Geraldine miewała momenty słabości, czuła, kiedy wszystko było stracone i to była właśnie jedna z takich chwil.

Nie mogła ciągle próbować tego robić, nie kiedy wiedziała do czego to doprowadzało, nie gdy zdawała sobie sprawę jak bardzo ją miało to zniszczyć. Już była w rozsypce, po ledwie tygodniu życia w ten sposób, dłużej by nie wytrzymała. Jednak była słaba, zdecydowanie słabsza, niż jej się wydawało, że jest. Nie mogła znieść kolejnych odmów, kolejnego negowania tego, co miała do powiedzenia. Nie łatwo było walczyć o coś, kiedy druga strona miała zupełnie inne zdanie, którym się dzieliła.

Nie ukrywała wcale tego, że dla niej to również był spory cios, ale jego przesłanie do niej dotarło. Znowu stała się bierna, tyle, że tym razem w głowie nie układała sobie kolejnego planu, jak mogłaby do niego dotrzeć. Tym razem pogodziła się, że to nigdy nie będzie możliwe. Zupełnie się poddała. Nadszedł ten moment. Nie, żeby była z siebie dumna, ale nie miała siły bezsensownie walczyć, rozdrapywać starych ran, zyskiwać nowych. Ile bowiem to mogło trwać? i jaką miała pewność, że nie zniszczy jej to zupełnie. Już ledwo sobie radziła. Nie mogła pozwolić sobie na to, by przez to zupełnie zatracić siebie, chociaż czuła, że już sporo zostało jej odebrane.

Nie miała w zwyczaju działać w ten sposób, nie miała tendencji do trzymania koło siebie kogoś na siłę, to było do niej niepodobne, tyle, że chodziło o Roisa, miłość jej życia, w tym przypadku mogła się płaszczyć, mogła próbować różnych sposobów, aby go do siebie przekonać, tyle, że tego nie chciał, to znaczy nie mógł tego chcieć, jakby to cokolwiek zmieniało.

Mogłaby dalej próbować, ale to by ją zupełnie złamało, zresztą aktualnie już była dosyć mocno rozsypana. Te słowa ledwie wyszły jej przez usta, o czym zresztą świadczył jej ton głosu, próbowała, aby brzmiał ją obojętnie, ale nie dało się nie zauważyć, że było zupełnie inaczej. Nie mogła udawać, że jej to nie boli, nie była w stanie. Tylko co z tego, jej ból niczego nie zmieniał. Decyzja została podjęta przecież bez niej, już półtora roku temu. Jej zdanie, jej podejście nie miało żadnego znaczenia względem tego, co miało się wydarzyć, a właściwie to już się działo, już prawie było po wszystkim.

Łatwo jej było być dla niego nieprzyjemną, kiedy nie miała pojęcia o tym, czym była spowodowana jego decyzja te półtora roku temu. Znalazła sobie swoje własne wytłumaczenie, trzymała się tej narracji, bo prościej było go nienawidzić, przynajmniej pozornie. Strzelać w niego piorunami z oczu, gdy znajdował się w zasięgu jej wzroku. Teraz nie mogła tego zrobić, bo przecież poznała prawdę. Miał swoje powody, może ich nie rozumiała, ale wypadało to uszanować. Przez to było jej jeszcze trudniej zaakceptować to, że ponownie musieli od siebie odejść. Myślała całkiem prosto, zresztą zarzucał jej to przecież. Skoro się kochali, to powinni być razem, tyle. Nie było nad czym się rozwodzić, tyle, że to wcale nie okazało się być takie łatwe, nie kiedy zachowywał się jak ściana, w którą ciągle uderzała, za każdym razem odbijała się od niej coraz mocniej.

Mylące były jego gesty, jednak słowa, to słowa zadecydowały o tym, co zamierzała zrobić. Nie powiedział jej, żeby została, ani razu o tym nie wspomniał. Zaczynała więc wątpić w znaczenie gestów, chociaż przecież nie powinna, bo to one zawsze był ich głównym sposobem komunikacji. Rzadko kiedy sięgali po słowa.

Przymknęła ponownie oczy, gdy powiedział o tym, że nie mają zgodności. Przecież dała mu dokładnie tego, czego chciał, przynajmniej tak się jej wydawało. Miała go puścić wolno, pozwolić mu odejść. Dlaczego więc twierdził, że nie mieli zgodności? Dlaczego to mówił. Znowu mieszał jej w głowie. Jasne, może wybrała dość brutalną wersję, co do przekazania mu tego, jak to widziała, ale czy tak nie było prościej? Nie, żeby było to prawdziwe, ale po prostu chciała dać mu to, czego potrzebował, bo to, że ona potrzebowała czegoś innego było jasne. Znowu postępowała wbrew sobie, to jego chciała zadowolić, a sobie nieco uprościć sytuację. Nie chciała cierpieć, chociaż jej to nie ominęło. Jej świat ponownie zaczął rozsypywać się na drobne kawałki, wystarczył tylko tydzień, żeby przywykła do nich. Do tego, że znowu mogła się przy nim budzić i zasypiać, do tego, że po prostu był obok i znowu zostało jej to odebrane.

