18.02.2026, 22:56 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.02.2026, 23:02 przez Król Likaon.)
— Spokojnie, spokojnie! — Uniósł powoli ręce do góry w poddańczym geście, kręcąc powoli głową. — Nie to miałem na myśli, po prostu myślałem na głos, co można jeszcze zrobić w jej sprawie według naszych protokołów. Nie jesteś zobligowana do jakichkolwiek dodatkowych działań. — Zrobił krótką pauzę. — A nawet gdybyś chciała jej w ten sposób pomóc, to prędzej działka mojego departamentu niż twojego. Nawet jakbyś znalazła dla niej lokum, to przecież sama jej tam nie zaciągniesz. A biorąc pod uwagę okoliczności, nie ma sensu bardziej się nad tym głowić.
Wzmianki o kowenie nie skomentował. Wprawdzie siedziba kapłanów była całkiem chętna do udzielania pomocy potrzebującym, tak miał pewne wątpliwości, czy w swojej obecnej postaci pani Turpin wpisywała się w obraz osoby potrzebującej. Nie miała domu, bo i zbytnio go w tej chwili nie potrzebowała. Nie cierpiała męki głodu i pragnienia, bo w tej formie i tak nie była w stanie przyswoić pokarmu. A Matka jedyna wie, czy pod względem duchowym, można do niej jakoś dotrzeć, skomentował bezgłośnie, poprawiając torbę, która obijała się o jego ciało przy pokonaniu co drugiego stopnia.
— Tym bardziej powinnaś dbać o to, żeby być w dobrej kondycji — odpowiedział, zrównując się z dziewczyną. — Skoro i tak zamierzasz wygrać tę wojnę, to wierzę, że możesz to zrobić bez połamanych nóg lub innych niedoleczonych chorób.
Martwa niewiele zrobi dla Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Chyba, że w wypadku zbyt wczesnego odejścia z tego świata, zamierzała zawrócić sprzed bram Limbo w trybie natychmiastowym i przyjąć w BUMie rolę wsparcia polegającego na dyktowaniu oficjalnych wstawek do raportów stażystom. Pokręcił głową. Nie, lepiej było jej nie drażnić; i tak wydawała się lekko podminowana. Wolał nie dawać jej dodatkowej amunicji.
— To już naprawdę zbyt wiele, proszę pani — odezwał się słabym głosem Sebastian, pocierając grzbiet nosa, jakby chciał w ten sposób odpędzić nadchodzący ból głowy. — BUM wykazał się pobłażliwością, ja zrozumieniem, sąsiedzi... cierpliwością, a pani dalej...
Zawiesił się na moment. Rzadko kiedy miewał bardzo określone opinie. Jako człowiek wykształcony i oczytany wychodził z założenia, że zawsze istnieje jakaś druga strona medalu. Że zawsze można spojrzeć na dany problem z innej perspektywy. Bo jak mógł patrzeć na świat inaczej, skoro od dziecka miał kontakt z drugą stroną? A jednak była jedna kwestia w której nie potrafił rozpatrywać alternatyw: opętania. Wzdrygnął się na samą myśl dyskusji jaką przeprowadził z Patrickiem i Neilem przed kilkoma tygodniami na imprezie Brenny. Tak, wtedy był bardzo bezpośredni. I zaczynało go korcić, żeby z Turpin zrobić to samo.
— Będę szczery: pani sytuacja nie jest dobra. Powiedziałbym nawet, że nie jest neutralna. Jest dość nieprzyjemna. — Wystąpił przed szereg. — A biorąc pod uwagę, pożary jakie miały miejsce w Londynie, może się pani domyślać, że urzędy mogą nie przypatrywać się pewnym sprawom z należytą dokładnością. Kto wie, może widząc pani kartotekę, uznają, że lepiej sprawę załatwić jak najprościej: bez dawania drugich szans.
Miał tutaj pewną przewagę: Turpin mogła nie wiedzieć, jakie właściwie kary czekają na ducha za podobne występki. Mogła nie wiedzieć, że oprócz relokacji mogła być skazana na przymusowe odesłanie do Limbo w najbliższą wigilię Samhain. Czy niepokój przez nieznanym miał szansę na nią podziałać? Uniósł palec w górę, gdyby ktokolwiek postanowił mu przerwać.
— Niech mi Matka będzie świadkiem, że lepiej dla pani będzie, jeśli nie będzie pani dodatkowo pogorszać swojej sytuacji. Wręcz przeciwnie: skoro pomogła pani przestępcy, to teraz dla odmiany mogłaby pani pomóc swoim sąsiadom. Albo funkcjonariuszom. Niech pani zadba o ich bezpieczeństwa. Niech pani pilnuje tego osiedla, ale na Księżyc, proszę pozwolić ludziom dojść do siebie po ostatnich katastrofach. — Tutaj zerknął na Brennę i jej towarzyszy. — Kto wie, może właśnie ta jedna wzmianka, że zdecydowała się pani pomóc zdecyduje o tym, gdzie pani wyląduje w nadchodzących dniach. Radziłbym się nad tym bardzo poważnie zastanowić.
Następnie zerknął na sąsiadkę-donosicielkę. Jako kapłan czuł się nieco zobowiązany do tego, aby i jej udzielić reprymendy, jednak... Po wyrzuceniu z siebie całego tego monologu stracił nieco rezon. Poza tym, żywej czarownicy nie zamknie koniec końców w magicznym naczyniu, jeśli dalej będzie broić. A Turpin już tak.
Wzmianki o kowenie nie skomentował. Wprawdzie siedziba kapłanów była całkiem chętna do udzielania pomocy potrzebującym, tak miał pewne wątpliwości, czy w swojej obecnej postaci pani Turpin wpisywała się w obraz osoby potrzebującej. Nie miała domu, bo i zbytnio go w tej chwili nie potrzebowała. Nie cierpiała męki głodu i pragnienia, bo w tej formie i tak nie była w stanie przyswoić pokarmu. A Matka jedyna wie, czy pod względem duchowym, można do niej jakoś dotrzeć, skomentował bezgłośnie, poprawiając torbę, która obijała się o jego ciało przy pokonaniu co drugiego stopnia.
— Tym bardziej powinnaś dbać o to, żeby być w dobrej kondycji — odpowiedział, zrównując się z dziewczyną. — Skoro i tak zamierzasz wygrać tę wojnę, to wierzę, że możesz to zrobić bez połamanych nóg lub innych niedoleczonych chorób.
Martwa niewiele zrobi dla Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Chyba, że w wypadku zbyt wczesnego odejścia z tego świata, zamierzała zawrócić sprzed bram Limbo w trybie natychmiastowym i przyjąć w BUMie rolę wsparcia polegającego na dyktowaniu oficjalnych wstawek do raportów stażystom. Pokręcił głową. Nie, lepiej było jej nie drażnić; i tak wydawała się lekko podminowana. Wolał nie dawać jej dodatkowej amunicji.
— To już naprawdę zbyt wiele, proszę pani — odezwał się słabym głosem Sebastian, pocierając grzbiet nosa, jakby chciał w ten sposób odpędzić nadchodzący ból głowy. — BUM wykazał się pobłażliwością, ja zrozumieniem, sąsiedzi... cierpliwością, a pani dalej...
Zawiesił się na moment. Rzadko kiedy miewał bardzo określone opinie. Jako człowiek wykształcony i oczytany wychodził z założenia, że zawsze istnieje jakaś druga strona medalu. Że zawsze można spojrzeć na dany problem z innej perspektywy. Bo jak mógł patrzeć na świat inaczej, skoro od dziecka miał kontakt z drugą stroną? A jednak była jedna kwestia w której nie potrafił rozpatrywać alternatyw: opętania. Wzdrygnął się na samą myśl dyskusji jaką przeprowadził z Patrickiem i Neilem przed kilkoma tygodniami na imprezie Brenny. Tak, wtedy był bardzo bezpośredni. I zaczynało go korcić, żeby z Turpin zrobić to samo.
— Będę szczery: pani sytuacja nie jest dobra. Powiedziałbym nawet, że nie jest neutralna. Jest dość nieprzyjemna. — Wystąpił przed szereg. — A biorąc pod uwagę, pożary jakie miały miejsce w Londynie, może się pani domyślać, że urzędy mogą nie przypatrywać się pewnym sprawom z należytą dokładnością. Kto wie, może widząc pani kartotekę, uznają, że lepiej sprawę załatwić jak najprościej: bez dawania drugich szans.
Miał tutaj pewną przewagę: Turpin mogła nie wiedzieć, jakie właściwie kary czekają na ducha za podobne występki. Mogła nie wiedzieć, że oprócz relokacji mogła być skazana na przymusowe odesłanie do Limbo w najbliższą wigilię Samhain. Czy niepokój przez nieznanym miał szansę na nią podziałać? Uniósł palec w górę, gdyby ktokolwiek postanowił mu przerwać.
— Niech mi Matka będzie świadkiem, że lepiej dla pani będzie, jeśli nie będzie pani dodatkowo pogorszać swojej sytuacji. Wręcz przeciwnie: skoro pomogła pani przestępcy, to teraz dla odmiany mogłaby pani pomóc swoim sąsiadom. Albo funkcjonariuszom. Niech pani zadba o ich bezpieczeństwa. Niech pani pilnuje tego osiedla, ale na Księżyc, proszę pozwolić ludziom dojść do siebie po ostatnich katastrofach. — Tutaj zerknął na Brennę i jej towarzyszy. — Kto wie, może właśnie ta jedna wzmianka, że zdecydowała się pani pomóc zdecyduje o tym, gdzie pani wyląduje w nadchodzących dniach. Radziłbym się nad tym bardzo poważnie zastanowić.
Następnie zerknął na sąsiadkę-donosicielkę. Jako kapłan czuł się nieco zobowiązany do tego, aby i jej udzielić reprymendy, jednak... Po wyrzuceniu z siebie całego tego monologu stracił nieco rezon. Poza tym, żywej czarownicy nie zamknie koniec końców w magicznym naczyniu, jeśli dalej będzie broić. A Turpin już tak.
(Charyzma) Seba jeszcze raz próbuje przekonać Turpin, żeby się uspokoiła x2
Rzut PO 1d100 - 100
Krytyczny sukces!
Krytyczny sukces!
Rzut PO 1d100 - 98
Sukces!
Sukces!