Odetchnęła ciężko i w końcu podniosła wzrok, spojrzała na niego. Nie miała pojęcia do czego zmierzał, co tym razem próbował zrobić. Nie mieli zgodności, tak, to było jasne od samego początku, ale wydawało się jej, że teraz dała mu dokładnie to czego potrzebował, tyle, że najwyraźniej to również nie zadziałało. - Nie mogę tak dłużej, nigdy nie chciałam z tobą walczyć, to się robi coraz trudniejsze, nie radzę sobie, zupełnie sobie z tym nie radzę, nie widzisz tego, nie wiesz, ile mnie to kosztowało. - Pękła. Kiedy się odzywała drżała jej dolna warga, jej głos był zdecydowanie bardziej cichy niż normalnie. Może nie powinna z siebie tego wyrzucać, ale znalazła się na skraju, nie radziła sobie z tym, co się właśnie działo. Zupełnie. To było dla niej zbyt wiele, nie przygotowała się na to, że to wydarzy się dzisiaj.

Nadal zależało jej na tym, aby byli zgodni, chociaż wiedziała, że to nigdy już się nie uda. Też mieli za sobą rozmowę na ten temat, tyle, że nie do końca rozumiała co się stało z jego poprzednią narracją, próbowała się dostosować. Najłatwiej będzie im udawać, że nie istnieją, to przecież było całkiem logiczne. Obojętność nie byłaby najłatwiejszym rozwiązaniem, bo wiedziała, jak reagowała na jego obecność. Nie mogła zakładać, że nigdy więcej się nie spotkają, bo przecież to nie było możliwe, mogła jednak zawsze znikać, kiedy pojawiłby się gdzieś obok. Nie istniałaby dla niego.

Najgorsze było to, że nie potrafiła zapomnieć o tym, jak kiedyś im było razem dobrze, o tych wszystkich wspólnych chwilach, o czasie który razem spędzili. Mogła się oszukiwać, że Roise przestanie dla niej istnieć, ale wiedziała, że to nie będzie możliwe. Tamten okres w jej życiu był najlepszym, co jej się przydarzyło, przy nim stała się lepsza. Gdy zniknął wróciła do starych nawyków, zaczęła być tą dawną wersją siebie, która nie do końca jej się podobała, zwłaszcza, że wiedziała, jaka mogła być, kiedy znajdowała się przy kimś komu naprawdę na niej zależało. To było popaprane, ale nic nie mogła na to poradzić.

- Tak, wezmę go i zniknę. - Właściwie zupełnie nie przejmowała się tym płaszczem, ale chyba wolała po niego pójść tylko po to, aby jej go nie odsyłał. Skoro to miało być pożegnanie, to nie chciała dopuszczać do kolejnej interakcji, nawet listownej. Musiała o nim zapomnieć, przestać o nim myśleć. Nie widziała innego wyjścia. Czas najwyższy opuścić to miejsce.

Próbowała zapanować nad łzami, które niestety nie przestawały płynąć po jej policzkach. Właściwie one chyba były potwierdzeniem tego, że nie radziła sobie z tym, co właśnie sobie robili, chociaż to co mówiła wydawało się być bardzo świadome. Nie było takie jednak, wydawało jej się po prostu, że mówi to, co on chce usłyszeć, że daje mu to, czego potrzebuje. Tym razem bez żadnych ukrytych zamiarów. Poddała się, zaakceptowała to, że nie będzie dla nich żadnej przyszłości, chociaż przecież jeszcze ostatnio łatwo przychodziło im mówienie o tym, co będą robić wspólnie. Jak widać te plany też były tylko iluzją, mimo, że wcale nie były szczególnie dalekosiężne. Nawet to miało nie być im pisane. Zgadzała się na to, bo co innego miała zrobić? Nadal odbijać się od ściany, walić głową w mur, przy okazji tracąc ostatnie części siebie. To też nie miało żadnego sensu. Nie widziała innego rozwiązania, próbowała, szukała go, ale nic to nie dało. Byli skazani na porażkę, od samego początku, nie miała w zasadzie innej opcji, jak po prostu na to przystać.

- Chodźmy, już czas. - Nie chciała zostawać tutaj dłużej, bo obawiała się, że może się złamać, że jeszcze chwila i wróci do tej innej narracji. Im dłużej się tutaj znajdowali, tym mniej była pewna tych słów, które wypowiedziała, miała świadomość, że jeszcze się to na niej odbije, na pewno w pełni uświadomi sobie to wszystko, gdy wróci do domu, kiedy znajdzie się zupełnie sama w swojej sypialni, kiedy nie poczuje tego ciepła tuż przy swoim boku.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (16987), Geraldine Greengrass-Yaxley (11680)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa